Employee Escalation Program

E-awardsy czekają na Ciebie !!!!

1 pkt – Przypadkowe nieumyślne zeskalowanie.
5 pkt – Niby nieumyślne zeskalowanie.
10 pkt – Zwykła eskalacja w cztery oczy z przełożonym bez świadków.
20 pkt – Anonimowa eskalacja na samego siebie, mimo, iż nie jest się winnym, byle zaistnieć.
30 pkt – Zeskalowanie w obecności świadków.
40 pkt – Samoeskalacja w cztery oczy z przełożonym.
50 pkt – Samoeskalacja przy świadkach.
60 pkt – Zeskalowanie do przełożonego w obecności eskalowanego bez innych świadków.
70 pkt – Zeskalowanie w obecności eskalowanego przy większej ilości świadków.
80 pkt – Zeskalowanie w obecności eskalowanego, pomimo iż ten nie jest winny.
90 pkt – Zeskalowanie w obecności eskalowanego, pomimo iż ten nie jest winny a czynu tego dokonał sam eskalujący.
100 pkt – Zeskalowanie w obecności eskalowanego, pomimo, iż ten nie jest winny a czynu tego dokonał sam eskalujący na spółkę z przełożonym, do którego się eskaluje i wmówienie eskalowanemu jego winy.

 BONUSY:
* zeskalowanie najlepszego kumpla – dodatkowo 10 pkt.
** zeskalowanie zanim czyn zostanie dokonany – dodatkowo 20 pkt.
*** dodatkowo 25 pkt – kiedy dzień wcześniej piło się z eskalowanym jego wódkę, w jego domu.

(app. 25 pkt = 57 PLN)

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

Berno – dzień 306

Musieliśmy odwołać z M nasz wyjazd do Toskanii.
Szef niespodziewanie cofnął mu urlop w związku z Euro2008.
Przepadała nam zaliczka za wynajęty dom i raczej nie odzyskamy tych pieniędzy.
W mojej firmie byłoby to nie do pomyślenia ale u niego w pracy panują inne reguły i nie istnieje słowo „refundacja”.
Z mojego wcześniej zaplanowanego terminu urlopu jeszcze nie zrezygnowałem, ale perspektywa wyjazdu gdziekolwiek w pojedynkę mało mnie raczej cieszy.

Wspólnie zaplanowane wakacje mamy dopiero na koniec sierpnia.
M zdał się z tym pomysłem wyłącznie na mnie początkowo nie traktując go zbyt realnie.
Ja pomysłów na wakacje miałem mnóstwo, ale po ich krytycznym przeanalizowaniu wszystkie okazały się mieć minusy.
W sumie najtrudniej było namówić M na wyrobienie paszportu, zajęło mi to ponad 3 miesiące, ale w końcu udało się.
Mam już dla nas bilety, kupiłem przewodniki, wybraliśmy też hotele, teraz zwykle wieczorami obaj rozmawiamy, planujemy i decydujemy, co chcielibyśmy zobaczyć.

W pracy M dostał ‘pstryczka w nos’ i przestał opowiadać wkoło, jaki to on jest szczęśliwy po tym jak niektórzy współpracownicy zaczęli mu dokuczać. Zawiódł się na ludziach, których uważał za sobie życzliwych.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | 1 komentarz

Berno – dzień 299

Męczy mnie dezintegracja w firmie i te pośpiesznie podejmowane decyzje drastycznych zmian, których efekty nigdy nie mają szansy zaistnieć, bo taranowane są zaraz przez nowe mniej lub bardziej bzdurne pomysły.
W ciągu 10 miesięcy pracy zaliczyłem 2 menadżerów, którzy w krótkim czasie odeszli z firmy, teraz wszyscy spodziewamy się nowego, który też nie wiadomo czy zostanie albo raczej jak szybko się podda.
D zostanie odseparowana od zarządzania ludźmi bo ci na górze jak i HR zdali sobie sprawę, że lepiej wychodzi jej zarządzanie projektami niż ludźmi.
Niewiele to pomogło bo obecni przeciętni pracownicy wciąż odchodzą, zmęczeni ciągłą niepewnością i przepracowaniem – bardzo dobre zarobki i wysokie premie nie są stanie dłużej motywować.
Ja staram się robić swoje, ale nie każde transition można przeprowadzić tylko za pomocą telefonu – odpowiedzialność, która na mnie spada bywa, że mocno mnie przytłacza.
Poza tym, że ugrzęzłem w bagnie 3 projektów dla których nie mam czasu i brakuje mi wsparcia D. jeszcze smęci mi nad głową why does it take so long?
Kiedy R złożyła swoją rezygnację zabraliśmy ją po pracy do baru.
Nie wraca do Anglii tylko spróbuje poszukać pracy w Szwajcarii.
Sącząc drinki ludzie niechcąco wywołali prawdziwą burzę mózgów prześcigając się w pomysłach gdzie i jak ma ona zacząć szukać nowego zajęcia.
Siedziałem z boku, przysłuchiwałem się i pilnie notowałem wszystkie dobre rady w pamięci.
Późno w nocy wróciłem do domu, M był jeszcze w pracy wiec otworzyłem komputer i przejrzałem niektóre strony. Bez zbytniego podekscytowania wysłałem swoje standardowe cv do pierwszej agencji i poszedłem spać.
Następnego dnia przed 10 rano odebrałem telefon z zaproszeniem na interview do Zurychu.
Do tej pory myślałem że największym moim szczęściem była decyzja o podjęcie obecnej pracy za granicą.
Zapomniałem, że kiedy jedne drzwi do szczęścia się zamykają otwierają się inne, ale często tak wpatrujemy się w te, które się zamknęły, że nie dostrzegamy tych nowo otwartych.

Opublikowano Mądrości, praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Berno – dzień 291

Wracaliśmy razem z V z naszych czwartkowych lekcji włoskiego, kiedy w autobusie dopadł mnie telefon z Polski.
Moja M zakomunikowała mi, że wychodzi za mąż. Moja M spodziewa się też dziecka.
M – przygotowuje się do nowej roli – żony i mamy.

Obiecałem, że przylecę na jej wesele, choć więcej czasu spędzę w podróży niż skorzystam z okazji pobytu we Wrocławiu.
M wychodzi za mąż pierwszy raz, przy kolejnych weselach z jej udziałem pomyślę dwa razy nim kupię bilet…

Opublikowano Brak kategorii | 1 komentarz

wrocławskie inklinacje

Gdy wylatywaliśmy do Zurychu nad środkową Hiszpania szalała burza. Nasz odlot był opóźniony prawie godzinę, przez moment myśleliśmy, że odwołają nasz lot z powodu złych warunków pogodowych.
Na lotnisku wyłapałem wśród tłumu turystów grupę Polaków wracających do Irlandii.
Nie wiem, na czym polega ten fenomen ale mam wprawę w rozpoznawaniu Polaka po samym tylko wyglądzie, zachowaniu i ubiorze.
Do Wrocławia poleciałem dopiero 2 dni po powrocie do Berna. Miałem czas na wyspanie się, zrobienie listy spraw do załatwienia, kupienie prezentów i spakowanie się.

Nie udało spotkać mi się ze wszystkimi, ale wróciłem naładowany pozytywnymi emocjami.
Z tatą zaliczyłem szlakiem browarów, z M. obiad w Akropolis i obgadanie szczegółów wesela, chill-outowe spotkanie z dziewczynami z dawnej pracy, lunch w Marche, bliskie spotkanie z dawnymi kolegami z pracy, których spojrzenie było bezcenne, spacer po Rynku, z W. galę Przeglądu, która bardzo mnie w tym roku rozczarowała.
I choć nie mieszkam tam dopiero od roku pomału oswajam się z myślą, że mój tzw. dom będzie zawsze tam gdzie ja będę i tak już chyba musi zostać…

A wczoraj wystąpiłem w migawkach Faktów. Dawno nie widziani znajomi, którzy mi o tym napisali przez moment myśleli że to jakaś ściema, że nie pracuję w Szwajcarii tylko we wrocławskim oddziale szwajcarskiego banku który przenosi się do Indii. Tak rodzą się plotki…

W pracy znowu zmiany, Rosa nie wytrzymała i złożyła rezygnację. Już w piątek rano przebąkiwała że zrobi to dzisiaj, a ja chodziłem wokół niej na palcach prosząc żeby wstrzymała się aż ja będę na urlopie i ominie mnie spotkanie z szefową żeby ustalić na poczekaniu tymczasowy podział obowiązków do momentu gdy nie odejdzie kolejna osoba. Z pracy wyszedłem o 16.30 a w kwadrans potem dostałem od niej sms, że nie wytrzymała i triumfem obwieściła Debbie swą decyzję jeszcze tego samego popołudnia.

Dwa tygodnie temu wysyłali mnie do Indii, potem mówili o konieczności szkolenia w Dublinie i Londynie, w piątek Debbie obwieściła mi szkolenie w San Francisco a dziś nagle na tapecie były Włochy.
Marco na moje njusy wzrusza ramionami i upewnia się tylko że nasz zaplanowany na czerwiec urlop dojdzie do skutku.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , , , | 1 komentarz

Madryt

Któregoś wieczora wracając z M do domu podpytałem go umiejętnie czy istnieje jakieś miejsce w Europie albo miasto, które chciałby zobaczyć. Jednym tchem rzucił ze najbardziej kocha Włochy, dopiero gdy zacząłem ciągnąć temat dorzucił Paryż, Amsterdam, Londyn, Wiedeń i Madryt.W styczniu przed zbliżającymi się walentynkami zarezerwowałem wiec dla nas bilety i weekend w wygodnym hotelu w centrum Madrytu. Biłem się z myślami żeby mu o tym nie powiedzieć od razu, nie mogłem doczekać się jak zobaczę jego miny gdy się wreszcie dowie. 2 dni przed walentynkami przy kolacji M niespodziewanie rzucił że są w Europie miasta, na które szkoda nawet czasu, żeby je odwiedzać twierdząc że niczego ciekawego tam nie znajdzie. Widelec wypadł mi z ręki, gdy usłyszałem słowo ‘Madryt”. Zapytałem skąd ta pewność, ale nie umiał dać mi jednoznacznej odpowiedzi, twierdził że na samą myśl o tym mieście niczego wyjątkowego po prostu nie czuje…

Madryt – art deco, butelka Vouve Cliqout hotelowym łóżku, mnóstwa słońca, tango Portmana, ciepły wieczór we dwoje na Piaza Espana i niewiarygodnie granatowe niebo.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 1 komentarz

Berno – dzień 279

Dostałem strasznego lenia, przeciągam rzeczy w nieskończoność, choć ich dokończenie wymagałoby z mojej strony zaledwie odrobiny samozaparcia.
Im bliżej urlopu tym bardziej się rozleniwiam – myślami już na nim jestem, wreszcie się wysypiam i nie myślę o Debbie, terminach projektów i rzeczach, które trzeba załatwić.
W pracy zawirowania, znowu rotacja, przetasowania, znowu zmiany i znowu musze zaprzestać pracy nad projektem, nad którym pracowałem od trzech miesięcy na rzecz czegoś nowego.
Wprawiony w bojach wiem ze niczego nie mogę być tutaj pewnym.
Od września zaczynam szukać nowego zajęcia – to już postanowione. Chętnie tez rozważyłbym przeprowadzkę do Zurichu albo do Lozanny.
Do tego czasu by zupełnie nie zwariować, co dwa miesiące zaplanowałem tygodniowy urlop.
Czerwiec i wrzesień mamy już obcykany, kupiliśmy nawet bilety a teraz z wielkim zaangażowaniem dopracowujemy szczegóły pobytu i rzeczy, które chcielibyśmy zobaczyć. Take zaangażowanie akurat przychodzi mi z niebywała łatwością…
W sobotę w ramach prezentu walentynkowego lecimy do Madrytu na romantyczny weekend we dwoje. M pogodził się z myślą ze nie zobaczymy wszystkich muzeów, galerii i pałaców – mamy się głównie relaksować i nigdzie nie spieszyć.
Wpadnę tez do Wrocławia odwiedzić stare śmieci.

Otagowano | 1 komentarz

każdy powinien być szczęśliwy

Pomysł spędzenia weekendu z P i E był absolutnym strzałem w dziesiątkę.
Pomimo tego ze źle się czułem zostawiając sierściucha na 3 dni bez opieki (wbrew wyraźnym zaleceniom) i pozwoliłem zwiędnąć dwóm kwiatkom to i tak było warto. Dwie noce przed wylotem spędziłem w domu pracując do późna, w biurze pojawiałem się przed 7 a wszystko po to by w piątek wyjść wcześniej z pracy, zostawiając za sobą wszystkie sprawy. Prosto z biura pojechałem na lotnisko a po niespełna 5 godzinach siedziałem już wygodnie w ich salonie sącząc drinka i gadając do pozna w nocy.
Pytali mnie o M.
Wciąż jesteśmy w sobie szaleńczo zakochani a w łóżku zachowujemy się jak króliki..
Zastanawiające skąd ten fenomenem że jesteśmy razem.
Nie potrafiłem jednoznacznie odpowiedzieć.
Po prostu któregoś dnia zdałem sobie sprawę że nie będzie już lepiej, że z M teraz to jest właśnie to, tu i teraz, że nie brakuje mi wolności, że nie czuje skrępowania, że jest mi dobrze.
Mój przyjaciel zdziwiony tymi wszystkimi zmianami w moim życiu zapytał mnie czy nie balem się zaryzykować i postawić wszystko na jedną kartę, tak po prostu wyprowadziłem się z własnego mieszkania i zamieszkałem z kimś dla mnie obcym. Uspokoił się gdy oznajmiłem że to niezupełnie tak że po prostu nie licząc się z niczym spakowałem manatki i zamieszałem z M – wcześniej zadbałem o to by być oficjalnie zameldowanym i podpisać oddzielną umowę na wynajem mieszkania.
Pośrednio przyczyniła się do tego emigracja, sam fakt że mieszkam w obcym ale bardziej tolerancyjnym kraju, że obaj pracujemy, możemy pozwolić sobie na mieszkanie razem, wspólne robienie zakupów i sprawianie sobie romantycznych większych lub mniejszych przyjemności. Żyję w świecie mniej represyjnym i mogę sobie na to wszystko pozwolić bez szokowania innych.

W ludziach jest czasem jakaś pustka, niektórzy porzucają starania żeby ją zapełnić. Przestają szukać swego szczęścia. A czasem odpowiedz tkwi w innej kulturze, innej tradycji. Tylko trzeba być otwartym.

Pytali mnie jakie o ‘nasze’ relacje.

W obu są kosmiczne awantury i pytania, kto będzie dziś gotował obiad czy mył naczynia. Jest potrzeba wierności i są zdrady. Są pytania o to, czy zostałeś zdradzony. Są szczere odpowiedzi i są kłamstwa. My, mężczyźni, mamy dane z natury coś, co popycha do zdrady. Jest to statystycznie większa skłonność do zmiany partnerów. Dwóch mężczyzn jest więc podwójnie na tę zdradę narażonych. Dzięki niemu uczę się smakować potraw i win. Świadomie mogę przyznać, że w Kalifornii nie robi się wina, tylko hawajski sok owocowy.

Odkryłem też miejsce gdzie mógłbym zamieszkać gdyby przyszło mi pracować w Londynie.

Opublikowano Mądrości, praca | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Amsterdam

Zły nastrój jeszcze trwał, gdy M wrócił do hotelu.
Milczeliśmy albo zdawkowo udzielaliśmy sobie odpowiedzi.
Ta dziwna sytuacja ciągnęła, kiedy kładliśmy się spać.
Łóżko miało dobre 2.5m mogliśmy, więc położyć się nie dotykając się wcale, każdy po swojej stronie.
Ja pierwszy wydobyłem z siebie, co miałem mu za złe. W całkowitej ciemności jakoś łatwiej jest mi zdobyć się na odwagę.
Niestety braki językowe nie pozwoliły wyrzucić z siebie gniewu za pomocą odpowiednich przekleństw i może, dlatego obyło się bez prawdziwej kłótni.
M zrozumiał.
Pogodziliśmy się w pozycji nieskończoność, ale najpierw nawzajem przeczołgaliśmy się po całej powierzchni ogromnego łóżka.

Następne dwa dni były zupełnie inne, należały wyłącznie do nas.
A śniadanie wielkanocne zjedliśmy razem w przypadkowym barze niedaleko hotelu.
Wczoraj, gdy byłem jeszcze w biurze i pomimo nawrotu prawdziwej zimy M zdecydował się wyruszyć autem Włoch.
Kiedy wróciłem do domu znalazłem kartkę z wytycznymi, co mam jeść, kiedy wyrzucać jakie odpady (bo wciąż mam z tym problem) i czym karmić sierściucha a na poduszce w sypialni kartkę z tekstem w stylu „marzę by móc znowu kąpać się w twoich oczach”. Typowo włoski bajer, który każdemu sprawiłby frajdę…
A żeby nie zostać sam w pustym domu (z sierściuchem!) lecę na weekend do Londynu. Przez ponad tydzień jestem słomianym wdowcem…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Amsterdamskie che sara, sara

Razem z Marco jeszcze z zeszłym roku planowaliśmy wspólny wyjazd do Amsterdamu. Wprawieni w przebywaniu ze sobą non stop z niecierpliwością liczyliśmy dni do daty wylotu. Nasi znajomi z Włoch podsunęli nam super ofertę hotelu w centrum miasta, na co Marco poczuł się w obowiązku zaproponowania by wybrali się tam z razem nami.

Czwartkowe lekcje włoskiego uwieńczyły całotygodniowe czekanie na dzień wyjazdu, kiedy późnym wieczorem wróciłem do domu czekali już na mnie Enzo i Domenico.

Plan był prosty, o 5.00 mieliśmy być na lotnisku, więc żeby się niepotrzebnie nie śpieszyć wyjechać planowaliśmy przed 4.00.Znojami wstali trochę po czasie, siłą trzeba było wyciągać ich z łóżka, pacykowali się przez dobre pół godziny, na koniec zabrało się im na pogaduchy i kawkę przed wyjściem. Na moje delikatne ‘nie mamy czasu, spóźnimy się” Marco powtarzał jak mantrę żebym się nie przejmował. Była 4.40 jak wyjeżdżaliśmy z Berna, gdy na zewnątrz niespodziewanie zaczął sypać śnieg, na autostradzie zrobiło się szybko ślisko, wszyscy kierowcy dopasowywali prędkość do panujących warunków, gdzieniegdzie zaczęły tworzyć się korki a Marco jak gdyby nigdy nic pędził 150km/h by nadrobić stracony czas. Na moje ‘zwolnij’ usłyszałem ‘że chyba nie chcemy się spóźnić amore’. Na lotnisku w Bazylei szukając wjazdu na parking, dwa razy minęliśmy właściwą bramkę, ale na samolot zdążyliśmy, choć gdy wbiegaliśmy na nasz terminal na pokład samolotu wpuszczali już pasażerów.

W Amsterdamie najprościej wziąć było taksówkę by jak najszybciej odstawić bagaże i pójść na miasto. Znajomi zdecydowali jednak inaczej – wybrali opcję dłuższą, bo pociągiem, za który w konsekwencji zapłacić musiałem i tak ja. W Amsterdamie było 2 stopnie, padał deszcz a oni bez mapy postanowili poszukać hotelu. Tarabaniłem się za nimi z bagażem przez centrum dzielnie znosząc cała sytuację, podczas gdy oni jak dzieci, co chwile zatrzymywali się przed każdą sklepową wystawą żeby sobie popatrzeć. W hotelu mieliśmy tylko zostawić bagaż i iść do muzeum – to ‘tylko’ zajęło im pełną godzinę.
Na kolację zapragnęli czegoś indonezyjskiego, o 21.00 umówiliśmy się w hotelowym lobby. Spóźnili się 45 minut, a gdy wreszcie wyszliśmy z hotelu i skręciliśmy za pierwszym tylko rogiem towarzystwo zorientowało się, że przydałby się im parasol i wróciliśmy do hotelu i znowu był kwadrans czekania. Zapytałem czy zdają sobie sprawę, że o 22.00 mogą zamykać w restauracjach kuchnie na co oni tak bardzo się tym przejęli, że postanowili jechać taksówka. Znalezienie w notesie właściwego adresu zajęło kwadrans. Starałem się być cierpliwy. Przed wejściem do restauracji spojrzałem na zegarek była dokładnie 22.25. Na jedzenie niestety się nie załapaliśmy, bo ktoś nie pomyślał, że trzeba wcześniej zrobić rezerwację…
Wkurwiony, bo głodny i zmarznięty zaproponowałem kolacje u Hindusów na co koledzy zareagowali z przekąsem. Musieli się zgodzić, bo zrobiło się późno, zaczął padać śnieg i było zimno. W restauracji dzielnie znosiłem komentarze, że wszystkie jest nie takie jak we Włoszech, że obsługa za mało się stara, że jedzenie jest kiepskie…

Gdyby Marco nie zaczął wtórować temu towarzystwu wzajemnej adoracji mój wkurw nie osiągnąłby zenitu. Do hotelu wracałem sam wyglądem bardziej przypominając burzę gradową – nie cierpię Włochów i tego luzackiego podejścia w stylu „co będzie to będzie”.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 1 komentarz