Konkluzja

Nawet z najlepszego balu trzeba odejść we właściwym czasie. Wolę usłyszeć pytanie, dlaczego mnie już nie ma, niż po co ciągle jestem.

2 Komentarze

Dziś

Affrettiamoci ad amare le persone se ne vanno così presto
di loro restano un paio di scarpe e un telefono muto
solo l’inessenziale come una mucca si trascina
l’essenziale è così rapido che accade all’improvviso
poi il silenzio normale perciò insopportabile
come la castità che nasce dalla disperazione
quando pensiamo a qualcuno dopo averlo perso.

Non essere sicuro di aver tempo poiché la sicurezza è malsicura
ci toglie sensibilità come ogni fortuna
arriva in coppia come il pathos e l’humor
come due passioni sempre più deboli di una sola
e se ne vanno da qui così veloci tacciono come il tordo in luglio

come un suono un po’ goffo oppure come un inchino secco
per vedere davvero chiudono gli occhi,
benché sia più rischioso nascere che morire
amiamo sempre troppo poco e sempre troppo tardi.

Non scriverne troppo spesso ma scrivilo una volta per sempre
e sarai come un delfino mite e forte

Affrettiamoci ad amare le persone se ne vanno così presto
e quelle che non se ne vanno non sempre ritornano
e parlando dell’amore non si sa mai
se il primo sia l’ultimo o l’ultimo sia il primo.

Od rana mam podły nastrój. Brat zadzwonił, że ma covida, jego żona też, pewnie mam i ja.

To co oglądałem tylko w telewizji (i też rzadko) nagle dotyczy moich najbliższych. Obróciłem wszystko w żart, nie byłbym sobą gdybym nagle miał zacząć się nad sobą użalać, płakać i uprawiać czarnowidztwo. Pomogło przez chwilę, po pół godziny zacząłem kaszleć, odczuwać ból gardła i podwyższoną temperaturę. Może i jestem chory, ale mam na to wywalone, moje życie może skończyć się choćby jutro, byleby mnie nie bolało i pozostawił sexy zwłoki.

Najważniejsze obłednie sexy zwłoki z szacunku dla instaobserwujących.

16 Komentarzy

O pracy…

… mogę teraz tylko pisać bo prócz niej, w moim życiu niewiele się dzieje. Decyzja o wyjściu poza tzw. strefę komfortu zawodowego była słuszna, ale czy dam radę wytrzymać i jak długo to inna bajka. Zawodowo kwitnę i błyszczę, rozmawiam z najważniejszymi i ocieram się o prawdziwy core business, najważniejsi z ważnych zaczynają kojarzyć moją osobę, piszą do mnie maile, ale ja wciąż tego wszystkiego nie ogarniam. Czuję się jak skończony jełop próbując zgadywać o czym oni wszyscy do mnie mówią, o czym rozmawiają między sobą, o co chodzi w moim projekcie i co mam im wszystkim dowieźć, żeby byli zadowoleni. Dużo się uczę, nawet bardzo dużo, ale okupione jest to ciężka pracą, zmęczeniem, brakiem snu, poświęceniem, brakiem wolnego czasu i poczuciem zrezygnowania, które zdarza ma się średnio dwa razy dziennie. Czuję się zagubiony w gęstwinie problemów, zadań, spraw i tematów do ogarnięcia. Dodatkowo wziąłem sobie na barki studia podyplomowe przez co nie mam niektórych weekendów i cierpię, łudząc się że to wszystko kiedyś zwróci mi się z nawiązką.

Uparcie zostaję przy swoim, to już prawie drugi miesiąc. Czasem płaczę, ale nie rezygnuję i nie ulegam, ale myśl że uda nam się porozumieć odchodzi na coraz dalszy plan.

Opublikowano praca | Otagowano , , | 20 Komentarzy

Zawalony pracą…

…jestem. Nie wiem w co powinnienem najpierw ręce włożyć, tyle nagle na mnie spadło, tematy się piętrzą a ja zamiast zakasać rękawy od rana do wieczora chodzę ze spotkania na spotkanie albo z jednej telekonferencji na drugą i brakuje mi czasu, żeby zająć się po prostu robotą. W ostatni weekend zrobiłem sobie labę i jak zdroworozsądkowo myślący człowiek wraz z zamknięciem klapy od komputera o 19. w piątek postanowiłem po prostu żyć.

Zemściło się to na mnie zaraz na początku tygodnia ale cóż, albo padnę na zawał, dostanę wylewu czy dopadnie mnie wirus albo będę robił tyle ile mogę. Szkoda mi życia na usprawnianie czyiś procesów i robienie dobrze szefostwu a weekend jest przede wszystkim dla mnie. To takie proste. Kropka.

Dziś jest już czwartek, a ja mam wrażenie że wczoraj był poniedziałek a tu prawie weekend. Znowu wyszedłem z biura z głową wielką jak sklep, więc po powrocie do domu planuję nalać sobie kolacji. Wcale mnie nie przeraża wysyp pracy, ani się nie stresuję, że nie sprostam pokładanym we mnie oczekiwaniom ba bardzo mnie akurat cieszy, że nie daję się otumanić korpogadką. Wciąż współczuję każdemu kto w obecnej sytuacji nie pracuje albo stracił pracę, ale osobiście nie traktuję dodatkowej pracy z wdzięcznością i radością, bo nadmiar i przesyt też nie są dobre.

Opublikowano podróże | Otagowano | 15 Komentarzy

Powinienem

Powiniennem pojechać do Berna i porozmawiać twarzą w twarz, wykonać pierwszy ruch, zainicjować spotkanie a nie załatwić sprawy byle jak przez smsy. Jesteśmy dorośli, kilkanaście lat przyjaźni i bycia razem zobowiązuje, nie tak załatwia się niedomówienia i nieporozumienia.

Powinienem przypomnieć sobie jak bardzo irytowało mnie załatwianie spraw przez SMS. Przecież to zupełny brak kultury dla drugiego człowieka, który jest mi przecież tak bardzo bliski. Brakuje teraz tylko dramy w postaci usunięcia M z grona znajomych na FB i IG.

W końcu to nie jest tylko ktoś tam, jakiś znajomy to mój M i powinienem stanąć ponad, pokazać że mi na nim zależy, że razem możemy znaleźć rozwiązanie. Przecież od niego oczekiwałbym tego samego.

Powinienem nie być zły, w końcu każdy popełnia błędy, jesteśmy ze sobą na dobre i na złe, to nie tak że M wywinął podobny numer pierwszy raz. Jestem po to żeby bez względu na wszystko stanąć w jego obronie, spróbować zrozumieć i wybaczyć. Nie jest się z kimś dla czegoś tylko po mimo czegoś.

Powinienem spróbować postawić się w jego sytuacji, popatrzeć z tej perspektywy na siebie i swoją reakcję, też przecież nie jestem ani święty ani wyrozumiały ani całkiem fair. Ile razy ja zrobiłem albo powiedziałem o jedno słowo za dużo czego później bardzo żałowałem.

Powinienem nie stawić go przed wyborem, rodzina albo ja – co za durny dylemat, na jego miejscu pewnie sam bez zastanowienia wybrałbym rodzinę.

Powinienem chcieć naprawić nasze relacje, uderzyć w wysoki ton, przeprosić, być tym mądrzejszym, chcieć razem rozwiązać problem i nie skupiać się na tym co się wydarzyło tylko patrzeć w przyszłość jak to teraz wszystko poskładać i naprawić.

Powinien kochać M bezwarunkowo, bez obietnicy lepszego jutra.

Powinienem uściskać go przytulić i powiedzieć że wszystko się jakoś ułoży a my obaj wyjdziemy z tego tylko silniejsi i mądrzejsi.

Za kilka tygodni święta. Czas oczekiwania na spotkanie z rodziną, na bliskość i spokój. To nie czas wzmożonego napięcia i niepokoju, otwierania ran i krzywd. Powinienem chcieć wyzbyć się gniewu i odnaleźć się z M przy jednym stole, nawet jeśli mnie skrzywdził.

Powinienem chcieć wybaczyć dla siebie, żeby żyło mi się lepiej, a nie dla M który mnie skrzywdził. On może nawet nie ma świadomości jaki ciężar noszę teraz w sobie. Żal i krzywda obciążają mnie, nie jego.

To co się stało już się nie odstanie, nie mam wyboru jak tylko zaakceptować ten stan rzeczy i spróbować ułożyć sobie relacje z M na nowo. Powinienem chcieć o tym zapomnieć, wszystkie negatywne emocje przede wszystkim od środka niszczą mnie samego.

Powinienem przestać bawić się w sędziego, który wedle własnych wytycznych ocenia osobę, która zachował się w określony sposób. Powinien przypomnieć sobie własne słowa – każdy ma swój własny, indywidualny model świata. Ludzie dokonują najlepszych dla siebie w danej chwili wyborów. Ludzkie zachowania ma zawsze pozytywną intencję, niekoniecznie dla mnie, ale dla nich drugiej strony z pewnością tak.

Powinien przestać oczekiwać od M bycia idealnym, czasami będzie popełnić błędy a moją rolą jest mu wybaczać. Skoro już tak zrobił, to widocznie tego potrzebował. Nawet jeśli popełnił błąd, być może potrzebował takiego błędu aby zrozumieć coś ważnego.

Może powinienem zastanowić się nad motywami M i zrozumieć co nim kierowało. Może dopiero wtedy bede mógł zaakceptować taki stan rzeczy odkładając na bok swoje własne oczekiwania. Możesz wtedy zrozumiem, że tak naprawdę nie ma nic do wybaczania, bo nie ma nawet winnego. Wina nie istnieje – jest tylko sztucznym tworem stworzonym przez mój umysł, który wierzy w dualistyczne pojęcie dobra i zła.

Zdroworozsądkowo i podręcznikowo tak być powinno, ale zupełnie jeszcze tego nie czuję.

Otagowano , | Dodaj komentarz

Nowy ja

Zaczynam od początku.

Pandemia weryfikuje wszystkim priorytety, bez względu czy rozmawiam z przyjaciółmi w Polsce, we Francji, Niemczech, Włoszech, Szwajcarii czy Singapurze obecna sytuacja wpłynęła na życie każdego. Jedni martwią się o pracę, inni że ją stracili i zmuszeni są szukać nowego zajęcia, komuś obcięli pensje, ktoś nie ma na kredyt, ktoś narzeka na prace z domu i zdalne nauczanie dzieci, ktoś na myśl, że musi wstać rano i pójść pracować w szpitalu dostaje ataku paniki.

Mam pracę, dobrą, branża medyczna, u nas nie mówi się o zwolnieniach, wręcz czekamy aż krematoria ruszą pełną parą i będziemy mogli obsługiwać więcej pacjentów. Mam nawet szanse na awans za rok.

Uczę się nowych rzeczy, czasami nadmiar i tematyka mnie przerastają, ale nie czuję presji i bata nad głową, to czego się uczę teraz na pewno zaprocentuje w przyszłości. Robię studia podyplomowe, robię bo chcę i mogę, na dodatek firma chce mi do nich dopłacić.. W lipcu mam nadzieję wpisać sobie w cv MBA po nazwisku i to będzie mój osobisty sukces. Chciałbym mieć cierpliwość i zapał żeby je skończyć.

Myślę, że chciałbym dalej się rozwijać, może faktycznie pomyślę o powrocie do Szwajcarii a może wyjadę gdzieś indziej do pracy, w bardziej egzotyczne miejsce. Za rok zacznę wysyłać papiery zobaczyć jaki jest odzew.

Muszę zacząć oszczędzać, przynajmniej bardziej świadomie patrzeć na co wydaję swoje pieniądze. Kasa to nie cel sam w sobie, ale lepiej ją mieć bo pomaga w życiu, daje swobodę i komfort niemyślenia o przyszłości.

Chciałbym mieć dom, z ogródkiem i dodatkowym pokojem na miejsce do pracy. Nie jest to najważniejsze, ale chciałbym. Marzy mi się rzucenie się w wir urządzania nowego domu, kupowania sprzętu, doboru farb, paneli, tapicerki i frontów, wybierania lamp, mebli, dodatków i stylistyki wnętrz.

Chciałbym żeby obok mnie był M. żebym mógł zabierać go na dalekie wyprawy i pokazywać świat.

Ile z tych planów ziści się w ciągu następnych 12 miesięcy?

9 Komentarzy

Powrót do Szwajcarii…

Ostatnio kilku znajomych zapytało mnie wprost czy nie chciałbym może wrócić do Szwajcarii.

Faktycznie, wysokie zarobki czasem kuszą i wciąż przyciągają każdego, kto poważnie myśli o emigracji. Znam jednak wielu z dochodami powyżej 130 tys dolarów, doceniających wszystkie te piękne krajobrazy za oknem i na wyciagnięcie ręki, ale rozczarowanych codziennym życiem i ogólnie narzekających.

„Piekło to inni ludzie” – ktoś tak kiedyś powiedział. Jest to stwierdzenie prawdopodobnie zbyt mocne, ale dość zgrabnie opisuje stosunek obcokrajowców do mieszkańców Szwajcarii, którzy regularnie plasują się na końcu rankingów pod względem życzliwości dla imigrantów..

Poziom życia, jakość środowiska naturalnego, spokój, możliwości podróżowania, infrastruktura transportowa, stabilność polityczna do tego dochodzi jeszcze fakt, że Szwajcaria jest numerem jeden jeśli chodzi o bezpieczeństwo, gorzej z aklimatyzacją, trudno poczuć się tutaj mile widzianym i zdobyć nowych przyjaciół. Wysoki standard życia wiąże się także z wysokimi kosztami utrzymania, żywności, wynajmu mieszkania, opieki zdrowotnej czy opieki nad dziećmi.

Jak dla mnie Szwajcarzy są bardzo formalni, mało spontaniczni i elastyczni, nawet nieformalne spotkania zwykle planują z dużym wyprzedzeniem i niechętnie je przekładają, w codziennych relacjach łatwo popełnić towarzyskie faux pas. Spóźnianie zwykle traktuje się jako obrazę majestatu przy czym Szwajcar nie będzie bawił się w uprzejmości i zakomunikuje wprost swoje niezadowolenie.

Podczas formalnych spotkań prowadzonych po angielsku zwykle zwracaliśmy się do siebie per ty albo po imieniu, natomiast bardzo dobrze pamiętam sytuacje kiedy na pożegnanie słyszałem „Auf Wiedersehen Herr x” co od razu zapalała mi lampka, że na nieformalne „per ty” zgody nie otrzymałem. Musiałem też pilnować się żeby na maila nie odpisać przypadkiem „Thanks” albo „Will do” bo było to bardzo źle widziane.

Pilnowałem się, aby nie składać nic nie znaczących obietnic. Coś co dla mnie albo przeciętnego Amerykanina jest zwykłą luźną propozycją tutaj odbierane było jako konkretny plan.

Opublikowano praca, Szwajcaria | Otagowano , | 4 Komentarze

Mi ami amore? Si, To ronto.

Nie ma M. Od ponad 5 tygodni nie rozmawiamy ze sobą, nie kontaktujemy się, nie dostaję od niego wiadomości, nie zagląda do mnie na FB ani na IG, nie ogląda moich relacji. Przełamałem się i czasem odsłuchuję stare wiadomości i zwykle zaraz potem zaczynam wyć a z oczu jak groch leją się łzy, Bardzo mi go brak, tęsknie za jego głosem i śmiechem, porannym buon giorno i buona notte amore przed pójściem spać.

Widząc nieznany numer wyświetlający się na komórce reaguje nadzieją że to on, że zaraz usłyszę w słuchawce dobrze znany mi glos. Zastanawiam się, co powiem gdyby zadzwonił, czy glos nie utknąłby mi w gardle.

Miewam lepsze dni. Nawał pracy trzyma mnie w pionie, inaczej chyba zacząłbym pić i wtedy zupełnie bym się rozkleił, słuchając wszystkich smutnych piosenek, którymi się katuję. Wczoraj zapytała mnie o niego K, skomentowała że musi być mu niezmiernie ciężko mieszkać teraz samemu w obcym kraju, bez znajomości języka, nieustannie siedzieć bezczynnie w domu, bez przyjaciół i rodziny, gdzie na zewnątrz szaleje jakiś wirus a on nie może nawet iść normalnie do pracy. Wybuchłem płaczem, gdy odłożyłem słuchawkę, tak bardzo zrobiło mi się go żal.

Nie wierzę w to co się dzieje, tak jakby mnie tu nie było, to takie głupie co robimy. Nie chcę żeby tak to się skończyło, nie chcę żeby odchodził, chcę żeby wrócił, nie chcę zapomnieć o tym wszystkim co mieliśmy i przeżyliśmy wspólnie przez kilkanaście lat.

Mi-ami amore? Si, To-ronto.

Otagowano , | Dodaj komentarz

Ogólnie

Dużo rzeczy zwaliło mi się ostatnio jednocześnie na głowę. Żyjąc w pędzie próbuję złapać perspektywę, w tych niewielu momentach kiedy mam chwilę by się zatrzymać, znajduję moment na głębszą refleksję, by spojrzeć na siebie w lustrze. Widzę starzejącego się 40latka, z piekącym ioczami, lekko papuśnego, lejącego się, opuchniętego, zmęczonego. Z trudem dostrzegam resztki młodzieńczego uroku faceta, który niegdyś robił piorunujące wrażenie, działał jak magnes, chodził jednocześnie na prąd i baterie a teraz parszywieje, blednie, marszczy się i fałduje. Gdyby nie poczucie obowiązku, goniące terminy i nawał pracy pewnie usiadłbym, otworzył butelkę czegoś z procentami, puścił melancholijną muzykę i zapłakał nad swoim losem, próbując zmyć z siebie ciężar tych ostatnich tygodni, ale nie potrafię teraz wykrzesać z siebie żadnych emocji. Pcham dalej przed siebie wózek zwany życiem i myślę jak bohaterka Przeminęło z Wiatrem, że zastanowię się nad tym jutro.

We wtorek obudziłem z mocnym postanowieniem, że sorry ale potrzebuję odpocząć, mam gdzieś, że coś trzeba, że muszę, że mi kazano. Firma nie padnie gdy jednego dnia nie przyjdę do biura. Mój szef nie był zadowolony, kiedy mu oznajmiałem, że planuję wziąć jednodniowy urlop, ale argument że z jego czy bez jego zgody i tak mogę zrobić sobie fajrant, ostatecznie zadziałał.

We wtorek padł mi w domu internet, co w dobie paranoi i możliwości zdalnej pracy urosło do problemu porównywalnego z pustą lodówką w sobotę po 18. Przeczekałem 12 godzin, licząc że może samo się naprawi, po czym nazajutrz punkt 7 zadzwoniłem do Biura Obsługi Klienta zgłosić awarię. Myślałem, że będę czekał 48 godzin na telefon od technika, niepokój potęgowany wiadomością, że w weekend zaczynam swoje studia MBA. No bo właśnie też zostałem zakwalifikowany, tyle tylko, że na razie będą odbywały się w trybie hybrydowym co oznacza potrzebę dobrego, stałego łącza internetowego. I tak na studia się dostałem, internet mi naprawili, rano w środę pojechałem zawieźć rower na zimę do garażu, zrobiłem zakupy na następne sześć tygodni lockdownu, zahaczylem o aptekę i na dodatek udało mi się wszystko załatwić przed 10.30 rano przez co całą środę naprawdę miałem dla siebie.

Opublikowano podróże | 8 Komentarzy

Praca

Praca zaprząta głównie teraz moją głowę. Jestem poddenerwowany, nieszczęśliwy kiedy przychodzi piątek, przestaję być on-line, codzienne obowiązki, zobowiązania oraz lista rzeczy do zrobienia nagle się kończą. Pojawia się stres, lęk i niepewność, bo wiem że wrócę do czterech ścian a wieczorem zza zakamarków, pustych kątów, zaułków szafek i szuflad, zza zamkniętych drzwi, bezszelestnie, powoli, cichaczem zacznie wydostawać się jedna refleksja postępująca w tempie geometrycznym, rozdźwięk między tym co jest a rzeczywistością, bardzo niepożądany stan. Stan zaangażowania z samym sobą. Żyjemy w świecie ciągłego kontaktu, w którym ona stała się niemal sztuką utraconą. Kojarzona jest przez niektórych ze smutnymi, antyspołecznymi ludźmi, którzy żyją w odosobnieniu.

Mam wtedy czas, który mogę wykorzystać do refleksji, wewnętrznego poszukiwania, lepszego zrozumienia siebie, rozwoju czy przyjemności. Nie odnajduję jednak sposobu na cieszenie się ciszą i spokojem, nie czerpię z tego stanu zadowolenia.

W pracy tyle się dzieje, że nie zauważam kiedy poniedziałek zamienia się w piątek. Biorę na siebie dużo i nie odmawiam kiedy prosi się mnie o więcej i to w krótkim terminie. Zakasuję rękawy, maksymalnie się skupiam i ze stoickim spokojem tłumaczę albo biorę się do roboty.

Opublikowano praca | Otagowano | 6 Komentarzy