welcome back to California

Koleżanka z biura zdecydowała się na powrót do Kalifornii – jak sama stwierdziła przez 2,5 roku nie było jej dane przywyknąć to szwajcarskiej bezpłciowości, reguł i nudnego życia stolicy – za bardzo rozpierała ją energia.
Od kilku lat intensywnie udzielała się charytatywnie organizując fundusze na pomoc ludziom z wioski gdzieś w głębi Peru skąd sama pochodziła. Co roku odwiedzała to miejsce a potem zadawala nam fotograficzne relacje ze swoich pobytów.
W tym roku wybrała się także do Afryki, gdzie wraz ze swoją partnerką pomagały ludziom z dotkniętych wojną domowa terenów Kongo.
W swój ostatni dzień w biurze zaprosiła nas na lunch podczas którego opowiadała nam o swojej ostatniej wyprawie i o tym co udało się jej osiągnąć. Wśród wielu fotografii widać biedę i zacofanie tego kraju, to jedne z tych miejsc gdzie jest jeszcze wiele do zrobienia pod każdym względem… Wszyscy w skupieniu słuchali jej opowieści o pracy charatatywnej, racząc się lampką Moet (min. 70 USD butelka!) – nie wiem ilu zdawało sobie sprawę z niestosowności tego zachowania…
Na jednej z fotografii widać ją stojącą na tle dużego auta terenowego, obok kilku mężczyzn – jak się okazało kierowcy, przewodnika i dwóch ochroniarzy eskortujących jej wyprawę.
Wynajęcie przewodników i ochrony było absolutną koniecznością w tym kraju.
Pam siedząca obok mnie szepnęła mi do ucha, że i ja powinienem się tam wybrać, bo zdaję się lubić dreszczyk emocji w krajach które przeciętni turyści omijają szerokim lukiem, a Czarna Afryka na pewno do takich miejsc się zalicza.
Wspomniałem jej o Tanzanii i o tym że także wynajmowałem auto, prywatnego przewodnika i kierowcę…
Tak było tam niebezpiecznie? – zapytała zaniepokojona – Nie, tak tanio – odparłem

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Stambuł

130-136

W Stambule odbyłem się swój pierwszy lot śmigłowcem i czułem się jakbym latał w pudełku.
Jedyne co zapamiętałem to to, że wiatr generalnie nie sprzyja lotom, zwłaszcza o pełnym żołądku, że w środku jest mało miejsca; dziwne uczucie przy pionowym starcie, lot wstecz i bezruchowe zawieszenie na wysokości. Nie boję się latania ale poruszając się tą latającą maszynką do mięsa wcale nie czułem się jak koronowana głowa.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

z autopsji

Czym różni się turecki eskort od eskorta z Europy?
Turek liczy pieniądze i pyta się czy może już sobie iść.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

powrót do Orientu

Podczas tegorocznego Business Travel Show w Londynie dowiedziałem się ze Tureckie Linie Lotnicze należą do jednych z najlepiej rozwijających się linii lotniczych w Europie, są doceniani nie tylko za sposób podejścia do pasażera, ale także jako uznany przewoźnik, który w najlepszy sposób eksploatuje swoje samoloty.
Lecąc po raz kolejny w tym roku do Stambułu postanowiłem przekonać się o tym osobiście, zwłaszcza że lokalny Swiss oferował niebotycznie droższe bilety a mnie przestało zależeć na zbieraniu mil bo na status HON Circle Member nie mam raczej szans.
Gdy mój budżet przeznaczony na ten wyjazd przestał być sprawą problematyczną i okazał się bardziej elastyczny niż zakładano, na jakąkolwiek zmianę było już za późno – dlatego w ramach poprawiania sobie samopoczucia poleciałem tureckim biznesem.
W biurze spiąłem się by wcześniej tego dnia skończyć, dojechać do Zurychu i gdy dzierżyłem już dzielnie swój bilet w dłoni, w kolejce do rękawa samolotu okazało się, że samolot ma ponad 1, 5 godziny opóźnienia. Wróciłem więc do lounge’u, odpaliłem służbowego laptopa i wziąłem się do czytania maili od wiecznie niezadowolonych pracowników, którzy jak zwykle mieli swój sposób postrzegania spraw i żądali interwencji i wyjaśnień, bo ich zdaniem działa im się niespotykana krzywda a żeby zagłuszyć ewentualne niekontrolowane odgłosy emocji i nie psuć sobie do końca humoru, regularnie uzupełniałem poziom płynów w organizmie wlewając w siebie kolejne lampki prosecco.

Obserwując Turków widać, jaki to piękny i postawny naród, wszyscy kruczo czarni, śniadzi może czasem lekko zaniedbani, ale za to charakterystycznie pstrokato-kolorowo ubrani w lokalne podróby markowych ciuchów. Wyjątkowo prezentował się maitre de cabin, który w moim mniemaniu (albo tylko za sprawą prosecco zmieszanym potem z szampanem) pozbawiony był wszelkich niedoskonałości i z trudem przychodziło mi odwracać od niego wzrok. Przeżuwając kolejne kęsy krewetek ćwiczyłem wyobraźnię przechodząc w myślach przez kolejne fazy erotycznych fantazji na wyjątkowo szerokich fotelach w naszym samolocie w roli głównej. Gdy dolecieliśmy było po 23, po mimo późnej pory kolejka do kontroli paszportowej ciągnęła się w nieskończoność. Dla pasażerów klasy business stworzono fast track, który zredukował wątpliwą przyjemność czekania do zaledwie kilku minut.
Lubię pobyty w Turcji, bo wyjątkowo odnajduje się w tym kraju, jest tu tyle atrakcji, że nawet gdy przyjeżdżam sam, to zawsze wracam z bogatym bagażem pozytywnych doświadczeń.
Nie bez znaczenia pozostaje subtelny acz istotny fakt w Stambule o 1 w nocy bez problemu można zawrzeć nieskomplikowaną znajomość z pełnym wachlarzem usług, z dostawą do pokoju i bez pakietu moralnego. Szampan zdążył wyparować, ból głowy minął, zgrzany i wymęczony intensywnym wysiłkiem zasnąłem niczym niemowlę, gdy tylko głowa dotknęła poduszki.
Rano obudziło mnie mocne słońce wpadające do pokoju przez szerokie, panoramiczne okno. Taki niepowtarzalny widok jest tylko tutaj – usiadłem na sofie i przez kilka minut napawałem się panoramą Bosforu obserwowaną zza okna, ciesząc się że znowu mogę tu być. Nic nie było wstanie potem popsuć mi porannego nastroju, zignorowałem nawet porozrzucane po pokoju ślady nocnej wizyty ”bliskiego nieznajomego”.

Wychodząc z hotelu kilkakrotnie przypomniał mi się Teheran: patrząc na liczne kobiety w czadorach, sposób prowadzenia aut przez lokalnych kierowców, ilość meczetów przypadających na dzielnice mieszkalną, pamiątki sprzedawane na bazarach, (za które w Iranie jak się okazało przepłaciłem 10krotnie), lokalne smakołyki oferowane w ulicznych kramach na chodniku, przyrodę, klimat i wsłuchując się w typowe odgłosy ulicy – jakby wszystko przypominało obrazy zapamiętane z Persji.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Berno – dzień 868

K w grudniu rodzi i nie wróci do pracy przed końcem kwietnia. V rozgląda się za nową pracą bo dwie baby szefowe dają jej mocno popalić co wpędza ją w nerwicę. Uświadomiłem sobie że gdy odejdą, zostanę w firmie sam – tylko one dwie są mi naprawdę bliskie.
Ostatnio gdy V po raz kolejny zaczęła rozwodzić się o potrzebie poszukania nowego zajęcia pomyślałem o M. bo przecież mógłbym w marcu złożyć wypowiedzenie, wrócić do Polski, z czystym kontem, bez kredytu, z oszczędnościami i całym zdobytym doświadczeniem. Zastanawiam się czasem jak mogłoby wyglądać moje życie w Szwajcarii gdybym nigdy go nie spotkał, jak inaczej mogłoby się wtedy potoczyć moje życie na emigracji. Z niedowierzaniem patrzę na swoją koleżankę, która co weekend pokonuje setki kilometrów by spędzić czas z rodziną – nie wiem czy sam potrafiłbym się na coś takiego zdecydować.
To musi być trudne żyć w zawieszeniu między dwoma krajami, ten odwieczny dylemat emigranta czy jest się wciąż tylko na wyjeździe czy stało się już emigrantem.
Z emigracją jest tak, że przychodzi czas, kiedy musisz zdecydować – albo zostajesz i układasz sobie życie tam, albo pakujesz się i wracasz, by budować życie w kraju. Nie da się żyć tak na pół, wiecznie wynajmowanym mieszkaniu, gdzie nic nie jest twoje, prócz kilku ciuchów.
To że mam w Polsce dom, mieszkanie, rodziców i przyjaciół daje mi pewnego rodzaju poczucie bezpieczeństwa bo mam do czego i kogo wracać, ale musze coś postanowić i przestać się w końcu miotać.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 1 komentarz

Warszawa – dzień 2

Po co tworzyć związki jeśli można zawierać ”kontrakty”, mieszać biznes z emocjami, kasą i udawaną bliskością tak jak robią to luksusowe prostytutki i sytuowani biznesmeni. Połyskujące z wierzchu i puste w środku – ot co świat glamour.
Jeszcze kilka miesięcy temu cieszyłem się na myśl że w grudniu lecę do Montrealu. Teraz kiedy czytam o panującej tam wtedy zimie i temperaturach poniżej 20-30 stopni odechciewa mi się całej wyprawy. Chyba nosa nie wyściubię poza hotel…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

Warszawa – dzień 1

Z perspektywy ostatnich dwóch o pól roku mój blog daje mi możliwość wypowiedzi w języku ojczystym. Daje ujście wydarzeniom i myślom, których nie mam tak naprawdę komu opowiedzieć.

Mieszkam zagranicą, pracuje w angielskojęzycznym środowisku, w domu mówię tylko po włosku. Moja styczność z językiem polskim ogranicza się do rozmów przez skype z rodzina i znajomymi w Polsce, sporadycznych spotkan z Polakami podczas delegacji w Anglii albo Irlandii. Polacy, których znam są w podobnej sytuacji do mojej, spotykamy się w towarzystwie mieszanym i rozmawiamy po angielsku. Książek po polsku prawie nie czytam – nad czym ubolewam – dopiero od niedawna prenumeruje polską prasę
Śmieszyli mnie kiedyś, ludzie, którzy po powrocie do kraju po rocznym pobycie zagranicą wtrącali do każdego zdania obcojęzyczne słówka. Ale teraz łapie się ze ja sam, gdy odwiedzam Polskę po 2,5 letnim pobycie w Szwajcarii, mówię tak beznadziejną polszczyzną, ze znajomi patrzą na mnie ze zgroza w oczach albo myślą ze to maniera. Moja elokwencja gdzieś się zapodziała.

Wydaje mi się, ze każdy kto zamieszkał w obcym kraju bez codziennego kontaktu z językiem ojczystym, przechodzi przez taki okres. W głowie panuje chaos, mózg próbuje przyzwyczaić się do równoczesnego funkcjonowania w dwóch albo trzech odmiennych systemach.

Musze przyznać, ze w pracy łatwiej jest mi wyrazić cos w języku angielskim – prościej, dosadniej… Na pewne tematy zawodowe nawet nie potrafiłbym rozmawiać po polsku. Brak mi słownictwa i znajomości terminów a jedna próba telekonferencji w języku polskim okazała się językowym bełkotem. >Poza tym ja śnie po angielsku, włosku i po polsku…
Zdolność wysławiania się w języku ojczystym znacznie się pogorszyła – dostrzegam to czytając swoje notki sprzed lat. Wiem jednak, ze musze ja pielęgnować a pisanie na blogu pomaga.
W Warszawie zimno nie mniej niż w Zurychu a wakacje w ciepłych krajach dopiero za 106 dni.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

Berno – dzień 861

Wszyscy kradną: goście, pracownicy, szanujący prawo obywatele – nocą przemieniają się w złodziei bo czasami życie to nadmiar, a tam gdzie nadmiar pojawia się pokusa, to nieuniknione, żyjąc luksusowo w luksusowym świecie zapominamy o innych i myślimy wyłącznie o sobie.

Opublikowano Brak kategorii | Dodaj komentarz

Aarhus – dzień 2

Aarhus – miejsce zapomniane przez wszystkich i wszystko. To podobno drugie największe miasto w Danii a takie jest senne i nijakie. Duńczycy są oziębli, zero interakcji, sopel lodu wydaje się być bardziej ciepły i przyjazny od nich. Zrobiłem szkolenie, nie usłyszałem niczego w zamian, na lunch nie miałem z kimś iść, a w hotelowym pokoju lub barze spędzam czas po pracy. Nic tylko było się upijać. K dala mi wolna rękę na wyjazd do Pragi ale wciąż się nie zdecydowałem…

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Goteborg

Po przylocie do Goteborga ucieszyłem się że we Wrocławiu skusiłem się na zakup grubego bezrękawnika, bo na zewnątrz temperatura sięgała zaledwie kilku stopni. Nie byłem głodny za to w kółko myślałem o tym ile jeszcze rzeczy musze przejrzeć i przygotować przed zaplanowanym na następny dzień szkoleniem.
Zdziwiony byłem, że w skrzynce mailowej nie znalazłem potwierdzenia daty i godziny spotkania, próbowałem sobie tłumaczyć że w sumie wciąż byłem przecież na urlopie, poza biurem wiec może stad ten brak informacji.
Tego wieczoru spotkałem się jeszcze z pewnym Chińczykiem zgłębić tajemnice Głębokiego Wschodu – całość przypieczętowaliśmy fajerwerkami.
Rano odkryłem, że ktoś pobrał mi karty kredytowej kilkaset euro, o 6.30 wisiałem na telefonie z bankiem, potem rozciąłem sobie dłoń podnosząc walizkę tak, że musiałem wzywać na pomoc recepcje, na dodatek pomyliłem adresy ulic, bo jakby wszystkie nazywały się Sodra gaten coś tam i zaalarmowałem Debbie, że Houston ma problem, potem jeszcze koleżankę w Danii, a na koniec nawrzeszczałem na taksówkarza, który nie chciał zawieźć mnie pod właściwy adres ze względu na bliskość tego miejsca pieszo. Dotarłem lekko spóźniony, ale nie zostało to zbyt zauważone, bo nikt na mnie tam nie czekał, ba – nawet nie wiedzieli, że przyjeżdżam, ale skoro już byłem na miejscu przyjęli propozycje szkolenia.
W drodze powrotnej, taksówkarz, który wiózł mnie na lotnisko okazał się rodakiem i to było chyba największe szczęście, jakie spotkało mnie tego dnia…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 1 komentarz