W mieście walikoni

Cieszyłem się, bo nigdy wczesnej tam nie byłem, martwiłem się tylko intensywnością pobytu, ale obiecałem weekend spędzić w domu.
Malo spóźniłbym się na samolot z Monachium – przejecie przez kontrole paszportowa trwało ponad godzinę. Nie pomógł ani fast track, ani Senator ani bilet w klasie biznes, nie było w kolejce chyba jednego czekającego, który nie przeklinałby opieszałości urzędnika niemieckiej kontroli granicznej. Ostatni kawałek pokonałem sprintem akurat, gdy już mnie wywoływali. Bardzo lubię lotnisko w Monachium i najchętniej się na nim przesiadam, ale za każdym razem, gdy lecę poza Schengen powtarza się ta sama historia: godzina stania w napięciu czy aby zdążę złapać następne połączenie a potem super sprint z nadzieją ze mój bagaż poleci ze mną, tak jest gdy lecę do Turcji albo Serbii.
Odetchnąłem dopiero w samolocie, ciepły posiłek, wino, szampan, wesoła niemiecka stewardesa, dzięki której zupełnie zapomniałem o wcześniejszych uciążliwościach i na nowo zacząłem cieszyć się podróżą.
W Ankarze wylądowałem przed północą a na lotnisku nikt na mnie nie czekał, zamówiony kierowca przyjechał dopiero po północy, hotel z międzynarodową siecią miał wspólną jedynie nazwę i logo, internet ciągle się rozłączał, wszędzie czuć dym papierosowy, na śniadaniu słony ser, ogórek, oliwki i kawa lura, poblokowane strony internetowe, ale takimi rzeczami w Turcji nauczyłem się nie przejmować.

Ankara rozciąga się na okolicznych wzgórzach, przeważa niska zabudowa, z daleka wygląda naprawdę ładnie z bliska raczej traci. Zrozumiałem, dlaczego rzadko docierają tutaj turyści i zorganizowane wycieczki.
Faceci inni niż w Stambule, w typie krypto, leniwi i niezdecydowani maruderzy, którym wydaje się ze jak są tylko aktywni to nie są już pedałami.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

laba nad morzem

Z K. spotkaliśmy się dopiero na lotnisku w Larnace, przyleciała 3 godziny wcześniej z Londynu i czekała byśmy we dwoje pojechali do hotelu.
Nasz hotel w Ayia Napa wydawał się nowy, dobrze utrzymany, dostaliśmy przestronny pokój z tarasem wychodzącym wprost na morze. Duży basen z mnóstwem leżaków, które turyści rezerwowali już od 7 rano, choć potem wcale z nich nie korzystali – typowy syndrom koreańskiej wycieczki. Wczesne wstawanie i dzikie polowanie na leżaki przy basenach o samym świcie nie było naszym celem.
Ayia Napa ma niezłą plażę, ze złotym gruboziarnistym piaskiem, lazurowe morze z wodą ciepłą jak zupa i łagodnym dnem i rozsądne ceny. Na plaży głównie Rosjanie, Anglicy i Szwajcarzy. Rosjan najłatwiej odróżnić od innych nacji: mężczyźni mają pospolite twarze, są zaniedbani i brzuchaci, obwieszeni drogim sprzętem i markowymi dodatkami. Kobiety mocne utleniane blondynki, niezdrowo strzaskane na mahoń, z mocnym makijażem, w sukienkach do ziemi i w butach na 10 cm obcasie wyglądały tanio i wulgarnie.
Pierwsze wrażenie: Cypr to kraj baniaków na wodę, każdy ma takie cudo na dachu.
Drugie wrażenie: wyspa wydaje się plaska, pustynna i bardzo gorąca, pełna wolnej przestrzeni, jakby siedliska zamieszkane przez ludzi oddzielały olbrzymie połacie niezagospodarowanego terenu. Zdecydowani byliśmy na beztroski wypoczynek a skończyło się na aktywnym poznawaniu wyspy, choć zabytków prawie tam nie ma, a te, które są to przeważnie po krzyżowcach, zjeździliśmy Farmaguste, Kerynie, Nikozje i Limassol.
Najbardziej spodobały mi się jednak Góry Troodos: dopóki oglądaliśmy je z samochodu nie zdawaliśmy sobie sprawy z temperatury. Warto było jednak tam pojechać by zaczerpnąć rześkiego powietrza a po drodze przejechać przez szereg uroczych wiosek, które do złudzenia przypominały widoki z południa Francji.

130-140

Było nam dane skosztować znak rozpoznawczy cypryjskiej kuchni, jakim jest biały ser hallami, wytwarzany z mleka owczego, który bardzo przypadł mi do gustu, oraz cypryjskie meze w wersji rybnej. Frajda samego posiłku była dla nas niespotykana: najpierw w ośmiu półmiskach dostaliśmy przystawki, sałatkę gracką i chleb, tuńczyk z cebulką, ośmiorniczki w winie, ośmiorniczki i kalmary marynowane, różne sosy, już samo to pozwala się najeść. Następnie, gdy obsługa zauważyła, że co nieco już zjedliśmy, przyniosła kolejne grillowane szaszłyki z owoców morza, frytki, ryby, małże w muszlach a na końcu wersję panierowaną owoców morza…

Osobiste poglądy ewoluowały wraz z podróżowaniem po obu częściach wyspy. Turecka ma wiele z Turcji: język, walutę, bałagan, bród, poczucie tymczasowości i prowizoryczności, tandety i masa wszelkiej maści podróbek. Tubylcy – mentalnie to jednak nadal ci sami, trochę narwani, ale przyjaźni i życzliwi Grecy, przepraszam Cypryjczycy. Najprzystojniejsi wydaja się Brytyjczycy stacjonujący w strefach buforowych oddzielających obie części wyspy. Poraz kolejny potwierdziło się, że nie ma to jak tureccy Cypryjczycy, bo różnica między nimi, Turkami z Turcji a Turkami z Niemiec jest ogromna. No i tak szczęśliwe się składa, bo w czwartek wybieram się służbowo do Ankary.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

same zmiany

Chociaż z szeregów Chujowych Produktów zwolniłem się kilka lat temu i nie powinienem już wcale wracać do tamtego okresu, to wciąż utrzymuje kontakty z dawnymi znajomymi, z zainteresowaniem śledzę ich kariery oraz mimowolnie wyłapuję każdą informację dotycząca byłego pracodawcy.
To co zrobił MH było bezprecedensowe w historii firmy a gdy przypomnę sobie te wszystkie korporacyjne banały o wartościach, Speed & Agility i Uncompromising Integrity, którymi bombardowano mnie z każdej strony na okrągło bez przerwy to mam ochotę parsknąć teraz śmiechem – człowiek pozostanie człowiekiem, nawet najlepszy pracownik zbyt szybko wyniesiony na pozycję niewspółmierną do swoich kwalifikacji to pracownik stracony i jest to potwierdzone empirycznie a skutek pozostaje zawsze ten sam.
Dziwny i nienazwany jak dotąd konflikt z M chwilowo został zażegnany. Chwilowo bo wiem, że z czasem wróci, może nie jutro, nie za miesiąc ale wróci. Na razie w niedziele M. poleciał do Włoch.

Wieczorem zadzwoniła Pam, że spędza samotnie swój ostatni dzień w Bernie i chciałaby spędzić ten wieczór w miłym towarzystwie, przy lampce różowego szampana. Nie dałem się długo prosić, dotarcie do Casino Kursaal zajęło mi wyjątkowo krótką chwilę i w dodatku w całej historii naszych spotkań pierwszy raz obyło się bez jakiegokolwiek bólu głowy pomimo, że wymieszaliśmy prawie wszystko. Pam zaczynała swoja pracę razem ze mną, teraz postanowiła wrócić do domu, po tym jak poznała chłopaka i po roku bezustannego kursowania między Dublinem i Bernem wreszcie powiedziała dosyć.
Jest jedną z pierwszych osób, które poznałem po przyjeździe do Szwajcarii a połączyło nas podobieństwo sytuacji w jakiej się znaleźliśmy: oboje przybyliśmy do obcego kraju, bez znajomości realiów i języka.
Oboje zaliczyliśmy kilka identycznych wpadek przy adaptowaniu się do szwajcarskiego modelu życia społecznego, przed którymi z czasem, dzięki niepisanej komitywie, zaczęliśmy się nawzajem ostrzegać, zwykle przy talerzu pouletflügeli w NordSud…
Postanowiłem podreperować swoje samcze ego i przypomnieć sobie na co mnie stać. Podczas jednorazowego tournee, które wciąż zdarza mi się organizować i wcale nie urąga to mojej godności, poznałem pochodzącego z Portugalii Mr Diabolique 2 – starszy ode mnie, z ciałem modela jak z reklamy sprzętu fitness, który koncertowo dal mi rady a ja strzeliłem mu gola gratis.

W tygodniu spotkało mnie kilka miłych dowodów sympatii i uznania, ale nic nie zapowiadało tej prawdziwej bomby. W środę rano dowiedziałem się o awansie, maila przeczytałem jeszcze przed pierwszą filiżanką porannego espresso, a potem kawa nie była mi już zupełnie potrzebna. Taki sukces oblewam na Cyprze.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

co dalej

Po pracy wróciłem do domu, zrobiłem sobie mocnego drinka, analizując czy znalazłem się w miejscu gdzie przebywanie z nim nie sprawia mi już przyjemności, czy kombinuję, jak najmniej się z nim widzieć, czy nie mówię mu już wszystkiego i nie chcę się z nim dzielić swoimi przeżyciami, myślami…i czy przestaje mnie interesować jego życie… czy zaczynam żyć obok…
Niepokojące to myśli jak na okoliczność naszej wspólnej rocznicy…
Gdy życie prywatne legnie w gruzach, to znaczy, że czas na awans a jakby wróżebnie dzisiaj w piśmie branżowym ukazał się wywiad ze mną…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 3 Komentarze

nieplanowany Wrocław poraz trzeci

Gdy słyszy się od bliskich, że nie ja jeden mam problem i że trzeba umieć rozwiązywać je samemu, człowiek zżyma się i postanawia załatwić sprawę w pojedynkę, nie prosić nikogo więcej o przysługę. W piątek rano wsiadłem w samolot by przed południem biegać już po wrocławskich urzędach.
Złość mi jednak wcale nie minęła stąd o przyjeździe do Wrocławia nie powiedziałem nikomu.

Przekonanie, że był to pomysł trafiony przyszło dopiero wieczorem podczas spotkania z W. Wspólna kolacja w restauracji w Monopolu z prawdziwie spektakularnym widokiem, zjawiskowo wyglądająca ona wzbudzająca zainteresowanie i zazdrość personelu i gości, jak zwykle nie mogła przejść niezauważona, mało jednak zwracaliśmy uwagę na sąsiednie stoliki, zbyt zajęci byliśmy sobą, swobodnie bez owijania w bawełnę i nie ukrywając niczego opowiadaliśmy sobie wydarzenia ostatnich miesięcy, wymieniając newsy z życia, naszego i naszych przyjaciół i znajomych, kto kogo zdradzał, kto się rozwiódł, komu urodziło się dziecko, specjalnie na to spotkanie przytachałem nawet albumy z wyjazdów do Tanzanii i Meksyku.
Późno w nocy poszliśmy jeszcze na długi spacer po Rynku i na Ostrów, by na koniec zapragnąć szklaneczki Bushmills’a w hotelowym barze by potem czule się pożegnać do następnego razu.

Wieczorem przed hotelem przyuważyłem faceta czekającego na kogoś przy wejściu. Ku mojemu zaskoczeniu po chwili z obrotowych drzwi wyłonił się Mr Diabolique, z którym parokrotnie uskuteczniałem spotkania w wielokątach i który swego czasu wysyłał mi lakoniczne sms w stylu: jest robota, potrzebuje wsparcia, wpadniesz? Panowie szybko się przywitali i w wiadomym celu udali się windą prosto na górę – jak mniemam zaopatrzeni w cały arsenał rekwizytów dla wzmocnienia wrażeń.
Łezka mi się zakręciła na jego widok, Mr Diabolique nie wiedziałem przeszło 3 lata: w odróżnieniu od starych spróchniałych szwajcarów, którzy powinni mieć zakaz wychodzenia z domu z powodu zaawansowanego wieku i zapachów, które wydzielają ich ciała – trzyma się dobrze, dużo ćwiczy i jak sądzę wciąż dużo może i potrzebuje.
Jego znajomego przyuważyłem później jeszcze raz rano, usilnie szukającego kontaktu wzrokowego – niestety odpowiednio wcześniej zadbałem już o atrakcyjne plany na wieczór strzelania goli do innej bramki.

Spotkałem się z innym dawnym współwspaczem, z którym kiedyś krzyżowałem oddechy na tylnym siedzeniu jego auta tak, że aż okna parowały. Spotkanie z nim jak zwykle należało do nieprzeciętnych i wartościowych, ale dopiero po przebrnięciu tematów sztuk teatralnych, które wyreżyserował, recenzji krytyków i planów. R niespodziewanie zaproponował zostać druhną na naszym weselu, będzie musiał dojrzeć jeszcze do tortu, kokard, gołębi, powozu, białych koni i paru innych gadżetów…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | 3 Komentarze

Kopenhaga – Wiedeń

Czasami zdarza mi się utknąć na lotnisku – tak jak teraz w Wiedniu. 1,5 godziny wcześniej pojawiłem się przy stanowisku odprawy by następne 3,5 spędzić czekając na następny samolot do Zurychu.
Chwała temu, kto wymyślił lounge – wbiłem się w wygodny skórzany, miękki fotel, obwarowałem napojami, różnego rodzaju przystawkami, paluszkami, orzeszkami i dla spożytkowania nieplanowanej przerwy w podróży, zacząłem odpowiadać na zaległe maile czekając cierpliwie na swój lot.
Oboje z L dzień wcześniej przylecieliśmy do Kopenhagi, żeby móc wyskoczyć wieczorem na drinka. Od kilkunastu miesięcy wymieniliśmy ze sobą dziesiątki emaili i telefonów, gdy zeszliśmy na tematy prywatne okazało się, że łączy nas jeszcze więcej doszliśmy, więc do wniosku, że przy najbliższej nadarzającej się okazji wybierzemy się razem na kolację. Traf chciał, że padło na zimną, osnutą deszczem i chmurami Kopenhagę. Polubiliśmy się odkąd zaczęliśmy częściej ze sobą pracować, bo L. jest jedną z tych osób, przy której nie muszę tylko słuchać i kiwać głową jak piesek z tylnej szybie dużego fiata. Zaszyliśmy się w przytulnym Steak Housie niedaleko hotelu St. Petri, by dać upust długo powstrzymywanej potrzeby nagadania się. Trajkotaliśmy prawie do północy, nie odpuszczając w firmie nikomu…
W naszej firmie już trzecia asystentka, w czasie ostatnich kilku miesięcy przeszła załamanie nerwowe albo wypaliła się zawodowo. Ostatnia asystentka jednego z czołowych dyrektorów (pod tyłkiem którego trawa nie rośnie, bo podróżuje służbowo 75% czasu pracy) – odeszła po niespełna 1,5 roku, pod koniec reagując bardzo alergicznie na słowa: praca i firma.
Jeszcze inna zniknęła nagle z naszego biura w Bernie, spędziła kilka miesięcy na zwolnieniu lekarskim a odkąd kilka dni temu wróciła jest jakby nieobecna, otumaniona, zachowuje się jakby wciąż była na lekach.
Niedawno, gdy chciałem poprosić ją o wysłanie przesyłki Fedexem i usłyszałem, że będę musiał poczekać, bo wykonuje tylko czynności mało stresujące. Nie bardzo rozumiem, co stresującego jest w adresowaniu koperty i przyklejaniu naklejki, ale są rzeczy na niebie i ziemi (i w spodniach), o których się prorokom nie śniło – może ryzykowałem, że biedaczka nałyka się przy tej czynności kleju.

Wizyta w duńskim oddziale CWT umocniła mnie w przekonaniu jak bardzo lubię swoją pracę i ludzi, których dzięki niej spotykam. Poznałem kolejną osobę, która podważyła moją wydawałoby się niezmienną dotąd opinię o zdystansowaniu i oziębłości Skandynawów. Poza tym biuro, w którym odbywało się nasze spotkanie było intrygujące nie tylko pod kątem architektury i zaprojektowanych wnętrz, ale przede wszystkim pod względem pracujących tam osobników płci męskiej. Duńczycy wydają mi się bardzo apetyczni, choć nie było mi dane przekonać się o tym jak dotąd organoleptycznie.

Kolejna koleżanka zaszła w ciąże, co każe mi bardziej wierzyć, że w moim otoczeniu rozprzestrzenia się jakiś wirus. Z doświadczenia też wiem, że im bliżej daty rozwiązania, tym gorzej u kobiety ”pod dachem”, dlatego wsiadłem pośpiesznie w niedzielę w samolot i poleciałem na dzień do Wiednia. Zycie K. nabrało niesamowitego rozpędu: najpierw nowa praca w Austrii, szybki awans, teraz ciąża, ostatnio niespodziewanie ślub i przeprowadzka do bajecznego dwupiętrowego apartamentu z ogrodem. Popijając wino z jej mężem próbowałem doszukać się w niej cech, które moim zdaniem, zmieniły się w niej od naszego ostatniego spotkania we Wrocławiu, lecz prócz brzucha i wydatniejszych piersi nie dostrzegłem wielu zmian.
Na poniedziałkowy brunch spotkaliśmy się u Sachera by już bez obecności męża porozmawiać na nasze tematy. Idąc na spotkanie przez starą część Wiednia upajałem się ostatnimi promieniami letniego słońca i znowu myślałem jak dużo spotyka mnie szczęścia. Są miasta, gdzie sam spacer po ulicach dostarcza tylu wrażeń, że wejście w jakiekolwiek miejsce ze ścianami wydaje się stratą czasu. Do takich miast należy San Francisco, w którym każda ulica ma inny zapach, a każdy zakątek niepowtarzalny, sensualny charakter. W Wiedniu historia bije po oczach na każdej ulicy w centrum, można chodzić po tej historii w sensie dosłownym i to jest fascynujące.

Patrząc na siebie z boku wyglądam na bardzo zadowolonego, choć może czasami sporo w tym egzaltacji i pachnącego sekciarstwem przekonania, że należę do jakiegoś ekskluzywnego klubu, któremu od pewnego czasu sprzyja fortuna.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , | 3 Komentarze

przystanek Wrocław

Czasami lubię pracować w samolocie. Niestety do Monachium na miejscu obok towarzyszył mi pilot Lufthansy, niesamowicie przystojny blondyn, sam fakt stykania się łokciami i innymi częściami ciała wywoływały u mnie przyjemne fale gorąca na całym ciele i zupełnie nie potrafiłem się skoncentrować – nie wiem co działało na mniej bardziej: jego mundur pilota, zapach, uśmiech czy bliskość siebie.
A potem jeden steward w samolocie z Monachium zbeształ mnie za włączenie telefonu komórkowego podczas lądowania (a właściwie kołowania) wprawiając mnie w osłupienie, że osobnik tak delikatnej, kruchej postury a la muślinowa firanka potrafi wrzasnąć jak rasowy samiec. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania, bo telefony z wrażenie wyłączyli także pozostali pasażerowie, których ten podniebny kelner zdawał się już nie zauważać.

Mój brat wyprowadza się na swoje – tym samym mojej matce ze wzmożoną siłą uaktywnił się syndrom opuszczonego gniazda. W ramach oszczędności czwartkową noc spędziłem w rodzinnym domu, co nie wyszło mi na dobre. Pierwsze kilka godzin zajęło mi nauczenie się obsługi specyficznie zamontowanych w domu urządzeń: w łazience w kranie nad umywalką leci tylko wrzątek – finezja hydraulika sprzed 2 lat, w kabinie prysznicowej kurek z ciepłą i zimną wodą zamontowane są na odwrót, każde żelazko składa się z wystających na zewnątrz części podobnie jak kontakty w ścianach, w pokoju albo jest zupełnie ciemno albo z sufitu daje po oczach światło jak na sali operacyjnej, w lampce nocnej brakuje żarówki a ona sama pełni tylko funkcję ozdobnika.
Moja matka jak zwykle niczego nie wyrzuca więc przebicie się w szafkach przez niezliczone liczby finezyjnych pojemników kubeczków filiżanek, figurek, kolorowych butelek i książek kucharskich z 1985 roku trochę trwa nim znajdzie się to czego się akurat potrzebuje. Zasadę że w pojemniku z napisem sól należy spodziewać się cukru, a pod hasłem kawa – herbaty opanowałem zeszłej zimy więc nim cokolwiek wsypałem do kubka przejrzałem dokładnie zawartości każdego pudelka.
O poranku pozostawiona na stole kosmetyczka zsunęła się na podłogę tłukąc przy okazji butelkę perfum i szklane pojemniki biothermu. Mój brat popatrzył na mnie wzrokiem wzbudzającym litość, gdy ścierałem z podłogi resztki kremowej substancji, dziwiąc się że kładę swoje rzeczy na stole, który jest niestabilny przecież od zawsze. Za rzadko bywam w domu, bo dałem się parę razy zaskoczyć a zaoszczędzone na noclegu w domu pieniądze wydam jutro w Kopenhadze na zakup nowych kosmetyków.
Wśród przyjaciół obrodziło w dzieci i stany błogosławione. Od jednych nasłuchałem się o tym jak trudno znoszą ciążę a od drugich o problemach z odgazowywaniem ich pociech – fascynujące tematy przy kawie i ciastku.

W piątek obejrzałem nowe gniazdko brata poczym udaliśmy się w kierunku sklepu meblowego gdzie starszy pomocny i hojny brat uruchomił swoją złotą kartę. Nie mam zwyczaju oszczędzania na najbliższej rodzinie poza tym urządzanie mieszkania w wersji mojego brata jest czynnością niezmiernie prostą i mało skomplikowaną: białe ściany a potem czarna prosta meblościanka + plus szafa – ich zakup zajęło nam niecałe 10 minut. Nie myślałem, że można być tak wydajnym i prostolinijnym, bo mnie urządzanie mieszkania zajęło prawie 2 lata.

Odwiedziłem swoje dawne mieszkanie by wreszcie uporać się z przeszłością: dawne podręczniki i notatki z HME oraz zeszyty z hukiem wylądowały w koszy na śmieci. Zmusiłem się nawet do zejścia do piwnicy by i tam posprzątać i wynieść walające się rzeczy, na co nigdy wcześniej nie znajdowałem czasu. Oszczędziłem kilka albumów ze zdjęciami, które może kiedyś jeszcze się przydadzą.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | 1 komentarz

Zurich – Warszawa – Wrocław – Kopenhaga

Tym razem w Warszawie czułem się niemal jak za czasów studenckich: dawny kumpel, podrzędne, zadymione, mroczne bary, byle jakie jedzenie o smaku kartonu, rzeka alkoholu, szukanie noclegu w ostatniej chwili, gigant i wielka improwizacja.

Gdy o 2 nad ranem meldowaliśmy się w Hiltonie wyglądaliśmy, co najmniej złowróżbnie, wzbudzając tym większy niepokój wybierając olbrzymi executive suit na przedostatnim piętrze budynku niby to pod pretekstem chęci zobaczenia Warszawy by night. Chłopaki biegali jak z pęcherzem rozentuzjazmowani nadmiarem przestrzeni i przylegającymi do apartamentu i sypialni dwoma łazienkami, dopiero gdy minęła im pierwsza euforia resztkami sił skoncentrowali się na eksplorowaniu zawartości mini baru, który opróżnili do ostatniego chrupka. Rano musiałem niestety zmienić hotel, by później zmierzyć się z big bossem, który sprowadził mnie do roli swojej asystentki.
Po estetycznej kolacji w Bristolu wypróbowaliśmy z K dwa nowe bary, gdzie jeszcze nas nie znali, wracając Nowym Światem przycupnęliśmy w jakimś nieznanym miejscu serwującym coś koloru czerwonego, które okazało się gwoździem do mojej trumny. Rano obudziłem się w dupie, a utrzymujący tego dnia ból głowy wcale nie pomagał mi w sztuce samoprezentacji i działał lepiej niż nie jeden pas cnoty, blokując przed wchodzeniem w interakcje z lokalnym kolorytem. W połowie dnia K zaciągnęła mnie do Muzeum Powstania gdzie oglądanie obrazu w 3D można by śmiało nazwać aktem masochizmu wobec mojego i tak podrażnionego żołądka.
Kilka dni później zawitałem do Wrocławia c.d.n.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 2 Komentarze

zaliczanie w stolicy

Przepełnia mnie skrajnie optymistyczny nastrój. Nie uważam się już za zbyt skromnego i zagubionego na korytarzach międzynarodowych lotnisk, znowu krążę po Europie jak po swojej własnej ojczyźnie, znam języki, wiem co i gdzie można dobrze zjeść, kupić; nieźle ubrany, pewny siebie nie znajduje w sobie niczego z zagubionego prowincjusza. Europa i cały świat wydają się być znowu bardzo blisko, niemal na wyciągnięcie ręki…
Odzyskałem dobry humor, wróciła mi energia i zapał do planowania wyjazdów: Wrocław, Kopenhaga, Wiedeń, Belgrad, Stambuł! Nie czuję się wyciągnięty z hermetycznie, zamkniętego świata, nie pochodzę z małego miasteczka czy wąskiego środowiska, nie jest to mój pierwszy lot samolotem.

Razem z koleżanką z warszawskiego oddziału obczailiśmy sprytny plan uzasadniający konieczność mojej służbowej podróży, ubierając całość w piękne korporacyjne słowa, przedstawiłem pomysł szefowej, która okazała się czujna i zupełnie nie podzieliła mojego entuzjazmu. Plan się posypał a w konsekwencji za bilet i hotel musiałem zapłacić sam.
Jeśli tylko dobrze się zakręcę mój hotelowy pokój wzbogaci się o kolejną pikantną historię.
O ile kiedyś wprost nie znosiłem Warszawy, o tyle teraz na samą myśl o podróży do stolicy robi mi się dziwnie przyjemnie. Warszawa może się podobać o ile uda się ją komuś spersonalizować. Można ją sobie układać jak układankę, wypełniać puste pola. Warszawa to ludzie aktywnie zaangażowani, przyjeżdżając tutaj trzeba coś ze sobą przywieźć, trzeba mieć coś do zaoferowania, przyjechać z czymś, umieć zająć stanowisko. Warszawa ma w sobie energię podobną do Nowego Jorku.

156-121

Wstaje przed szóstą, by wcześnie rano pojawić się w biurze i wdzwonić się na telekonferencję z Australią.
Sam chciałem i zabiegałem o ten account – mam za sobą pierwsze rozterki i zwątpienia wyrobnika czy był to, aby na pewno słuszny krok, kilka razy żałowałem swojej decyzji. Różnica czasu daje mi do wiwatu, zaaranżowanie spotkania trzech osób przebywających w trzech skrajnie odmiennych strefach czasowych o jednej odpowiadającej wszystkim porze jest niemożliwe.
Jadąc kolejką do pracy myślę sobie: głęboka woda, inny kraj, jak wyjdę z tego zwycięsko mam szansą zaistnieć, jeśli moje 5 minut potrwa dłużej to znaczy, że mam do zaoferowania coś więcej. Szybko wybiegam w przyszłość: łatwy zarobek i przyjemne życie, czysty hedonizm, brylowanie, funkcjonowanie w świetle jupiterów, ale znowu nie takie, że o swoich zakupach i seksualnych ekscesach czytam w tabloidalnych gazetach.
Zbyt szybko wybiegam na przód, łapię się na tym, że jest to już zbytnia bufonada… bo najważniejsze to mieć przyjemność z tego co się robi, gdziekolwiek się jest, jeśli idziesz do pracy, wstajesz zadowolony, wracasz zmęczony, ale znowu wstajesz szczęśliwy, bo rozwijasz swoje pasje i realizujesz hobby to takie życie jest szczęśliwe…
Przydaje mi się intuicja, która dla mnie jest czymś konkretnym, niemal namacalnym. Dla mojej szefowej rozmowa typu powinniśmy tak zrobić, dlatego że tak czuję – jest niemożliwa. Dla mnie tak, a dla niej intuicja to zabobon. Tłumaczę jej – nie próbuj mnie zrozumieć, możesz to tylko poczuć.
Z drugiej strony może powinienem spróbować wykształcić potrzebę podróży do Sydney – to na pewno pomogłoby mi znaleźć wystarczająco silną motywację do wstawania skoro świt z bananem na ustach…

156-120

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , , | 2 Komentarze

Są na świecie miejsca

Dopadł mnie dziś podły nastrój. Jeden z tych dni, kiedy człowiekowi wydaje się, że nic mu nie wychodzi, że potrzebuje zmiany tu i teraz, niczego juz nie osiągnie a frustracja będzie się tylko pogłębiać.
Zredukowali wczoraj u mnie cały dział, nie działają aplikacje za wdrożenie, których jestem odpowiedzialny, negocjacje kontraktów utkwiły w martwym punkcie, szefowa zalewa mnie głupimi mailami, mam ochotę trzasnąć klapą laptopa, rzucić go do szuflady i wyjść do domu.
Odezwała się we mnie głęboko tłumiona natura, że trudno byłoby mi dzisiaj chwalić się własnymi sukcesami, miałbym problemy z opowiedzeniem komuś o własnych zaletach, powiedzenie sobie ”jestem świetny” z trudem przeszłoby mi przez usta.
Dopadło o mnie niskie poczucie własnej wartości, w kółko tylko myślę krytycznie o sobie, swojej pracy, życiu, oczekuję że ktoś sam mnie doceni.
Są na świecie miejsca, w których możemy się spełnić – i należy szukać tych miejsc.
Nie potrafię się dziś cieszyć ze swoich sukcesów.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | 1 komentarz