Od rana szał cipy. Najpierw badania medycyny pracy, bo już dwa razy przekładałem a czasu coraz mniej. Przy okazji dowiedziałem się, że mam zdrowe serce, ciśnienie w normie, odróżniam kolory, słyszę szepty i potrafię odczytać literki w przedostatnim rzędzie tablicy okulistycznej.
Potem pędem do cukierni w galerii po sernik jabłkowy, który mogłem kupić pewnie nawet i taniej w Biedrze, ale postanowiłem nie robić skandalu, nie odchodzę z firmy w gniewie.. Dostałem od zespołu w prezencie butelkę rumu, nie była to może ulubiona Zacapa XO ale też nie Bacardi, ani też niestety nieosiągalny Petrus, ale jak będę odchodził z następnej pracy, to może wtedy się uda. Dziś po raz ostatni zamknąłem za sobą drzwi, wyszedłem po 15. z biura znajdującego się na 2. piętrze tego ładnego biurowca w centrum. Rzuciłem wzrokiem ostatni raz na pustą salę, przyciskiem wezwałem windę a po chwili opuściłem budynek głównym wyjściem. M. na mnie już czekał. Zabrałem go na kolację do PaTaTaj i kolejkę kolorowych koktajli w Papa.
Umówiliśmy się z M. że podczas tego tygodnia jeśli jemy na mieście, to tylko w miejscach, których nie znamy a wydają się nam ciekawe. I tak wczoraj trafiliśmy do Wrocławskiej na prawdziwy polski żurek, schabowego z mizerią oraz wyśmienitą nakewkę z kminku. Przypadkiem odkryliśmy dla nas nowe miejsce, serwujące kuchnię dawnego Wrocławia, rekonstrukcje starych potraw, bigos wrocławski, śląskie niebo, hekele, kluski wrocławskie oraz piwo z lokalnych browarów.



































Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.