Rzeszów – Zamość

Upał dał się we znaki, ale krótko. Gdyby trwały te afrykańskie upały sprzed tygodnia, nie byłoby raczej tak miło. Wieczorem zachciało nam się pójść posiedzieć na rynku, ale pech chciał że o 22 miejsca na zewnątrz nie uraczysz, chyba że w nocnych klubach dla panów. Siedzieliśmy więc sobie grzecznie przy barze i sączyliśmy kolejne szklaneczki whiskey. Rano lekko szukało mi w głowie, nie zdążyliśmy nawet zjeść porządnego śniadania, bo spieszyliśmy się na pociąg. W przelocie wciągnąłem tylko zapiekankę na dworcu PKP co było aktem desperacji, bo ostatni raz takie śmieciowe jedzenie serwowałem sobie z 20 lat temu.

Podróż do Zamościa potwornie nam się dłużyła. Niby blisko w prostej linii a jechaliśmy i jechaliśmy. Dworzec kolejowy 1,5 km od centrum starego miasta, postanowiliśmy zrobić sobie mały spacerek co było dobre dla kondycji, ale niekoniecznie dla zdrowia, bo słoneczko zjarało mi całą facjatę i czubek głowy. Gdy dotarliśmy w końcu do bram murów obronnych na czole zdążyły pojawić mi się delikatne strużki potu, ale nie narzekałem.

Cudowny i zaskakujący Zamość to architektoniczna perła kresów leżąca na wschodnich krańcach Polski, gdzie już człowiek nie spodziewa się niczego wyjątkowego, a tu nagle 90km od Lublina niespodziewanie wyrasta wspaniałe miasto urzekające swą harmonią i pięknymi zabytkami. Zamość po renowacji prezentuje się wybornie, całe Stare Miasto zachwyca nie tylko dobrym stanem utrzymania, ale urodą i licznymi zdobieniami, rzadko spotykanymi w innych polskich miastach. Właścicielka hotelu zapropnowała nam ładny pokój na ostatnim piętrze w kamienicy, mogliśmy się szybko ogarnąć nim wyruszyliśmy w miasto. Ktoś mógłby zapytać dlaczego nie wybraliśmy się na ten wyjazd autem. Właśnie cały urok polegał na tym żeby poruszać się wyłącznie PKP i PKS, żeby nie martwić się kto będzie prowadził, kto nie będzie mógł raczyć się napojami wyskokowymi, gdzie zaparkować, no chyba że stosuje się moją metodę parkowania przez porzucenie…

Miasto pełne było turystów, była sobota, dopisywała pogoda, knajpy i bary pękały w szwach. Udało nam się znaleźć fajną miejscówkę serwującą żeberka oraz wino z lokalnych winnic. Podsłuchaliśmy kilkakrotnie rozmowy lokalnych ludzi i ze smutkiem muszę stwierdzić, że swoimi poglądami mogliby nawozić buraki.

Z Parkowej Caffe musieli nas wyrzucać w nocy, bo przeciwnym razie urzędowalibyśmy tam do świtu.

Opublikowano podróże | 5 Komentarzy

Łikęt na wschodzie

Poznałem nowego kumpla. Lekko postrzelony, pozytywnie zwariowany na dodatek „złota rączka”, mieszka niedaleko, ma kota oraz jak ja – matkę Jadwigę. Ogólnej wszechstronności budowlanej, jego talentów manualnych do naprawiania rzeczy większych i mniejszych miałem okazje doświadczyć oglądając instalacje pt. samonawadniający się ogród, google Chrome działający w całym domu, samodzielnie wykonanie drewniane donice na kwiaty. W moim domu nieproszony naprawił mi klamkę do drzwi balkonowych, odpływ syfonu w kuchni, odkamienił wszystkie sprzęty, posadził surfinie na tarasie, naprawił niedziałające światło w szafkach kuchennych. Ja przy kimś takim wypadam blado – nawet słoik ogórków otwieram nożem.

B zaproponował wybrać się na wschód Polski. Padło na Rzeszów Sandomierz i Zamość. Nie mam w zwyczaju jeździć gdziekolwiek z nieznajomymi, zwłaszcza na dłużej niż dzień, bo nigdy nie wiadomo na kogo się trafi, czy się nie pozabijamy, czy nie zaczniemy skakać sobie do gardeł, bo np. inaczej lubimy spędzać wolny czas albo męczy nas czyjeś towarzystwo. Tym razem zaryzykowałem, bo od ciągłego siedzenie w domu zaczęło rzucać mi się na głowę.

Pociąg miał prawie 2 godziny opóźnienia, rozszczelnił się wagon, przez co pasażerów przerzucano z wagonu do wagonu, by w końcu podstawić zupełnie nowy, którym ruszyliśmy do Rzeszowa. Dzień wcześniej urwałem się wcześniej z biura, zrobiłem nam kanapki, kupiłem świeże zielone ogórki, wziąłem termos, przygotowałem colę z wkładem, potwierdziłem hotele oraz zorganizowałem cały transport. Nigdy w tej części Polski nie byłem więc cieszyłem się że zobaczę coś nowego.

Rzeszów zaskoczył mnie pozytywnie. Wcześniej uważałem, że to bardzo prowincjonalne miasto, raczej biedne i nijakie, same farmy, lasy i łąki, blokowiska, ogólnie że czas zatrzymał się tam w epoce PRLu. Na dworcu pierwszego kogo ujrzałem wysiadając z pociągu był Murzyn, potem zaś o dziwo elektryczne autobusy, piękny rynek Starego Miasta, wybitną sycylijską kuchnię w Ristorante Sicilia oraz niezapomniany wieczór w Starym Browarze Rzeszowskim. Hotel w centrum też bardzo trafiony a obsługa bardzo gościnna. Pomnik Czynu Rewolucyjnego utkwił mi w pamięci najbardziej i niech każdy mówi co chce, człowiek uśmiecha się na jego widok, bo ma on przecież swój niezaprzeczalny urok.

Opublikowano podróże | 9 Komentarzy

41/42 PPA

Od kilkunastu lat mniej lub bardziej regularnie chodzę na Przegląd Piosenki Aktorskiej. Potrzeba kontaktu z kultura wyższą najbardziej dała o sobie znać kiedy mieszkałem w Szwajcarii, dostrzegłem jak ubożeję intelektualnie z braku czytania książek, czasopism, chodzenia do kina czy teatru. Pamiętam, że potrafiłem wtedy z dnia na dzień wsiąść w samolotu i polecieć na weekend do Warszawy byleby piątkowy wieczór spędzić w teatrze oglądając jakieś przedstawienie. Do PPA zawsze miałem słabość i co roku potrafiłem w ciemno kupić bilet na galę byleby móc wziąć udział w tym wydarzeniu.

W dobie pandemii dostęp do przybytków użyteczności publicznej był mocno ograniczony dlatego z nieukrywaną radością, ucieszyłem się, gdy udało mi się kupić bilety na galę Przeglądu w tym roku. W zeszłym roku nie odbyła się w ogóle, dlatego miałem bardzo wysokie oczekiwania co do przedstawiania tegorocznego…

W tym roku gala PPA w reżyserii pana Klaty była scenicznym wyrzygiem. Twórca wrzucił publiczność Teatru Polskiego w obszar skarlałej miłości, ułomnych wartości… Zabrał widzów w strefę bolesnej, skowyczącej czerwieni. Wykonawców piosenek ubrał w pomarańczowe czy czerwone kombinezony i umieścił w ułomnej czasoprzestrzeni. Wszyscy wyli, charczeli, krzyczeli, niebiańsko śpiewali lub wyszeptywali piosenki, które złożyły się na tytułową wiązankę pieśni miłosnych. Uwięzieni pod nisko zawieszonymi lampami i brodzący w plastikowym piasku zaprezentowali świat po rozpadzie albo idący w stronę totalnej dekompozycji. Katarzyna Figura rzęziła, z głośników kilkakrotnie wydobywał się jazgot nie do zniesienia, pojawił się śpiewający karzeł, którym potem pomiatano zawieszając wysoko na linach w roli amora. Jego spazmatyczne ruchy w powietrzu wywołały we mnie tylko śmiech.

Tegoroczna gala PPA była zjawiskiem, trudnym do przełknięcia, jak zgrzytający między zębami piach. Artysta ewidentnie zrobił „sztukę” dla siebie i pewnie tylko on był przekonany o wartości tej smutnej i irytującej śpiewogry. To chyba największa gala-niewypał do tej pory na PPA. Niestety nie da się tego zapomnieć ani odwidzieć.

4 Komentarze

Koniec fajnej przygody

W ostatni weekend po raz pierwszy od kilkunastu miesięcy obudziłem się rano, z radością zanotowałem w myślach fakt, że nie muszę niczego się dziś uczyć.

W piątek zakończyłem studia, wieczorem hucznie oblałem obronę i teraz nareszcie mogę zająć się czymś innym niż studia i nauka. Ostatni raz ryłem tak w liceum, potem na ostatnim roku studiów i obiecywałem sobie wtedy nigdy więcej. Po co mi to, na co mi to, zajeżdża się człowiek a życie ucieka, przyjemności czekają, dość dziobania. Nie raz czułem jak lasuje mi się mózg, walczyłem ze zmeczeniem albo z bezsilności waliłem klapą od laptopa.

Z lekkim sentymentem porządkowałem notatki na stole, odkładam na półke stos przeczytanych w ostatnim czasie mądrych książek o storytellingu danych, łańcuchach krytycznych, teoriach wyboru, przeglądałem materiały, ksera, business case’y, ćwiczenia i prezentacje.

Naprodukowałem tego cały stos makulatury, a przy okazji stałem się dodatkowo mądrzejszy i z satysfakcją przyznałem się przed samym sobą, że warto było wydać te wszystkie pieniądze.

Poznałem super ludzi, nawiązałem nowe kontakty i bliskie znajomości.

E. bez wątpienia świetnie odnalazła się w roli mentora mojego kierunku, dobrała doskonałą kadrę menadżerską przez co czas spędzony był dla mnie tak wartościowy. Studia pozwoliły mi uświadomić sobie oraz zdobyć praktyczną wiedzę w jakich obszarach biznesu wykorzystanie cyfrowej siły roboczej ma szanse. Zrozumiałem jak do tego zagadnienia podejść w kontekście swojej codziennej pracy jako menadżer, nowej technologii oraz przyszłych projektów. Prawdziwa zaleta studiów MBA była zarówno elastyczność prowadzących – prawdziwych specjalistów i praktyków w swojej dziedzinie – jak i w podejściu do tematów, które chcieliśmy lepiej poznać. Wierzę, że moja przygoda z RPA nie skończyła się w momencie uzyskania dyplomu, zrobotyzowana automatyzacja procesów będzie się zmieniać, a moje studia zapoczątkowały nowy sposób patrzenia na zarządzanie procesami w mojej organizacji. Tylko tyle albo aż tyle.

We wrześniu planujemy zjazd w Karpaczu. Będzie okazja powspominać…

Opublikowano podróże | Otagowano | 9 Komentarzy

MBA

Obroniłem dziś studia MBA. Na 5, ale nie żebym się chwalił. z perspektywy czasu ciesze się że zdecydowałem się na studia podyplomowe, bo owszem zawsze chciałem ale nie mogłem znaleźć w sobie zapału. Pandemia trochę mi w tym pomogła… Miałem dość uczucia że czas mija i ucieka mi między palcami. Zmobilizowałem się, nie straciłem zapału nawet gdy uczelnia poinformowała mnie, że mój kierunek jednak nie powstanie, więc wybrałem sobie inny Robotyzację Procesów Biznesowych. Strasznie techniczne to było, połowy rzeczy nie rozumiałem, ale wizję mam co z tą wiedzą chcę robić dalej, więc było warto.

Nie zapomnę wykładowców, zajęć, testów i egzaminów, tych straconych weekendów kiedy mogłem pójść w tango zamiast ślęczeć na wykładach, nie wspomnę ile mądrych książek przeczytałem przez ostatnie 10 miesiącu. Było warto. Jestem z siebie mega dumny.

Opublikowano podróże | Otagowano | 10 Komentarzy

Wykorzystywanie zaległego urlopu…

Mam tyle niewykorzystanego urlopu, że z końcem miesiąca postawiłem zrobić coś dla siebie i wziąłem kilka dni wolnego. Pandemia w pełni pomimo złagodzenia obostrzeń, za granicę wyjeżdżać nie planuję w obawie przed wariantem delta wirusa, poza tym zniechęca mnie konieczność robienia wszelkich testów przed i po, widmo kwarantanny po powrocie, kolejki na lotniskach i ogólne zamieszanie z organizowaniem jakichkolwiek zagranicznych podróży.

Plan mam ambitny: Rzeszów, Sandomierz, Zamość. Nigdy tam nie byłem. Zarezerwowałem sobie ładne hotele, będę relaksował się spacerując śladami Ojca Mateusza, nucąc psalmy biblijne, zbierając poranną rosę, wezmę sobie nawet coś Elizy Orzeszkowej żeby wprowadzić się we właściwy nastrój. Będzie czysty relaks.

Opublikowano podróże | 7 Komentarzy

Korporacja jest jak kurnik, ten który jest wyżej, obsrywa tych pod sobą…

Dawno do siebie nie pisałem. To już ponad miesiąc, ale to chyba dobry znak, bo każdy dzień mam szczelnie wypełniony pracą, zajęciami, nauką, spotkaniami ze znajomymi, sportem albo innymi sprawami.

W korpo światku korpo burze, regularnie słyszę, że kolejna znajoma twarz odchodzi a pracodawca nie planuje zwiększyć zatrudniania. W zamian za to słyszę powtarzane jak mantra puste slogany: trzeba będzie jakoś dać sobie rady, że zobaczymy później, że teraz nie jest dobry moment na zatrudnienie kogoś nowego. Albo z serii moich ulubionych, że musimy się spiąć by podopinać terminy, ale wszyscy w nas wierzą, bo jesteśmy zgranym zespołem, stanowimy jedną, wielką, szczęśliwą rodzinę. Skąd ci ludzie biorą te swoje mądrości?! Zaczynam uważnie patrzeć pod nogi by kłaniając się wysokiej dyrekcji, nie nadepnąć sobie na krawat. Nie jestem biernym pracownikiem, bo nie śmieję się z tych żartów, jestem aktywnym i zaangażowanym, bo pilnuję aby śmiali się z nich inni. Żałuję czasami, że nie mogę pójść na urlop macierzyński, bo wtedy nie musiałbym nosić na rękach szefa ani dyrekcji. I tak to wstaję sobie rano, pije kawę, jem śniadanie, czasem zapalam papierosa, od 8:00 uczestniczę w telekonferencjach przeglądając kolejne etapy projektów: entuzjazmu, rozczarowania, paniki, szukanie winnych, ukarania winnych, chwały i honorów dla nieuczestniczących. Prawdziwa praca w korpo… a jak po 3 godzinach zerkam na zegarek jest dopiero 8:20.

Korporacja to stan umysłu

Opublikowano praca | Otagowano | 3 Komentarze

Świąteczny roast u rodziców

Świąteczny roast u rodziców odbył jak co roku. Rodzice nie odpuścili mi świąt wielkanocnych, tylu toksycznych tekstów nie słyszałem od dawna, ale luz, mam 42 lata, można się przyzwyczaić mam gruby pancerz i serce z lodu.

Za gruby, za chudy, za blady, za skromny, za biedny, niezdecydowany, zmanierowany, złośliwy, chytry, za wredny, zbyt ogolony, zbyt zapracowany, za mało zaangażowany, niezainteresowany, aspołeczny, nieekologiczny, źle ubrany, za głośny, za gadatliwy, zbyt przemądrzały, zbyt dużo pijący, za dużo imprezujący, za dużo pracujący, za dużo wymagający, cera nie taka, no i najważniejsze niejadek.

Tak. Kocham każde święta w gronie rodzinnym. Człowiek wraca potem do swojego domu i nie wie czy najpierw, pójść spać, zapalić kadzidełko, strzelić sobie setkę koniaku, pójść pobiegać czy może zacząć czytać psalmy lub Marcela Prousta „W poszukiwaniu straconego czasu” albo skoczyć na główkę z balkonu.

Opublikowano podróże | 3 Komentarze

W pracy jest dobrze…

… co wcale nie oznacza, że nie może być lepiej. Na fali motywowania samego siebie, wykrzesania zapału do podjęcia studiów podyplomowych, wyraziłem jeszcze chęć wzięcia udziału w szkoleniach dodatkowych. W kwietniu zapisuję się na PRINCE2 i AGILE, bo obecna firma sponsoruje a szef przyklepał mi budżet na ten cel bez jakiegokolwiek zająknienia. Grzechem byłoby nie skorzystać zwłaszcza, że certyfikat w kieszeni to zawsze karta przetargowa w negocjacjach z potencjalnym pracodawcą. Pracy jeszcze nie szukam, ale coraz mocniej przekonuje się, że dawne piętno bycia niestabilnym kandydatem do pracy odchodzi w przeszłość. Zewsząd coraz głośniej słyszę, że zmianę pracy powinno planować się co 2-3 lata i tak do końca życia, bo to nie moda tylko konieczność.
Zmiana pracy co kilka lat wyglądała kiedyś źle w cv. Rekruterzy i trenerzy rozwoju osobistego jak mantrę powtarzali mi, że taki kandydat nie potrafi utrzymać pracy, nie potrafi dogadać się z kolegami lub bardziej dosadniej, że jest po prostu nielojalny i nie potrafi się wystarczająco zaangażować.
To piętno odchodzi teraz trochę do lamusa, bowiem na rynku pracy pojawiło się pokolenie millenialsów, które rośnie w siłe, oczekując ciągłej nauki, rozwoju i postępów w karierze. Ich postrzeganie pracy jest zdecydowanie inne niż przekonanie poprzednich pokoleń, że przez całe życie należy trzymać się pracodawcy w nadziei, że chlebodawca ostatecznie potraktuje cię sprawiedliwie, oferując dodatkowe benefity, bonusy, awanse i podwyżki. Coraz częściej zgadzam się z ta opinią, iż specjaliści, którzy pozostają w firmie dłużej niż dwa lata staja się bardziej zależni od pracodawcy i miejsca pracy, tym samym stają się mniej konkurencyjni, jednocześnie zarabiając średnio 50% mniej niż nowozatrudnieni pracownicy. Zewsząd słyszę sygnały, że zmiana pracy to dobra rzecz, a ludzie powinni planować to robić co trzy, cztery lata. Nie trudno przychodzi zgodzić mi się z opinią, że każda nowozatrudniona osoba chętniej się uczy, bo chce się wykazać. Stąd przekonanie, że jeśli nie zmieniasz pracy co trzy lata, nie rozwijasz umiejętności szybkiego znalezienia pracy, tym samym nie masz żadnej stabilności kariery.
Na dodatek ze Szwajcarii zadzwoniła K, ogłaszając, że jej pracodawca szuka obecnie nowego narybku. Podekscytowany i pełen euforii wysłałem swoje cv niemal od razu, zastanawiając się przy tym co zrobię jeśli w Szwajcarii będę musiał pojawiać się już za kilka tygodni. Z drugiej strony dobrze znam siebie, tę skłonność, że czasami nazbyt szybko wybiegam na przód i zaczynam planować budując zamki na piasku, rozpatrując scenariusze co by było gdyby, z czasem łapię się na tym, że jest to zbytnia bufonada. Nie wiem czy to dobre podejście, ale niezmiennie wierzę, że najważniejsze to mieć przyjemność z tego co się robi, gdziekolwiek się jest, jeśli idziesz do pracy, wstajesz zadowolony, wracasz zmęczony, ale znowu wstajesz szczęśliwy, bo rozwijasz swoje pasje i realizujesz hobby to takie życie jest szczęśliwe…

Opublikowano praca | Otagowano | 3 Komentarze

Nareszcie wolne…

Nareszcie ten tydzień dobiegł końca. Wiedząc, że przez weekend mam studia poprosiłem szefa o urlop na jutro, bo bez dnia odpoczynku wyzionąłbym pewnie ducha. Oczy mi się lekko zamykają, nie wiem czy to za sprawą intensywnych zajęć czy dlatego, że od wczoraj za oknem siąpi deszczem i pogoda jest iście barowa.

Uczelnia w Sopocie przyjęła moją kandydaturę na wykładowcę w semestrze jesiennym. Nim ta wiadomość w ogóle do mnie dotarła, koleżanka wysłała mi link gdzie mogłem zobaczyć swoją facjatę na stronie SSW jako gościnnie prowadzącego zajęcia dla studentów. Fama poszła wśród znajomych i rodziny, matka postarała się żeby usłyszeli o tym wszystkie ciotki, kuzyni, pani w warzywniaku a nawet jej koleżanki z dawnej pracy. Rodzicielka pęka z dumy. Na zdjęciu wyglądam jak młody Silvio Berlusconi…

Jak doświadczyłem tego na własnej skórze, nigdy nie powinno koncentrować się na jednym rozwiązaniu, bo całkowite uzależnienie od wąskiej specjalizacji jest bardzo ryzykowne nawet w normalnych czasach. Dlatego trzeba stałe dostosowywać się do wymogów rynku, a właściwie cały czas je wyprzedzać.

Opublikowano podróże | 13 Komentarzy