Lima – Caral

Na Plaza de Armas, głównym placu w Limie znajduje się pocztówkowa La Catedral de Lima z sarkofagiem Francisca Pizzary w środku. Sam plac jest piękny, otoczony z obu stron żółtymi kamienicami, pięknymi drewnianymi, ciemnymi wykuszami i obowiązkową fontanną w środku. Chodząc po okolicznych krętych uliczkach doszliśmy do kościoła i zakonu św. Franciszka. Piękny budynek, począwszy od katakumb wypełnionych szkieletami poprzez wspaniały dziedziniec z rzeźbionym, drewnianym sufitem i ścianami misternie wyłożonymi maleńkimi kafelkami. Pośrodku patio i kilka fontann. Największe wrażenie zrobiła biblioteka ze starymi woluminami jakby żywcem wyjęta z filmu „Imię Róży” i postawny pan opiekujący się salą ze świdrującym i przeszywającym na wylot spojrzeniem.
Rankiem wyruszyliśmy do Caral olbrzymiego stanowiska archeologicznego na pustyni w Dolinie Supe, w prowincji Barranca. Miejsce to jest najstarszym znanym ośrodkiem miejskim na Półkuli Zachodniej i największym w rejonie Andów. Na obszarze 66 hektarów zamieszkiwało tam ponad 3000 ludzi. Piramidy budowane w Caral powstawały w tym samym okresie, co egipska Wielka Piramida Cheopsa. W przeciwieństwie do wielu innych stanowisk archeologicznych w Andach, w Caral nie odnaleziono żadnych śladów wojen, zniszczeń bitewnych, broni ani szczątków ofiar. Odnaleziono natomiast siedziska z kości wielorybów, muszle morskie, włókna kaktusa, owoce z dżungli i instrumenty muzyczne, co wskazuje na to, iż miasto było pokojowym ośrodkiem handlu.
Miejsce dopiero niedawno otwarto dla zwiedzających, ale za kilka lat ma szanse stać się ważnym punktem na turystycznej mapie Peru a ja będę mógł śmiało stwierdzić – już tam byłem. Dzięki sprytowi i doświadczeniu naszych przewodników dotarliśmy tam drogą na skróty przez…prywatną kurzą fermę oszczędzając nam ok. 2 godzin podróży.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Lima

Nabraliśmy ciuchów jak na zimę a tymczasem pogoda nas rozpieszcza. Wieczorami chłodno, mgliście i wilgotno, ale w dzień przyjemnie świeci słonce, temperatura ponad 25 stopni, niska wilgotność i przyjemny wiatr, nie smaruje się żadnym kremem i zaraz po pierwszym dniu widzę tego efekty w postaci czerwonego karku, czoła i czubka głowy.

Może to banalne, ale hotelowe śniadania stały się jedną z najbardziej ulubionych i zawsze wyczekiwanych atrakcji każdego poranka a to za sprawą: warzyw i owoców… Tutejsze mają naturalny smak, który pamiętam z dzieciństwa: rzodkiewka piecze, pomidor jest słodko kwaśny, truskawki są słodkie a nie kwaśne.
Ziemniaki i kukurydza dostępne są w kilkuset różnych odmianach i maja różne kolory.
Ceviche w wykonaniu peruwiańskim jest genialne. Owoce morza podane na liściu sałaty, pokryte czerwoną cebulą, kolendrą i papryką chili i skropione sosem cytrynowym a świeże trucha (pstrągi) hmm po prostu palce lizać.
Obszedłem się smakiem a koniecznie chciałem spróbować świnki morskiej z rusztu. Podobno smakuje jak pieczony kurczak a wygląda jak sprasowana świnka morska. Pieką ją razem z głową i pazurami, więc widok na talerzu nie jest zbyt zachęcający i pewnie śniłby mi się po nocach.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

pierwsze wrażenia

Po długim, trwającym 12 godzin locie z Frankfurtu wylądowaliśmy szczęśliwie na lotnisku stolicy Kolumbii – Bogocie. Mało spaliśmy, zajmując się głównie oglądaniem filmów i starych odcinków seriali.. Dość sprawnie przeszaleliśmy przez bramki kontrolne, potem prosto do Avianca Lounge, bo na samolot do Limy musieliśmy czekać następne 3 godzony. Malo, kto mówi tutaj po angielsku, trudno mi się porozumieć bez znajomości hiszpańskiego, w sytuacjach podbramkowych ratuje mnie znajomość włoskiego albo szczery uśmiech i tylko wtedy jakoś się dogadujemy. W Bogocie dżdży, ale jest ciepło. Dookoła pełno sexy kruczowłosych macho aż mi krew buzuje.
Lima w nocy wygląda przaśnie pusto i nijako. Jak zwykle po przylocie mamy przejścia z taksówkarzami – ich zachowanie to już norma wpisana w funkcjonowanie większości lotnisk w każdym większym mieście, podobnie jak chęć orżnięcia turystów. Zaczepiali nas zaraz po wyjściu z hali przylotów oferując niby promocyjne ceny z kosmosu, na szczęście szofer zamówiony z hotelu już na nas czekał – miło jest zobaczyć swoje nazwisko na tabliczce przylatując do obcego kraju. Lima nocą: miasto wielu kontrastów, brzydoty i piękna, biedy i bogactwa. Na ulicach widać policje i radiowozy, co wzbudza atmosferę bezpieczeństwa. Miraflores położone jest na wysokiej skarpie, pięknie zadbane, trawniki, place zabaw, fontanny, kamienne posagi. Do tego wysokie, nowoczesne apartamentowce. Wzdłuż głównych ulic markowe sklepy i restauracje. Ale peryferie miasta wyglądają zgoła inaczej. Brudne, chaotyczne dzielnice fabryczne pokryte smogiem. Wszystko zdaje się brudno betonowe, choć nie widać bezdomnych..

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

ostatni raz nim znikne

W pracy zaczęło się dziać, codziennie zostawałem do późna, próbując uporać się ze wszystkim i jakoś ogarnąć bezmiar rzeczy do zrobienia na wczoraj. Dobry humor zniknął bezpowrotnie i żeby nie warczeć na innych po prostu robiłem swoje ignorując zaczepki, telefony albo maile, które wydawały mi się nieistotne.
Jeszcze wczoraj rano siedziałem i klepałem w klawiaturę wysyłając ostatnie maile, wziąłem udział w 2 telekonferencjach, po czym spakowałem się wielka torbę i pojechałem do Zurichu, odebrać brata z lotniska. Nim wyszedłem z biura wyczyściłem biurko, schowałem albo pozbyłem się wszystkich przedmiotów i dokumentów, które świadczyłyby o mojej obecności w tym miejscu, zostawiałem bardzo lakoniczna wiadomość na autoresponderze i zniknąłem nie mówiąc nikomu na ile.
Poczucie odpowiedzialności i pracoholizm jednak o sobie przypomniały, bo nawet zamknięty w metalowej skrzynce, wyposażonej w wifi, na wysokości 10 km w drodze do Bogoty, wciąż pracowałem, raz po raz spoglądając ze zdziwieniem na mojego brat, który bardzo zrelaksowany pochłaniał chyba nasty posiłek tego dnia i moim zdaniem – nim dolecimy do Limy powinno go zemdlić. Matko, jaki on ma spust – wydaje się, że lepiej go ubierać niż karmić. Wieczorem zjadł kolacje, rano śniadanie w hotelu, drugie śniadanie na lotnisku w Zurychu, posiłek w samolocie do Frankfurtu, posiłek w lounge’u we Frankfurcie, 3 daniowy obiad w samolocie i kolacje, kolacje w Bogocie i posiłek w samolocie w drodze do Limy, ale nie żebym mu żałował…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

daltonista

Nie było mnie w domu tylko przez 2 dni a M. od razu połamał kibel tzn. deskę od sedesu.
Akurat w łamaniu, darciu, przypalaniu, burzeniu, rozchlapywaniu, plamieniu, rozlewaniu, rozbijaniu zwykle to ja wiodę palmę pierwszeństwa, więc szczerze ucieszyłem się, że wreszcie to nie ja coś zniszczyłem w naszym domu…
M. obiecał kupić nową.
Wracam do domu, wchodzę do łazienki a tam jak po oczach mi nie da czerwona deska…
Pytam się: – Nie było innych w bardziej stonowanych kolorach niż jebitny czerwony?
M patrzy na mnie z politowaniem w oczach, poklepuje mnie po ramieniu: – To nie czerwony amore, to rosso Valentino!

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

Matuszka Rasija

Przy kontroli paszportowej wepchnięto nam poza kolejką parę młodych Rosjan. Krótkie ukradkowe spojrzenie na same tylko ich buty i ubrania – kosztowały więcej niż moja miesięczna pensja.
Welcome to Russia.

Rosyjska dusza ponoć nie zna umiaru. Fantazja Rosjan zawsze była imponująca, wbrew wszelkiej logice i naturze: zawracanie biegu rzeki, ścinanie góry przez pół, podróże w kosmos, zawsze spektakularne wybryki. Dla jednych fenomen nieujarzmionej wyobraźn,i dla innych brak ogłady i smaku…i trudno stwierdzić, kto ma racje, czy to kwestia mentalności, czy liczby zer na koncie. Właśnie chyba owa zabawa jest najbardziej drażniącym inne narody elementem rosyjskiej wystawności.
Spotykając się często z ludźmi branży hotelarskiej nasłuchałem się niesamowitych historii o rosyjskich gościach. Dobrze pamiętam też nasz szalony weekendowy wyjazd do Dubaju z K. pieszczotliwie zwaną Miss Syberii, picie szampana w pociągu do Zurychu i jej głośny komentarz, który wywołał poruszenie wśród współpasażerów – skoro inni mogą pić śmierdzące na cały przedział tanie piwo z puszki to ona może markowego szampana…

Wbrew wszelkim ocenom przypisywanym Nowym Rosjanom, którzy bez opamiętania dają upust swoim fantazjom wydając bajońskie sumy na snobistyczne zachcianki, czy też niepojęte w głupocie rozrywki, fenomen niepohamowanej rozrzutności jest typowy dla parweniuszy ze wszystkich stron świata. Brak dystansu, skromności wobec posiadanej fortuny, łatwo przybiera postać uderzającej do głowy wody sodowej i jak dla mnie świadczy tylko o słabej osobowości, a nie mentalności typowej dla całego narodu. Czytałem że tylko w Londynie Rosjanie czują się wyjątkowo dobrze. Nikt ich nie strofuje za luksus, nie oskarża o kanty i cwaniactwo, są bezpieczni a nawet szanowani, ale gdzie indziej, np. w Szwajcarii, jest znacznie gorzej. Rosyjscy bogacze są tu przyrównywani do arabskich szejków z lat 80., krytykowani za zachłanną konsumpcję i rzekomy brak kultury w korzystaniu z dobrodziejstw zachodniej cywilizacji.

Obraz zakorkowanego miasta pełnego jednakowo brudnych, zabłoconych acz bardzo luksusowych aut przypomniał mi zapamiętane obrazy stolicy ze Bułgarii. Jak to możliwe że Rosjan stać na drogie markowe SUVy, ale nie pomyślą żeby podjechać z nimi do myjni?

Najbardziej widać jednak biedę – w pstrokatych i dziwnych konstrukcjach blokowisk, w odrapanych zdemolowanych budynkach i krzywych balkonach, w szarych ulicach, szarych balkonach, starych, brudnych, szarych autobusach i ludzie też jakby szarych – aż smutno patrzeć na zwykłych przechodniów. Trzeba niewyobrażalnej siły i wytrzymałości by umieć żyć w tym kraju.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

tourné ciąg dalszy

Wprost ze stolicy poleciałem do domu, na spotkanie z dentystą, który dał mi nadzieje, że po kilku miesiącach noszenia upokarzających gumek zbliżamy się do punktu kulminacyjnego, kiedy będę mógł pozbyć się swojej biżuterii. Choć przestałem zwracać na nią uwagę, to po cichu liczę dni, kiedy nastąpi definitywny koniec noszenia tego ustrojstwa.
Spotkałem się z P – dziwką i złodziejem, na widok, którego serce mi zmiękło a co inne stwardniało… Po tym jak okazało się, że rok temu zderzył się z autobusem, leżał kilka dni w śpiączce, zrobili mu trepanacje czaszki przestałem być na niego bardzo zły, a po naszym spotkaniu odniosłem wrażenie, że rozmawiałem z kimś innym a cała historia czegoś go nauczyła. Pół wieczoru przesiedzieliśmy w Papa Barze gdzie zauważyłem, że wyraźnie łypie do nas jeden barman… Choć wpadłem tam nazajutrz z ojcem w ramach mocno ograniczonej wersji ”Szlakami browarów wrocławskich” nie było mi dane nawiązać bliższej relacji ani umówić się z nim konkretniej. Nim nastąpi kolejna ku temu okazja nurtuje mnie pewien szczegół – gdzie umówić się z barmanem na randkę, przecież nie wezmę go na drinka…?

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

warszawka

Rano poleciałem do Warszawy. Dzień to nie był to może najlepszy, bo akurat przypadała rocznica jak z nieba spadla kaczka, na szczęście jadąc do Radissona a potem na Agrykole miasto nie wydawało się zbyt zakorkowane, choć w radiu trąbili o pochodach, zgromadzeniach, wiecach i innych manifestacjach.
Wyboru zbytniego nie miałem, akurat w tym samym dniu przypadały urodziny K. a tego odpuścić nie chciałem, zwłaszcza, że na urodzinową kolację wybraliśmy Atelier Amaro – pierwszą w Polsce restaurację uhonorowaną gwiazdką Michelina. Tak naprawdę był też i inny powód mojego powrotu do stolicy (w weekend byłem odwiedzić P. i E. spodziewających się niebawem pierwszego potomka), ale o tym pisać nie chcę, bo po co…skoro uwieczniłem wszystko na filmie…

Wyczytałem gdzieś, że Polacy generalnie nie jadają poza domem, że prawie połowa robi to rzadko albo nigdy – i albo ich nie stać a jeśli nawet, to obiad w restauracji oznacza pizzę, hamburgera, kebab, zapiekanke albo żurek – niestety.
Michelin często oskarżany jest o wspieranie luksusu i słusznie. Z drugiej strony gwiazdka to swego rodzaju dowód uznania dla rozwoju ekonomicznego kraju. Elitarne, gwiazdkowe restauracje są głównie w krajach na tyle zamożnych, by mieć klientów na podobnego rodzaju rozrywkę.
Podaje się tu tzw. menu degustacyjne. W Amaro trzydaniowe kosztuje 150 zł od osoby, pięciodaniowe – 250 zł, a ośmiodaniowe 300 zł. Kolacja dla dwóch osób z winem to ok. 1000zł, ale aby tu zjeść, trzeba czekać na stolik kilka tygodni. Gotowanie, żeby kogoś nakarmić, bo jest głodny, to coś zupełnie innego niż prawdziwa sztuka kulinarna. Jedna osoba lubi teatr, inna drogie perfumy, inna podróże a ktoś wizytę w dobrej restauracji…
Typowe danie: borowik, trawa żubrowa, trufla albo sarna, szałwia, musztard. Na przykład: grzyby, grasica, mech to zupa z leśnych grzybów z grasicą, kwiatem nasturcji, owocami aronii i esencją mchu leśnego.
Atelier Amaro to w naszym kraju na pewno nowy, restauracyjny sufit. Niby zwyczajna restauracja a wygląda zupełnie inaczej i podaje też zupełnie odmienne rzeczy, których nie można zobaczyć choćby w programie wulgarnej pani Gessler.
Właściciel tworzy nowoczesne potrawy, które nie istniały dotąd w polskiej kuchni, kreuje naszą kuchnie od zera, z dostępnych produktów, edukuje ludzi, co jeść i pokazuje alternatywę dla kebaba i frytek.
Można zarzucić mu, że porusza się w abstrakcji, bo kogo stać wydać paręset złotych na obiad…

Poraz kolejny jestem wdzięczny losowi, że mogłem sobie na ten zbytek pozwolić…

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

nareszcie wiosna

Odkąd podpisaliśmy nowy kontrakt z LH minęło pól roku, dlatego łącząc przyjemne z pożytecznym poleciałem na jeden dzień do Berlina, przejrzeć się wynikom i podumać trochę nad cyferkami i tabelkami oraz zastanowić się, co zrobić żeby było jeszcze lepiej.
S. ostatnim razem odwiedziła mnie w Bernie i zabrałem ją wtedy na kolację – ucztę do restauracji M. i tak ja tam ugościłem, że nie dość, że wyściskała i wycałowała mnie jak babcia wnuczka, to wróciła do Niemiec cała rozpromieniona i w skowronkach zarzekając się, że następnym razem to ona postara się specjalnie zadbać o mnie w Berlinie. Obiecała i słowa dotrzymała. Spotkaliśmy się najpierw przy kawie w hotelu Esplanade skąd pojechaliśmy do KWD na ostrygi i wino. Dzięki M. polubiłem owoce morza, ale ostrygi kojarzą mi się z obślizgłymi glutami w muszelkach, które spływają do gardła bez konieczności dokładnego ich przegryzienia, stąd do końca nie wiedziałem jak sobie z nimi poradzę i czy organizm czasem ich nie odrzuci. Zupełnie niepotrzebnie – ostrygi pierwszej świeżości spałaszowałem wszystkie i jeszcze poprosiłem o dokładkę tak mi zasmakowały.
Odkąd poznałem S. – dobrą starszą Niemkę urodzoną w Stanach – oboje bardzo przypadliśmy sobie do gustu. Bez względu na kraj, który odwiedzam zauważyłem, że ja w ogóle podobam się starszym paniom…

Zostałem na noc w Grand Esplanade w wielkim penthousie z jeszcze większym tarasem gdzie mogłem pracować i jednoczenie wylegiwać się chwytając pierwsze słoneczne dni wiosny, w niczym niezmąconym spokoju, zrelaksowany odpowiadać na maile i uczestniczyć w telekonferencjach.
c.d.n.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Raj za kasę, ale jak dla mnie to piekło

W Polsce deficyt słońca, z okazji Wielkanocy dzieci lepią śniegowe zające a niektórzy wyjeżdżają w góry na narty, bo dokoła panują iście narciarskie warunki. I dobrze, że nie pojechałem do domu w te święta, pewnie utknąłbym w drodze, na którymś z zasypanych śniegiem lotnisk i stracił cały świąteczny dobry humor koczując na zatłoczonym terminalu wśród podobnych sobie ofiar, zamiast mniej lub bardziej cieszyć się atmosferą przebywania w tym czasie z rodziną. W czasie gdy oni wsuwali żurki, mazurki i inne pisanki oboje z K pałaszowaliśmy głównie owoce morza aż trzęsły się nam uszy wlewając pry tym w siebie mnóstwo czerwonego wina i przy okazji prażąc się w ciepłym słońcu na Waterfront.
W RPA ciepło, w Kapsztadzie ponad 20 stopni, choć w dniu naszego przyjazdu padało. Pierwsze wrażenie to brak krzykliwych kolorowych reklam, niesamowite pustki na ulicach, wieczorami trudno zobaczyć kogoś przechadzającego się po Cape Town chyba, że komuś życie niemiłe. 3 dni wystarczyły, by to miasto odczarowało się dla mnie zupełnie, nie rozumiem fascynacji tym miejscem. Na co mi piękny i okazały dom czy apartament z widokiem na ocean, jeśli wokół domu stawiam olbrzymi mur i szpikuje go alarmami, kamerami i drutami kolczastymi – dobrowolnie daje zamknąć się w getcie. Widoki i pejzaże dokoła rzeczywiście piękne, olbrzymie, piaszczyste wydmy w zależności od pory dnia mieniące się rożnymi odcieniami, ale co z tego, jeśli wieczorne spacery po plaży nie należą do zwyczajów wśród lokalnych mieszkańców ze względu na wysoką przestępczość. Oprócz samego zagrożenia ze strony innego homo sapiens mieszkańcom grożą dodatkowo dzikie zwierzęta, które chętnie nawiedzają domy siejąc przy tym dewastacje i spustoszenie.

Spaliśmy w Westinie w pobliżu CTICC skąd dogodnym hotelowym busem dojeżdżaliśmy do Waterfront i jego atrakcji.
Prace w usługach wykonują Czarni tzn. Afroamerykanie. Przyzwyczajony do europejskiego standardu usług drażnił mnie afrykański luz, który posiada niejednoznaczne określenia na wykonanie czegoś w bliżej nieokreślonym czasie “zaraz”.

Kapsztad wydał się pełen gejów. Podczas śniadań liczyliśmy tylko wchodzące pary i zwykle dochodziliśmy do 8-10 nie licząc rzeszy wymuskanych stewardów z Lufthansy, mającej podpisaną umowę z tym hotelem, ale najbardziej było to widać w jacuzzi na 19 piętrze. Z basenu korzystaliśmy regularnie i podczas każdej naszej wizyty w bąbelkach maczaliśmy się my i co najmniej 2 inne homo pary, które beztrosko miziały się nad jak i pewnie pod spienioną wodą. Samantha z Sex and the City powiedziałaby: co za pierdolona Arka Noego – same pary.
K fantazjowała na temat dumnie przechadzających się obok niej smakowitych osobników płci męskiej, po czym ja zdawałem jej szczegółową relacje z dodatkowych oględzin przeprowadzanych ukradkiem w męskiej szatni, do której ze zrozumiałych powodów miała ograniczony dostęp. Czułem się jak napalony nastolatek podglądając innych i zaspakajając ciekawość czy uchodzący za macho samczyk ma wciąż tę samą pewność siebie gdy stoi już bez spodenek.

Odwiedziliśmy Cape Point i Przylądek Dobrej Nadziei uwieczniając obie chwile na zdjęciach. Wiało niesamowicie, że trudno było utrzymać aparat i równowagę. Byłem świadkiem jak kilka osób przewróciło się pod naporem silniejszego podmuchu. Niestety nie udało nam się wjechać na Górę Stołową – z powodu złych warunków atmosferycznych nieczynna była kolejka.
Odwiedziliśmy Stellenbosch położone 50km od Kapsztadu a produkty lokalnych winiarni mocno przypadły nam do gustu.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz