Radju przyjechał odebrać mnie wraz kierowcą punktualnie o 9. Naoglądałem się wkoło samochodów, które poruszały się po ulicach Kathmandu i zdecydowałem się na nieco większy, bardziej bezpieczny i komfortowy SUV. Te, które widziałem na lotnisku były zbyt małe żeby pomieścić mnie i mój ogromny bagaż.
Było ciepło, na dworze temperatura sięgała ponad 20 kresek. Póki nie przygrzało słońce było znośnie, ale po południu musiałem nosić czapkę, bo spaliłbym sobie czaszkę.
Myślałem, że oprócz stupy i widoków na Himalaje w Kathmandu nie ma nic. Jeden, góra dwa dni żeby zobaczyć wszystkie atrakcje a tu niespodzianka. Chodziłem po uliczkach jak zaczarowany, Radju cierpliwie dzielił się ze mną swoją wiedzą na temat odwiedzanych miejsc opowiadając lokalne legendy. Trafiłem na fajnego przewodnika gdyby tylko nie pluł jak mówił, ile razy stawałem na wprost niego okulary miałem uwalone jego zbyt soczystą wymową.
Pod względem tych innych doznań Nepal zadziwił mnie swoją różnorodnością. Zmieniłem zdanie na temat Hindusów, wśród nich zdarzają się prawdziwe okazy niczym z bollywodzkich produkcji z bezmiarem talentu, uczuć i pasji, którymi dałoby się obdarzyć kilka osób.
Spacerując byłem czasami jedynym cudzoziemcem na ulicy, ale nikt się mną nie interesował – kilka ciekawych spojrzeń, kilka uśmiechów, ale absolutnie żadnego nagabywania.
Kathmandu swoich rozmachem, kontrastami, ogromem, skrajną nędzą zadziwia, a zarazem przeraża. W dzień to miasto tętni życiem jak mrowisko, pełne motorów, samochodów, rykszy, rowerów z nieustannie brzęczącymi dzwonkami. Kłąb ludzi przetacza się po szerokich alejach i po mniejszych, wąskich uliczkach, pyszne, okazałe budynki, wręcz pałace raz po raz ustępują miejsca mniejszym, coraz biedniejszym budynkom.
Nepal cierpi na deficyt prądu. Nie ma go kilka godzin dziennie. Przerwy w dostawie prądu są dwojakiego rodzaju – planowane odbywają się według grafiku. Mimo częstych przerw w hotelu prąd jest dostępny prawie non stop a to dzięki generatorom, które włączają się automatycznie i zasilają cały obiekt.
Lunch na dachu hotelu z widokiem na stupę Bodnath. Miasto ma prawie 2000 lat historii, a znaczna jego część wygląda dziś tak, jak prawdopodobnie wyglądała kilkaset lat temu. Setki wąskich uliczek, tysiące sklepików, małych restauracji, pałace, monumentalne stupy, świątynie i małe kapliczki na każdym rogu, przepiękna, egzotyczna architektura, drażniący nozdrza zapach kadzidełek, który roznosi się praktycznie wszędzie, targowiska, odbywające się codziennie religijne ceremonie, odgłosy instrumentów i dzwonki rikszarzy, te wszystkie świadectwa bogatej kultury, sztuki i tradycji Nepalu sprawiają, że po Kathmandu można spacerować godzinami, przez wiele dni i ciągle odkrywać jakieś nowe, fantastyczne miejsca.
Poza samą stolicą, znajduje się wiele innych miejsc wartych odwiedzenia, między innymi starożytne, królewskie miasta Patan i Bhaktapur, stacje górskie Nagarkot.
Ludzie w hotelu okazali się przemili, dawno nie doświadczyłem tylu uśmiechów i uprzejmości jak przez te kilka dni pobytu w Nepalu.
Wyłączyłem się od pracy i biura, internet w tej części świata działał fatalnie, co jakiś czas udawało mi się ściągnąć pocztę, ale były to incydenty, bo zazwyczaj mieliło mieliło by potem wyrzucić mi komunikat o błędzie.
Gdzie na drugim krańcu globu do Berna przyleciał nasz VP uspokoić trochę ludzi i kurtuazyjnie zapewnić każdego członka zespołu, że nie ma się, o co martwić. Z ulgą przyjąłem wiadomość, że ominie mnie ta wątpliwa przyjemność słuchania korpo papki. Bylem tak daleko i w tak egzotycznym miejscu, że tak niedawna rzeczywistość i problemy wydawały się być bardzo daleko, że aż nierealne.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.