Alleluja

Rozmowa o pracę w Gdańsku nie poszła mi najlepiej. Dowiedziałem się o sobie, że nie jestem entuzjastyczny odgrywając scenki (nie cierpię scenek i nie jestem aktorem), nie korzystam z pomocy naukowych podczas prezentacji pt. kolorowe flamastry i flipchart (a co to ZPT?), nie mówię bardzo dobrze po angielsku (co ja robiłem 15 lat w amerykańskich korporacjach?). I w momencie jak miałem już pani przerwać i podziękować za ten korporacyjny bełkot – złożono mi ofertę pracy. Alleluja!

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Z wizytą w domu

Rodzice zaprosili nas na niedzielę do domu na wspólne śniadanie. Trochę się bałem tej wizyty, bo zachowanie mojej rodzicielki bywa mocno nieprzewidywalne, dlatego by chronić M. założyłem, że przemęczymy się w swoim towarzystwie góra dwie godziny, o 11 będziemy wolni i będziemy mieli odfajkowaną i wizytę i bonusowo dobry uczynek.

Znowu źle oceniłem intencje mojej mamy. Było super, słodko pierdząco że zostaliśmy ponad 4 godziny i za nic nie chciało się nam stamtąd wychodzić. Mamuśka przygotowała śniadanie na wypasie, takie że Sofitel ze swoim mocno promowanym magnifique breakfast się chowa: jajka, kilka rodzajów serów i wędlin, parówki na gorąco, sałatkę jarzynową, buraczki z chrzanem, ogórki, pomidory, oliwki, dżemy i konfitury, kilka rodzajów pieczywa, świeżych soków, nawet osobne dzbanki z kawą i herbatą! Na drogę M. dostał jeszcze do spróbowania prawdziwie polskiego ogórka kiszonego oraz kapustę kiszoną, która w ilości półtora kilograma wiózł potem do Szwajcarii, bo tak mu smakowała. W ogóle podczas tego pobytu w Polsce M. prawdziwie rozkochał się w polskich produktach, że do domu wracaliśmy z torbą wypełniona po brzegi słoniną, smalcem, twarogami, musztardą, marynowanymi grzybkami, kabanosami i szynką.
Z ręką na sercu muszę przyznać, że było miło i bez dąsów, fochów, dziwnych spojrzeń czy komentarzy. Nie omieszkałem jej za to później podziękować, bo naprawdę się postarała.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Uciekam z Sopotu

Zaczyna mnie to lekko wkurzać. Ktoś patrząc na mnie z boku pomyślałby że grymaszę, czepiam się albo strzelam fochy, ale ostatnio nie mam szczęścia do rozmów kwalifikacyjnych. Umówione spotkania w ostatniej chwili są odwoływane, w biurze nikt na mnie nie czeka, oczekiwania wobec doświadczenia kandydata okazują się skrajnie inne niż te w opisie stanowiska, HR odstawiają szopki, że nóż się człowiekowi sam otwiera w kieszeni. We wtorek było kolejne z serii kiepskich, na podstawie trwającego 5 minut zadania polegającego na napisaniu maila wyszło mi, że nie mówię po angielsku. Ręce człowiekowi odpadają jak słyszy o sobie takie bzdury.

Nie mialem ochoty zostawać tam ani sekundy dłużej, dlatego jeszcze tego samego dnia poleciałem z Gdańska do Warszawy. Dawno nie widziałem chłopaków z Radissona więc akurat dobrze się złożyło, bo miałem nieodpartą chęć zbombienia się tego wieczoru. Nie myślałem jak bardzo będzie mi brakowało tych odwiedzin w stolicy i wszyskich zaprzyjaźnionych barów, restauracji czy hoteli. Przez niemal dekadę trochę się tego wszystkiego nazbierało. Przez ostatnie kilkanaście miesięcy prowadziłem prawie niezmieniony styl życia, całkiem swobodnie spełniałem wszelkie wyjazdowe, kulinarne i zakupowe zachcianki, ale to już naprawdę ostatnie podboje lekkoducha i birbanta.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Na hotelowym balkonie w Sopocie

Sopockie molo kojarzy mi się ze smakiem oranżady z dzieciństwa. Pamietam gdy tato zabrał mnie na kilkudniową wycieczkę autokarową do Gdańska Sopotu i Kartuz. Któregoś popołudnia wylądowaliśmy na molo w Sopocie, mieliśmy przerwę w zwiedzaniu i tato kupił mi butelkę oranżady. Było gorąco i bardzo słonecznie, na niebie nie było nawet jednej chmurki. Do tej pory pamietam niesamowicie orzeźwiajacy smak tamtej oranżady, jakby zrobiona była z jakiegoś specjalnego gatunku wody. Siedzieliśmy sobie w jakiejś knajpce przy molo i zazdrością patrzyłem na majestatyczny Hotel Grand.

Ja i M. leżymy na wygodnych leżakach w plażowej kafejce sącząc przez rurkę aperol spritz i łapiąc ostatnie dni lata. Wcześniej jakiś nieznajomy mężczyzna z obsługi Sheratona chciał wcisnąć nam leżaki w superatrakcyjnej cenie 100 złotych, ale grzecznie mu podziękowaliśmy. M. pstryka mi zdjęcia, na których wyglądam jak skupiony prezes, robiący przegląd codziennej prasy. Mam je do tej pory na pulpicie komputera i lubię do nich czasem wracać. Stwierdziła, że doskonale komponuję się z Grand Hotelem w tle. Śmiejemy się, że to miejsce dla starych ramoli.

Na molo zabrałem mojego M. kiedy z okazji moich urodzin spędzaliśmy w Trójmieście lipcowy długi weekend. Opalaliśmy się leżąc rozwaleni na długich, białych, drewnianych ławkach na końcu molo i zastanawialiśmy się, czy nie dałoby się tutaj wynająć kiedyś jakiejś łódki i popływać na pełnym morzu. M. spodobał się hotel który widział w oddali. Zaproponował byśmy kiedyś spędzili w nim weekend.

Weekend z rodzicami. W drodze na Hel zatrzymali się na kilka dni w Sopocie. Wynająłem dla nich olbrzymi apartament w Sheratonie z widokiem na morze a potem widziałem z jaką nostalgią patrzyli w stronę Hotelu Grand.

Dziś przyleciałem tutaj na interview. Stoję sobie elegancki, pod krawatem, na balkonie pokoju 315 z widokiem na morze i zaczyna docierać do mnie cała niesamowita magia tego miejsca, dziesiątki wspomnień, koncertów, festiwalów, rautów, powracają niegdyś usłyszane anegdoty, lata historii, dawni goście i melodie starych dawno niesłyszalnych piosenek. Jakbym oglądał stary film o dawnych bohaterach, którzy już odeszli, film o czasie który był. Szum morza jest taki sam, kojący i krzyczące na niebie mewy – nie przeszkadza mi nawet, że trochę zaczęło mżyć.

Opublikowano podróże | Otagowano | Dodaj komentarz

Wykrwawiam się

Pani w RAV coraz bardziej wydaje się zaniepokojona moją sytuacją, nie wprowadzam jej jednak szczegółowo we wszystkie swoje plany ani zawirowania życiowe tudzież oszczędnie gospodaruję prawdą. Ta sytuacja i tak nie utrzyma się długo, za kilka miesięcy będę zmuszony wrócić do Polski i zacząć życie od nowa. Mam z tego powodu coraz większego doła i sporadycznie zdarzają mi się nieznane mi dotąd ataki paniki, płaczu i poczucia bezsilności. Czuję jakbym dosięgał swojego dna, choć o prawdziwym dnie nie może być przecież mowy. Rodzice mi nie pomagają, ostatnio usłyszałem, że jeśli miałbym wrócić do Polski, to wszędzie tylko nie do Wrocławia, bo śmiano by się ze mnie, to byłby wstyd, że ja, taki człowiek sukcesu wracam z podkulonym ogonem na stare śmieci i muszę zaczynać wszystko od początku. W głowie mi zahuczało, gdy usłyszałem te słowa to z ust własnej matki, ale ona nigdy przecież nie przebierała w słowach.

Przyjaciele głównie mnie irytują – swoimi ciągłymi pytaniami o to co dalej zamierzam robić, albo zapewnieniami, żebym się nie martwił, że wszystko się ułoży, od słuchania tego robi mi się niedobrze.

M. wspiera mnie najlepiej jak potrafi, ale wydaje mi się, że on także zaczyna rozumieć, że nieuchronny koniec jest blisko a my nadal nie mamy planu awaryjnego jak wyjść z tego impasu. Rozumiem jego argumenty i nie mogę wymagać, żeby ponosił konsekwencje moich decyzji. Kochamy się, ale wcale nie oznacza, że obaj musimy skakać za sobą w przepaść. Szczerze nienawidzę zachowania jego rodziny, jego brata najchętniej palnąłbym w łeb i kazał wziąć się do pracy jemu i jego leniwej żonie. Na miejscu M. nie oddałbym rodzinie 1/4 swoich rocznych zarobków tylko dlatego, że płaczą mi do telefonu, że mają długi. Za kilka miesięcy sytuacja bardzo się zmieni, wtedy może się okazać, że zostanie sam, bez oszczędności, a ja będę daleko, sam potrzebując finansowego wsparcia. Z takim podejściem jego własna rodzina pociągnie go na dno.

Jestem zły na siebie, bo ewidentnie się przeliczyłem i przekombinowałem. Zawodowo znalazłem się w martwym punkcie, wszystkie plany wzięły w łeb, proroctwa się nie sprawdziły, przemyślane kalkulacje okazały się nietrafione a pewność siebie umarła śmiercią naturalną. Znalazłem się w zawodowej czarnej dupie i gdyby nie ubezpieczenie pewnie bym ze sobą skończył. Mam wrażenie że wiszę nad przepaścią, lada moment urwie się przytrzymująca mnie gałąź i runę w dół. Mój związek z M. się wykrwawia i jeśli szybko nie znajdziemy wspólnie jakiegoś rozwiązania, to za rok nie będzie nawet co zbierać z naszego małżeństwa. Nigdy nie myślałem, że może dojść do takiej sytuacji w moim życiu, wydawało mi się, że jestem zbyt ogarnięty i rozsądny, żeby do tego dopuścić, przecież potrafię dobrze planować, mam znajomości, jestem bardzo lubiany, więc nic takiego nie może mi się przydarzyć. Próbuję patrzeć na swoją sytuację z dystansu i wcale nie szukam dla siebie usprawiedliwienia, szczerze przyznaję, że ponoszę tylko konsekwencje swoich wszystkich wcześniejszych decyzji. Próbuję czasem pocieszać się w myślach. Problemy – kto ich nie ma, ja to z przeproszeniem nie mam żadnych.

Opublikowano emigracja | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Weekendowy wypad nad morze

Razem z B. udało nam się jeszcze w tym roku polecić do Nicei. B. jest bardzo wdzięczną towarzyszką podróży, o czym mogłem przekonać się na własnej skórze podczas wspólnych wyjazdów do Mediolanu i Wiednia. Nasze patologie dobrały się wprost fantastycznie.
Jak tylko udało nam się kupić tanio bilety na samolot, od razu zacząłem z niecierpliwością odliczać dni do wyjazdu.
Tym razem nie było szampana w pociągu o 6 rano, ale za to było prosecco w loungu na lotnisku w Zurichu. Ambitnie zaplanowaliśmy sobie pojechać jeszcze przed południem do St Paul de Vence, ale jak zobaczyliśmy nasz pokój i taras z widokiem na morze, poczuliśmy mocniej słońce na cudownie lazurowym niebie, to nie było już szans byśmy przegapili okazję na choćby odrobinę błogiego relaksu i lenistwa.
Słońce trochę spiekło mi czoło, nos i policzki, choć w moim mniemaniu dodało to mojej cerze tylko zdrowego koloru.

Ubrałem się na ten wyjazd trochę jak fircyk, bo nie wziąłem ze sobą niczego z dłuższym rękawem. Po południu, gdy słońce skryło się już za horyzontem, temperatura drastycznie spadła i zrobiło się nieprzyjemnie. Dygotałem z zimna jak w febrze czekając na ten przeklęty autobus, który nie nadjeżdżał.
Autobusy komunikacji miejskiej w Nicei pozostawiają wiele do życzenia. Podróż do St Paul zajęła nam prawie dwie godziny, bo nie przyjechał żaden z 2 autobusów, które według rozkładu powinny kursować średnio co pół godziny. Makabrą był powrót, staliśmy na przystanku ponad 90 minut i gdy prawie z zaczęliśmy organizować sobie alternatywny powrót do Nicei Uberem, zdarzył się cud. Nadjechał! Niestety na w pół pełny. Z czasem zapanował tam ścisk nie do opisania, całą podróż spędziłem stojąc na jednej nodze. Gdy w połowie trasy kierowca poprosił kilku pasażerów, żeby opuścili pojazd i udzielili pierwszeństwa dwóm kobietom z wózkami (i prosząc by ci poczekali na następny autobus) pokazałem mu w myślach fuck off. Nie po to stałem prawie 2 godziny na dworze, trzęsąc się jak galareta, żeby teraz oddawać swoje miejsce jakimś pingwinom. Gdyby jeździli zgodnie z rozkładem nie byłoby takiej szopki.

Gdy wreszcie umęczeni dotarliśmy do naszego hotelu skierowaliśmy się czym prędzej do… hotelowego baru na kilka kolejek kolorowych, rozgrzewających krew koktajli.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 2 Komentarze

Ostatanie 24 godziny w Bangkoku

Bangkok to miasto kontrastów, tętniące życiem na każdym kroku: rewelacyjne i błyszczące świątynie, głośne tuk-tuki wzdłuż gwarnych, zatłoczonych ulic, wszędzie luksusowe centra handlowe, morze butików i targowisk. Największą atrakcję stanowi tu dla mnie jedzenie: od lokalnych potraw serwowanych na skromnych ulicznych straganach, po haute cuisine w romantycznych restauracjach na dachu wysokościowców.
W Tajlandii istnieją trzy rodzaje kuchni: szlachetna, uliczna i biedna. Szlachetna kuchnia ma kilka tysięcy przepisów, ale jeśli ktoś chce poznać prawdziwą kuchnię tajską, wybierze uliczną. Bangkok to najlepsze miejsce, by cieszyć się jedzeniem i … nocnym życiem.

Absolutnie uwielbiam taki styl podróżowania, bez pośpiechu, gdy nie jest się ograniczonym czasem, budżetem ani ścisłym planem podróży, można zasmakować wtedy niemal prawdziwie koczowniczego stylu życia. Podróżując w ten sposób po świecie czuję, że jakaś niesamowita przygoda może czaić się tuż za rogiem …

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Luang Prabang

Wodospady Kuang Si okazały się bardzo malowniczym miejscem, wziąłem ze sobą ręcznik, strój kąpielowy i klapki i tak jak wielu innych śmiałków skorzystałem z okazji by tam popływać. Kiedy wydawało mi się, że oto widziałem całe piękno wodospadu Kuang Si, ten udowodnił mi, że byłem w błędzie. Bo myliłby się ten, który uważa, że wodospad, to raptem kilka stopni wodnych. Tu jest ich wiele, jeden nad drugim w kilkudziesięciometrowej odległości jeden od drugiego. Idzie się tam malowniczą ścieżką pośród wysokich drzew opiętych powojami. Spływająca z góry woda jest w kilku kolorach w zależności od tego, jak padają na nią promienie słoneczne. Przez większość czasu woda ma kolor turkusowy, by za chwilę przybrać odcień niebieski, który wspaniale komponuje się z zielenią porastających brzegi bambusów i drzew, których nazw nawet nie znam. Poszliśmy wyżej, by zobaczyć więcej. Tam kaskady są bardziej widoczne, tym razem to nie pojedynczy próg wodny, lecz nachodzące na siebie kilka stopni. Woda spływa z jednego na drugi, rozbryzguje się kipiącą bielą, odcinającą się od pasa zieleni. Dookoła pełno turystów, grupka niemieckich geriatryków o siwych głowach i z brzuchami wystającymi spod pasa spodni podziwia ten cud natury i drze mordy tak głośno, że musiałem od nich uciec. Im wyżej, tym większe kaskady i tym piękniej, by na samym końcu osiągnąć kulminację piękna. Oto nagle zza drzew wyłania się wysoka skała z której rozbijając się o umieszczone niżej skały, spływa kaskada wody. Tu władze parku narodowego postawiły drewniany most, z którego można robić zdjęcia oraz podziwiać huczący obok wodospad. I nie dziwota, że wszyscy zatrzymują się na dłużej, opierają o barierki i w ciszy kontemplują piękno spadającej wody. Wszyscy, prócz Niemców, których mam ochotę zepchnąć w przepaść. Bo nawet huk spadającej z wysokości kilkudziesięciu metrów kaskady wody nie jest wstanie zagłuszyć ich wrzasków. Dopiero jak zanurzyłem się w wodzie poczułem czystą przyjemność przebywania w tym miejscu.

Gdy wróciliśmy do samochodu nasz kierowca pan Thai podał mi patyk na którym nadzianych było 12 świeżo co usmażonych świerszczy. Wziąłem przysmak bez krępacji, w przydrożnej budce kupiłem sobie popitkę – sok ze świeżo wyciskanych egzotycznych owoców – i pomodliłem się w myślach żeby się nie skompromitować i nagle się nie zrzygać. Thai pokazał mi jak obrać owada, oberwałem mu nóżki i głowę po czym resztę włożyłem do ust. Chrupało i strzelało mi trochę między zębami, ale było zjadliwe i wcale nie niesmaczne.

Rozochocony smakowaniem świerszczy, poprosiłem przewodnika o skombinowanie mi na rano baluta czyli embrionu kaczego, na co ten tylko się uśmiechnął, khai luk bo tak nazywa się to danie w Laosie jest tutaj ogólnie dostępne. Balut stanowi danie nabiałowo (jajeczno)-mięsne i ma postać gotowanego jajka kaczego, wewnątrz którego znajduje się w pełni uformowany zarodek ptaka, którego spożywa się w całości – wraz z kośćmi, dziobem, główką itd.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 4 Komentarze

Luang Prabang

Laotańskie delikatesy … Podobnie jak wielu ludzi na Zachodzie, czuję się dziwnie na myśl o jedzeniu robaków. A jedzenie owadów jest częstsze niż myślałem. Nieznane mi produkty spożywcze zawierające te małe stworzenia stanowią w Laosie zdrową i zrównoważoną alternatywą dla białka zwierzęcego. Świerszcze i inne owady nie tylko dobrze smakują, ale są doskonałe dla ludzi. Świerszcze mają subtelny smak, który niektórzy określają jako orzechowy, a nawet smakujący jak popcorn. Postanowiłem inaczej spojrzeć na owady i zjeść ich pyszne, trochę chrupiące ciała i cieszyć się wszystkimi ich dobrami, tak jak robi to reszta świata.
Rano przy okazji zwiedzania jaskini Pak Ou zauważyłem kobietę z lokalnej wioski sprzedającą w plastikowych butelkach żywe świerszcze. Zaciekawiony zapytałem swojego przewodnika czy próbował tego smakołyku – pokiwał głową twierdząco. Nieśmiało zapytałem czy zna jakieś miejsce gdzie mógłbym skosztować tego specjału? Uśmiechnął się i zaproponował byśmy kupili kilka butelek a w drodze do wodospadów Kuang Si postara się gdzieś je dla nas usmażyć. Cena była śmieszna, dlatego ochoczo przystałem na ten pomysł.

Dwugodzinna podróż łodzią motorową wzdłuż Mekongu okazała się bardzo przyjemna przejażdżką zwłaszcza, że już od bardzo wczesnych godzin porannych zaczęło mocniej przypiekać słońce. Leżąc wygodnie na długiej, drewnianej ławce, wyłożonej miękkim i wygodnym materacem, czując przyjemny ciepły wiatr rozchodzący się po całym ciele, patrzyłem leniwie w stronę linii brzegu i mijanych miejsc, wsłuchując się jedynie w warkot silnika nawet nie wiem kiedy przysnąłem. Do przystani dopłynęliśmy jako pierwsi, ucieszyłem się bo zdążyliśmy przed całą rzeszą turystów zalewających to miejsce każdego poranka. Zespól jaskiń ulokowany jest dość wysoko nad korytem rzeki, dlatego konieczne było wspinanie się po schodach. Miejsce zdecydowanie dla miłośników miejsc sakralnych, jaskinie robią wrażenie, ale poza tysiącami figurek Buddy wykonanych z różnych materiałów ktoś mógłby stwierdzić nic ciekawego. Mnie się bardzo podobało, bo potrzebowałem takiego dnia relaksu. Godzinka cudownego relaksu wśród zieleni i wapiennych skał wokół, przebija samą wizytę w jaskiniach.
Po drodze dodatkowy przystanek – wizyta w whisky village. Napitki alkoholowe, które spróbowałem i zakupiłem były słodkie i procentowo zbliżone do silniejszych win – całkiem smaczne. Nie odstraszał mnie ani dziwny różowawy kolor przypominający denaturat ani whisky w wężem czy skorpionem. Niestety ryżowa whiskey ma bardzo intensywny smak, którego nie niweluje ani limonka, ani mięta ani nawet cola cola. Kilka butelek alkoholu z zanurzoną w środku kobrą zabrałem ze sobą do Szwajcarii, zupełnie nie zdając sobie sprawy że przewożenie takich souvenirów przez granicę jest przecież nielegalne. Palicho że butelka nie miała żadnej etykiety ani znaków akcyzy, w środku, poza ziołami i brązową cieczą, znajdował się zakonserwowany wąż, z gatunków objętych ochroną.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Vientiane – Luang Prabang

W Luang Prabang powiedziano mi, że będzie chłodniej, bo niby z dala od morza, w górach itp. Nie żebym nie spodziewał się wysokich temperatur w Laosie, ale to co mnie zastało lekko mnie przerosło. W dodatku w samochodzie nie działała sprawnie klimatyzacja wiec podróżowanie autem było raczej udręką. W restauracji Tamarind gdzie zatrzymałem się na lunch posadzili mnie przy stoliku na tarasie, całkiem zgrabnym tudzież ładniutkim tyle że w pełnym słońcu żebym się prażył jak orzeszek, a jak przynieśli mi gorący talerz zupy bambusowej to choć smacznie wyglądała, na jej widok mnie odrzuciło. To jakby grochówkę wcinać na plaży w Ustce w 40 stopniowym upale. Czułem jak
kropelki potu zalewają mi cztery litery. Za to kiełbaska Luang Prabang, jeow bong, khai pene i kurczak w trawie cytrynowej po prostu palce lizać!
Przy okazji wylałem w siebie całą butlę Beerlao i podirytowanie samo minęło, przeszedłem w stan błogiego zadowolenia. A gdy na koniec wylądował przede mną okazały talerz egzotycznych owoców i laotańska kawa odechciało mi się dalszego zwiedzania choć dopiero co tutaj przyjechałem.

Górując nad centrum miasta, wzgórze Phousi wyróżnia się charakterystyczną sylwetką na tle panoramy Luang Prabang. wzniesienie jest popularne i znane jako miejsce, w którym można podziwiać wschody i zachody słońca nad rzeką Mekong. Ze szczytu roznosi się malowniczy widok na miasto i liczne świątynie. Nim się tam jednak dotrze trzeba pokonać najpierw 328 stopni schodów co jednak nikogo nie odstrasza. Jedyne co, to że przy wielkim upale na górę dociera się bardzo spoconym…

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz