2 dni w słońcu

Odkąd pamiętam M. trąbił o tym, że do najprzystojniejszych we Włoszech należą Sycylijczycy. Jakoś utkwiło mi to w pamięci i rzeczywiście poznałem paru Sycylijczyków, że normalnie kopara opada taka petarda testosteronu. tak więc gdy M. poleciał do domu ja korzystając z okazji sprawiłem sobie bilet do Katanii. Na lotnisku w Zurychu przed wejściem do samolotu ustawiła się całkiem spora kolejka pasażerów udających się na Sycylię, wśród nich ja. Samolot miał ponad pół godziny opóźnienia więc miałem czas i sposobność popatrzyć sobie na co poniektórych współpasażerów podróży. Szału nie było, same jakieś trole, pączki, galeretowate, brzuchate plastusie, niedomyte, szare, styte drwale z siwiejącymi brodami i włosami, z drugiej strony przeraźliwie niejakie i chude wymoczki w znoszonych ubraniach po starszym rodzeństwie z kolczykami w uszach. Normalnie Albania…

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

koniec roku 2016

główną cechą mojego charakteru jest: nieodmiennie potrzeba planowania i dążenie do ogólnopojętej samowystarczalności, chęć zobaczenia całego świata i bycia w kilku miejscach jednocześnie
cechy, których szukam u mężczyzny: zaradność, zdecydowanie, czułość, cierpliwość, partnerstwo, testosteron, by sprawiał że chciałoby mi się być lepszym człowiekiem
cechy, których szukam u kobiety: inteligencja, zdecydowanie, uroda, uśmiech, elegancja, fajny biust
co cenię najbardziej u przyjaciół: że są przy mnie od lat nie za coś a pomimo czegoś, że rozumieją, gdy zdarza mi się im czegoś odmówić, że mogę rozmawiać z nimi o wszystkim
moja główna wada: natura tułacza i łajdaka, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, czasami oderwanie od rzeczywistości, seksoholizm, fajki, lenistwo, praca zrywami
moje ulubione zajęcie: planowanie podróży, spełnianie marzeń, latanie samolotem, surfowanie po necie, pozadomowe rozgrzewające igrzyska za pieniądze, sprawianie bliskim prezentów, jedzenie.
moje marzenie o szczęściu: brak popędu seksualnego, zobaczyć wszystko, co warte jest zobaczenia, by móc spokojnie skoncentrować się na pracy, oprócz tego zdrowie i bycie samowystarczalnym
co wzbudza we mnie obsesyjny lęk: stagnacja, rutyna, samotność, starość, choroba, bezsilność, brutalna agresja, bycie zależnym od innych
co byłoby dla mnie największym nieszczęściem: życie bez podróży, życie bez M, choroba, bieda, ubezwłasnowolnienie, zależność od kogoś, brak przyjaciół i internetu
kim (lub czym) chciałbym być, gdybym nie był tym, kim jestem: chciałbym być lepszym człowiekiem, zawodowym pływakiem
kiedy kłamię: znikam z domu, mówię po włosku, angielsku lub polsku, najgorsze że, z czasem sam zaczynam wierzyć w te kłamstwa,
słowa, których nadużywam: ja pierdole, what the fuck
ulubieni bohaterowie literaccy: Elisabeth Gilbert
ulubieni bohaterowie życia codziennego: Marco, Zero, Lucia, Franco, Alicja, Bianca, Audrey, była firma
czego nie cierpię ponad wszystko: systematyczności, czasem tego co wyprawiam, u innych braku zdecydowania, prostactwa, pozerstwa i niepotrzebnej bufonady, polskiej małostkowości i kompleksów, załatwiania spraw w urzędach
moja dewiza: chwytaj czas póki go jeszcze masz, my home is out of a suitcase
dar natury, który chciałbym posiadać: wieczną młodość, płaski i owłosiony brzuch bez konieczności ćwiczeń, oliwkową skórę, brak egoizmu i dumy
jak chciałbym umrzeć: szybko, nagle, bez bólu najlepiej we śnie i przed 50.
obecny stan mojego umysłu: po długim locie z Manili, umysłowo lekko rozbity ale trzeźwy
błędy, które najłatwiej wybaczam: wciąż przesuwam granicę tolerancji wszelakich błędów
największa porażka: brak ruchu, nadużywanie alkoholu i fajek, zbyt przedmiotowe traktowanie naprawdę fajnych facetów, od czasu do czasu pojawiające się zblazowanie, utrata kontaktu z Audrey

Dodaj komentarz

Ostatni – Nina in Manila

Ten wyjazd był pewnego rodzaju pożegnaniem z Filipinami, w takiej formie, bo nie wiem czy jeszcze kiedyś tutaj wrócę. Opuszczając hotelowy pokój pomyślałem na głos „dziękuję i żegnam”, przed oczami mignęła mi masa wciąż jeszcze wtedy bardzo żywych i niesamowicie upojnych kosmatych wspomnień.

Przez niecały tydzień leniwie odpoczywałem na przyhotelowym basenie wlewając w siebie gin z tonikiem raz po raz chłodząc ciało w rześkiej wodzie.
W drodze do stolicy Filipin trochę obawiałem się zbliżającego się tajfunu Nina, ale na szczęście jego efekty nie były nadto dotkliwe. Padało mocno w dniu przylotu, ale nazajutrz po południu wyszło słońce i nawet nie było zbyt parno jak zwykle bywa o tej porze roku w tej części świata. Cieszę się że udało mi się odwiedzić Corregidor, Tagaytay, zobaczyć Intramuros, poznać całą masę niesamowicie fajnych ludzi. Takiego zastrzyku wrażeń i doznań nie gwarantuje żadne europejskie miasto, nawet Belgrad czy Berlin. Codziennie chodziłem wyczerpany i wyssany po wielu intensywnych godzinach spędzonych w zaciuszu hotelowego pokoju.

Trochę za wcześnie pojawiłem się na lotnisku Aquino, w 3 min nadałem bagaż i byłem wolny a do odlotu pozostały prawie 3 godziny. W gąszczu krętych korytarzy znalazłem lounge Qatar Airways, który zaraz na wejściu nie przypadł mi do gustu. Wyglądał raczej obskurnie, chociaż może to rzecz gustu, taka tania elegancja nawet nie z IKEI, meble sprawiały wrażenie jakby ktoś poustawiał je tutaj przypadkiem, pstrokate ściany, gdzieniegdzie dyndające świąteczne ozdoby, ponure światło. Przy barze do wyboru zimne napoje, zimne przekąski, zimne warzywa i owoce, lód w kostkach i przebrane ciastka i jakieś resztki alkoholu w pootwieranych butelkach – wszystko wyglądało jakby było stare i nieświeże. Tylko klimatyzacja hulała bezbłędnie. Leciałem ubrany w sam t-shirt i po 5 min dostałem gęsiej skórki i potwornych dreszczy. Na dodatek z powodu późnej pory zachciało mi się spać, ale w takiej temperaturze zaśnięcie byłoby nie lada wyczynem, chyba że z powodu hipotermii. Klnąc pod nosem, że ubrałem się jak fircyk, bo wszystkie ubrania z długim rękawem, szalik i kurtkę zostawiłam w głównym bagażu szybko opuściłem lokal.

Wszystko wydawało się sprzyjać by ta podróż pozostała wyjątkowa i niezapomniana – od Sofitela dostałem obszerny apartament z olbrzymim tarasem oraz mega wielkim i przytulnym orgazmodromem, z Dohy wracałem Dreamlinerem, którym lot zawsze chodził mi po głowie ale nigdy nie było okazji, na dodatek w biznes klasie spotkałem polską stewardesę, z którą całkiem milej minęła powrotna droga do Szwajcarii.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Święta w łóżku

Śniadania w Sofitelu są wielkim wydarzeniem w samym sobie. Te wszystkie stoły uginające sie pod ciężarem smakołyków różnych kuchni świata, bogate dekoracje i bezkres kwiatów, pięknie ubrane kobiety przechadzające się po hotelowym lobby i lokalne podmioty wypachnione, wypielęgnowane gotowe zrobić wszystko byleby tylko zwrócić na siebie uwagę, zatrzymać wzrok przybysza z Zachodu. Z trudem przychodziło mi odpędzanie się od wszelakich zaczepek a jak czasami przypadkiem mój wzrok się na kimś zatrzymał to miałem przechlapane i mogłem składane wcześniej śluby czystości odłożyć już tylko na półkę z dobrymi chęciami, zaraz obok silnej woli i pruderii. Czasami czuję się trochę jak predator, wabiący miłym uśmiechem, kuszący przyjaznym usposobieniem, szarmancki i elegancki zachowaniu, a potem obdzierający bezwzględnie z resztek niewinności i przyzwoitości porywający ze sobą w otchłań zatracenia, pokus i ziemskich przyjemności.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Święta w niebie

Z H15 pozwolili mi wymeldować się trochę później niż zwykle przez co nie musiałem ślęczeć bezczynnie na Okęciu. W dniu wigilii lotnisko wyglądało na opustoszałe, ostatni samolot wylatywał do Kataru po czym cała obsługa mogła wrócić do domu. Wśród odlatujących ze mną turystów przeważali głośni Rosjanie i galaretowaci Arabowie, w loungu siedziałem praktycznie sam i z nudów liczyłem tylko kwadranse do odlotu.
Po 16 terminal odlotów zupełnie opustoszał, nie było kolejek do bramek bezpieczeństwa ani kontroli paszportowej, codzienny hałas, ruch i wrzawa zamarły i tylko w niektórych sklepach wolnocłowych paliło się światło, kręciły się jeszcze jakieś niedobitki robiące ostatnie zakupy przez wylotem z Polski. Pogodzony z tak niecodziennym jak na lotnisko widokiem zakładałem, że i samolot będzie pusty i wtedy przyszło zaskoczenie, bo prawie wszystkie miejsca były zajęte i tylko kolorowe dekoracje z bombek i choinek świadczyły, że dziś są święta. Choć nie spędzałem tego dnia z rodziną, wcale nie było mi smutno, niechęć do spędów rodzinnych oraz wpychania w siebie tradycyjnych potraw czyli niejadalnych okazała się być silniejsza od chęci przestrzegania tradycji.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Nietypowe święta

Święta bożego narodzenia czy też wielkanocne od lat odbywają się według tego samego utartego od lat schematu. Najpierw wykosztowuję się na bilet i albo spędzamy ten dzień u nas w domu albo jedziemy gdzieś do rodziny, ostatnimi laty po kolacji zwykle ewakuuję się z bratem do baru w Sofitelu, byleby tylko nie musieć już jeść i słuchać tych samych pierdoletów i mądrości rodem z kolorowych pism dla kobiet, od słuchania których człowiekowi chce się strzelić sobie w łeb. Wiem, że nie tylko mnie męczy przygotowywanie świąt, zakupy, stanie przy garach, cała ta szopka z rodziną, wizytami i rewizytami, wpychaniem w siebie olbrzymiej ilości jedzenia. Ile razy słyszałem od bliskich, że najchętniej rzuciliby wszystko, spakowali torbę i pojechali gdzieś w góry albo do ciepłych krajów odpocząć, naładować akumulatory, po prostu nacieszyć się wolnym czasem. W zeszłym roku i ja sobie tak obiecałem: koniec ze świętami w domu, obżarstwem, telewizorem, wysłuchiwaniu całego tego biadolenia i bzdur. Przestańmy zwalać winę na święta jak grubym było się już w lipcu. Obiecałem sobie, że następnych świąt nie spędzę we Wrocławiu tylko po prostu gdzieś ucieknę. Musiałem trochę nakoloryzować, by mój plan mógł dojść do skutku, ale koniec w końcu chyba się udało.

Opublikowano podróże | 1 komentarz

Pewniacha

Śmiało mogę stwierdzić, że pracę którą włożyłem w szukanie nowego zajęcia zaczęła przynosić efekty. Rozpocząłem etap rozmów kwalifikacyjnych. Aplikując na niektóre stanowiska, wydawało mi się, że jestem absolutnym pewniakiem, młody, z międzynarodowym doświadczeniem, znający języki, w dodatku mobilny i bez garba rodziny – totally employable. Niespodziewanie nie dostawałem nawet zaproszenia na wstępne interview. Najgorzej, że człowiek zdążył się niepotrzebnie napalić a tu taki niefart, na szczęście z czasem pojawiło się kilka, całkiem interesujących ofert pracy m.in. z Kolonii i Lozanny.
Przy pierwszym kontakcie z niemieckim farmaceutykiem zaliczyłem lekką wpadkę, za to rozmowa telefoniczna była już profesjonalna i na tyle konkretna, że bardzo chciałem by zaprosili mnie do drugiego etapu. Tak też się stało, choć spotkanie w Leverkusen do tych najmilszych nie będę wspominał. Cztery godziny siedzenia bez możliwości zadawania pytań, plus brak kawy czy choćby szklanki wody wprowadził mnie w iście bojowy nastrój. Interview jest okazją dla pracodawcy do dowiedzenia się czegoś o potencjalnym nowym pracowniku, ale jednocześnie jest taką szansą dla kandydata poznania przyszłego stanowiska oraz specyfiki i kultury firmy. Niestety nie było mi to dane, kazali ciągle odpowiadać na różnej maści pytania, podawać przykłady – mówić musiałem wyłącznie ja. Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy dyrektora, kiedy podsumowując spotkanie skomentowałem, że nie wiem czy tak naprawdę chcę tutaj pracować bo tak naprawdę niczego nie dowiedziałem się ani o przyszłym stanowisku ani czego tak naprawdę oczekują. Podobnie HR menadżer dostał za swoje, bo nie usłyszałem od niego niczego w zamian – może się mylę, ale zawsze wydawało mi się że interview jest tak dla państwa jak i dla kandydata…
Szczęśliwie prawie równolegle, pojawiła się oferta z Lozanny a niedługo potem z Bazylei i Vevey. Wysłany w biegu szybki mail i od razu telefon na drugi dzień – tak jak lubię. Taka wiadomość od razu dodała mi o skrzydeł, bo to przyjemne uczucie i bardzo budujące, gdy starają się o ciebie 4 olbrzymie koncerny a poza tym widmo konieczności wyjazdu ze Szwajcarii zeszło na dalszy plan i przestało być nieuchronną alternatywą. Nagle nastąpił wysyp ofert pracy i poczułem, że chyba nie jest ze mną tak najgorzej. Niepodziewanie Dyrektor Aspirin jakby się zreflektował i wysłał mi już zaproszenie na rozmowę z nim i HR i coś czuję że po nowym roku złoży mi ofertę. Póki co przygotowuję się do rozmów z branżą tytoniową, jeśli dobrze to wszystko rozegram będę miał jeszcze z czego wybierać…

Opublikowano praca | Otagowano | 2 Komentarze

Oko na Maroko

Po długim i ekscytującym spacerze mieliśmy ambitne plany znalezienia fajnego miejsca na kolację, marzył nam się lokalny tanjarin i butelka wina, ale że byliśmy w kraju muzułmańskim o tym ostatnim mogliśmy zapomnieć. Krakowskim targiem wylądowaliśmy na kolacji w hotelu i były nawet moje ulubione ostrygi. Całkiem fajny ten Radisson, choć widać, że obsługa musi się jeszcze wiele nauczyć. Zadziwiające, że we wszystkich krajach arabskich powtarza się ten sam schemat, tłumy personelu do obsługi gości a jak klient chce coś zamówić musi uzbroić się w cierpliwość i czekać w nieskończoność.
Rankiem po śniadaniu pojechaliśmy na wycieczkę do Essaoury. W minibusie oprócz nas jechała jeszcze para Hiszpanów, wśród nich jeden taki wysoki, atletyczny, niezwykle ponętny podmiot w obcisłych dżinsach, na widok którego mógłbym zrezygnować z wycieczki, i z którym najchętniej zaszyłbym się w małej, ciasnej chatce Tuaregów, rzucił go na ręcznie robioną, bogato zdobioną marokańską karimatę i nie wychodził stamtąd przez cały dzień i noc pokazując sobie pozycje nieskończoność i strzelając jak petarda. Marrakesz jest podobno znany z oferowania różnych cielesnych uciech, ale nie skusiłem się na żadne prócz tych stricte wizualnych, a to przecież wiadomo, że nie grzech. Chodząc po lokalnym suku raz po raz dostawałem oferty masażu w specjalnej cenie, ale jak patrzyłem kto go oferował to brało mnie obrzydzenie, bałem się, że miałbym traumę po takim doświadczeniu.

Po wyczerpującej wycieczce i powrocie do Marakeszu nie mieliśmy zbytniej ochoty na nic więcej prócz kilku kartoników sushi na wynos i butelki czerwonego wina na hotelowym balkonie, po których znów spaliśmy jak zabici.
Na niedzielę zorganizowałem dla nas wycieczkę do Ourazaz, nasz kierowca Mustafa przyjechał po nas do hotelu o zabójczej porze 7 rano. Tym razem towarzyszką z Hiroszimy, która swoją łamaną angielszczyzną opowiadała nam o swoich wrażeniach z pobytu na Afrykańskim lądzie. Tak się wczuła w swoje opowieści, że na trasie pełnej zygzaków i górskich serpentyn dostała choroby lokomocyjnej która skutecznie ostudziła jej zapał.
Wizyta w studiu filmowym Atlas była bardzo miłą niespodzianką, nigdy przedtem nie byłem w takim miejscu dlatego oniemiałem gdy mogłem pozować do zdjęć podnosząc styropianowe głazy albo biegając po atrapie starożytnej egipskiej świątyni.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Długi weekend w Marakeszu

M. zziębnięty wrócił z pracy, akurat kiedy ja kończyłem nasze pakowanie. Czekała nas pobudka o 4 rano żeby spokojnie zdążyć dojechać do Genewy. Spałem jak zabity, a gdy nad ranem zawył budzik miałem ochotę tylko w niego walnąć – znowu wygrał zdrowy rozsądek, wstałem i zrobiłem nam kawy. Dzień wcześniej pół dnia walczyłem z nowym iphonem, tyle wydałem na niego kasy i byłem zły, że musiałem stawać na rzęsach żeby nie stracić starych danych. W pociągu do Genewy obaj smacznie spaliśmy, obudziłem się tylko raz w Lozannie, akurat gdy konduktor przyszedł sprawdzić bilety. Na zewnątrz ziąb, mało nam głów nie urwało a my wyletnieni w cienkich kurteczkach wyglądaliśmy jak zagubione pizdeczki, ale to dlatego, że w Marakeszu ponad 20 stopni. I rzeczywiście od momentu wyjścia z samolotu panowało już wyłącznie miłe ciepełko, zdarzały się momenty, że szukaliśmy potem cienia bo słońce dawało o sobie mocno znać. Po przylocie czekała mnie niespodzianka, ledwie włączyłem komórkę, odebrałem wiadomość z zaproszeniem na interview.
Do hotelu mieliśmy blisko, dojechaliśmy tam taksówka w niecałe 15 minut. Nowy Radisson w nowoczesnym centrum handlowym robił niesamowite wrażenie, dostaliśmy fajny pokój na czwartym piętrze, po chwili obsługa przyniosła nam butelkę czerwonego wina oraz kosz owoców – miły podarunek dla najbardziej lojalnych gości Club Carlson.

Zdążyliśmy się rozpakować, M. zepsuł swojego ipada, ja planowałem już w wyobraźni jakby to było pracować w Lozannie i nie myśleć o konieczności przeprowadzki do Kolonii. Moja koleżanka śmieje się ze mnie, że nie dostałem jeszcze znikąd żadnej oferty, a już doszukuje się wszędzie logistycznych problemów.
Chwilę po 14. pod hotelem pojawił się nasz przewodnik Youseff i zabrał do Mediny.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Bujam się

Urząd Pracy zaczął wypłacać mi pieniądze z ubezpieczenia. Zawsze wydawało mi się, że doskonale wiem ile zarabiam, ale jak podliczyli mi wszystkie dodatki, akcje, benefity, bonusy to przetarłem oczy ze zdziwienia. Zgodnie z prawem przez najbliższe 24 miesiące należy mi się aż 70% dawnej pensji i zamierzam z tego prawa w pełni korzystać. Szczerze? Najchętniej w ogóle nie wracałbym teraz do pracy tylko jeszcze więcej bujał się po świecie za pieniądze z nikąd. Niestety zobowiązany jestem aktywnie szukać pracy co też robię, ale że to koniec roku to na rynku pracy panuje marazm i jest raczej bryndza. Ostatnio choruję na Seul, ale jakoś nie udało mi się skutecznie przekonać do tego pomysłu M. który woli lecieć do Hongkongu więc siłą rzeczy muszę uszanować jego wybór i do Korei chyba wybiorę się sam.

Szukam nowego zajęcia. Zdecydowałem nie ograniczać się tylko do Szwajcarii, ale szukać pracy także poza, w Niemczech i Austrii. M. wydaje się zaakceptował mój pomysł początkowego dzielenia życia między dwa domy, najprawdopodobniej przez pierwsze kilka, kilkanaście miesięcy póki nie ustabilizuje się sytuacja a ja przekonam się że nowe zajęcie rzeczywiście mi odpowiada. Jeśli spodoba mi się w nowym miejscu, wyjedziemy ze Szwajcarii, M. zrezygnuje z pracy, dojedzie do mnie i myślimy już nawet by kupić mieszkanie i przeprowadzić się gdzieś na stałe.

Mój rodzinny dom i jego członków dopadł przedświąteczny szał sprzątania. W tym roku matka zdecydowała wyręczyć się za pomocą Ukrainki, która przyjdzie na kilka godzin uprzątnie cały bajzel z podłogami, oknami i łazienką… Dzisiaj rano zadzwoniłem do niej z lotniska ciekawy jak się sprawy mają. Usłyszałem, że od 7 rano biega po domu ze szmatą i mopem, szoruje, pucuje i czyści wszystko na glanc. Nie bardzo rozumiałem po co, skoro w końcu to dziś przychodzi pani do pomocy. Matka oznajmiła mi, że wzięła się za sprzątanie, układanie i czyszczenie aby pani sprzątająca przypadkiem nie pomyślała sobie, że trafiła do domu bałaganiarzy, gdzie panoszą się syf, korniki, malaria, kiła i mogiła.

Zapisałem się na kolejny kurs niemieckiego. Tym razem w Bernie. Ostatecznie przekonała mnie cena i nadmiar wolnego czasu, który jakby zaczął uciekać mi między palcami. Teraz mam powód by wstać wcześnie rano i zrobić coś pożytecznego. Trafiłem na fajną grupę i jestem mile zaskoczony podejściem nauczyciela, który nie katuje nas gramatyką tylko kładzie nacisk na mówienie i konwersacje.

Opublikowano emigracja | Otagowano , | Dodaj komentarz