Niczym królowa w ulu

Atmosfera staje się coraz cięższa. Matka całymi dniami praktycznie przykuta jest do kanapy, z ostentacyjnie rozłożoną noga w gipsie, otoczona – metaforycznie mówiąc – artystycznym nieładem… Dookoła walają się niedbale porozrzucane różnego rodzaju przedmioty, których w każdej chwili mogłaby potrzebować: telefony, leki, jakieś książki, gazety, kule, wypis ze szpitala, program telewizyjny i pilot od telewizora – wszystko na wyciągnięcie reki. Takie jej osobiste centrum dowodzenia skąd wydaje polecenia i komendy, bo niestety rzadko towarzyszy temu słowo proszę. Brzmienie jej głosu jest nieznośne i opryskliwe, szorstkie i takie władcze. Staram się być cierpliwy i wyrozumiały, za każdym razem delikatnie przywracając ją do pionu i wyjaśniając subtelną różnicę między słowami pomoc a wyręczanie się kimś. Niemniej jednak kilka razy musiałem zdusić w sobie urazę i chęć odpowiedzenia jej w podobnym tonie.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że cały ten swój negatywny ładunek emocjonalny (świadomie lub nie) przekazuje babci, która potrzebuje dużo ciepła, życzliwości i pewnie jakiejś terapii jeśli jej stan ma się nie pogorszyć. Niestety babcia głównie może liczyć na krzyki, pretensje i niezadowolenie, stąd więc jak cień tylko snuje się z kąta w kąt i coraz bardziej gaśnie w oczach. Nie trzeba być lekarzem, żeby zauważyć że w bardzo zwolnionym tempie wypowiada swoje myśli. Matka odbiera jej zachowanie jako przejaw złośliwości, lekceważenia buntu i braku chęci rozmowy. Nieustannie ją pogania, okazuje złość i niezadowolenie co w konsekwencji prowadzi do niepotrzebnych konfliktów. Babcia fiksuje, nie śpi, ma zjawy, wygaduje i robi niestworzone rzeczy.

Początkowo ambitnie próbowałem trochę załagodzić całą sytuację, ale dość szybko skapitulowałem, bo nie zmienię 61 letniej kobiety. Dlatego odpuściłem i usunąłem się daleko daleko od huśtawek nastroju, przykrych komentarzy, słownego gradobicia i durnych pomysłów od których człowiekowi otwiera się nóż w kieszeni. Jak na ironię zawsze była taka rozsądna i wyważona, ale teraz wychodzi z niej wszystko co najgorsze i podłe, jest opryskliwa, arogancka, bezlitosna i okrutna. Obawiam się że to dopiero początek możliwości jej charakteru i w przyszłości będziemy jeszcze mieli z nią niemały problem.

Matka od nikogo nie chce słyszeć o jakiejkolwiek pomocy, warczy i nie daje sobie nic powiedzieć, wszyscy którzy próbowali wyciągnąć pomocną dłoń zostali zbesztani i odeszli z niczym, summa summarum odechciewa się człowiekowi cokolwiek proponować w obawie przed słowną chłostą. Wszyscy chodzimy podenerwowani i nabuzowani, każdy nosi w sobie pretensje i niezadowolenie, które nie mają ujścia. Nie dałbym rady wytrzymać długo w takiej atmosferze, a jestem tam przecież tylko przez parę godzin dziennie, współczuję ojcu żyć w tym wariatkowie. Starość jest straszna – mam nadzieję że nie dożyję wieku kiedy przestanę być samodzielny i będę potrzebował czyjejś pomocy.

Pobyt we Wrocławiu nie należał do najprzyjemniejszych, spotkałem się z kilkoma znajomymi, odwiedziłem parę ulubionych miejsc, ale w sobotę przed odlotem odetchnąłem z nieukrywaną ulgą, że rano już mnie tutaj nie będzie i nie będę musiał dalej uczestniczyć w tej rodzinnej szopce.

Otagowano | Dodaj komentarz

Z serii ciekawych i niezapomnianych interview

W tygodniu przed wylotem do Malezji znalazłem ogłoszenie o pracy w Düsseldorfie. Stanowisko brzmiało całkiem sensownie, profil kandydata wypisz wymaluj cały ja, na dodatek gigant telekomunikacyjny, olbrzymia międzynarodowa firma, z obietnicą ciekawych wyjazdów – jedyne ale to, że był to chińczyk, więc mogłoby mi być nie po drodze z ich kulturą pracy. Postanowiłem się jednak za wczasu nie uprzedzać i wysłałem swoje cv. Wróciłem właśnie z imprezy z Blueboy gdy zadzwoniła komórka, miła pani z typowo chińskim imieniem Yiting opowiedziała mi po krótce o stanowisku, zadała kilka pytań, zanotowała oczekiwania finansowe i ustaliliśmy, że jeśli klient będzie zainteresowany zorganizuje dla mnie videokonferencję. Na wynik pierwszej rozmowy nie musiałem długo czekać, w poniedziałek dzwoniła już, żeby potwierdzić moją dostępność. Na początku łudziłem się, że rozmowę przeprowadzimy przez skype’a, ale okazało się, że „Make it possible” ma swoje biuro w Bernie i zapraszają mnie do siebie.
Imponujący szklany biurowiec w sąsiedztwie HP, banku i paru innych mniejszych firm, na pierwszy rzut oka typowo korporacyjny standard: recepcja, przepustki, open space, laptopy, tu i ówdzie salki konferencyjne wszystko oczywiście sygnowane logo marki.
Moja przyszła manager w średnim wieku, ok 40 lat, z dłuższymi ciemnymi włosami, elegancka w stylu chińskim, powiedziałbym że wyglądała schludnie i nijako, trudno było mi wyczuć emocje, bo mówiła po angielsku w ten sam jednostajnie bezbarwny sposób, zero emocji.
Słyszałem, że u Chińczyków pracuje się dużo i długo, ale praca od 9 do 18, 2-3 godziny dodatkowo każdego dnia i na dodatek za darmo trochę ostudziły mój zapał, brak możliwości pracy z domu, choćby wieczornej telekonferencji z zacisza własnej sofy – wszystko musiało odbywać się w biurze, nawet laptopa nie pozwalali wynosić do domu. Nie wyglądało to kolorowo. Chcieli żebym zaczął za nie całe 2 tygodnie, ale nie zgodzili się pomóc znaleźć mieszkania czy choćby jakiejś agencji na pierwszy miesiąc. Wspaniałomyślnie potwierdzili najgorsze przypuszczenia, że work-life balance mogłem uskutecznić od piątku do poniedziałku od 21 do 9.
W kółko pytali tylko ile byłbym wstanie dla nich zaoszczędzić, bo mają bardzo wyśrubowane targety, choć sami nie wiedzą jakich używają systemów i aplikacji, kto zarządza polityką, czy planują wdrożyć dostępne na rynku technologiczne rozwiązania, jedyne co chcieli usłyszeć to deklaracje, że pomogę zaoszczędzić im miliony.
Na drugi dzień rano dzwonili, już z zaproszeniem na ostateczną rozmowę w Düsseldorfie.

Odmówiłem. Okazało się, że nie ja pierwszy, przede mną aplikowało już kilku podobnych śmiałków. Żółte, kulturowo upośledzone debile próbują zrobić w Niemczech drugie Chiny i dziwią się, że nikt nie chce u nich pracować.

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz

Kalejdoskop

Trochę pechowo zaczął się ten rok…
Z pracą posucha – przeszedłem dwie wieloetapowe rekrutacje, w obu dotarłem do finału i w każdym przypadku okazałem się tym „drugim” najlepszym. Nie mam sobie nic do zarzucenia, bo sumiennie przygotowywałem się do wszystkich rozmów, a przegrałem bo, nie chcę sprzedać się tanio. Stawiam mocno wyśrubowane warunki finansowe i jestem tego świadom, że może nie być łatwo, ale kto nie ryzykuje ten nie ma.
Na początku stycznia M. utknął na lotnisku we Włoszech. Poleciał na 2 dni do domu na urodziny siostrzenicy, gorliwie przedtem namawiając mnie żebym mu towarzyszył. Z dwudniowego wyjazdu zrobił się pięcio, bo niespodziewanie spadł śnieg, który sparaliżował życie w całych południowych Włoszech, zamknięto wszystkie lotniska, szkoły, wiele sklepów, na ulicach brakowało pługów a w domach ogrzewania, którego nigdy się tutaj nie instalowało. M. codziennie jeździł na lotnisko w Brindisi licząc na to, że może tego dnia wyleci do Zurychu i przez 2 dni neokrągło wracał z kwitkiem. Klął przy tym jak szewc, bo codziennie od rana musiał stać w korku na autostradzie, oddawać auto do wypożyczalni, na nowo je wypożyczać, by w potężnym korku, na śliskiej nawierzchni, bez zimowych opon przedzierać się mało przejezdną autostradą, bo inaczej nie dostałby się do rodzinnego domu. Pierwszego dnia nie zapomnę nigdy, bo mieliśmy ze sobą gorącą linię, na bieżąco informowałem go czy wyleciał samolot z Zurychu, dzwoniłem po wszystkich centrach obsługi Swissa próbując dowiedzieć się kiedy najprawdopodobniej będzie mógł wrócić do Szwajcarii.

Moja matka zemdlała i złamała nogę. Narobiła tym wszystkim strachu, na pogotowiu wsadzili ją w gips i pewnie poczułaby się już lepiej gdyby na kontrolę do ortopedy nie poszła z cycami wywalonymi na mróz – wieczorem dostała dzikiej gorączki, bólu zatok, straciła apetyt i z dnia na dzień dosłownie zaczęła niknąć nam w oczach. Powinna była pójść do neurologa, zrobić sobie badania, ale ona niczym samozwańcza doktor z Leśnej Góry, żyjąca serialami o lekarzach, postanowiła nie słuchać nikogo i leczyć się sama nie szczędząc nam wszystkim przy tym iście teatralnych przeżyć. Skutek był taki, że ojciec musiał w końcu znowu zadzwonić po karetkę, ale nawet wtedy cierpiąca z bólu i przelewająca się przez ramię nie przestawała być sobą: lekarze pogotowia mogli wynosić ją tylko po zmroku, kiedy na dworze było już ciemno, tak żeby sąsiedzi nie widzieli, musiała mieć nałożony make-up, umyte włosy i zrobione pazurki, ojciec pod jej dyktando pakował najpotrzebniejsze i najwłaściwsze jej zdaniem części garderoby i dopiero wtedy dała hospitalizować. W ostatniej chwili prawie się wyłamała gdy lekarz pogotowia, napomknął, że może spać na korytarzu… Publiczne szpitale w Polsce rzadko przypominają te z Leśnej Góry, o pojedynczych pokojach z łazienką raczej się nie słyszy i nie wiem kogo ona postawiła tam do pionu, ale na miejscu dostała dwójkę tylko dla siebie.
Przez pierwsze dwa tygodnie od wypadku nie chciała zrobić sobie badań, nieustannie przekładała wizytę u neurologa, znajdując różne wymówki, bo ona sama wie lepiej co jej jest. Dopiero w szpitalu zrobili jej rezonans i prześwietlenie głowy, ale nic nie znaleźli tzn. nic prócz – o dziwo – mózgu.
Na weekend byłem akurat w Warszawie, zostałem dwa dni dłużej i w niedzielę poleciałem na cały dzień do Wrocławia na własne oczy przekonać się do czego zdolna jest moja matka. To dopiero pierwsza tak poważna sytuacja kiedy to ona potrzebuje naszej pomocy i po tym co przeżyliśmy, boję się pomyśleć jak trudno będzie z nią wytrzymać w przyszłości.

Jak się wali to się wali już wszystko. Babcia też wylądowała w szpitalu, niemal całkowicie przestała słyszeć, nie ma z nią prawie kontaktu, z dnia na dzień przestała rozpoznawać członków rodziny. Przeleżała w szpitalu Lubiniu 3 dni po czym matka kazała przywieźć ją do nas do domu do Wrocławia, bo u siebie w mieszkaniu gotowała mleko na patelni, w oczy wlała sobie oliwkę dla dzieci przez co podrażniła sobie narząd wzroku i ogólnie zrobiła się niebezpieczna dla samej siebie. Ojciec mało nie wyszedł z siebie i nie stanął obok jak usłyszał, że przez najbliższe kilka tygodni będzie miał pod opieką cudowny duet – żonę i teściową.
Matka wtrąca się teraz we wszystko co dotyczy leczenia jej matki, telefonicznie i whatsupowo wydaje rozkazy, zdalnie kieruje opieką nad nią, rzuca komendy i wydaje dekrety, ustawia jej nawet leki, a najgorsze jest chyba to, że w ogóle nie daje sobie nic powiedzieć, bo uważa się za specjalistką od wszystkiego. Powoli mamy wszyscy dość całej tej szopki, sytuacja nas eykańcza, ojciec jest jak tykająca bomba. Ja i mój brat i tak mamy przy tym farta, ja – bo mieszkam daleko a on, że poleciał na 3 tygodnie służbowo do Palo Alto.

Nie wyobrażam sobie jak długo to jeszcze wszystko potrwa, ale wiem jedno, że gdyby ode mnie to zależało byłbym bardziej radykalny.

Otagowano | Dodaj komentarz

Bujam się i źle prowadzę

Kolejny wyskok widzimisię, byleby gdzieś daleko i egzotycznie, nagła potrzeba upału i poczucia słońca w trakcie mroźnej zimy, chęć złapania promieni słonecznych i wygrzania się w tropikalnym klimacie. Niespodziewanie odezwał się stary znajomy, zaproponował wspólne wyjście i spędzenia piątkowego wieczoru przy paru drinkach w Blueboy. Przyprowadził ze sobą swoich znajomych i bawiliśmy się przednio, wystawiając swoje wdzięki na oczy lokalnego kolorytu, który niestety muszę przyznać urodą nie grzeszy, przynajmniej w tamtym miejscu. Złowieszczo brzmiące „chodź, będziesz atrakcją wieczoru” nie zapowiadało niczego dobrego, ale kto by się tym przejmował po 6 ginach z tonikiem. Pamiętam tylko, że od jakiejś starej pudernicy drag queen po tym gdy przyznałem się skąd przyjechałem dostałem łatkę „sweet chocolate”.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Welcome to Kuala Lumpur

Drogę z KLIA znam już chyba całą na pamięć, liczyłem tylko bramki na autostradzie kalkulując za ile dojedziemy do Bukit Bintag. Na szczęście była niedziela i nie staliśmy w korkach. Identyczny pokój, z widokiem na wieże Petronas i ten sam scenariusz spotkań z lokalnym kolorytem. Jak zwykle było niezapomniane – mam tylko nadzieję, że te ekscesy nie odbiją mi się w przyszłości na moim zdrowiu. Pomimo pory deszczowej przez te parę dni prawie w ogóle nie padało, trochę dokuczał mi tylko jet lag, ale nauczyłem się już sobie z nim radzić. Ja to jednak mam narąbane jak cyganka w tobołku, dopiero co wylądowałem i wsiadłem to taksówki a już obmyślałem kiedy znowu uda mi się wrócić do Kuala Lumpur? Wszystko zależy od tego kiedy znajdę nową pracę, najchętniej przyleciałbym tutaj znowu w maju, ale póki nie mam nowego zajęcia M. krzywo patrzy na wszystkie tego typu eskapady. Przez chwilę zamarzyło mi się Bali i Nowa Zelandia, wszystko przez D. który wysłał mi fragment swojego koncertu w Operze w Sydney, ze wzmożoną siłą wróciło dobrze znane mi już ściskanie w dołku i pragnienie, nawet znalazłem sobie bilet, ale w ostatniej chwili przed zakupem powstrzymał mnie zdrowy rozsądek.

https://www.youtube.com/watch?v=OLOZiMAzokc

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Błogi relaks w Dubaju

Każdego poranka budząc się widziałem jak M. przesiadującego na tarasie i przyglądającemu się tętniącemu życiem JBR Walk oraz wielkiemu placu budowy Dubai Blue Water z powstającym największym diabelskim młynem na świecie. Na samą wyspę będzie można się dostać między innymi kolejką linową czy podobnie jak na Palm Jumeirah – jednoszynowym pociągiem. Tradycyjnie pojawią się na niej hotele, rezydencje mieszkalne i miejsca ogólnie dostępne dla turystów takie jak souk czy promenada. Dziś widać dopiero szkielet koła karuzeli, ale zapewniłem go, że gdy przylecimy tu za rok zdziwi się jak szybko ukończono całą inwestycję, bo taki właśnie jest Dubaj, nieustannie zmieniający się, rozrastający i pnący. M. zrozumiał dlaczego wiele osób uwielbia to miejsce i tak do niego lgnie. Zachęcał mnie nawet, żebym poszukał tutaj pracy, bo nie miałby nic przeciwko częstemu podróżowaniu między Szwajcarią a Emiratami.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

JBR Walk

Tak jak przypuszczałem M. zachwycił się Dubajem i całą tą otoczką bogactwa oraz luksusowych marek. Codziennie powtarzał jak niesamowicie relaksuje go leniwa atmosfera JBR Walk, zachwyca widok wysokościowców vis a vis plaży oraz estetyka i nowoczesność z jaką wybudowano to miasto. Każdy dzień spędzaliśmy bardzo leniwie, śpiąc do 11, potem śniadanie a raczej lunch, jakieś sklepy albo leżenie w słońcu a wieczorem kolacja. Pierwszy dzień spędziliśmy w Dubai Mall, wjeżdżając na Burj Khalifa i oglądając pokaz fontann przy okazji kolacji w Abdel Wahab. M. zachowywał się w miarę normalnie, o dziwo nie wpadł w żaden szał zakupowy, mało gwiazdorzył, jedna z niewielu ekstrawagancji na jakie sobie pozwolił to lunch w Caffe Armani i kolacja w JW Marriott, na którą skusił mnie ostatniego wieczoru przed wylotem. Była okazja żeby porozmawiać o zalegalizowaniu naszego związku i całej logistyce związanej z tym wydarzeniem. Zawsze wydawało mi się, że zorganizowanie naszej uroczystości to będzie pestka, ale jak zaczęliśmy głośno wymieniać się myślami i planami jak sobie wyobrażamy to wydarzenie to okazało się, że musimy chyba jeszcze trochę między sobą ponegocjować, bo inaczej nie starczy nam oszczędności życia by za to wszystko zapłacić. Po za tym wcześniej czeka nas skompletowanie wszystkich potrzebnych dokumentów a to wymaga mojej wizyty w Polsce, bo przez konsulat w Bernie będzie trwało to miesiącami i za nie małą kasę.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Jumeirah Beach

Rano mieliśmy iść na plażę i spędzić tam cały poranek, zjeść śniadanie w jednej z kafejek na JBR Walk, wypić kawę i po prostu się relaksować ale plany spaliły na panewce. M. kładł się spać ze strasznym bólem głowy, cierpiał do prawie 3 nad ranem a gdy wreszcie zasnął chrapał jak suseł i nie miałem serca budzić go rano i ciągnąć ze sobą. Myślę, że jest to kara, za nasze wygłupy w samolocie. Razem z M. nałożyliśmy sobie pledy na głowę imitujące burkę i pstrykaliśmy sobie głupkowate fotki. Jest już po południu, ciepło, 25 stopni, świeci słońce a my jeszcze łazimy w pidżamach. M. przesiaduje na tarasie z widokiem na morze i Palm Jumeirah i co chwile szczerzy zęby bo ewidentnie mu się tutaj podoba. Dostaliśmy ładny pokój w Sofitelu czego nie można powiedzieć o samym hotelu… jakiś takich cały jest zużyty i stary.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Podsumowanie roku po czasie

Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię tutaj pisać bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba.
Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Tak jest i teraz. W zeszłym roku wydarzyło się tak wiele, choć każdy kolejny dzień uciekał w tempie ekspresowym. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem. Nie mam sobie nic na zarzucenia, udało mi się spełnić wiele z listy zaplanowanych rzeczy, nawet nauczyłem się nowego języka, który od lat spędzał mi sen z powiek. Tylko nowej pracy muszę szukać dalej…

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Unlimit yourself

Oczekiwanie na wyniki interview jest stresujące. Chodzę nieswój, nabuzowany, spięty, czuję jednocześnie jakby ból i niepokój, jakby za moment miała mi pęknąć jakaś żyłka a ja eksploduję – niepewność doprowadza mnie szewskiej pasji. Czuję mrowienie w każdej części ciała, gdy kładę się spać myślę o tym czy gdy zadzwonią usłyszę ‘’tak’’, przy każdej – nawet najprostszej czynności – towarzyszy mi podenerwowanie, które wzmaga się z każdym dniem oczekiwania na wynik. Myślę o tym rano gdy otworzę oczy, parząc poranną kawę albo biorąc prysznic, szykując śniadanie, jadąc kolejką do miasta, robiąc zakupy – nieustannie. Kilka razy na godzinę instynktownie zerkam na ekran komórki, sprawdzam czy działa numer, czy nie padła mi przypadkiem bateria w telefonie, czy dźwięk nie jest czasem wyciszony. Rodzina, przyjaciele, znajomi dopytują w kółko: i co, wiesz już, dzwonili, jak wyniki? – odpowiadanie im staje się nieznośne. Wiem, troszczą się i interesują, ale ja mam sobie za złe, że ich w to wtajemniczyłem, bo ewentualną porażkę łatwiej byłoby znieść w samotności. Próbuję się pocieszać, że byłaby to tylko przegrana a nie katastrofa, zwyczajnie tym razem ktoś okazał się lepszy, ktoś lepiej wpasował się w rolę, w profil i oczekiwania firmy. Z drugiej strony słyszę wewnętrzny głos podpowiadający mi: przecież byłem najlepszym kandydatem, znam swoją wartość, wiem że podołałbym tej pracy. Dawno na niczym tak bardzo mi nie zależało jak teraz na tej ofercie, stanowisko i firma po prostu cacuszko, przynajmniej dopóty nie opadną klapki z oczu, nie minie pierwszy zachwyt i uwielbienie, które zawsze w końcu giną w konfrontacji z rzeczywistością, ludźmi i nowym środowiskiem. Nie mniej chciałbym, żeby dano mi szansę się o tym przekonać, żeby to mnie wybrano, żeby okazało się, że byłem najlepszy, że pokonałem pozostałych kandydatów, że jestem zwycięzcą.

Razem z M. ostrożnie formułujemy plany wynajęcia nowego mieszkania, przyszłych wyjazdów, planujemy i kreujemy przyszłość za każdym razem dodając ‘’o ile dostanę tę pracę’’. M. niesamowicie mnie wspiera i dopinguje, słyszę to od niego codziennie, widać że i jemu bardzo zależy, co jest niesamowicie budujące. K. powtarza mi jak mantrę: ‘’poczekaj, zobaczysz, masz tę pracę, będzie dobrze’’ i ja jej wtedy mocno wierzę, ale potem przychodzą takie chwile zwątpienia, że zatrudnienie dostanie ktoś inny, bo przecież nie zawsze jest tak, że posadę dostaje najlepszy kandydat spełniający wszystkie warunki, życie nie jest sprawiedliwe a korporacje też rządzą się swoimi wewnętrznymi prawami i układami, nie zawsze wszystko jest transparentne i przewidywalne.

Nie potrafię znaleźć sobie miejsca w domu, próbuję wynajdować sobie różne zajęcia, ale nie umiem skupić się na niczym, nawet na najprostszej czynności, odkurzam, sprzątam, myję naczynia, prasuję, bezmyślnie w coś gram albo oglądam filmy, ale w środku wciąż czuję ten sam niepokój, który każe mi kierować myśli w niepewną przyszłość, co będzie jak mnie nie wybiorą? Life is what happens while you are making other plans – banał. Czuję jak skręca mnie w środku, jak przeżera mnie strach, napięcie i stres, nawet ręce mi drżą.

Momentami chciałbym, żeby już zadzwonili, powiedzieli że nie dostałem tej roboty i żeby było po wszystkim, mógłbym zacząć proces dochodzenia do siebie, gojenia ran zranionej dumy i ego. Z drugiej strony cieszę się, gdy mija kolejny dzień a telefon milczał, mogę dalej mamić się że może dopiero jutro nadejdzie ten dzień, mogę się tak łudzić dopóty nie zadzwoni telefon. Jawny masochizm – nieustannie nakręcam się i odkręcam i tak już od kilku dni, prawdziwa huśtawka nastroju, szybuję w górę by po chwili spaść z impetem w megadół. Nie pomaga palenie ani picie, niepokój nie znika. Chciałbym, żeby to się już skończyło i żeby wszystko ułożyło się po mojej myśli. Jestem beznadziejny, wiem, nie potrafię znaleźć dystansu, napięcie widać w moim codziennym zachowaniu. Przeraża mnie myśl że, jeśli usłyszę odmowę to zostanę z niczym, obudzę się z ręką w nocniku, znajdę się w zawodowej czarnej dupie, bo to stanowisko zostało stworzone jakby pode mnie, nic lepszego już nie znajdę. Będę miał bardzo gorzką pigułkę to przełknięcia, usłyszę że to i tamto było nie tak, że się nie wpasowałem, że nie dałem rady udźwignąć ciężaru assesment center, typowy korporacyjny bełkot. Poznałem pozostałych 3 kandydatów z tzw. short listy i wiem że jestem najlepszy a oni zostali podstawieni tylko po to, by spełnić wymagania assemsnet center, taki sztuczny tłum, bo takie są przecież wymagania każdego procesu rekrutacyjnego w korporacji.

Wewnętrzny głos zdaje się krzyczeć żebym pamiętał o tym co mam, przypomina że jestem bardzo dobry w tym co robię, że nie może się nie udać. Presja jest nieznośna, dopadają mnie najczarniejsze scenariusze, negatywne emocje mieszają się z nadzieją, że wszystko będzie dobrze…

Opublikowano praca | Otagowano | 2 Komentarze