W stolicy Malezji

Przez kilka ostatnich dni towarzyszyło mi dziwne uniesienie, wszystko za sprawą zbliżającego wyjazdu do Kuala Lumpur, codziennie z rozmarzeniem wpatrywałem się w bilet kupiony dużo wcześniej a w myślach odliczalem dni do daty wylotu. Po raz pierwszy do stolicy Malezji lecialem Qatar Airways a po grudniowej podróży tą linią na Filipny naprawdę wiele sobe obiecywałem, bo bez dwóch zdań biznes klasę mają wyjątkową, lotnisko w Doha jest prawdziwie kosmiczne i supernowoczesne, obsługa jest zawsze arcymiła a serwis wspaniały i nienaganny, ale … dziwnym trafem dostałem miejsce w przejściu, ostatnim szóstym rzędzie i jakieś pechowe się okazało, bo jakby na uboczu – obsługa prawie w ogóle tu nie zachodziła troszcząc się głównie o pasażerów siedzących w pierwszych rzędach. Owszem dostałem jeść i pić, ale najdłużej ze wszystkich musiałem na wszystko czekać i nigdy nie dostałem dodatkowej lampki wina, bo stwewardowi ewidentnie było do mnie nie po drodze. Ile razy do mnie podchodził zaczynał od przepraszania, że musiałem czekać co w po pewnym czasie stało się irytujące. Biłem się w myślach żeby mu nie przyłożyć i nie wyrzucić, że może by tak mniej przepraszać a bardziej się starać, ale nieważne, korona mi z głowy przecież nie spadła.
W czwartek wieczorem zastanawialem się jeszcze czy powinienem dać znać GH, że za kilka dni przylatuję do Kuala, zdając sobie sprawę, że w środku tygodnia zwykle pracuje a weekend będę juz wracał do domu. Zaryzykowałem, napisałem a na odpowiedź nie musiałem długo czekać. Tak się szczęśliwie złożyło, że akurat miała wolne więc w środę przyjechała do mnie z Singapuru autobusem. Do czasu jej przyjazdu rozgrzewałem się na potęgę w hotelowym pokoju, aż szyby parowały i musiałem na max przykręcać klimatyzację, żeby nie zrobić sauny.
Kuala bezspornie stało się mocno atrakcyjne przez co zawsze chętnie tu wracam. Od lipca miasto niewiele się zmieniło choć wyrosło parę nowych hoteli: W, St Regis, Four Season, moje ulubione Dome w KLCC zmieniło lokal, ale cała reszta pozostała nietknięta.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Herbatka u królowej i pralinkowy szał

Szlag mnie trafia siedząc ciągle w domu, jajo chyba zniosę z nudów, każdy dzień wygląda podobnie: budzę się o 8, wstaję i robię nam kawę, czasem śniadanie, które serwuję M. w sypialni, wracam do łóżka i wyleguję się przez następne dwie godziny oglądając „Good Wife” nim M. nie wyjdzie do pracy. Potem kawa, sprzątanie, zakupy, pranie, film, nim po 14 wróci M. zdążę porozsyłać jeszcze kilka cv, potem obiad, kawa, M. wraca do pracy a ja zwykle oglądam coś na Netflixsie albo robię inną bezsensowną rzecz. Pogoda nie pozwala już wychodzić na rower więc czuje się jak zamknięty w jakiejś klatce. Mam teraz dużo czasu na szukanie pracy, napisanie cv i zrobienie portfolio projektów a i tak czuję jak czas ucieka mi przez palce.
Żeby zupełnie nie zwariować za każdym razem kiedy M ma więcej niż jeden dzień wolnego ewakuujemy się z domu. Byliśmy razem w Lucernie, Zurychu, poleciliśmy na kilka dni do Londynu i Brukseli.

Dla M. był ro pierwszy pobyt w stolicy Wielkiej Bretfanii i zachwytom nie było końca. Kupiłem nam bilety na grudzień, myślałem, że akurat jak co roku latamy gdzieś na świąteczne jarmarki, dlaczego by nie lecieć do Londynu? Okazja pojawiła się jednak szybciej, bo M. dostał pod dni wolnego pod rząd i przekonałem go, by lecieć już w październiku. Trochę marudził, na siłę szukał wymówki by nie ruszać się z domu, ale w końcu uległ. Przebukowałem bilety, zarezerwowałem hotel w Bloomsbury i piątek byliśmy już na miejscu. Londyn powitał nas o stokroć lepszą pogodą niż w tym czasie panowała w Bernie, na London City świeciło słońce, niebo było prawie bezchmurne, aż trudno było mi uwierzyć jak trafiliśmy z pogodą. M. ostatecznie przekonał się, że to był dobry pomysł z tym przyjazdem. Radisson sprezentował nam miłą niespodziankę, przestronny, pół okrągły pokój na ostatnim piętrze kilkupiętrowej wieży. Śmialiśmy się z M. że ktoś powinien po nas przyjść i próbować nas stamtąd uratować. Nie narzuciliśmy sobie żadnego szalonego tempa a i tak udało nam się zobaczyć najważniejsze miejsca w mieście: Tower i katedrę, Soho, National Gallery i British Museum, Pałac Buckingham, Westminster i Big Bena. Prawie wszędzie chodziliśmy pieszo co obojgu wyszło nam to tylko na dobre. M. zachwycał się architekturą i eleganckimi wystawami sklepów, najbardziej podobało mu się jednak, że w Londynie nie ma tramwajów i wiszących kabli elektrycznych. Na sobotni wieczór zaplanowałem dla nas musical, bo inaczej skończyłoby się na wielkim obżarstwie i mega wielkim rachunku, w którejś z restauracji Gordona Ramseya. Ile razy gdzieś jedziemy taka kolacja to już tradycja. Poszliśmy na kompromis i wielką ucztę zaserwowaliśmy sobie dopiero w niedzielę u Włocha.

Kilka dni po powrocie na nowo zacząłem wiercić mu dziurę w brzuchu, bo okazało się, że znowu ma 2 dni wolnego. Znalazłem tani bilet do Brukseli, zarezerwowałem wstępnie hotel i na nowo zacząłem podchody i tańce godowe. I tam razem udało mi się go urobić, w czwartek rano wsiedliśmy w pociąg do Genewy i w południe byliśmy na miejscu. Znowu strzał w dziesiątke, M. nie zdawał sobie wcześniej sprawy, że stolica Belgii jest tak elegancka i multikulturowa, i że tak mocno przypadnie mu do gustu: szczerze uśmiechnięty, pogodny chodził między uliczkami Starego Miasta, zachwycał się wystawami sklepów i zdawał się być bardzo zrelaksowany, ciągle żartował albo pękał z dumy gdy mógł ćwiczyć swój francuski. Najwięcej czasu spędziliśmy w sklepach z czekoladą, obkupiliśmy się na zapas pralinkami i przeróżnymi rodzajami czarnej czekolady a na obiad wsunęliśmy olbrzymią porcję frytek. Całe popołudnie i wieczór spacerowaliśmy bez celu i pośpiechu, obmyślając naszą przyszłość i snując kolejne wyjazdowe plany.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Gdyby moja babcia…

Mam dużo wolnego czasu, wszyscy w około pracują, ze znajomymi mogę spotykać się tylko wieczorami kiedy są już po pracy, do tego czasu muszę wynajdować sobie jakieś zajęcia. M. szczęśliwy jest z takiego obrotu sprawy i od czasu do czasu wymyśla mi bojowe zadania żebym za nadto się nie rozleniwił. Pranie, odkurzanie, zakupy, prasowanie są czymś na porządku dziennym – zdarza mu się jednak prosić mnie żebym coś ugotował na obiad. Przerobiłem już schabowego z mizerią, mielone, rosół, sałatkę jarzynową, sushi (naturalnie kupne) a ostatnio zażyczył sobie placki ziemniaczane. Ostatni raz ziemniaki na placki obierałem i tarłem chyba jak miałem 20 lat i tego się nie zapomina, usmażyłem mu całą miskę i nawet nie nakląłem się przy tym strasznie, teraz tylko cały dom wali smażonym olejem. Dziś M. miał wenę twórczą i narobił mi pulpetów. Gdyby tylko wywalił ten sos pomidorowy, dodał trochę więcej przypraw i czosnku byłyby prawie jak te, które pamiętam z dzieciństwa. Na samą tylko taką uwagę M. obruszył się: – i co jeszcze?! gdyby moja babcia miała koła to byłaby rowerem….

Otagowano , | Dodaj komentarz

Wróciłem.

Wróciłem do Szwajcarii. Już nigdzie nie planuję wyjeżdżać. Z resztą jak popatrzyłem na swój ostatni wyciąg z karty kredytowej to lepiej dla mnie żebym się teraz trochę opamiętał żadna studnia nie jest przecież bez dna. M. cieszy się z mojego powrotu i delikatnie zaczyna zachęca mnie do poszukiwania jakiegoś zajęcia.

Wiem, że nie dla mnie jest wylegiwanie się w słońcu i ciągłe przemieszczanie się z miejsca na miejsce. Podróżowanie jest fajne ale chyba mam przesyt. Poznałem ludzi, dla których ciągła włóczęga jest sensem życia, zrezygnowali z życia w mieście i przenieśli się do któregoś z dalekich zakątków świata, żeby rozpocząć inne, spokojne życie z dala od pogoni za karierą czy nieudanym życiem osobistym. Podobne historie słyszałem na wyspach Indonezji, Polinezji, na Antypodach, Krajach Ameryki Południowej czy Azji, wszyscy wydawali się być tam jakby jednakowi.

Jedyny problem polega na tym, że nie wiem, jakie życie mogłoby mi zaoferować np. takie Fidżi albo inne Bali. Obserwowałam ekspatriancką społeczność w najbardziej egzotycznych częściach świata i wiem ze stuprocentową pewnością, że nie jest to życie dla mnie. Wszędzie widzi się te same postaci – ludzi Zachodu, których życie potraktowało podle i tak sponiewierało, że zrezygnowali z walki i postanowili bezterminowo założyć obóz gdzieś indziej, gdzie za kilkadziesiąt dolarów miesięcznie mogą mieszkać w cudownym domu, mieć przy sobie młodą dziewczynę albo chłopaka, gdzie mogą pić przed południem i nikt im nie będzie tego wytykał, gdzie mogą zarobić parę groszy, zajmując się wynajmowaniem skuterów albo sprzętu do nurkowania, pokazywaniem wysypy, prowadzeniem małej restauracji albo eksportem lokalnych produktów na indywidualne zamówienie. W sumie wszyscy oni robią jedno: pilnują, żeby niczego poważnego od nich nie wymagano. Nie są to lenie patentowane. To ludzie na poziomie, kosmopolityczni, utalentowani i inteligentni. Odnoszę wrażenie, że każdy, kogo kiedyś spotykam, był kiedyś kimś (żonatym albo zatrudnionym), ale teraz łączy ich wszystkich brak jednej rzeczy, z której kompletnie i na zawsze zrezygnowali: ambicji. Nie trzeba dodawać, że często piją i palą dużo ziół.

Urocze miasteczka nie są najgorszym miejscem na przeczekanie reszty życia bez zwracania uwagi na upływający czas. Przypuszczam, że pod tym względem podobnie wyglądają miejsca takie jak Key West czy inne Bali. Większość cudzoziemców kiedy ich spytać, nie pamięta ile czasu minęło, odkąd się tutaj znaleźli. Często nie są pewni, czy tu rzeczywiście mieszkają, bo oni nie należą do żadnego miejsca, nigdzie nie są zakotwiczeni.

Można czerpać sporo przyjemności z ich leniwego wyluzowanego towarzystwa podczas długich dalekich wypraw, wspólnie spędzanych dni, przy późnym śniadaniu, na piciu wina albo piwa i gadaniu o niczym. Jednak czuję się w tym otoczeniu trochę jak na haju a ja lubię kontrolować i kreować swoją rzeczywistość.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

No to dupa czyli who knows what's around the corner

Rocznica ataków 11. września, po mimo niedzieli miasto wydawało się być bardziej niż zwykle zakorkowane, wcześnie rano spakowaliśmy się, zostawiliśmy bagaże w recepcji i oboje pojechaliśmy na Fisherman’s Warth a potem na lunch do Cheescake Factory na Union Square. M. przeznaczył swoje latami zbierane mile na podniesienie komfortu naszej powrotnej podróży samolotem i z San Francisco wracaliśmy pierwszą klasą. Nie był to Boeing, którym lecieliśmy do Los Angeles, tylko stary Airbus z równie wiekową pierwszą klasą, którą pieszczotliwie nazwaliśmy vintage: stare fotele, choć rozkładające się do pełni płaskiego łóżka, stary pilot na kolorowe guziki, wiekowy mini monitor z paroma starymi filmamami, który w moim przypadku ciągle się zawieszał i trzeba było go restartować. Ale przecież darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.

Dobrze być wreszcie w domu.

Umówiłem się na spotkanie z dyrektorką. Bez zbytniego owijania w bawełnę powiedziałem jej że jestem gotowy wrócić. Skalkulowałem sobie że to mi się opłaca, by szybko odzyskać stały dopływ gotówki i dostęp do świadczeń a za kilka miesięcy dostać dodatkowy miesięczny płatny urlop a potem i tak bym się zwinął. Szybko się napaliłem na ten mój przebiegły plan, ale też szybko zostałem sprowadzony na ziemię. Usłyszałem, że na chwilę obecną nie mają mi niczego do zaoferowania, może w marcu, może w maju, ale to nic pewnego. No trudno…

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Jeszcze w San Francisco

Jutro wracamy do domu. Wieczorem poszliśmy na kolację do Hog Oyter baru, ostatni raz przed powrotem, miało być przyjemnie i luzacko, ale wyszło jak wyszło. M. napalił się na jakąś kanapkę z krabem, której teraz nie mógł znaleźć w menu ani nie potrafił dogadać się z kelnerem o jaką kanapkę mu chodzi. Włączyłem się do tej rozmowy, szczerze chciałem pomóc, ale kelner nie łapał o jakiego sandwicha nam chodziło, według niego wszystko bylo w karcie, ale M. miał rację, bo dwa dni temu obaj widzieliśmy tutaj taką jedną kanapkę z krabem. M. się nakręcił, rzucał coś pod nosem, że nie mówi po angielsku, że ja nie chcę mu pomóc, na koniec usłyszałem, że nie ma ochoty jeść byle czego i w konsekwencji mnie też się oberwało. Żeby nie było, że się nie starałem, wstałem od stolika i przeszedłem się po sali zaglądając ludziom do talerza, licząc na to że może ktoś takową właśnie zamówił… Jednak dupa. Kolację jedliśmy w ciszy, bez fajerwerków a potem pieszo i wciąż w ciszy wróciliśmy do hotelu.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Nic do roboty

Formacje skalne jak i widoki w dolinie muszę przyznać oszałamiające. Park zachwyca granitowymi szczytami, niezliczonymi jeziorami, łąkami, lasami oraz malowniczymi wodospadami i dzikimi zwierzętami. Pół roku mieszkalem w San Francisco, kilka razy potem tam wracałem, ale jakoś nigdy nie było mi po drodze do Yosemite choć park jest bardzo wdzięcznym miejscem weekendowych dla wypraw mieszkańców jak i turystów odwiedzających Bay Area. Bądź co bądź zawsze wolałem San Francisco, w tym mieście nie można się nudzić, albo popłynąć promem do Sausalito, polecieć do Vegas albo na Hawaje…

Odwiedzenie Yosemite odkładałem na bliżej nieokreśloną przyszłość. W końcu gdy odwiedziliśmy wszystko w okolicy M. zapytał czy aby może nie nadszedł już czas na wypad do parku. Znalazł nawet biuro, które organizowało ekspresowe wyjazdy i tak w środę wcześnie rano byliśmy w drodze. Rzeczywiście fajne miejsce na krótki wypad, choć obaj nie przepadamy za górami to wycieczka bardzo nam się podobała, po mimo upałów i długiej prawie 4 godzinnej podróży. Po powrocie do SF wyskoczyliśmy do sushi baru.

Wcześnie rano bez pośpiechu wyszliśmy na Market kupić sobie bajgle na śniadanie, szliśmy w kierunku Ferry Building Terminal kiedy wpadłem na pomysł by popłynąć do Sausalito. Akurat odpływał prom więc trafiliśmy idealnie z czasem. Miasteczko wcale się nie zmieniło, nadal utrzymuje klimat artystycznej bohemy, jest ciche, malownicze i urokliwe, nieprzerwanie największe atrakcje stanowią kolorowe pływające domy, galerie sztuki, restauracje i sklepy.

Spędziliśmy tam bardzo leniwy poranek bo popołudniu wybraliśmy się do Haight Ashbury a potem do Castro. Hashbury to słynne skrzyżowanie ulic Haight i Ashbury. Niesamowite, ale nawet po latach można odczuć obecność ducha dzielnicy, który nosi się cały w zamszowych frędzlach, gra na gitarze i zalatuje marihuaną. Dzielnica dysponuje wieloma wiktoriańskimi domami o błyszczących charakterystycznych kolorach. Styl architektury jest tak różny, jak ludzie, którzy osiedlili się w tym mieście wzgórz i malowniczych widoków. Chinatown z czerwonymi dachami i wyciąganych okapu do kolorowych Wiktorii graniczących Alamo Square Park, miasto jest domem dla wielu stylów mieszkaniowych. Łaziliśmy głównie po sklepach i kawiarniach raz po raz odwracając głowy od natarczywych bezdomnych żebrzących o pieniądze. W Castro załapaliśmy się na dziwny specjał pt. frytki z czosnkiem, po których nie żeby tylko czuć było nam z ust, ale bździliśmy jak po fasolce pierdziolce. Na takim zwiedzaniu miasta nam zależało, z dala od atrakcji turystycznych, utartych szlaków czy miejsc, wszędzie przemieszczaliśmy się tramwajami albo kolejką Muni tylko do Japanese Town pojechaliśmy autobusem.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Sentymentalne San Francisco

Spotkałem się z K., która specjalnie dla mnie przyjechała z San Jose, stojąc na autostradzie w dwugodzinnym korku. W ramach wdzięczności zabrałem ją do Mint. Z K. sprawa nie jest prosta: ogólnie nie lubi chodzić do restauracji, nie je owoców morza, ryb, niczego orientalnego, surowego, pikantnego ani zbyt oryginalnego, najbardziej lubi makaron, kurczaka albo steki. Poza tym nie pije alkoholu a z powodu cukrzycy nie może jeść też deserów. Dobrze pamiętam jak po raz pierwszy zaprosiłem ją kiedyś do restauracji gdzie pracuje M., który specjalnie na tą okazję przygotował dla nas antipasto Azzurro oraz niesamowite danie z homara a ta niczego nawet nie tknęła.

Zabrałem M. na spacer w kierunku SoMa wzdłuż Folsom Street i z zachwytem dostrzegłem, że jakby ubyło tam bezdomnych. Czytałem ostatnio, że to za sprawą startupów, które na nowo upodobały sobie San Francisco na siedziby swych firm, przez co ceny wynajmu poszły rekordowo w górę, przy okazji powstały liczne nowe condominia, ludzie są eksmitowani bo nie stać ich na nowe czynsze, bo 3500 dolarów za wynajem studia to nowe minimum. Pieszo dotarliśmy do „Inn on Folsom”, gdzie kiedyś mieszkałem, dziwne uczucie zobaczyć, że to miejsce nadal istnieje, i że z klubu na dole po mimo upływu lat wciąż dudni głośno muzyka nie dając wyspać się hotelowym gościom.
Pokazałem mu „Brainwash” gdzie przy okazji robienia prania można do późna przesiadywać z nieznajomymi konsumując przy tym hektolitry piwa albo kawy. Wróciła masa wspomnień…

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Dania piękne i kuszące

Byliśmy u Garego Danko. Przyrzekliśmy sobie, by przy następnej okazji pobytu w San Francisco wybrać się tam znowu na kolację, więc gdy tylko wiedzieliśmy, że lecimy zarezerwowalem nam stolik. Po ostatniej kulinarnej uczcie zostało nam mnóstwo wspaniałych wspomnień i smaków, za nic w świecie nie chcieliśmy przegapić okazji by znowu tam zjeść. M. do dziś wypomina mi wypicie 7 lampek wina, które serwowano z menu degustacyjnym. Wtedy jeszcze myślałem, że trzeba wszystko zjeść i wypić, żeby nic się nie zmarnowało, bo przecież wszystko takie to bylo eleganckie, wyszukane, smaczne i niewytłumaczalnie drogie…
Oczekiwania co do pięknej formy, przyjemności jedzenia i delektowania się smakami mieliśmy ogromne, poza tym od tamtego czasu odwiedziliśmy kilkanaście innych miejsc, podobnej klasy, więc mieliśmy prawo uważać się za bardziej obytych miłośników sztuki kulinarnej. M. od zawsze fascynowało, że przy odrobinie wysiłku i dobrych chęci można przecież stworzyć wiele niezwykłych smaków i potraw czym udało się mnie zarazić…i nie chodzi o ceny, ale o przywiązywanie wagi do produktu i tego co się je. Gdy na widok potrawy, którą ci podano wydajesz okrzyk zachwytu, gdy już po pierwszym kęsie czujesz „niebiański” smak, który zapamiętujesz i myślisz o nim czule, to na pewno jest to coś niezwykłego. Od tego czasu trzymamy się z dala od przemysłowej żywności.
M. zachwycił się plackami ziemniaczanymi podawanymi z kawiorem i śmietaną z czego miałem ubaw po pachy, bo nie wierzył mi, że w dzieciństwie w Polsce wcinałem je na hektary. Żadna filozofia, by je zrobić – twierdziłem – dlatego po powrocie do Szwajcarii obiecałem mu usmażyć całą patelnię.
Gary Danko trochę nas rozczarował, było bardzo głośno, nie można było swobodnie rozmawiać, ciągle musieliśmy się przekrzykiwać, po drugie długo za długo czekaliśmy na przyjęcie zamówienia i podanie pierwszego dania, a poza tym… ceny – 700 dolarów to jednak przesada.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Och jak przyjemnie…

Jak to dobrze znowu tutaj być! M. nie schodzi banan z twarzy, nie potrafi ukryć radości, kręci się na siedzeniu w taksówce, wywraca oczami na około i nie może się doczekać kiedy wreszcie dojedziemy do hotelu. Pokój nie jest jeszcze gotowy dlatego zostawiamy tylko nasze bagaże i wychodzimy na miasto w kierunku Embarcadero. Świeci słońce, ale nie jest gorąco, mijamy dobrze znane nam wystawy sklepów i już planujemy kiedy, co i gdzie zobaczymy. Jutro Labour Day więc wszystko będzie pozamykane, w poniedziałek kolacja u Garego Danko, za to w środę premiera nowego iphona! 

Kolacje zjedliśmy w 54 Mint, fajnej włoskiej restauracji którą wybrałem na spotkanie z K. Tak bardzo spodobała się ona na zdjęciach M. że postanowiliśmy wybrać się tam wcześniej razem. Rzeczywiście było bardzo miło i przyjemnie, kuchnia włoska – cucina romana. M. rzucił się na flaki i jagnięcinę a ja na skaczącą do ust saltainbocca – rodzaj popularnej włoskiej potrawy przyrządzanej z rozbitego płata cielęciny oraz szynki, który jest posypywany szałwią, a następnie zwijany w rulon i obsmażany z dodatkiem białego wina. Mniam pychota. Przeglądając menu w pewnym momencie M. włączył się dopierdalacz, zaczął ferować te swoje opinie o wyższości kultury europejskiej nad amerykańską i na szczęście w porę udało mi się go zatrzymać obracając jego komentarze w żart, bo prawie byśmy się pokłócili a miły wieczór szlag by trafił jak przed laty. Moim zdaniem Amerykanie przychodzą do restauracji aby się zrelaksować, wyrwać się z domu, dobrze zjeść, wypić dobrą butelkę wina, spędzić czas na randce albo w towarzystwie znajomych, przyjaciół a nie wyglądać, lansować się i przejmować się czy dobrali odpowiedni kolor paska do butów, czy jedzą właściwym sztućcem, znają różnicę między prosecco a spumante albo potrafią fachowo nazwać stopień wysmażenie steku (M. wciąż myli mocno krwisty „rare” ze słowem „red”, a jak dorzucił kelnerowi po francusku że chce „blue” to musiałem interweniować, bo kelner zgłupiał). Minęło 5 lat,  M. się nie zmienił za to ja nauczylem się śmiać z tego typu sytuacji.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz