Skoro wszystko jest super, to o co mi chodzi?

Z Peru wróciłem naładowany pozytywną energią, do tego stopnia, że miałem ochotę nawet zacząć uczyć się hiszpańskiego i kupić kolejny bilet do Peru za rok.

Wałęsając się nieustannie po ziemi, tak naprawdę wcale nie wiem, dokąd zmierzam, jedyny sens, jaki w tym dostrzegam jest taki, że spełniam marzenia małego chłopca.
Czuję wolność, dobrobyt, cieszę się, że mogę sam o sobie decydować, że mam wpływ na swoje życie i własne wybory, że niewiele mnie ogranicza. Z drugiej strony odczuwam jakiś trudny do opisania nadmiar, ogromne obciążenie psychiczne, bo nadchodzi ten moment, kiedy czuję, że muszę znowu zdecydować, wybrać drogę na dalsze życie a …odczuwam bardzo osobliwy lęk przed podjęciem niewłaściwej decyzji.

Mam dopiero 34 lata, robię bilans zysków i strat a na to wydaje mi się być definitywnie za wcześnie. Zawodowo układa mi się całkiem dobrze: dobra praca, dobre zarobki, kariera, wirujący seks i kolorowy świat, ale czuję jak ta praca zabija mnie od środka, coraz częściej, bowiem chodzę sfrustrowany, łatwo daje ponieść się emocjom, zaczyna brakować mi elementarnej sympatii i serdeczności do ludzi, staję się chaotyczny i rozedrgany szybko się spinam i najchętniej bym komuś dokopał.

Poniekąd czuje się przytłoczony tym, co dzieje się w pracy.
Szefowa nie potrafi skutecznie zawalczyć o nasz dział, przez wszyscy cierpimy, procesy decyzyjne trwają u nas miesiącami a rzeczy na wczoraj zalegają tygodniami.
Ludzie przychodzą do mnie i marudzą, że moja szefowa nie odpowiada na ich maile a ja zmęczony jestem wylewaniem na mnie ich zali, najchętniej rzuciłbym pracę w pizdu, ale parę rzeczy zdaje mi się mnie powstrzymywać

Nieustannie analizuję i kalkuluję czy warto być lojalnym? Czy lojalność się opłaca? Czy raczej powinienem zmienić pracodawcę dla lepszego samopoczucia psychicznego, na wszelki wypadek żeby nie ugrzęznąć na cieplej posadce i nie dostać etykietki specjalisty jednej firmy?

Ewidentnie ostatnio nie radzę sobie z samym sobą, z tym stanem, nie potrafię znaleźć dobrego rozwiązania i zadręczam się myślami. Bo wiedzę nowe możliwości, nauczono mnie żeby wykorzystywać każdą nadarzającą się okazję, by osiągnąć w życiu ‘’sukces’’ satysfakcję i spełnienie. Niby przytłaczała mnie świadomość, że wiem, jak będzie wyglądało moje życie za 10 lat z drugiej boję się ryzykować. Waham się przy podejmowaniu decyzji, boję się, że nietrafione wybory zaważą na moim życiu. Brakuje mi tylko pomysłu jak pokierować dalej swoim życiem, by żyć długo i szczęśliwie…

Otagowano | Dodaj komentarz

Przechodzę okres…

że chciałbym zmienić coś w swoim zyciu. Ostatnio dość często targany byłem przemyśleniami, że przestałem doświadczać ”bycia na fali”, odczuwałem jakiś dziwny kryzys, który nakazywał mi zburzyć wszystko i zacząć od nowa.

Na polskim portalu doradztwa personalnego znalazłem ciekawie wyglądającą ofertę pracy, która niemal idealnie wpasowywała się w moje doświadczenie i zainteresowania zawodowe. Postanowiłem wziąć udział w rekrutacji, zobaczyć na ile wyceni moje doświadczenie i umiejętności polski pracodawca.
Telefon z agencji odebrałem jeszcze tego samego dnia a na drugi dzień odbyłem pierwszą rozmowę.
Żeby nie zamykać przed sobą drzwi rzuciłem 5 cyfrową kwotę w złotówkach, która została zaakceptowana. Dowiedziałem się, że moje oczekiwania finansowe mieszczą się w widełkach płacowych przyszłego pracodawcy. To że nie wiedziałem nawet, jaki to pracodawca taki to już urok polskiego procesu rekrutacji – jeszcze nie wiesz, do jakiej firmy rekrutujesz i jaki zakres obowiązków cię czeka, ale z góry musisz zadeklarować ile chcesz zarabiać.. W Wielkiej Brytanii, Stanach czy Szwajcarii jest prościej: w momencie aplikowania na daną ofertę od razu podaje się min i max zarobki oferowane na tym stanowisku.

Pierwsza rozmowa z rekruterką nie obyła się bez zgrzytów. Jedno z pierwszych pytań dotyczyło mojej decyzji wyboru takiego a nie innego kierunku studiów i ocen z przedmiotów kierunkowych. Jezu – skończyłem studia 10 lat temu, czemu takie a nie inne? Bo tak chciałem. Przemilczałem jednak moje paręnaście pał w indeksie, bo kogo to interesuje, że HME NOP czy inne Sklepy miałem, kolokwialnie rzecz ujmując, głęboko w dupie.
Umówiliśmy się, że następna rozmowa, bezpośrednio z przyszłym pracodawcą (amerykański koncern) odbędzie się jeszcze prze telefon a dopiero po niej zdecydujemy czy chcemy spotkać się na rozmowie twarzą w twarz. Zgodziłem się, bo nie chciałem lecieć do Katowic żeby dowiedzieć się, że nie jestem kandydatem, którego szukają…
Szczęśliwie firma zaakceptował moją kandydaturę i moje żądania finansowe.

Rozmowa telefoniczna z dyrektorem centrum, Amerykaninem poprowadzona bardzo profesjonalnie i rzeczowo poszła gładko, jeszcze w trakcie obaj zgodziliśmy się, że warto byłoby spotkać się twarzą w twarz najszybciej jak się tyko da. W tydzień później w środę poleciałem do Katowic.

Wieczór przed rozmową zrelaksowałem się trochę w hotelowym zaciszu, ale bez fajerwerków…

Rozmowa w siedzibie koncernu była przedmiotowa i profesjonalna – z łatwością było mi rozmawiać z Amerykaninem po angielsku, czego nie mogę powiedzieć o rozmowie z polską kadrową. Wyszły moje braki w posługiwaniu się polskim nazewnictwem i fachową terminologią, mówiłem jak potłuczony, w kółko używając tych samych określeń i frazesów – masło maślane.. Potem pani dała mi do zrozumienia, że praca u nich byłaby dla mojej kariery zawodowej krokiem wstecz, co początkowo trochę mnie zdezorientowało, ale później odpowiednimi pytaniami pozwoliło doprecyzować moje stanowisko w hierarchii siatki płac. Kadrowa jeszcze raz zapytała mnie o moje oczekiwania finansowe upewniając się, że nie zmieniły się one od pierwszej rozmowy z agencją pracy.. Potwierdziłem a ona przytaknęła twierdząco.

W poniedziałek wieczorem zadzwonił szef oficjalnie złożyć mi ofertę pracy. Ku mojemu zaskoczeniu dostałem 2/3 z minimum, które proponowałem, nie dałem po sobie poznać rozczarowania.
Gdybym chciał się odgryźć bez skrupułów upomniałbym się o zwrot kosztów dojazdu na rozmowę kwalifikacyjną.

Nadal uważam, że warto od czasu do czasu chodzić na rozmowy o prace, sprawdzić pracodawców a zwłaszcza siebie podczas interview, wycenić swoją pozycje i doświadczenie zawodowe na rynku pracy, nie umniejszając wagi innego aspektu takich spotkać – ile razy dochodzę do końca procesu rekrutacji jeszcze bardziej kocham aktualną pracę, obecnego pracodawcę i zarobki w Szwajcarii. Gdybym jednak naprawdę szukał pracy byłbym wściekły, gdy firmy marnują mój czas zapraszając na te wszystkie rozmowy, mydląc oczy pytaniami o zarobki, jeśli od początku nie są w stanie spełnić oczekiwań finansowych kandydata i nawet nie raczą o tym wcześniej powiedzieć.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | 2 Komentarze

M jak tyran

Wróciłem wcześniej z pracy wściekły, bo nie wyszedł mi projekt, nad którym pracowałem od dłuższego czasu, na dodatek w domu czekała mnie wątpliwa przyjemność uczestniczenia w nudnej telekonferencji na temat czegoś, na co ogólnie kładę laskę, bo nie mam czasu na takie pierdoły. M właśnie zbierał się do wyjścia do restauracji i zauważył jak robię sobie mocnego drinka z whisky. Popatrzył na mnie tylko porozumiewawczo, ale nie skomentował.
Wziąłem szklankę, butelkę, laptopa i kabel, telefon przytrzymując głową do ramienia i w tak niewygodnej pozycji poszedłem w kierunku salonu. Pech chciał, że zahaczyłem ramieniem o witrynę drzwi i całość drinka wylała się na sofę. Nie mogąc przerwać telekonferencji wróciłem do kuchni nalać sobie drugiego drinka a brzydką plamę, która powstała przykryłem narzutą z postanowieniem, że zajmę się nią później.
Gdy M wrócił z pracy była już prawie północ, popatrzył na butelkę whisky potem na mnie i zapytał:
– Miałeś tutaj jakieś party?
– Nie, czemu? – zapytałem zaskoczony
– nie mów mi, że wypiłeś sam tyle whisky?
– uhm, ahm… – nie wiedziałem co powiedzieć bo czy lepiej przyznać się do tego, że jestem ofermą i znowu nabroiłem i zostawiłem plamę na naszej nowo kupionej sofie, którą M. pielęgnuje zawzięcie tak, że nie pozwala wylegiwać się na niej nawet kotu, czy lepiej uniknąć gromów, słuchania całej litanii narzekania i słownej chłosty a pozwolić nazwać się pijakiem i od razu zakończyć temat?
– zdecydowanie za dużo pijesz, jesteś już alkoholikiem.

Dopiero w niedziele, będąc na romantycznej kolacji w restauracji w Cannes, gdy chciałem zamówić dla nas kolejny kieliszek czerwonego wina a M próbował mnie powstrzymać wypominając mi mój alkoholowy problem przyznałem się jak było naprawdę. Śmiał się głośno i nie mógł uwierzyć, że mam go za takiego strasznego tyrana.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

w czepku urodzony

Żeby całkowicie nie zwariować zniknąłem na 2 tygodnie z biura i… mało, kto to zauważył nie wyłączając szefowej, więc mój chytry plan okazał się zwykłą dziecinadą.

We Wrocławiu spotkałem się z A i kilkoma makaroniarzami pracującymi w Polsce – wszyscy narzekali i każdy mi zazdrościł, głównie pieniędzy i splendoru.

Słucham głosu młodych szukających pracy narzekających, że studia nie są gwarantem sukcesu ( uhm 10 lat temu też nie były), że teraz liczą się też głównie znajomości, że praca w call center po studiach jest be, że politycy są do bani, że wysyłają setki cv i nic (uhm to może wysłać tylko kilka).

Na zaproszenie linii lotniczych poleciałem na konferencję do Lizbony w trakcie, której poznałem wiele osób pracujących na podobnych stanowiskach, podczas bardziej nieformalnych spotkań przy winie tudzież drinkach porównywaliśmy doświadczenia z naszych firm i znowu usłyszałem, że jeśli bym kiedyś odchodził, mam dać im znać – chętnie się ze mną zamienią.

Tyle różnych perspektyw a ja wciąż nie dostrzegam, jak wielkim jestem szczęściarzem…

Jedyne co zrozumiałem to, że ucieczka nigdy nie jest zmianą… nie powinienem uskuteczniać tego w przyszłości.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Przemykanie w pełnym słońcu

Wypady na miasto były nie istną grą logistyczną, sprowadzały się głównie do skutecznego odnajdowania najkrótszej trasy między oazami klimatyzowanych pomieszczeń i przeskakiwaniu z jednego centrum handlowego do drugiego. Zamiast pojechać do Siam Paragon taksówką wybrałem zdawałoby się krótki spacer, którego szybko pożałowałem, bo nim zaszedłem do pierwszego postoju zaznaczonym na swojej mapce byłem już mokry jak świnia. Chryste jak tam było gorąco – próbowałem przemykać między jednym a drugim centrum handlowym starając się jak najrzadziej wyściubić nos na zabójczy żar lejący się z nieba i parne tropikalne lepkie powietrze, ale łatwo nie było.
W Bangkoku trwał właśnie festiwal orchidei, wszystkie wystawy sklepowe udekorowane były pięknymi kompozycjami kwiatowymi a ich intensywny zapach roznosił się wszędzie, co w polaczeniu z gorącym powietrzem stawało się nieznośne – drażniło nozdrza tak samo jak intensywność i krzykliwość kolorów. Przed powrotem do domu wbiłem się na kilka godzin do hotelowego spa, które w tej części świata kosztuje śmieszne pieniądze, że nie potrafię oprzeć się pokusie odwiedzenia tego przybytku jak i skorzystania z innych atrakcji, jakie oferuje stolica Tajlandii…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Bangkok

Po drugim trwającym ponad 10 godzin locie z Zurychu dotarłem do Bangkoku, kierowca czekał przy wyjściu gotowy zabrać mnie do hotelu Plaza Athenee.
Nim dotarliśmy do celu straciliśmy 1.5 godziny stojąc w koszmarnym korku.

Dostałem piękny suit na 18. piętrze, z olbrzymim łóżkiem i łazienką. Concierge zawiózł mnie na górę i oprowadził po apartamencie.

Po godzinie zadzwonił telefon z recepcji. Miły Pan concierge telefonował upewnić się czy pokój mi się podoba, czy wszystko jest jak należy, czy niczego mi nie potrzeba, czy nie potrzebuje masażu albo towarzystwa…

– Would you like to meet my sister mister?
– No, thank you. I don’t think it will be necessary…
– … Would you like to meet my brother mister?…

Kocham tajską gościnność za rzadką umiejętność spełniania niepowiedzianych życzeń…

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

ostatnie godziny w Limie

Lima – kolorowy, nocny świat, będący w zupełnej sprzeczności z biedą panującą w innych częściach Peru. Jadąc znowu do naszego hotelu w Miraflores mijaliśmy dzielnice ambasad, przedstawicielstw zachodnich firm, piękne budynki, parki i myślałem wtedy – to naprawdę eleganckie, ładne, nowoczesne miasto. W Miraflores piękne kamienice, wille, apartamentowce, zabytkowe domy, otoczone egzotycznymi kaktusami z pięknie kutymi kratami w oknach. Gdybyśmy pierwszego dnia naszego pobytu w Peru zobaczyli taką Limę to mielibyśmy zupełnie inne nastawienie do tego kraju. Wbrew temu co przeczytałem albo usłyszałem od Brana, ostrzeżeniom znajomych i tego co napisano w przewodnikach Peru okazało się dla nas bardzo bezpieczne. Nie mieliśmy żadnych przykrych sytuacji, choć freaków nie brakowało. Na ulicach spotykaliśmy dużo policji, wszystkie turystyczne obiekty były dobrze chronione, choć autobusami dalekobieżnymi nie jeździliśmy a to tam zdarzają się napady.

Poznaliśmy pewnego Chorwata – naszego przewodnika, który przez dekadę pływał na statkach wycieczkowych a od 10 mieszka w Peru. Słuchając jego przygód z pobytów w Polinezji, Holandii, Niemczech, reguł, których musiał się nauczyć i przestrzegać, braku zrozumienia wśród przyjaciół, którzy nie rozumieli jego pracy i stylu życia i których ostatecznie zostawił w Chorwacji zrozumiałem, że w Peru odnalazł wolność i swoje Pacanowo – wymarzone miejsce to zamieszkania. Tam istnieje tylko jedna reguła: nie ma żadnych reguł. Dzięki tym kilku dniom spędzonych razem w Limie, Caral, Nazce i Pachacamac zdałem sobie sprawę, że w ciągu kilku dni staliśmy się sobie bardzo bliscy a on sam bardziej naszym kompanem w podróży niż przewodnikiem.
Ostatniego dnia przed wlotem do Europy Bran zabrał nas 40 km za Limę, pokazać świątynię Pachacamac a właściwie to, co z niej zostało. 500 lat historii, starożytne centrum religijne, obecnie na liście światowego dziedzictwa UNESCO, a ja ignorant zapamiętałem tylko widok psa bez sierści, który wyglądał jakby był cały zaropiały i chory.

Dzięki niemu w zobaczyliśmy też nekropolis Chauchilla z podziemnymi wąskimi pionowymi szybami zakończonymi półkolistym pomieszczeniem z ułożonymi w pozycji embrionalnej mumiami… Cmentarz został splądrowany a na całej jego powierzchni leżą opuszczone ludzkie kości i rozrzucone resztki ceramik. Mój brat wpadł na osobliwy pomysł zabrania ze sobą resztek szkieletu do Polski a ja dopiero w ostatniej chwili odwiodłem go od tego beznadziejnie głupiego pomysłu.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

wyprawa na stary szczyt

Po starówce w Cusco mogłem chodzić godzinami, jest to tak bardzo urokliwe miasto i zdecydowanie godne polecenia w Peru… W nocy nawet gwiaździste niebo wydaje się być tu szczególne – jak wielkie, nisko zawieszone lampiony.

Bardzo wczesnym rankiem pojechaliśmy autem do Ollantaytambo. Po mimo zabójczo wczesnej dla nas pory droga z Cuzco do Ollantaytambo okazała się bardzo widowiskowa – mijaliśmy zielone doliny, których dna otoczone są niezwykle stromymi wzniesieniami. Kilka razy prosiłem kierowcę, aby się zatrzymał abyśmy mogli zrobić zdjęcia. Ollantaytambo to malutka wioska w dolinie, z której bardzo nowoczesnym i czystym pociągiem odjechaliśmy w stronę Machu Picchu. Zatrzymaliśmy się tylko raz, na stacji skąd rozpoczynała się trasa Inca Trail.

Inca Trail do Machu Picchu zwana jest również Camino Inca i składa się z trzech tras: jednodniowej, standardowej i Mollepata. W zależności od trasy każda przechodzi przez kilka rodzajów środowisk Andów: alpejską tundrę, czy las chmurowy. Po drodze ciągnie się niezliczona ilość tuneli ponadto na szlaku zwiedza się wiele Inkaskich ruin a końcową stację stanowi Brama Słońca na Machu Picchu. Dwie dłuższe trasy wymagają wejście do ponad 4200 m n.p.m., co niewprawionych prowadzi do choroby wysokościowej. Po ilości osób, które wysiadły z pociągu widać, że ten parudniowy trekking cieszy się dużym powodzeniem wśród odwiedzających to miejsce przyjezdnych. Słyszałem jednak, że już na 3 dzień większość ma dość, entuzjazm znika i każdy marzy o powrocie do cywilizacji.
Osobiście nie czułem potrzeby udawadniania przed samym sobą że taki sposób zdobywania Maccu Pichu mi nie odpowiada – ja to po prostu wiem że na wędrówki z plecakiem, spanie w namiotach, kuchnie polową, załatwienie potrzeb i mycie się w lesie, picie wody z kałuży jestem zbyt wygodny i za delikatny, za bardzo cenię czystą, świeżą pościel, dostęp do prysznica oraz hotelowego baru serwującego koktajle z lodem i parasolkami niż możliwość przeżycie survivalowej przygody.

Po 3 godzinach dotarliśmy do stacji Machu Picchu. Pociąg wjechał na malutką stację, zabudowaną ciasno przylegającymi budynkami, która wyglądała jak tunel. Miasteczko jest bardzo małe, zagnieżdżone między stromymi wzgórzami. Budynki ściśnione jeden na drugim, same hostele, restauracje, bary i kafejki internetowe, wszystko wokół małego placyku z wielką postacią Indianina. Nasza przewodniczka zjawiała się po kwadransie, gdy już zaczynaliśmy się martwić, że chyba utknęliśmy w czarnej dupie u progu naszego upragnionego celu.
Svetlana zorganizowała nam bilety na autobus, którym jeszcze kolejny kwadrans musieliśmy wjeżdżać usypaną żwirem drogą wzdłuż bardzo stromego wzniesienia…
Machu Picchu jest: cudownie zielone, położone na niedostępnym szczycie góry niczym gniazdo jastrzębia. Niesamowite wrażenie robi maksymalne wykorzystanie rzeźby terenu i łączenie murów z istniejącymi wcześniej skałami. Nad twierdzą górują z Wayna Picchu i Machu Picchu, których z wiadomych powodów nie planowaliśmy zdobywać… Twierdza zachowana jest w doskonałym stanie, budynki mają ściany i sklepienia dachów, którym brakuje tylko oryginalnego pokrycia strzechą. Miejsce poraża swoją niezwykłością i pięknem. W 4 godziny przeszliśmy je wzdłuż i wszerz by potem położyć się w cieniu kamiennych murów i na trawie zjeść przyniesiony przez Svetlane w plecaku lunch. Pogodę mieliśmy jak na zamówienie, do 14 bezchmurne błękitne niebo, wiec, gdy wspinaliśmy się po kolejnych poziomach kląłem pod nosem, że targałem za sobą kurtkę i pusta butelkę wody, której nigdzie nie mogłem wyrzucić, bo nigdzie nie znajdowałem koszy na śmieci. Dopiero po południu niespodziewanie nadeszły chmury i mgły, które otuliły sąsiednie szczyty i przyniosły ulewny bardzo deszcz, w którego strugach wracaliśmy do autobusu. Gdy lunął na dobre byliśmy już na dole popijając lokalne piwo i dzieląc się wrażeniami. Machu Picchu to była nasza wisienka na torcie pobytu w Peru. Zjechaliśmy do miasteczka i do późnego popołudnia czekaliśmy na pociąg powrotny do Ollantaytambo, w którym obaj usnęliśmy jak dzieci, gdy tylko ruszył ze stacji.

Drugiego dnia przed powrotem do Limy pojechaliśmy na wzgórze górujące nad Cuzco – Saksaywaman (dla nas sexy women) żeby podziwiać kompleks inkaskich kamiennych murów – niestety jak dla mnie bez rewelacji. Za to faktycznie widok na miasto z góry był spektakularny i niezapomniany.
Tak samo jak nasz przewodnik, urodzony w lesie Indianin, który opowiadając nam o odwiedzanych miejscach sprawiał wrażenie nieobecnego, jakby od lat coś palił…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Cusco – nie-raj dla astmatyków

Przed wylotem do Cusco zaopatrzyliśmy się w tabletki soroche łagodzące objawy choroby wysokościowej. Co to znaczy, że miasto leży na wysokości ponad 3 tys m n.p.m odczuliśmy dość szybko. Oddech stał się krótszy i płytszy, serce zaczęło szybciej bić, wkradła się nerwowość i o wiele szybciej się męczyliśmy. Przy większym wysiłku chwilami trudno było złapać łyk powietrza.

Pierwsze wrażenie były jednak bardzo przyjemne. Kilka kroków od Novotelu i doszliśmy do Plaza de Armas głównego placu zabytkowego Cusco, od którego odchodziły uliczki we wszystkich kierunkach. Z jednej strony placu imponująco duża katedra El Triumf, a obok bardzo podobny kościół w stylu kolonialnym. Wszystko zbudowane na fundamentach inkaskich budynków i z materiałów powstałych ze zburzonych inkaskich świątyń. Podobnie jak większość tutejszych budynków, również i te zbudowane zostały w miejscu starodawnych pałaców i świątyń Inków. Hiszpanie niszczyli budowle pozostawiając tylko fundamenty, często do budowy używali tych samych, idealnie przyciętych i wypolerowanych kamieni. Gdy Cuzco nawiedziło trzęsienie ziemi, kolonialna zabudowa runęła jak domki z kart, ale inkaskie fundamenty pozostały nietknięte.
Plaza de Armas tonęła w mocnym słońcu, odnowiona, pełna kolorowo ubranych ludzi i jeszcze bardziej kolorowych flag.

Powiewające wszędzie flagi Cuzco z tęczą, symbolizujące imperium Inków doskonale prezentują się dodając miastu jakby nowoczesności. Ta dość kłopotliwa kolorystyka przywodzi na myśl branżę i powoduje czasem lekkie zakłopotanie, jeśli nie rozczarowanie.

Cały plac i schody przed katedrą zapełnione były ludźmi. Stare kamienice z pięknie rzeźbionymi balkonami i drzwiami, małe placyki z zielenią – oniemieliśmy z zachwytu. Przepiękne miejsce i naprawdę najpiękniejszy rynek, jaki dany było nam zobaczyć w Peru: duży, kolorowy, schludnie utrzymany z pięknym trawnikiem, tonący w żółtych i biało-różowych kwiatach. Pośrodku nieodzowna, imponująca kolorem, zielona fontanna. Wokoło przecudne dwupiętrowe kamieniczki z arkadami na parterze. Każda kamieniczka posiadała misternej roboty drewniane wykusze z mieszczącymi się w nich kawiarniami. Wszystkie budynki pokryte czerwoną, ceramiczną dachówką. Jedne teorie mówią, że w danych czasach plac pokryty był złotymi płytami i składano tutaj ofiary przed rozpoczęciem działań wojennych, inne że było to święte miejsce, gdzie opłakiwano zmarłych. Za czasów panowania Hiszpanów dokonywano na nim krwawych egzekucji powstańców i buntowników. To miejsce w pełni zasłużyło na miano jednego z najpiękniejszych placów Ameryki Łacińskiej. Najlepiej prezentuje się tuż po zmroku, kiedy podświetlony jest na złotawy kolor…

Od placu rozchodzi się sieć wąskich, brukowanych uliczek, wcale nie mniejszej urody, wąskie wybrukowane kamieniem, stromo ciągnące się w dół i górę. Wszędzie galerie, sklepiki, knajpki.. Stare kamienice pokryte pomarańczowa dachówką, drewniane balkony, wybrukowane kamieniami, strome uliczki, małe klimatyczne placyki… odkrywamy je w ciągu dnia i w nocy wracając z kolacji w Pachapapa. Po Cuzco można spacerować godzinami, za każdym razem odkrywając to miasto od nowa.

Tego samego dnia, jeszcze przed zachodem słońca wdrapaliśmy się na sam szczyt stromej uliczki. Widok Cuzco z góry okazał się równie zachwycający. Czerwone gliniane dachówki wznoszą się i opadają aż po horyzont. Nad domami dostojnie górują potężne kościoły i katedry. Świątynia Słońca mieni się w złotawym świetle. Przez chwile byliśmy w samym centrum świata i nie mamy, co do tego wątpliwości i nawet zapominam że przed chwilą myslałem że wyplujmy płuca.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

w drodze do Nazca

O 3 rano wyjechaliśmy w kierunku regionu Ica. Droga do Nazca część Pan-American Highway wiedzie przez kosmiczne krajobrazy: z jednej strony ocean, z drugiej wysokie, pokryte mgłą góry, wszystko martwe, jałowe, bez drzew, skaliste, piaszczyste albo żwirowate – totalne pustkowie. Mijaliśmy miejscowości widma, bez śladu żywej duszy, a zamieszkałe wydawały się przygnebiające: parterowa zabudowa, przaśne budynki z wystającymi elementami zbrojenia na dachach, bardziej to wszystko przypominało ruinę niż skończone budowle.

Nazca żyje z turystów i lotów awionetkami nad płaskowyżem. Z wyprzedzeniem wykupiłem nam taki 30minutowy przelot. Za radą Brana – naszego przewodnika i kierowcy – nie jedliśmy tego dnia śniadania (prócz dwóch małych suchych bulek) a było to dość ważne, o czym przekonaliśmy się później lecąc naszą awionetką i podziwiając jedną panią, która uzewnętrzniała się bite pól godziny i rzygala jak kot prezentując wszystkim współpasażerom całą zawartość swojego żołądka. Miałem wrażenie, że linia obsługująca nasz lot zrobiła to specjalnie i wyposażyła pasażerów w bardzo przezroczyste woreczki. Unoszący się fetor wymiocin nie był wstanie jednak odwrócić naszej uwagi od głównej atrakcji tego miejsca, czyli kilkunastu tajemniczych rysunków geoglifów przedstawiających zwierzęce, roślinne i geometryczne kształty, których w rzeczywistości na całym obszarze płaskowyżu są tam setki. W dzieciństwie zaczytywałem się w książkach von Daenikena, teraz mieszkam w Szwajcarii skąd pochodzi autor – czułem, więc dziwną bliskość z tym miejscem.
W samym Nazca niewiele jest robienia. W jednej z lokalnych jadłodajni zjedliśmy obowiązkowo kurczaka, popijając go Cusquenią i spotkaliśmy podróżujących Polaków. Dla Peruwiańczyków kurczaki to główne źródło pożywienia, oprócz świnek morskich rzecz jasna.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz