pierwszy dzień świąt

W pierwszy dzień świąt odwiedziłem znajomych, których mam zwyczaju odwiedzać za każdym razem gdy jestem w rodzinnych stronach. Spotkanie z serii zakrapianych…
Najpierw jednak musiałem przerobić dzień świstaka i usłyszeć: usiądźże ze mną, posiedziałbyś z matka, cały rok jej nie widzisz, a jak przyjedziesz to zaraz nogi za pas bierzesz. Znowu miałem jakby 14 lat i nie wolno mi było wracać późno do domu. Nawet nie wiem kiedy zrobiła się 2 w nocy, wstałem do wyjścia i wtedy poczułem moc wlewanych w siebie drinków. Zamiast wrócić do domu i zaryzykować próbę otwierania po cichu drzwi poprosiłem taksówkarza żeby zabrał mnie do hotelu. Łatwiej przyszło mi w tym stanie wynajęcie pokoju w środku nocy i prosto z ulicy, niż tłumaczenie się matce gdzie się tak zrobiłem. Koleżanka z Radissona przeżyła lekki szok kiedy zobaczyła mnie rano, nie spodziewała się mnie tutaj przed niedzielą, ale szybko zrozumiała moje niedysponowanie i ucieszyła się nawet, że w tym stanie wybrałem jej hotel. W mgnieniu oka rozpoznała też czego mi potrzeba: sok ze świeżo wyciskanych grejpfrutów i alcazelcer postawiły mnie na nogi na tyle że w domu przywitali mnie jak gdyby nigdy nic.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

L jak latanie

Lufthansa zgubiła mój bagaż. Nawet nie potrafili go zlokalizować – jest gdzieś między Montrealem Zurychem a Monachium – tyle zdołali powiedzieć mi na lotnisku we Wrocławiu. Wszystko przez pannę na lotnisku w Montrealu, którą sytuacja ewidentnie przerosła bo nie potrafiła poprawnie nadać bagażu. Najpierw połechtała moją próżność gdy upgradowała mnie z biznesu do pierwszej klasy, żebym noc spędził jakby w łóżku w pozycji horyzontalnej, wygodniej w dodatku z osobistym stewardem, który dbał o mnie co bym się nie odkrywał w nocy, tudzież nie zabrakło mi niczego by zapaść w słodki sen, ale teraz już o tym nie pamiętałem.
Do Zurychu skąd przesiadałem się na samolot do Wrocławia dotarłem na czas choć inne samoloty zza oceanu przylatywały z kilkugodzinnym opóźnieniem. Na nic zdały się złote karty, Senatory, Priority Passy, znajomości – w okresie świąt na lotniskach panuje bezprawie.
Dlatego też jakby podwójnie ucieszyłem się na widok czekających na mnie rodziców, gdybym miał nocować w hotelu ostałbym się w święta tylko ze świeżymi ręcznikami i kostką mydła. W domu pożyczyłem ubrania brata, stare dresy i rozciągnięte koszulki polo, w których czułem się trochę nieswojo, ale na wszelki wypadek nic mu o tym głośno nie wspominałem nie narażając się na utratę łaski ze strony wybawiciela.
Ostatni dzień w Montrealu upłynął mi pod znakiem maratonu. W jednym z butików natrafiłem torbę na ramię – idealny prezent niespodzianka dla M. Po mimo śniegu, ogromnych zasp, ślizgawicy, wiatru, siarczystego mrozu postanowiłem zdobyć go za wszelka cenę gnany poczuciem misji do spełnienia, żarliwą miłością i chęcią poświęcenia. Gdy w tłumie jednakowo wyglądających ulic w końcu odnalazłem sklep zaraz zadzwoniłem do M triumfalnie oznajmiając mu jak bardzo się dla niego poświęcam. Pominąłem jednak niewiele znaczący fakt, że niechcąco wpadłem w oko sprzedawcy i gdybym miał jeszcze jeden wieczór to może nawet zorganizowałbym stałą zniżkę w Marlboro, ale nie było mi dane zawarcie bliższej znajomości. Poza tym w Montrealu odwiedziłem Banana Republic i GAP które za czasów wizyt w Stanach wydawały mi się rajem utraconym – dawniej nieosiągalny teraz patrzyłem na nie jakby oczami rozczarowanego dojrzałego już dziecka – zupełnie nic nie mogłem tam dla siebie znaleźć, wszystko wydawało mi się przaśne, szerokie, zbyt sportowe i bezgustowne.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 1 komentarz

zimą gułag, latem śródziemnomorski kurort

Montreal – zimą syberyjski gułag, latem śródziemnomorski kurort, państwo w państwie, bliżej im do Europy niż do Ameryki i nie ma wiele przesady, bo większość mieszkańców tej prowincji mówi po francusku, w ogóle króluje tu frankofońska kultura.
Może to dziwne, ale niełatwo jest się tu porozumieć po angielsku, dopiero, gdy pozna się historie tego regionu łatwiej przychodzi zrozumieć tutejszą niechęć nie tylko do tego języka, ale i do Anglosasów w ogóle.
Montreal to swoista mieszanka kulturowa i architektoniczna. Nowoczesne szklane wieżowce sąsiadują z budynkami liczącymi sobie po 300 lat. Mieszkają tu obok siebie Kanadyjczycy, a także Włosi, Grecy, Chińczycy, Arabowie i imigranci z Europy Wschodniej, ale to francuski słychać najczęściej na ulicach.

133-2

Byłem tu za krótko by wyrobić sobie jednoznaczną opinię o Montrealu: spodobała się ta, którą przeczytałam gdzieś na internecie – zimą gułag, latem miasto na miarę śródziemnomorskich kurortów. To, że jest piękny, widać już na pierwszy rzut oka nawet zimą. Nie trzeba oddalać się od centrum, by zobaczyć uliczki pełne kolorowych kamienic z prowadzącymi do drzwi wejściowych krętymi żeliwnymi schodkami, Vieux-Montreal skupia zabytkowe budynki.Wszędzie pełno sklepików, w których można kupić sery, a także kawiarni, restauracji, kwiaciarni, piekarni, śródmieście tętni życiem a zakupy można robić nawet pod ziemią, w tzw. Underground City.
O Montrealu mówi się, że podobnie jak we Francji jedzenie traktuje się tu z namaszczeniem i rzeczywiście głodny nie chodziłem a kanadyjskie mrozy tylko wzmagają apetyt.
M zadzwonił wczoraj późno w nocy, że nasz wspólny znajomy bankier a jego przyjaciel został aresztowany przez policje pod zarzutem nielegalnych interesów i kontaktów z mafią. Jakoś wciąż nie łatwo mi uwierzyć, że D ta ciapała pogrywa z neapolitańską ośmiornicą.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

hotelowe życie

Często nocuje w hotelach, ale w tym się zgubiłem: pokój okazał się być na V piętrze, choć numer pokoju zaczynał się na 3, w gąszczu korytarzy nie potrafiłem znaleźć windy, ale prawdziwa zabawa czekała mnie dopiero w pokoju: 20 lamp i lampek i tylko 10 włączników światła a rozgryzienie, do czego służy, który przełącznik przerosło moje zdolności dedukcji, bo do tej pory nie wiem jak włączyć światło w kabinie pod prysznicem i w sypialni przy łóżku, dlaczego jacuzzi uruchamia się samoczynnie i wydaje dziwne dźwięki. Przy goleniu napuściłem wody do umywalki a potem przez kwadrans walczyłem jak sprawić by wyszedł korek – bez cienia obawy uruchamiam już za to elektryczny kominek i stereo.
Wykryłem u siebie kolejne natręctwo – w trakcie wyjazdów na okrągło zastanawiam czy mam wystarczającą ilość drobnych na napiwki. W hotelach zdarzało mi się walczyć z portierami, który z nas pierwszy chwyci za walizkę, ale w końcu ustąpiłem. Zwykle pozwalam im wykonywać swoja pracę, bo doświadczyłem już bezcennego uczucia spojrzenia niezadowolenia ze strony obsługi hotelowej, kiedy okazywało się, że daje im w zamian tylko dziękuje.
Przyglądając się z boku może wydawać się to takie trywialne – rzucić drobniakami i po sprawie, ale trzeba wiedzieć ile, kiedy komu i gdzie, aby wyszło niezauważalnie, naturalnie i nie jak łapówka. Nawet M w tej dziedzinie poczynił znaczne postępy, choć początki bywały trudne. Kiedyś w Wiedniu wręczył chłopakowi 10 franków za wniesienie jednej walizki i o mało nogi się wtedy pode mną nie ugięły. Od tamtej pory podczas wyjazdów kieszenie naszych ubrań dzwonią monetami i szeleszczą banknotami i obaj kiedy tylko jest okazja ćwiczymy tę sztukę, pamiętając chłodne przenikające spojrzenie obsługi St. Regis w Pekinie. Gdybym nauczył się tak skutecznie przeszywać ludzi wzrokiem, byłbym niedościgniony w komunikacji pozawerbalnej.
Po 17 odczułem zmęczenie spowodowane różnicą czasu, bez planów na reszta dnia, (bo Kanadyjscy zarośnięci atletyczni drwale to wymysł i bujda albo wszyscy teraz pozapadali w sen zimowy) z zaległym przeglądem prasy wskoczyłem do bulgoczącej wanny.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

fru do Kanady

Lotniska w okresie świąt to zmora podróżujących, wszystkie chyba wyglądają podobnie: dzikie tłumy przy maszynach do check-in, kolejki do nadania bagażu i informacji, częste opóźnienia, niezadowoleni pasażerowie, kłótnie przepychanki i wpychanie się do kolejek, zgiełk, chaos i mnóstwo destrukcyjnych emocji.
Przedświąteczna gorączka na lotnisku odbiła się także na mnie, samolot wyleciał z 2 godzinnym opóźnieniem, przyjąłem to obojętnie, bo nastrój skutecznie poprawiały mi prosecco i szampan.
Swiss znowu mile mnie zaskoczył, kiedy maitre de cabin wręczył swym lojalnym pasażerom świąteczne podarunki od firmy, jedyne, nad czym muszą jeszcze poćwiczyć do poprawne wymawianie mojego nazwiska, które zdaje się spędzać sen z powiek każdego pracownika linii lotniczych. W samolocie za to trafiłem na wymarzonego wprost współpasażera sąsiada: przez całą podróż wypił tylko szklankę wody i lampkę wina, po czym rozłożył fotel do pozycji niemal horyzontalnej i zapadł w głęboki sen nie wstając ani razu do toalety.
Na Immigration w Montrealu prawdziwa szopka, wzbudziłem zainteresowanie, które miało swój ciąg dalszy w osobnym ustronnym pomieszczeniu, na koniec usłyszałem że wygrałem los na loterii i w nagrodę szczegółowo przeszukano mi bagaż. Do Kanady lepiej nie przyjeżdżać na 4 dni, pierwszy raz zdarzyło mi się pokazywać bilet powrotny, hotelową rezerwacje, kilka razy odpowiadać, że nikogo tu nie znam, tłumaczyć się z krótkiego pobytu jak na tak długą podróż – jakbym przypłynął tutaj co najmniej statkiem a na drugi dzień miał w planach zacząć szukanie pracy w jakiejś fabryce zatrudniającej nielegalnych imigrantów z zamiarem zostania tu na stale.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

myśle o przeprowadzce

Na dworze jest zimno, ale to nic w porównaniu z temperatura -25 w Montrealu.
Zabieram same najcieplejsze ubrani i od paru dni od nowa próbuje nastawić się pozytywnie do tego wyjazdu.
Kilka dni temu obejrzałem film o katastrofie Swissair’a sprzed 11 lat i jakby emocje we mnie opadły.
Jeśli mi się spodoba to wrócę tam razem z M jak będzie cieplej a z czasem kto wie…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Nadchodzą święta

Od kilku tygodni obaj staramy się jakby bardziej siebie słuchać zwłaszcza przy oglądaniu wystaw sklepowych pod kątem prezentów pod choinkę, w tym celu stworzyliśmy nasz własny system oceny i każdy z nas uważnie rejestruje liczbę powtarzanych bello. Jedno – ładne, ale nie dla mnie, podwójne – ładne i nie miałbym nic przeciwko gdybym to dostał, trzy następujące po sobie albo jedno wykrzyknięte belissimo oznacza bingo to jest to.
Ubraliśmy już choinkę, w stylu bawarsko odpustowym udekorowaliśmy ją niezliczoną ilością świątecznych ozdób przywiezionych z Norymbergii i Strasburga, pod którą wiecznie wyleguje się spasiony sierściuch, raz po raz tłukąc niechcąco którąś z bombek. Na szafkach nocnych znów pojawiły się porcelanowe figurki mikołajów, od których ręce brudzą się brokatem.
M jak dziadek babci nie może mi zapomnieć jak w zeszłym roku ogołociłem drzewko z lampek, które były w nie wmontowane na stałe. W domu pachnie świerkiem i orzechami w sprayu, w oknach świecą gwiazdy, pościel jest w bałwanki, rozbrzmiewają kolędy, M piecze ciasta – prawdziwie przesłodzony świąteczny obrazek w domu dwóch pedziów.
Odkąd mieszkamy razem dostrzegam jak bardzo z czasem zaczynamy upodabniać się do swoich rodziców i ile nawyków sam wyniosiłem z domu: obfite niedzielne śniadania, rytuał, który zapoczątkował mój tato a ja kontynuuje u siebie, dbanie o pełny barek, w którym zawsze znajduje się coś mocniejszego, planowanie urlopów z wyprzedzeniem, na które podobnie jak moi rodzice, wyjeżdżamy dwa razy do roku, poza tym nasze kłótnie, czyli głośne rozmowy i zwykle następujące po nich ciche dni.
M przynajmniej raz w miesiącu dostaje mandat za parkowanie bez ważnego biletu albo w niedozwolonym miejscu, zostawia zapalone świeczki wychodząc z mieszkania, nie tak dawno temu zdarzyło mu się nie zamknąć drzwi wyjściowych na klucz a ostatnio przypadkiem wjechał Lancią jakiejś kobiecie do ogrodu niszcząc przy tym ogrodzenie i zarysowując auto.

Kupiłem dziś kilo marchwi, bo M zrobi nam zupę mus marchewkowy. Powiększam się do rozmiarów piłki plażowej a M nie planuje przestać mnie dokarmiać. Marchewka w Szwajcarii nie ma smaku, chrupie, ale w ogóle nie pachnie i nie brudzi rąk na pomarańczowo. W Szwajcarii warzywa i owoce są sztucznie modyfikowane, marchewka nie smakuje jak powinna, rzodkiewka nie piecze, truskawki nie są słodkie.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Mission impossible

Odpowiedzialne stanowisko, współpraca z dostawcami i oddziałami, globalny zasięg firmy, dla rodziny i znajomych jestem kimś z innej bajki, bo pracuje zagranica, w centrali, praca przynosi mi satysfakcje i jest dla mnie wyzwaniem, wiąże się z ciągłymi wyjazdami i spotkaniami z ważniakami.
Zwykły początek dnia, przeglądanie listy spraw, telekonferencji i maili, cisza, skupienie, kubek kawy, croissant w dłoni, pomału organizuje swój dzień:
Do you have any influence at Bellevue?
My daughter left her pooh bear and a pink and white blanket with her name on it at the hotel. We are sure they have ended up in laundry as left on her bed. If you know anyone would appreciate a follow up – Cheers

Początkowo zdziwienie i niedowierzanie, przez chwile myślałem, że może to spam, ale jednak nie, potem złość, że M w ogóle zawraca mi głowę czymś takim, po chwili przebiega inna myśl, która wywołuje banana na twarzy, który nie schodzi przez reszte dnia.
Najpierw telefon do M, tonem pełnym powagi, empatii zapewnienie go o pełnym zaangażowaniu w odnalezieniu zguby, zostawiam bezpośredni numer mojej komórki – gorącej linii, pod którym w każdej chwili może uzyskać informacje o statusie poszukiwań, dopytuje czy interesuje go szczegółowy action plan i słyszę jak koleżanka siedząca obok zanosi się śmiechem szukając chusteczki by wytrzeć łzy. Potem mail do dyrektora hotelu w sprawie zaginionego misia Puchatka, z trudem przychodzi mi tłumić śmiech gdy rozmawiam z nim przez telefon tworząc wymyśloną na poczekaniu historię o powadze sytuacji, randze gościa i jak bardzo zależy mi na odnalezieniu pluszaka.
Miś się znajduje. Hotel chce odesłać go kurierem, ale proponuje zgłosić się po niego osobiście by pierwszym porannym lotem mógł wrócić do Anglii. Wcześniej upewniłem się czy miś powinien mieć specjalnie wykupione miejsce w klasie biznes czy wystarczy jak poleci z kimś w walizce.
M nie kryje radości, gdy dostaje ode mnie wiadomość sms.
Po kilku dniach na moim biurku pojawia się imponująco wyglądająca butelka nowozelandzkiej wódki.
Zamiast demonizować szefostwo warto czasem zbadać uparte dążenie ludzi do doskonałości w tonacji serio, pytając zarazem, jak wielkiego poświęcenia to wymaga.
A znajomi niech dalej sobie wyobrażają swoje…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

idą święta

Zimno się zrobiło, na dworze mróz i ciągle jakby trwała noc, wcześnie wychodzę do pracy i późno kończę – stąd to wrażenie. Razem z M prześcigamy się w pomysłach na świąteczne prezenty, choć wiem, że nie chodzi wcale o ilość, ale nie potrafię się powstrzymać, gdy widzę coś, co na pewno spodobałoby się M.
Po ostatniej mojej akcji z kupowaniem biletów na Zanzibar na 10 miesięcy przed wyjazdem musiałem obiecać już nigdy tego nie zrobić. M uważa mnie za zdrowo walniętego pod względem planowania, więc dałem mu słowo, które dzielnie dotrzymywałem, ale tylko do wczoraj dopóki Swiss nie opublikował nowych taryf na loty do Miami i nie było zmiłuj się.
Żeby nie psuć świątecznego nastroju na wszelki wypadek oszczędnie gospodaruję prawdą i nic mu nie wspominam o wakacyjnych planach pod koniec 2010 roku, ale powoli za jego plecami zaczynam się rozglądać. Czego oczy nie widzą tego sercu nie żal…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

truskawki w czekoladzie w Norymberdze

Na zewnątrz zrobiło się zimno i byle jako, ale niezrażeni tym spędziliśmy weekend poza domem. W całej Europie na dobre rozpoczęły się świąteczne jarmarki, Paolo i Fabienne odrzucili propozycje wyjazdu do Colmar, wobec tego sami, tylko we dwoje polecieliśmy do Bawarii. R pomogła mi zarezerwowaniu pokoju w Meridien, więc zatrzymaliśmy się w samiuteńkim centrum.
Jako Polak podczas zimy zazdroszczę Francuzom i Niemcom Weihnachtsmarktow.
Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem je w Alzacji wrażenia trudno było opisać. Końcówka listopada, pada śnieg, typowe polskie miasto staje się szarym smutnym miejscem, pełnym popsutych albo nadszarpniętych czasem neonów, z wywieszonymi na wystawach kartkami ”Wesołych Świąt” i wciśniętym gdzieś pomiędzy plastikowym Jezuskiem. Tutaj już w listopadzie na każdym większym placyku stawia się kramy i wielkie choinki z lampkami.
Świąteczne jarmarki to przede wszystkim niesamowita atmosfera -niby w listopadzie i grudniu szybko zapada noc, a ludzie spieszą się do domów, ale bożonarodzeniowy targ mieni się tysiącem świateł, a między budkami przeciska się tłum: jest gwarno, ciepło, przyjemnie, lekko odpustowo, w powietrzu unosi się zapach goździków i cynamonu, które dodaje się do Gluehwein – grzanego wina, obowiązkowego elementu Weihnachtsmarktu. Przechadzając się między straganami, gdzie sprzedawano kiełbaski, czekoladowe kalendarze adwentowe, całe tony ozdób choinkowych i olbrzymie pierniki myślałem sobie, czy w Polsce wesoły i kolorowy targ byłby do przyjęcia, bo adwent wcale nie musi byś smutny i szary.
Tour de shops przekonał nas, że pod względem zakupowym lepiej pojechać gdzie indziej. W ścisłym centrum przeważał szmatoland w stylu H&M, C&A i Esprit a w dużych centrach handlowych głównie Hugo Boss – lepszy gatunkowo, ale zachowawczy i mało finezyjny. Na ulicach matki Niemki, z kolorowym fiu bździu na głowie, w dekatyzowanych spodniach z obfitym haftem, znad których wylewał się plaster sadła, mahoń podsmażany na solarce. Dookoła biegające zezowate dzieci z tępą twarzą po matce na widok, których aż chciało się zawołać a żebyś się przewróciło na pysk, a jak to coś otworzyło buzie to mieliśmy wrażenie, że pracuje nad jakąś nową formą logiki albo koduje tajne przesłanie do centrali.
Dla siebie odkryłem truskawki na patyku polane czekoladą i prosecco z sokiem pomarańczowym na śniadanie.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz