Poranna lektura na hotelowym tarasie

W necie znalazłem przedruk tekstu Z. Wojtasińskiego…

Psychoterapeuci ostrzegają przed nowym schorzeniem, które atakuje ludzi ambitnych, pragnących zrobić karierę, poświęcających się dla innych i całkowicie oddanych wykonywanej pracy. Ponieważ nie wszyscy wytrzymują tak duże obciążenie, niektórzy zaczynają szukać pomocy u specjalistów. Inni mają poważne kłopoty ze zdrowiem, ale zdarza się, że z przepracowania umierają po pierwszym zawale serca.
Pojawił się nowy typ pacjentów: ludzi załamanych psychicznie, którzy po latach ogromnego zaangażowania w pracy, stali się psychicznymi kalekami, całkowicie biernymi i sfrustrowanymi. To są ci, którzy mieli szczęście, że wcześniej nie wykończył ich rozległy zawał serca.
Mechanizmy tego są już dość dobrze poznane. Według psychoanalityków, ofiary syndromu wypalenia wykazują swego rodzaju agresję, ale zamiast na zewnątrz jest ona ukierunkowana do wewnątrz. Maltretują zarówno swą psychikę, jak i ciało. Doprowadzają do zmian psychosomatycznych, których objawem są m. in. wrzody przewodu pokarmowego, a także niedokrwienna choroba serca, która może doprowadzić do zawału serca. Niektórzy pracoholicy sądzą, że są jeszcze na tyle młodzi, że atak serca im nie grozi. Nie chodzą do lekarza, nie poddają się rutynowym badaniom diagnostycznym. Nie wiedzą, że już mają nadciśnienie tętnicze, zbyt duży poziom cholesterolu i zaawansowaną chorobę niedokrwienną serca. Wypisz wymaluj ja. Badań sobie nie robię od lat, bo nie chce żeby znaleźli mi raka albo innej nieuleczalnej choroby. A przed 50tką i tak planuje strzelić sobie w głowę, bo starość jest smutna, nieatrakcyjna i samotna.
Długotrwałe stresy w miejscu pracy stopniowo i niezauważalnie doprowadzają do chronicznego stanu wyczerpania zarówno psychicznego, fizycznego, jak i emocjonalnego. Często towarzyszy mu przygnębienie, brak wiary w siebie, a także dolegliwości żołądkowe, zmęczenie i bezsenność. (…) ucieczką jest alkohol, seksoholizm albo namiętne opychanie się przez cały dzień słodyczami. No właśnie teraz wiem skąd te moje zamiłowanie do meczy.
(…)ofiarami syndromu wypalenia często są ludzie, którzy wytyczyli sobie cele i zadania, których nie sposób zrealizować albo wymagają one wyjątkowo dużego poświęcenia. Podaje też przykład ludzi, pragnących zawsze zrobić wielką karierę, którzy dochodzą nagle do wniosku, że już nic nie będą w stanie osiągnąć, a do emerytury będą tkwić w tym samym miejscu. I załamują się. Inni, chcąc tego uniknąć, jeszcze bardziej zdwajają wysiłek, aż do całkowitego wyczerpania. Do samowyniszczenia. Przeważa pogląd, że większość osób jest silnie zestresowana nie dlatego, że z poświęceniem haruje dla swego przedsiębiorstwa od rana do wieczora. Przeciwnie, powodem jest poczucie, że nie są właściwie wykorzystani i mają często do czynia ze zwierzchnikami, którzy nie zasługują na szacunek, a wykonywane zadania i polecenia uważają za bezsensowne. Wielu kierowników jest przekonanych, że stres jest najlepszą metodą kierowania ludźmi. Uważają, że pracownicy muszą być pod ciągłą presją: pracować w obawie i niepokoju, wykonywać coraz ambitniejsze zadania. Tylko czy taki stres rzeczywiście komuś służy? Badania wykazują, że działa on stymulująco tylko na początku, później daje efekt wręcz odwrotny, a w końcu staje się niebezpieczny, czego dowodzi fala zachorowań na syndrom wypalenia. Wielu szefów dużych firm zachodnich zaczyna wreszcie zdawać sobie z tego sprawę. Wprowadzają zmiany w kierowaniu ludźmi, zatrudniają nawet psychoterapeutów, którzy analizują sytuację w przesiębiorstwie i starają się rozładować napięcia w stosunkach między ludźmi, m. in. poprzez indywidualne rozmowy i wprowadzenie ćwiczeń relaksujących i uelastyczniających. Trzeba nauczyć się odreagowania, śnić i marzyć, uciekać we własny świat. To trudna sztuka, ale każdy może się jej nauczyć, pod warunkiem, że zacznie nad sobą pracować. Alternatywą jest cieżka choroba, z której niezwykle trudno później się wyleczyć, albo przedwczesna śmierć.

Coraz częściej stwierdzam, że… nie daję rady, że coraz mocniej przytłacza mnie coraz więcej. Do tego przestaje widzieć jakakolwiek nadzieję. Czy jest coś gorszego?
Praca, choć wspaniale, że jest, daje coraz mniej zadowolenia i mniej satysfakcji. To minimum daję siłę potrzebną tylko do tego, by rano zwlec się z łóżka i dojść. Później przez osiem godzin wszystko przypomina dmuchanie dziurawego materaca. Zresztą wszystko w mojej firmie przypomina dmuchanie dziurawego materaca. Można. Pewnie, że można. Bez końca można.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Perth

Pierwszego wieczoru po przylocie do Kuala Lumpur nie było mi nic, powiedziałbym nawet, że było ze mną bardzo dobrze, tryskałem humorem i energią, znalazłem w sobie niespożyte pokłady sił witalnych by do późna w nocy grać wyczerpujący mecz towarzyski a spałem po nim do samego rana.

Za to wczoraj, choć podwójnie intensywnie próbowałem się zmęczyć przed pójściem spać, to nie dałem rady. Od pierwszej do piątej rano, gdy zadzwonił budzik przekładałem się tylko z boku na bok, czytałem pomponika, układałem w myślach plan prezentacji na konferencje, nawet szybko mecz rozegrałem i nic.
Na lotnisko wyjechałem skoro świt, zbyt zmęczony, żeby zastanawiać się czy dobrze zrobiłem kupując tani bilet Malaysia Airlines, o których obecnie mówi się głównie w kontekście znikających samolotów. Czekając na boarding czułem jak miękną mi kolana i jak bardzo muszę walczyć żeby nie zasnąć na stojąco. Będąc już w samolocie do Perth nie zdążyłem nawet doczekać startu i od razu poszedłem w kimono.

Miasto wydaje się małe, wszystko jakby skondensowane, w BCD naliczyłem aż 3 wieżowce a na ulicach po 17 widać tylko pustki. Może tylko na razie takie pierwsze wrażenie, bo przecież przyleciałem w niedzielę wielkanocną. Czuję się trochę jak w Hobart – nijako i wszędzie daleko.

Opublikowano Australia, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Weekendowe Kuala Lumpur

Prawie 12 godzin w samolocie minęło bez przygód. Słodkawy zapach powietrza, który poczułem po wylądowaniu na lotnisku w Kuala przypomniał mi, że jestem w Azji, z dala od domu czy atmosfery świąt. Mocno zielona roślinność, egzotyczne drzewa kauczuków, ogromna wilgoć i uliczne lampy w kształcie kwiatu hibiskusa przypomniały mi, że znowu tu jestem i jak bardzo tęskniłem za Kuala Lumpur.
Podróż z lotniska w piątkowe popołudnie przy pełni korków zajęła nam ponad dwie godziny. Myślałem, że kierowca taksówki chce na mnie zarobić wioząc mnie przez sam ich środek.

Doleciałem, zostałem dwa dni i poleciałem jeszcze dalej.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Nie lecę do domu na święta, bo chce mi się plaży

Wracając w niedziele z Warszawy przypadkiem na Okęciu spotkałem A, którego nie widziałem 7 lat. Ostatni raz spotkaliśmy się w Bernie, gdzieś na przystanku autobusowym. W sumie bardzo fajnie zaczęła się nasza znajomość w pierwszych tygodniach, kiedy przeprowadziłem się do Szwajcarii, zaliczyliśmy wspólnie fajną imprezę a potem nie pamiętam – zmienił pracę, wyjechał i kontakt się urwał.. Od kumpla z Wrocławia dowiedziałem się niedawno przypadkiem, że ktoś mnie zna, że mnie pamięta, ale nie potrafiłem sobie przypomnieć, o kogo chodzi. Jak zawołał mnie w loungu na lotnisku od razu go sobie przypomniałem, razem lecieliśmy nawet do Zurychu.

To było tak dawno, nie znałem wtedy nawet M. i fajnie było się zobaczyć. Rozentuzjazmowany opowiedziałem o tym spotkaniu M. który trochę się dąsał, ale zaraz mu przeszło jak wspomniałem, że A jest ”mężaty” ze Szwajcarem.

Huśtawka nastrojów. Huśtawka, którą czasem skutecznie potrafi rozbujać M.
Coraz częściej przychodzi mi do głowy, szczególnie w chwilach, gdy coś między nami zgrzyta. Że nic z tego nie będzie, bo wszystko co najlepsze już dawno się wypaliło i… tylko popiół. W takich chwilach zdarza mi się myśleć, że swoje „pięć minut” miałem już. Czasem mam wrażenie, że w nim i we mnie więcej lęku, że nic z tego nie będzie, niż wiary, że się uda. Wtedy myślę, by powiedzieć sobie „dość!” i nie zaczynać już nigdy więcej, nie krzywdzić innych, nie krzywdzić siebie. Chwilami ciągnięcie własnego życia wydaje mi się zadaniem przerastającym moje siły, a co dopiero mówić o wspólnym…
W takich chwilach ogarnia mnie zwątpienie. Gdyby nie to, że nie chcę M. skrzywdzić, bo wolałbym skrzywdzić siebie, to uciąłbym to wszystko nawet gdybym sam miał się przy tym wykrwawić.
Z zazdrością jest jak z solą, tylko szczypta dodaje smaku. Zbyt wiele – zabija smak. Jedzenie z odrobiną soli smakuje lepiej, ale jej nadmiar sprawia, że choć pozostajesz głodny, to po każdym przełknięciu masz coraz mniejszą ochotę na to, co jesz.

Z firmy odchodzą kolejni pracownicy, niepokojące jest to, że pracowali tutaj po 10-15 lat. Coraz częściej zapraszany jestem na kolejne farwell party. Scenariusz służbowych spotkań zawsze ociera się o banał.
Najpierw część oficjalna. Spektakl przyklepanych od lat układów i zależności. Współczesna wersja baśni „Nowe szaty cesarza”. Później bankiecik. Wszystko przyprawione papką wazeliny, obłudą, fałszem, pochlebstwami. Wymiana ukłonów, zdań i wizytówek – nic tylko nasrać w wentylator. W myślach kwituję sytuację – ”ja pierdolę”
Czuję się chwilami zmęczony życiowym doświadczeniem, zmęczony wiedzą o tym świecie, którą dane mi było zebrać. To, co kiedyś bolało, dzisiaj już tylko swędzi, co kiedyś wkurwiało, dzisiaj już tylko budzi politowanie.

Czasem trudno pisać. Nawet tylko kilka słów. Gdy rodzi się zdanie, razem z nim rodzą się wątpliwości… Czy tak rzeczywiście jest, czy może tylko chciałbym żeby tak było, bo przeszkadza to wszystko, co za mną…
Nabieram przekonania, że podjęte decyzje życiowe były uzasadnione nawet, gdy wydawały się karkołomne, szalone, nieprawdopodobne… Trzeba żyć. Trzeba mieć cel. Trzeba mieć świadomość, że nigdy nie będzie się żyło tylko dla siebie, że zawsze będzie ktoś, kto naszego życia potrzebować będzie bardziej niż my.
Czasem ten świat mnie dołuje, czasami śmieszy, a najczęściej nudzi jak kiepski film, w którym na koniec – choć nieznany – nie chce się czekać, historia banalna, cała akcja jest z góry do przewidzenia, postacie tak samo schematyczne jak intryga, gagi oklepane, a siedzenia niewygodne…
Tylko czasem efekty specjalne na moment przykują uwagę, tylko muzyka czasem zachwyci, tylko zdjęcia.

Jakiś czas temu zdecydowałem, że na Wielkanoc nie polecę do domu tylko przedłużę swój pobyt w Azji. Z Kuala Lumpur polecę najpierw do Perth a potem na kilka dni na Phuket. Jeśli jest okazja trzeba z niej korzystać i nie odkładać na bliżej nieokreślone potem. Co jeśli potem się nigdy nie zdarzy?…

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Czy to alkoholizm?

Rozsądni ludzie odradzają alkohol na pusty żołądek, że rozwala wątrobę, że szybciej działa, że potem kac gigant. A dla mnie istnieje jakaś magia w pierwszym wieczornym drinku. Long island ice tea, wino albo szklaneczka whisky niezatrzymywane przez jedzenie uderzają od razu do głowy. Nic nie może równać się temu uczuciu. Nadchodzi koniec pracy, powszednie troski idą w kąt a ja mogę cieszyć się nieskrepowaną zabawą, beztroską i dobrym towarzystwem. Dusza mi się otwiera i mam ochotę pogadać, czuję się wyzwolony. Spędziłem dzień żyjąc przeszłością typu sprawozdania raporty, czyjeś żale albo przyszłością – reorganizacje, zwolnienia, prezentacje w Powerpoincie czyjeś niepokoje i wreszcie taki pierwszy drink sprowadza mnie do teraźniejszości: staje się kwiatem lotosu na tafli spokojnego jeziora, nowym wcieleniem Buddy.
Pierwszy drink pobudza moje ciało, zauważyłem że mogę cały dzień narzekać na zmęczenie, apatię, niewyspanie i brak energii a potem o 19. w Kornhausekeller mając przed sobą szklaneczkę czegoś mocniejszego zamiast laptopa nagle czuję się lepiej. Energia powraca i odżywam, z niewolnika etatu staję się myślącą, czującą, żartującą, wolną osobą, panem siebie, uśmiechnięty i rozmawiający z ożywieniem. Nawet jeśli narzekam na prace, szefowa, układy to przez krótka chwile, zanim powrócę do domu i świata, znajduję się w błogiej rzeczywistości, w której jestem królem panem i władcą.
Drink odmienia też bieg czasu. W biurze czas potrafi ciągnąć się w nieskończoność, podczas gdy jestem już w barze po prostu pędzi…

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Wakacje w Omanie

Kulinarnie czujemy się niezmiernie dopieszczeni, myślałem że będziemy głównie skazani na hotelową kuchnie, ale M. nie próżnował i w naszej okolicy wyszukał prawdziwe jadłodajnie-perełki. Stołujemy się głownie w trzech: libańskiej, tureckiej i tajskiej a w czasie wycieczek poza miasto zwykle trafiamy na birjani z kurczakiem albo rybą. W ciągu dnia panują straszne upały sięgające 35 a nawet 40 stopni, dlatego głodni jesteśmy przeważnie dopiero wieczorem a jeść późno wiadomo niezdrowo, ale tutaj mam to gdzieś bo takich meze, humusów, ryb i innych delicji na co dzień nie mam a sześciopak to rzecz nabyta…

Saif został naszym przewodnikiem. Zabrał nas do Nizwy i do Kanionu. Wozi nas własnym terenowym autem i cierpliwie odpowiada na wszystkie pytania M., który jakby się wściekł, bo co kwadrans zasypuje go kolejną serią stu pytań do.
W piątek mieliśmy pojechać do Sink Hole i Sur, ale biuro podroży nas zlało i nikt po nas nie przyjechał. Jak tam zadzwoniłem, żeby ich zrugać usłyszałem jedynie: today no tour, tour tomorrow 8 o’clock i to by było tyle w tym temacie. Bierzesz albo spadaj. Nie zostało nam z M. nic tylko rozbić się przy basenie i spędzić dzień prażąc się w słońcu. Szczęście w nieszczęściu przy hotelowej sadzawce natrafiliśmy na S. byłą dziewczynę G., która od kilku lat pracuje w Swiss i przyleciała do Muscatu rejsem poprzedniego wieczoru.

W drodze powrotnej z Sur i Wadi Bani Khalid Saif zabrał nas do Wahiba Sands, pokazać typową wioskę Beduinów i zakosztować krótkiego safari po okolicznych wydmach. Wrażenie przednie gdyby tylko nie smutny widok pozostawionych przez biwakowiczów masy plastikowych butelek i śmieci, rozrzuconych na całym terenie. M. bardzo wczuł się w rolę wytrwałego podróżnika odwiedzającego nieznane miejsca zamieszkałe przez koczujące na pustyni plemiona i z zainteresowaniem słuchał wszystkich opowieści naszego przewodnika. Z obrzydzeniem wzdrygał się na historie o skorpionach, robakach i wężach, których w okolicy nie brakowało i tak się w nie wczuł, że kiedy jedna kobieta złapała go za kostkę piszczał jak rozhisteryzowana kobieta.
No ale najlepsze miało dopiero nadejść, w drodze powrotnej zapalił się silnik w naszym Land Cruiserze, zaczęliśmy dymić jak lokomotywa więc zjechaliśmy na pobocze. Saif próbował schłodzić silnik resztkami wody, która nam została, ale nie pomogło. W totalnej dupie (80km od Muscatu) po ciemku, wśród kamieni, krzaków, węży i bóg wie jakich innych strasznych drapieżnych gadów i płazów drałowaliśmy w dół do rzeki napełnić plastikowe butelki wodą, oświetlając sobie drogę światłem z komórki. Było bosko, choć prawie narobiłem w gacie.
Niestety nasza wyprawa po wodę na niewiele się zdała, bo silnik i tak nie zapalił. Było grubo po 20. jak jednogłośnie zdecydowaliśmy się wyjść na drogę tzn. autostradę i łapać stopa. Bosko. Rozpędzone auta mijały nas ze średnią prędkością 100km/h i w totalnej ciemności tylko cudem ktoś byłby wstanie zauważyć stojące na poboczu 3 cipy machające nieśmiało rączkami. Do najbliższej wioski było z 10 km w lewo a na prawo autostrada pięła się wysoko w górę nie wiadomo gdzie… No ale zdarzył się cud. Jeden taksówkarz nas zauważył, zdążył w porę wyhamować i pozwolił nam wpakować mu się na tylne siedzenie gdzie siedział już jego syn. Ściśnięci jak sardynki w puszce wracaliśmy do Muscatu.

Wjeżdżając do centrum natknęliśmy się na wypadek. Na głównej arterii miasta auto zderzyło się z … jachtem.
Takie rzeczy to chyba tylko w Omanie.

Dziś leżymy na basenie i taksujemy rozebranych pilotów i stewardów Swissa, wieczorem będziemy z nimi wracać do domu.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Jak ja lubię nic nie robić

Tak sobie dziś bezczynnie leżę z M. na leżakach przy basenie i prażąc sobie sexy ciałko mogę napawać się świętym spokojem i niczym niezmąconym relaksem. Jeśli jeszcze raz gdzieś usłyszę ten banał, że kto rano wstaje temu Pan Bóg daje to się normalnie na niego zrzygam. Wcale nie uważam że, ci którzy wstają rano są zdrowsi, bogatsi albo mądrzejsi, ba uważam że częściej są bardziej chorowici, biedniejsi i niewykształceni. Kto nie wierzy, niech przyjrzy się mizernym, smutnym twarzom pasażerów komunikacji miejskiej w jakimkolwiek wielkim mieście metropolii miedzy 6-8 rano. Zdrowi? Nie. Bogaci? Nie, bo nie jechaliby metrem o tak wczesnej porze, w końcu najwcześniej prace zaczynają pracownicy najgorzej opłacani. Mądrzy? Niby jak, jeśli muszą tak pracować.
Konkluzja nasuwa się jedna – jeśli chcesz być zdrowy, bogaty i szczęśliwy w pierwszej kolejności wyrzuć budzik…

Żyjemy w epoce konsumpcjonizmu. Głód i Bóg zostali zastąpieni przez Zakupy i Status Społeczny. Reklamy wmawiają nam, że nasze życie się poprawi, jeżeli będziemy kupować różne produkty, kupowanie ich wymaga pieniędzy, posiadanie pieniędzy wymaga ciężkiej pracy (albo zaciągania długów). Bierzemy kredyt, w pogoni za tym, czego pożądamy a potem musimy pracować dalej, żeby go spłacać. Taka nowoczesna pańszczyzna.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Retrospekcje

Zabrałem M. do Nizwy pokazać mu fort, tamtejszy suk a na koniec pojechaliśmy wysoko w góry zobaczyć Wielki Kanion Wadi Ghul.

M. uległ fascynacji tym krajem, jego bogactwem i kultura, Oman przynajmniej jest jakiś w porównaniu z Katarem i ludzie wydają się serdeczniejsi i mniej nadęci. Co najbardziej mu się tutaj jednak podoba to brak podatków, darmowa edukacja i opieka zdrowotna oraz bardzo tania benzyna niecałą złotówka za litr.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Muscat na dzień dobry

Już drugi dzień jesteśmy w stolicy Omanu i odpoczywamy od zgiełku nowobogackiej Dohy. Warunki nam się trochę pogorszyły, bo hotel, w którym się zatrzymaliśmy lata świetności ma już za sobą, z Four Seasons w ogóle lepiej go nie porównywać, mały, ciemny pokój, łazienka ala wczesny Gierek, z kibla capi jakimś zdechłym kapciem, okna nieszczelne a ściany z papieru, bo słyszę o czym ludzie rozmawiają przechodząc po naszym piętrze…
Lepiej więc nie rozgrywać w pokoju żadnych meczy towarzyskich chyba, żeby zgorszyć gości hotelowych…

Przez pól dnia łaziliśmy w pełnym słońcu, na niebie nie było nawet jednej chmurki a termometr już o 8 rano wskazywał 25 kresek. Na szczęście w aucie działała sprawnie klimatyzacja inaczej majtki przyległyby mi do tyłka.

Jeszcze dwa lata temu nie można było dogadać się tutaj po włosku czy niemiecku a kraj nie znał określenia turystyka masowa. Dziś wszystkie atrakcje miasta zalała fala stetryczałych pasażerów wycieczkowca a na starym suku M. kupując pamiątki dogadywał się po włosku…

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Biednemu zawsze wiatr w oczy

Byłoby naprawdę pięknie, na bogato, cudnie, słodko pierdzaco sziszifufu ale gdybym się nie wkurwił podczas tych wakacji, chociaż raz to pomyślałbym, że ktoś tam w górze szykuje mi jakąś mega wypasioną niespodziankę i że jak wreszcie rypnie to się nie pozbieram.

Hotel Four Seasons był cudnie wygodny, widoki na ogród, marinę i morze z obu tarasów mieliśmy takie że mógłbym z pokoju nie wychodzić tylko się dotykać, napawać się panoramą z okna i robić sobie dobrze. Na plaży dbali o nas niczym o dwóch maharadżów prześcigając się żeby dwom bardzo leniwym foczkom leżącym na leżakach niczego nie brakowało. Spod parasola wyszedłem tylko raz, zrobić zdjęcie przelatującemu nisko jumbo jetowi Qatar Airways i podczas tego jednego, jedynego jednorazowego razu dopadły mnie mordercze promienie słońca i opaliły mnie w ciulowe ciapy, duże, czerwone laty i wyglądam jak niedokończona mapa świata: na piersi, mostku, podbrzuszu i lewym boku. Wyglądam przechujowo jakbym się łuszczył albo dostał egzemy, normalnie seks będę musiał uprawiać teraz tylko po ciemku, bo inaczej komuś opadnie.

Z Dohy lecieliśmy do Muscatu. Godzinę wylotu zmieniali mi kilka razy, wiec w dniu wylotu po raz kolejny zadzwoniłem dowiedzieć się o której odlatuje Qatar Airways 3622. O 11 pojechaliśmy na lotnisko, lecieliśmy biznesem, więc podjechaliśmy wprost pod terminal dla pasażerów biznes i pierwszej klasy. Co by nie pisać, po prostu wielki świat. Bezszelestna obsługa zajęła się naszymi bagażami, nie musieliśmy targać ich ze sobą do stanowiska odprawy. Mila elegancka pani wzięła nasze paszporty i zajęła się naszą odprawą. Początkowo nie mogła znaleźć naszych rezerwacji, potem stwierdziła że nasze bilety są niepotwierdzone a na końcu przeprosiła, że wszystko już wie i że jest ok. No ale chyba nie było, bo ponad kwadrans nas tam trzymała kursując między jednym stanowiskiem a drugim i rozmawiając z różnymi osobami. Kiedy wróciła minę miała nie tęgą, oznajmiła że lecimy Oman Air i że odprawić się musimy nie tu a trzy budynki dalej na terminalu B. Nie, cztery dni w Dosze bez chodników nie sprawiło że zapomniałem jak się chodzi, ale Hugon mnie strzelił, bo musieliśmy z M. wyjść teraz z terminalu na prawie 40stopniowy skwar i popychając nasze walizki drałować na drugi koniec lotniska. Coś podobnego przeżyłem z K. na Bahamach gdzie kazali nam przejść do drugiego budynku, ale żeby tam się dostać trzeba było wyjść i iść 300m najpierw prosto, potem jakieś 500m w prawo wzdłuż autostrady a potem skręcić i znowu 300m prosto. Wkurwiające było to, że właściwe drzwi widzieliśmy z naszego wyjścia tylko żeby się tam dostać musieliśmy drałować naokoło jak jakieś zagubione perskie cipy z Downem.
Dotarliśmy umęczeni i zgrzani, po czym jeszcze pól godziny musieliśmy czekać do rozpoczęcia odprawy, ale w końcu udało się.
Jedzenie w loungu, potem w samolocie, cala podróż Oman Air bez szału, dupy nie urywa, lepiej lecieć ekonomikiem i wyjdzie taniej.

W Omanie już kiedyś byłem z moim bratem, M. o tym nie wie, ale nie chciałem psuć mu atrakcji, bo bardzo cieszył się na ten wyjazd. Zarezerwowałem nam Radissona, tego samego, w którym spałem kiedyś. Hotel dobry i wygodny, tylko położony trochę gorzej, w około nic nie ma. M. o tym nie wiedział i przegonił mnie dziś wieczorem po okolicy w poszukiwaniu miejsca na kolacje. Przejść dla pieszych ani świateł w tej części świata nie uraczysz, więc albo zaryzykujesz i wtargniesz na jezdnię wprost pod rozpędzone auta albo będziesz stał i czekał do usranej śmierci…

Otagowano , , | Dodaj komentarz