Belgrad – Gdańsk – Toruń – Sopot

W Belgradzie głównie lalo, ale tak porządnie, rzęsiście, dosłownie ściana deszczu i potoki na chodniku. W lipcu czy sierpniu zwykle nie da się tam oddychać, przejście na drugą stronę ulicy w pełnym słońcu oznacza grube plamy potu na plecach i czole. Ten, kto mnie zna wie że przy takiej pogodzie staje się nieznośny i gburowaty, bo na raz otwierają mi się wszystkie pory – tym razem było znośnie a ja bylem mily jak puchatek. Nieplanowany wyjazd skończył się poznaniem sympatycznej pary Szwajcarów, co potem zaowocowało mile spędzonym wieczorem w hotelu Metropolu przy ogromnej ilości alkoholu. W swoich spostrzeżeniach dotyczących Szwajcarów i Szwajcarii okazałem się nie być odosobniony, zwłaszcza patrząc oczami Serba, który tak jak ja wyemigrował do kraju Helwetów by żyło mu się lepiej. Nacjonalizm i hipokryzja Szwajcarów kole w oczy i jako cudzoziemiec nie jestem w tych spostrzeżeniach osamotniony.
Z hotelu na lotnisko wiózł mnie pewien młody chłopak, bardzo sympatyczny i towarzyski, polubiłem go niemal od momentu, kiedy podszedł i przedstawił się jako mój kierowca. Okazał się bardzo rozmowny i ucięliśmy sobie ciekawą pogawędkę w drodze na lotnisko. Poniekąd przypominał mi mnie samego sprzed 15 lat, równie mocno chciał wyjechać na Zachód, bo dostrzegał że w około świat wygląda szaro ograniczenie i nie ma w nim dla niego perspektyw. Mogłem skonfrontować jego (moje) marzenia -plany sprzed lat, z tym co udało mi się dotychczas osiągnąć i poczułem się dumny i spełniony, bo udało mi się spełnić wiele z swych planów. W jego oczach bylem ogromnym szczęściarzem.

Mało ostatnio spędzam czasu z rodziną, dlatego umówiłem się z nimi na wspólny weekend nad morzem. Wcześniej jedno popołudnie i wieczór w Gdańsku spędziłem sam tzn. taki był plan a że natury oszukać się nie da, wiec delektowałem się urokiem jarmarków dominikańskich w miłym towarzystwie aż do samego rana. Z rodzicami spotkałem się nazajutrz Toruniu i byłoby bardzo milo gdyby matce nie włączył się dopierdalacz i usilnie próbowała popsuć mi humor wszystkimi swoimi pytaniami.

Lubię ludzi zdecydowanych, konkretnych, mających swoje zdanie. Lubię zarówno takich facetów i kobiety. Lubię, gdy nie tylko słuchają mnie, ale potrafią podjąć decyzję czasami także za mnie. Ale granica między tym moim lubieniem, a alergią na despotyzm jest bardzo subtelna i sam nie wiem gdzie dokładnie przebiega i jaka jest szeroka. Despotyzmu nie znoszę (chyba w łóżku). Kiedy wyczuwam despotyzm powstaje we mnie piorunująca mieszanka niechęci i agresji. Najpierw się jeżę a później w najlepszym przypadku prycham, a w najgorszym pryskam. Najczęściej jednak występuje też etap pośredni inteligentny emocjonalnie – przystępuję do kontrataku.
To chyba reakcja na despotyczne zapędy matki, która wykształciła w sobie konieczność kontrolowania wszystkich i wszystkiego, oceniania wszystkich i wszystkiego, doradzania wszystkim i na wszystkie tematy, a przede wszystkim kontrolowania czy jej pokontrolne zalecenia są realizowane zgodnie z jej wytycznymi. Przerabiałem więc latami:
gdzie idziesz? do kogo? po co? kto będzie? kiedy wrócisz? dlaczego tak późno? a w ogóle to po co?
Etap obecny drugi jest już mniej zabawny, bo musze udowadniać, że: nie jestem alkoholikiem, pracoholikiem, ćpunem, że nie jestem w żadnej sekcie…
Raz na jakiś czas udaje się jej przeprowadzić zmasowany, lawinowy nalot na tę moją twierdzę i wtedy znów muszę odbudowywać to, co niszczy.
Coraz częściej gdy słyszę pierwsze pomruki nadlatujących pocisków, ewakuuję się – wychodzę albo przestaje dzwonic. Czasem zdążę, czasem nie. Nic chyba tak bardzo nie wkurwia jak udowadnianie, że nie jest się wielbłądem. Ręce opadają. Mów co chcesz, ale udowodnij… bo nie będziesz miał spokoju.

Wieczorem miałem ich serdecznie dość, dlatego dość wcześnie wróciłem do pokoju, zajrzałem do lokalnego klubu sportowego, wyszukałem sobie interesującego przeciwnika i po krótkiej wymianie zdań wspólnie określiliśmy zakres ćwiczeń aerobowych koncentrując się głównie na moich ulubionych zajęciach na drążku. Napięcie zniknęło a ja zmęczony zasnąłem jak dziecko.
Toruń zwany pieszczotliwie przez lokalnych Torontem jest bardzo urokliwy, gdyby nie nieznośny żar lejący się z nieba pewnie chodzilibyśmy więcej. Wieczorem za to rodzice zabrali mnie do polskiej gospody na prawdziwie polskie jadło: grzybowa, krupnik, żurek, pierogi ruskie i z mięsem, schabowego, mizerie i kompot!

Ojciec wykosztował się na nowe auto, bogate wyposażenie dopełniło full wypas i stało się nowym oczkiem w głowie. No ale nie byłby sobą gdyby wydal kupę siana, ale przyoszczędził na porządnym TomTomie, bo tego GPSa co dostał w zestawie to przeklinałem siarczyście w drodze do Sopotu. Komunikaty „uwaga rondo, drugi wyjazd” albo ” skręć w lewo” na prostej drodze burzyły we mnie krew po tym, gdy wcześniej kilka razy wjechaliśmy w szczere pole albo inną czarną dupę.

W Sopocie spaliśmy w Sheratonie blisko molo – kochany syn załatwił hotel i dwa apartamenty z widokiem na morze, naturalnie w przeciwległych skrzydłach budynku i na różnych piętrach. Wjechaliśmy na podjazd, parking zajęty, parking podziemny zajęty, przed hotelem zero obsługi, ojciec chciał jechać gdzieś 3km dalej a potem drałować pieszo, ale powiedziałem nie, ni chuja, kazałem zatrzymać ojcu auto na wprost wejścia blokując przejazd innym. Obsługa szybko się znalazła, zaraz znalazło się też miejsce postojowe, zlecieli się wszyscy, żeby pomoc z bagażami. Cudnie. I byłoby bardziej cudnie, słodko pierdząco, luksusowo, na bogato jak na filmach z Hollywood gdyby matka nie instruowała obsługi, w której torbie są owoce, słoiki, kotlety i kartofle i kurwa bób, bo rodzinka później jechała dalej na tydzień do Jastarni czy inny Hel a tam na jedzeniu postanowili przyoszczędzić. Miało być wielkie Hollywood a była HollyŁódź czyli wiocha, ale co tam przynajmniej było wesoło.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 3 Komentarze

Polewka z Amerykanów

Jeden z naszych dyrektorów wybrał się w delegacje do Rosji. Prawie wszyscy obcokrajowcy wyjeżdzający do Rosji muszą wcześniej ubiegać się o wizę, cała procedura jest trochę skomplikowana i zajmuje kilku dni, bo wymaga zaproszenia, zaświadczenia o ubezpieczeniu i paru innych dokumentów. Nasz dyrektor posiadający francuskie obywatelstwo ma to szczęście, że posiada także paszport mołdawski a tych obywateli obowiązuje ruch bezwizowy.
Poleciał do Moskwy, wylądował szczęśliwie, ale zatrzymali go na granicy, tłumacząc że w bliżej nieokreślonym kiedyś ‘’wcześniej’’ nielegalnie przedłużył swój pobyt Rosji. Pan dyrektor próbował całą sprawę wyjaśnić, ale urzędnik – nie wiadomo czemu – dyskutować nie chciał i tylko odsyłał go do Rosyjskiego Konsulatu w Paryżu. Pan dyrektor się z lekka wkurwil i chyba go poniosło bo zabrali go na kilkanaście godzin na dołek, gdzie w brudnym, śmierdzącym i zimnym pomieszczeniu bez okna, bez toalety, jedzenia, możliwości zadzwonienia gdziekolwiek mógł pokontemplować. Jak go wypuścili od razu eskortowano go na pokład najbliższego samolotu do Paryża.
Po powrocie do Francji wysłał maila do wszystkich od Safety Security, HR po Travel, przełożonych i przełożonych przełożonych opisując cale zajście.
Amerykanie wpadli w popłoch, prawie każdy mail tej nocy utrzymany był w tonie OMG, nie możemy tego tak zostawić, nikt nie ukrywał oburzenia całym zdarzeniem, oczekiwano ze sytuacje da się wyjaśnić racjonalnie, naprawić, winnych zbesztać i ukarać i nie dopuścić by takie sytuacje zdarzały się w przyszłości, rano naliczyłem takich maili dzieści…
Czytałem je sobie wszystkie w drodze do Wilna i śmiałem się do rozpuku a łzy same spływały mi po policzkach.

„Jak to nie został wpuszczony? Czy można ustalić nazwisko urzędnika i napisać na niego skargę?” – tia, na perfumowanym papierze, dać do podpisania wszystkim ważniakom i wysłać do Vladimira fedexem

„Czy HR wyraźnie napisał w dokumentach, że to jest dyrektor reprezentujący dużą amerykańską firmę?” – nie takich w Rosji wsadza się do więzienia

„Dlaczego w areszcie nie dali mu ani jeść ani pic?!” – ojej to nie zamknęli go w 5 gwiazdkowym obiekcie z siłownią i basenem, nie zapytali go o diet requirements ani czy woli miejsce przy oknie czy przy wyjściu, nie dostarczyli kosmetyczki z przyborami do golenia, jednorazowej szczoteczki do zębów, mini tubka pasty do zębów i z małym mydełkiem? U dobrze że go tam jeszcze jakiś skazaniec nie puknął, w końcu w gajerku i białej koszuli czyściutki śliczniutki i wyperfumowany niepokoił innych panów…

„Rosja powinna przestrzegać praw człowieka” – powinna, ale to wciąż dziki zachód

„Tytuł i stanowisko pana dyrektora: Senior Director Government Relation” – no to pan dyrektor ma ewidentnie słabe communication skills

Action plan – wysłać amerykańskie czołgi i najechać Moskwę…

Opublikowano praca | Otagowano , | 2 Komentarze

kolacja w Bistro 1 Dublis czyli kulinarny performance

Zaprosilem M na kolacje do Bistro 1.

M. lubi dobrze zjeść, ale nie musi to być ambrozja. Podobają jej się ciekawe polaczenia smaków i świeżych składników, chętnie podgląda przygotowanie potraw by potem wykorzystać niektóre elementy we własnej kuchni.

Nie musiałem jej specjalnie namawiać na wyjście wieczorem, ile razy gdzieś jeździmy jeden wieczór spędzamy w jakimś oryginalnym miejscu, w ten sposób w Gdańsku odkryliśmy izraelskie białe wino, we Wrocławiu piatto di mare, w Tallinie łososia z kartoflami.

Mój M. wyszukał mi to bistro z menu degustacyjnymi i polecił wcześniej zarezerwować stolik. Było warto, bo dostaliśmy najładniejszy, przy oknie. Pomimo bardzo wyszukanych połączeń składników (chleb o smaku buraków) 4 daniowe menu było bardzo smaczne. I cena też bardzo przestępna jak za takie rarytasy.

Prócz kreatywnej kuchni najbardziej podobały mi się jednak otwarta kuchnia i samo miejsca, taki skandynawsko-elegancki wystrój, polaczenie kolorów, materiałów, tkanin i dodatków, pomysłowo dobrane wzory na ścianach. Małe miejsce w mało ciekawej części Wilna, za to bardzo przytulne.

Obsługa tylko jakaś odstająca od całości i niegramotna. Zamówiliśmy po lampce wina, na które czekaliśmy i doczekać się nie mogliśmy. Gdy w końcu je podano przewidując, że dalej będzie już tylko gorzej, bo wciąż siedzieliśmy przy pustym stole, zamówiliśmy całą butelkę. Wino podano po dłużej chwili, ale co najbardziej nas wkurzało to, że za każdym razem odkładali je na półkę kilka metrów od naszego stolika i trzeba było błagać kelnera o dolewkę.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Ryga – Wilno

Fajna ta Ryga, ale jeszcze lepsi Łotysze, albo oni wszyscy wyglądają tak apetycznie albo akurat odbywały się w mieście wybory mistera Łotwy, bo co krok smakowite ciacha wynajdowałem, maszerujące ulicami stadnie i nie mogłem przestać myśleć o tym, co bym im zrobił gdyby wpadli do mnie do pokoju na 8 piętro. Tak, panoramę miasta bym im pokazał, kolekcje krawatów i muzyki byśmy razem słuchali i wino pili, klimatyzacje bym wyłączył żeby zrobiło się gorąco w pokoju albo zaprosił do sauny, bo Radisson zrobił mi prezent i dał mi pokój z prywatną sauną w łazience, ale nie taką wmontowaną w kabinę prysznicową, ale prawdziwą drewnianą…

Monotematyczny jestem ostatnio.
Zostawiam słoneczną Rygę za sobą i lecę dalej do Wilna…

O ile Estonii i Łotwie krajobrazowo czy kulturowo bliżej do krajów Skandynawii o tyle Litwa to ewidentnie dawni ruscy. Widać wciąż biedę, gdzieniegdzie bogactwo w postaci eleganckich sklepów czy drogich aut oraz niestety typowe przypadłości klasy nowobogackiej, po raz kolejny potwierdza się, że klasy i dobrego wychowania za żadne pieniądze kupić się nie da.
W restauracji hotelu, w którym się zatrzymałem bardzo nietypowo serwowali codziennie świeże ostrygi i przez cały swój pobyt dosłownie obżerałem się nimi wzbudzając wstręt u M., która owszem spróbowała, ale smakoszem ostryg nie została.
Za to piwo smakowało nam obojgu, zwłaszcza to pszeniczne podawane z plasterkiem cytryny, od dawna piwa nie pijam ale w Wilnie piliśmy po 4-6 kufli dziennie, głównie z powodu wysokich temperatur sięgających 32-35 kresek.

W restauracji spotkało mnie zdarzenie bardzo nietypowe wręcz. Zajadając sałatkę nicejska dostałem wiadomość od pana kelnera, który prócz pracy w usługach, lubił usługiwać klientom także poza godzinami pracy, oferując możliwość rozegrania towarzyskiego meczu za pieniądze. Po przejrzeniu galerii jego mocno biologicznych zdjęć oraz licznych tatuaży z oferty nie skorzystałem.

Wieczorem spotkałem się z lokalnym przedstawicielem klubu litewskiego, który wyglądał jak Szwed albo Norweg, który zaprosił mnie na piwo a nawet kilka, gdy skończyliśmy było grubo po 23 wiec postanowiłem mu się odwdzięczyć w sposób najlepszy jaki potrafię. Kolega w ogóle nie protestował, wręcz cieszył się jak małolat na talent, który chciałem przed nim odkryć, co po niedługim wstępie uczyniłem, recytując przy tym w myślach ‘’Litwo Ojczyzno Moja’’. Nigdy przedtem nie wczułem się w tekst inwokacji tak mocno i tak głęboko, jak wtedy tamtej piątkowej nocy.

M. zabrała mnie do Troków, pięknie położonej miejscowości 30 km od Wilna. Gdybym został na Litwie dłużej chętnie spędziłbym tam 2 albo nawet 3 dni rozkoszując się pięknie położonym jeziorem i możliwością uprawiania sportów wodnych.
Do Troków nie pojechałem ani taksówką, ani z biurem podróży, ale litewskim PKS-em co z dumą odnotowała M. a podróż przebiegała w starym gruchocie pozbawionym luksusu klimatyzacji.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 1 komentarz

Coraz ciekawiej sie robi

Coraz ciekawiej robi się w robocie, czystki trwają głównie w controllingu, strzelają na oślep, głowy spadają, póki trafiało w innych było mi wszystko jedno, ale w zeszły poniedziałek trafiło na K. – usłyszała magiczne zdanie: likwidujemy twoje stanowisko.
Korporacja jest przebiegła i nie chce wypłacać ogromnych odpraw, dlatego biorą K. na przeczekanie, może sama odejdzie, nie zniesie napięcia i niepewności, nie będzie czekać aż firma przyjdzie i może coś jej zaproponuje, bo przecież ma dom i dziecko na utrzymaniu, komu chce się procesować. Myślę, że na to właśnie liczą i dlatego prócz zdawkowego komunikatu” likwidujemy twoje miejsce pracy” niczego więcej jej nie powiedzieli. Czekanie jest czasem bardziej nieznośne niż sytuacja, gdy zna się konkretną datę nieuchronnego.
K. to Ukrainka, przeto twarda sztuka, myślę że łatwo się nie podda, zwłaszcza że chodzi o nie małą odprawę.

Weekend w Birmingham też zaczął się nietypowo. Wysiadałem właśnie z samolotu gdy dotarła do mnie wiadomość o katastrofie samolotu nad Ukrainą. Zaczęła się nerwówka, sprawdzanie maili, czekanie na raport CWT, wymiana maili z Safety & Security – mamy całkiem duże biuro w Amsterdamie i ciągle ktoś gdzieś lata więc szansa że ktoś mógł być na pokładzie tego samolotu była ogromna. Uff, na szczęście od nas nikogo tam nie było…

Birmingham nie powala, znowu przekonałem się że zupełnie nie podoba mi się w Anglii, za wilgotno, za dużo czarnych, ciabatych, za dużo widoku szpetnych tatuaży na całkiem atrakcyjnych ciałach, za dużo głośnych, tłustych kobiet, wulgarnych, pijących na umór ścigających się jakby z mężczyznami, że potrafią im dorównać w ilości wlanego w siebie alkoholu. Widok żałosny, kobieta pijana to dupa sprzedana jak mawia mój ojciec…

Długoletni dostawca zaprosił mnie na Festiwal Filmów w Locarno: nocleg w hotelu w Asconie, kolacja, apero, bilet VIP, bardzo dobre miejsce podczas emisji filmów. Radość mnie rozpierała, gdy opowiedziałem o tym M. Już byłem w ogródku, już witałem się gąską …jak nasz prawnik stwierdził że to łapówka i wycofał zgodę na moje uczestnictwo.
Festiwal Filmów zrobię sobie co najwyżej przed telewizorem.

W Bernie znowu pada, nie mogę wyjść na rower i nie mam jak rozładować emocji.
No nic, spieszę się na samolot do Rygi.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | 4 Komentarze

Przyszłość

M. raz po raz klapie o tym jak to planuje otworzyć własną restauracje albo zacząć karierę, jako sommelier. Bez kapitału, jasnego planu, bliżej określonej lokalizacji czy nawet wspólnika. Słucham tych jego pomysłów od kilku lat i kiwam głową w geście aprobaty, ale w środku się gotuję, wiem, że mój facet jest bardzo naiwny (albo raczej niepoprawnym optymistą, liczy na prawdziwy łut szczęścia i nieoczekiwany splot okoliczności) i chce porwać się z motyką na słońce. Nie mogę mu tego zabronić ani nawet powiedzieć wprost, bo go kocham i obiecałem mu go wspierać, ale jak słysząo otwarciu restauracji w Szwajcarii bez pieniędzy, doświadczenia i znajomości języka to mam ochotę jebnąć jego głową o siane i zapytać się czy aby na pewno go już zupełnie nie pojebało.
Ja jebie, on wciąż nie odróżnia debetu od kredytu ani nie rozumie funkcjonowania podatku czy cła, ale buja w tych swoich obłokach niczym Ikar w chmurach a ja jestem ten zły, który zło wróży i z impetem ściąga go na ziemię.
Cieszę się, że chodzi na francuski i że dużo spędza czasu powtarzając zawiłą gramatykę i wymowę francuską, ale dobre chęci to za mało. Samym Bonjour i Ou sont les toilettes parce que j’ai besoin de vomor na rynku się nie utrzyma.
Czasem pyta mnie, dlaczego nie otworzymy czegoś razem, dlaczego nie odłożę swoich uprzedzeń na bok, w końcu ja z nas dwóch potrafię liczyć najlepiej, ale dla mnie to żaden szczyt marzeń budka z kebabem czy pizza d’asporto i w dodatku wszystko za moja kasę. Wolą zabrać swoje oszczędności i wyjechać gdzieś na rok czy dwa, uczyć się szydełkowania w Peru, ratować żółwie na Galapagos, karmić papugi na Hawajach albo uczyć biedne dzieci czytania na Fidżi czy w Katmandu w końcu sam na to zarobiłem.
Pod tym względem jestem strasznym egoistą i mam tego świadomość.
Boje się, że za rok M. zacznie na mnie naciskać i każe mi wybierać, bo on podejmie jakieś zupełnie oderwane od realiów decyzje, w których ja jako kochający partner powinienem go wesprzeć a ja… nie planuje spadać z nim w dół, po prostu spakuje się i odejdę.
Nigdy nie bylem w takim momencie życia, nie znam nikogo, kto był w podobnej sytuacji, czuje się źle z własnymi myślami, ale czy gdy kogoś kochamy to musimy bezmyślnie skakać za nim w ogień?
Łatwo powiedzieć, że miłość i partnerstwo polega na zaufaniu i na byciu szczerym nawet jeśli prawda bywa brutalna. Weź żyj z takim i płać potem jego rachunki…

Otagowano | Dodaj komentarz

Budowanie swojej historii

Urodziny. Kolonia. Sprezentowałem sobie kilkugodzinny morderczy maraton w barwach United Color of Benetton. Przed północą spocony i obolały padłem z wycieńczenia, by wcześnie rano w strugach deszczu wracać do Zurychu.

3 dni w Zurychu, przeplatane powtórkami z Rumunii.

Te same słowa i czyny. Jak stare cegły z rozebranego domu, które układam, by znów coś zbudować, tyle że swojego.
I chciałbym inaczej je ułożyć, by nie przypominały tego co było, ale przecież inaczej się nie da. Musi być fundament, ściany, miejsce na okna, drzwi…
I może dlatego, gdy słowo dokładam do słowa, gdy powielam utarte schematy, gdy ściany coraz wyższe, coraz większe dostrzegam podobieństwo historii. Nie tyle bolą wspomnienia domów, które legły w gruzach, co świadomość, że coś takiego już próbowano zbudować. Z tych samych cegieł. I rodzi się we mnie samym żal do mnie samego, że to już nie nowa cegła, że nowa poszła na budowę czegoś, co się rozsypało.
Słowa i czyny poobtłukiwane nieco, bledsze, choć przecież są te same. Choć próbuję je obejrzeć przed ułożeniem, żeby wyglądały jak najładniej, bo chce się przecież bardzo, by było tak samo pięknie, a nawet piękniej jeszcze to i tak wiem swoje.

Już zawsze będę tak zawieszony między pragnieniem a rzeczywistością. Ileż można próbować utrzymywać równowagę na rozedrganej linie? Zawrócenie grozi upadkiem, a każdy krok do przodu budzi lęk. Schronić się, odgrodzić, ukryć tez nie ma już gdzie. Wzniesione przeze mnie barykady rozsypują się, okopy zasypują, a ja nie mam już siły na odbudowywanie tego wszystkiego, co chroniło mnie przed tym durnym światem.

Dzisiaj widzę, że w swoim życiu zakreślamy koło, ale choć wracamy do punktu wyjścia to wiemy znacznie więcej. Życie okazało się na tyle „łaskawe”, że pokazało mi to, co chciałem zobaczyć, pozwoliło przeżyć to, co chciałem przeżyć. Bagaż doświadczeń, także takich, których wolałbym nie mieć, muszę teraz ciągnąć za sobą. Nie da się go zgubić, ani – choć czasem bardzo by się chciało – na zawsze o nim zapomnieć…
Czasem myślę, że może zbyt wiele dane było mi przeżyć, by beztrosko iść dalej, a czasem, że właśnie dlatego mogę iść dalej spokojniej.

Zafundowałem sobie potężną dawkę przemyśleń na temat tego, co za mną i co przede mną. Życiowe doświadczenia, spotkania, rozmowy, sprzyjają temu. Rodzi się, więc we mnie nowe „ja”. Potężnieje świadomość, że wszystko to tylko „pogoń za wiatrem”… Jeszcze raz wracam do marzenia, żeby to życie przeżyć ładnie, dobrze, nie tylko dla siebie…

Otagowano | 6 Komentarzy

Bum bum cyk cyk bum bum puu

Spędzamy we dwoje wakacje na południu Włoch. M. zostaje jeszcze potem u rodziny kolejny tydzień a ja w poniedziałek wracam do Szwajcarii. Pierwsze cztery dni spędziliśmy na północ od Brindisi w Fasano w pięknie utrzymanym malutkim hotelu Al Mirador prawdziwej oazie ciszy i spokoju. Hotel położony na zboczu wzgórza, posiadał tylko 8 pokoi, z czego jeden apartament z przestronnym tarasem z widokiem na okolice i morze, do dyspozycji mieliśmy restauracje, basen oraz spa. Kiedy przyjechaliśmy w niedzielę przy basenie był tłum, ale już następnego dnia byliśmy sami! Cały hotel i basen były tylko do naszej dyspozycji. Cisza, spokój, relaks, czuliśmy się jakby ta olbrzymia willa należała wyłącznie do nas. Poza tym obsługa traktowała nas jak członków rodziny, wszystkich znaliśmy po imieniu, zagadywali nas na każdym kroku, podsuwali nam mnóstwo smakołyków i zawsze ze wszystkim szli nam na rękę.

Baia dei Turchi koło Otranto miała być za to luksusowym resortem, na który napaliliśmy się już kilka lat temu a okazało się, że lata świetności to miejsce ma już dawno za sobą: brudno, licho, byle jak, tandeta zalatywała z każdego kąta no i ten dziwny zapaszek. Wystrój i posagi i rzeźby Buddy miały przypominać luksusowe resorty w Tajlandii czy Kambodży, ale na tym podobieństwo się niestety kończyło. Nawet obsługa była oschła, jakby z łapanki, jedynie właściciel Francesco o mega seksownym uśmiechu i błysku w oczach nadrabiał za wszystkich. Plaża w Torre dell’ Orso okazała się komercyjnym bagnem, z upchanymi do granic możliwości leżakami jednym przy drugim, dudnieniem i hałasem wydobywającym się z niesprawnego sprzętu stereo, palący sąsiedzi i drożyzna, która była dopełnieniem tego smutnego obrazka. Ewakuacja nastąpiła, przed 13 bo od łomotu i pisków rozbolała nas głowa. Starzejemy się.

Włochy nie nadają się wypoczynek, jeśli ktoś planuje przestrzegać diety i odżywiać się skromnie. Tutaj po prostu nie da się nie jeść, bo wszystko smakuje wybornie: chleb z oliwkami i pomidorem, focaccie, friselle, bruschette, ricci crude, ostrygi, cozze pelose, vongole, fasulari, ostriche di fondo, rustiche. Na śniadanie jemy lekko, na obiad prawie nic za to wieczorem organizujemy sobie prawdziwą feerie smaków przy winie i w gronie znajomych.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 7 Komentarzy

Włoski macho na plaży

Wczesnym rankiem pojechaliśmy na plażę podsmażyć lekko nasze ciałka. Plaża Lido Verde wydała się być do tego odpowiednim miejscem. W kasie wypożyczyłem leżaki i parasol. M. zapragnął prasówki, czegos łatwego i przyjemnego do poczytania, gdy bedzie prażył się w słońcu. Sprzedawca zaproponował mu Galę, Show i inne plotkarskie kolorowe pisemka. M. oburzył się, że nie mają niczego dla prawdziwych mężczyzn. -To może Cztery Kółka albo Magazyn Sportowy? M. wzdrygnął się znowu. – Poproszę Kuchnie i Vogue’a…

Na plaży lubimy sobie podrinkować kolorowe koktajle, im bardziej egzotyczne i uderzające do głowy tym lepiej dla mnie.
M. przegonił mnie po plaży każąc przynosić sobie w kółko a to focaccie, lody, wodę, piwo, sok, a to arbuza, krem do opalania, gazetki i tym podobne. Wszystko w tonie rozkazującym bez słowa proszę. Biegałem w kółko w te i na zad. Gdy po raz kolejny usłyszałem że czegoś chce zapytałem:
– a może byś tak użyl magicznego słowa…?
Uśmiechnął się się, spojrzał na mnie zawadiacko spod kapelusza i odparł:
– subito?

Pojechalismy do Matery, znanej ze starożytnych jaskiń, w których mieszkali troglodyci, pięknych historycznych ruin oraz z tego, że Mel Gibson kręcił tu Pasje. Wjeżdżając do centrum zauważyliśmy, że Matera przygotowuje się na wielki festyn Festa della Bruna, centrum pełne było metalowych pergol przyozdobionych girlandami ze świateł i kwiatów, wszędzie kolorowo, typowo małomiasteczkowy włoski bazarowo – odpustowy klimat. Po powrocie do hotelu recepcjonistka zapytała nas czy widzieliśmy festyn i procesje. Pytała mnie czy w Polsce także obchodzimy święto patrona miasta, czy uskuteczniamy procesje. Trochę nad tym myślałem i jedyne co przyszło mi na myśl to procesja z okazji Bożego Ciała. Zapomniałem jak jest po włosku święto Bożego Ciała i żeby się jakoś wyrazić powiedziałem, że też mamy takie święto, gdy ksiądz chodzi z procesją i niesie crepes del Christo (naleśnik z Chrystusa).

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 1 komentarz

Trans….ylwania

Z nieukrywanym sentymentem kolejny raz w tym roku odwiedzam Rumunię.

W czerwcu zwykle bywa bardzo gorąco, ale mnie się udało wcelować w pogodę, pierwszego dnia lekko mżyło a drugiego było akurat w sam raz 25 stopni.

Na każdym prawie kroku można dostrzec tu pozostałości komuny i klasyki z okresu demoludów. Ceausescu wyburzył połowę Starego Miasta i świątyń by wdrożyć swój plan socrealistycznych bloków, wybudował nowe, monumentalne architektoniczne gmaszyska-potworki, bo nie co dzień widzi się budynek z kolumnami na dachu albo czymś, co przypomina grecki Akropol. Ten, kto to tworzył miał wizje i łyżeczkami wciągał amfę na śniadanie. No i ten sztuczny ściek ni to rzeka przebiegający przez centrum, suche koryto pełne śmieci i zanieczyszczeń, bo po rzece niewiele tam zostało.

Budowano olbrzymie bloki, brzydkie i szare, aby upchnąć w nich jak najwięcej ludzi przesiedlanych z placu budowy gmachu parlamentu… Ludzie ci chyba do dnia dzisiejszego nie potrafią zebrać się do kupy, bo bloki te budzą grozę już z daleka… nieodnawiane, często z osypującym się tynkiem… nasuwa się od razu wniosek, że mieszkają tam najbiedniejsi mieszkańcy stolicy Rumunii.
Pomimo to Bukareszt ma swój urok. Mieszkańcy są przyjaźni, chociaż trafiają się wyjątki, wielu nie lubi obcych, lata izolacji od świata zrobiły swoje, jest w ludziach jakaś nieufność połączona z ciekawością.

Ledwo samolot dotknął pasa na lotnisku Otopeni ludzie zerwali się ze swoich siedzeń, mając sobie za nic nakaz obsługi pokładowej, że samolot przecież nawet jeszcze się nie zatrzymał. Pasażerowie nerwowo zaczęli wyciągać ze schowków swoje bagaże, stare szmaciane albo plecione torby w kratę, niektóre podróbki znanych marek wypełnione alkoholem, perfumami. Tłum napierał wyjście, co najmniej jakby pilot właśnie zarządził ewakuację albo jakby dla pierwszych, którzy dotrą do wyjścia czekała nagroda.

Współpasażerowi wyróżniają się ubiorem, przaśne kolory, wytarte dżinsy z wielkimi dziurami, t-shirty w krzykliwe wzory często z cekinami albo dużym logiem jakiegoś kreatora mody, nieważne że z daleka wygląda to tanio i tandetnie, tutaj musi być cię widać. Do tego rozczochrane czasem tłuste włosy, w platynowym albo płowym blond kolorze, zaniedbane, zmęczone praca ręce i brud za paznokciami przykryty warstwa lakieru. Ile razy widzę kogoś takiego zastanawiam się jak często zmienia bieliznę: co drugi dzień, co czwarty? Odwraca na druga stronę? A może czeka aż zacznie kiełkować rzeżucha i walić gorgonzola?

Pobyt wydłużyłem o jeden weekend żeby pojechać pociągiem do Brasov, zwiedzić zamek Draculi. Dopiero w wieku 36 lat odkryłem że Transylwania to dawny Siedmiogród.

Dzięki książce Brama Stokera zamek uchodzi za siedzibę wampira Draculi, choć prawdopodobny pierwowzór tej postaci, słynący z brutalności Wład Pałownik, nigdy w nim nie mieszkał, przynajmniej jego związek z zamkiem w Branie nie został nigdy potwierdzony. Prawdziwą siedzibą Włada był bowiem Zamek Poenari.

Z okna pociągu do Brasov widziałem całą masę ludzi przechodzących do budynku dworca po torach, bo, po co korzystać z przejścia podziemnego jak można na skróty, szybciej bez względu na potencjalne niebezpieczeństwo.

Tutaj liczą się pozory, wygląd, ciuchy, modnie jest palić i popisywać się niezłą furą. Młodzi są ambitni, ale chcą wszystkiego od razu, na skróty, żądni szybkiej i łatwej kasy stąd tyle tu prostytucji.

Na ulicach bogactwo i skrajna bieda, trochę jak na ulicach w Moskwie. Bentleye i bosi żebrzący Cyganie ciągnący za sobą gromadkę dzieci.

Kilka lat temu byłam w Sofii, stolicy Bułgarii i mam wrażenie, że jednak Rumuni mają w sobie większą wolę wyrwania się z biedy i nędzy, jaką zafundował im znienawidzony dyktator…

W hotelu pełna panów prowadzających się z młodymi dziewczynami gotowymi na wszystko.

I ja nucę sobie pod nosem ‘’Too much love will kill you’’.

Wyjazdy mnie ostatnio dobijają, muszę się sprężyc żeby sobie wszystko poukładać w kalendarzu. Wieczorem wróciłem z Bukaresztu, obejrzałem zaległy film, zapłaciłem rachunki, rano o 6.45 wziąłem prysznic, o 7 przyniosłem M kawę by o 7.10 wziąć rower i pojechać 30km za miasto. Wróciłem po 10, zjadłem śniadanie, obejrzałem film, spakowałem się a o 14 bylem gotów do wyjścia na samolot do Warszawy. M. jest nawet na rękę, że mnie ciągle nie ma, bo przygotowuje się do egzaminu i potrzebuje ciszy i skupienia.

Albo tylko mnie się tak wydaje i niedługo wybuchnie, że zostawiam go ze wszystkim samego.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 2 Komentarze