Wykorzystywanie zaległego urlopu…

Mam tyle niewykorzystanego urlopu, że z końcem miesiąca postawiłem zrobić coś dla siebie i wziąłem kilka dni wolnego. Pandemia w pełni pomimo złagodzenia obostrzeń, za granicę wyjeżdżać nie planuję w obawie przed wariantem delta wirusa, poza tym zniechęca mnie konieczność robienia wszelkich testów przed i po, widmo kwarantanny po powrocie, kolejki na lotniskach i ogólne zamieszanie z organizowaniem jakichkolwiek zagranicznych podróży.

Plan mam ambitny: Rzeszów, Sandomierz, Zamość. Nigdy tam nie byłem. Zarezerwowałem sobie ładne hotele, będę relaksował się spacerując śladami Ojca Mateusza, nucąc psalmy biblijne, zbierając poranną rosę, wezmę sobie nawet coś Elizy Orzeszkowej żeby wprowadzić się we właściwy nastrój. Będzie czysty relaks.

Opublikowano podróże | 7 Komentarzy

Korporacja jest jak kurnik, ten który jest wyżej, obsrywa tych pod sobą…

Dawno do siebie nie pisałem. To już ponad miesiąc, ale to chyba dobry znak, bo każdy dzień mam szczelnie wypełniony pracą, zajęciami, nauką, spotkaniami ze znajomymi, sportem albo innymi sprawami.

W korpo światku korpo burze, regularnie słyszę, że kolejna znajoma twarz odchodzi a pracodawca nie planuje zwiększyć zatrudniania. W zamian za to słyszę powtarzane jak mantra puste slogany: trzeba będzie jakoś dać sobie rady, że zobaczymy później, że teraz nie jest dobry moment na zatrudnienie kogoś nowego. Albo z serii moich ulubionych, że musimy się spiąć by podopinać terminy, ale wszyscy w nas wierzą, bo jesteśmy zgranym zespołem, stanowimy jedną, wielką, szczęśliwą rodzinę. Skąd ci ludzie biorą te swoje mądrości?! Zaczynam uważnie patrzeć pod nogi by kłaniając się wysokiej dyrekcji, nie nadepnąć sobie na krawat. Nie jestem biernym pracownikiem, bo nie śmieję się z tych żartów, jestem aktywnym i zaangażowanym, bo pilnuję aby śmiali się z nich inni. Żałuję czasami, że nie mogę pójść na urlop macierzyński, bo wtedy nie musiałbym nosić na rękach szefa ani dyrekcji. I tak to wstaję sobie rano, pije kawę, jem śniadanie, czasem zapalam papierosa, od 8:00 uczestniczę w telekonferencjach przeglądając kolejne etapy projektów: entuzjazmu, rozczarowania, paniki, szukanie winnych, ukarania winnych, chwały i honorów dla nieuczestniczących. Prawdziwa praca w korpo… a jak po 3 godzinach zerkam na zegarek jest dopiero 8:20.

Korporacja to stan umysłu

Opublikowano praca | Otagowano | 3 Komentarze

Świąteczny roast u rodziców

Świąteczny roast u rodziców odbył jak co roku. Rodzice nie odpuścili mi świąt wielkanocnych, tylu toksycznych tekstów nie słyszałem od dawna, ale luz, mam 42 lata, można się przyzwyczaić mam gruby pancerz i serce z lodu.

Za gruby, za chudy, za blady, za skromny, za biedny, niezdecydowany, zmanierowany, złośliwy, chytry, za wredny, zbyt ogolony, zbyt zapracowany, za mało zaangażowany, niezainteresowany, aspołeczny, nieekologiczny, źle ubrany, za głośny, za gadatliwy, zbyt przemądrzały, zbyt dużo pijący, za dużo imprezujący, za dużo pracujący, za dużo wymagający, cera nie taka, no i najważniejsze niejadek.

Tak. Kocham każde święta w gronie rodzinnym. Człowiek wraca potem do swojego domu i nie wie czy najpierw, pójść spać, zapalić kadzidełko, strzelić sobie setkę koniaku, pójść pobiegać czy może zacząć czytać psalmy lub Marcela Prousta „W poszukiwaniu straconego czasu” albo skoczyć na główkę z balkonu.

Opublikowano podróże | 3 Komentarze

W pracy jest dobrze…

… co wcale nie oznacza, że nie może być lepiej. Na fali motywowania samego siebie, wykrzesania zapału do podjęcia studiów podyplomowych, wyraziłem jeszcze chęć wzięcia udziału w szkoleniach dodatkowych. W kwietniu zapisuję się na PRINCE2 i AGILE, bo obecna firma sponsoruje a szef przyklepał mi budżet na ten cel bez jakiegokolwiek zająknienia. Grzechem byłoby nie skorzystać zwłaszcza, że certyfikat w kieszeni to zawsze karta przetargowa w negocjacjach z potencjalnym pracodawcą. Pracy jeszcze nie szukam, ale coraz mocniej przekonuje się, że dawne piętno bycia niestabilnym kandydatem do pracy odchodzi w przeszłość. Zewsząd coraz głośniej słyszę, że zmianę pracy powinno planować się co 2-3 lata i tak do końca życia, bo to nie moda tylko konieczność.
Zmiana pracy co kilka lat wyglądała kiedyś źle w cv. Rekruterzy i trenerzy rozwoju osobistego jak mantrę powtarzali mi, że taki kandydat nie potrafi utrzymać pracy, nie potrafi dogadać się z kolegami lub bardziej dosadniej, że jest po prostu nielojalny i nie potrafi się wystarczająco zaangażować.
To piętno odchodzi teraz trochę do lamusa, bowiem na rynku pracy pojawiło się pokolenie millenialsów, które rośnie w siłe, oczekując ciągłej nauki, rozwoju i postępów w karierze. Ich postrzeganie pracy jest zdecydowanie inne niż przekonanie poprzednich pokoleń, że przez całe życie należy trzymać się pracodawcy w nadziei, że chlebodawca ostatecznie potraktuje cię sprawiedliwie, oferując dodatkowe benefity, bonusy, awanse i podwyżki. Coraz częściej zgadzam się z ta opinią, iż specjaliści, którzy pozostają w firmie dłużej niż dwa lata staja się bardziej zależni od pracodawcy i miejsca pracy, tym samym stają się mniej konkurencyjni, jednocześnie zarabiając średnio 50% mniej niż nowozatrudnieni pracownicy. Zewsząd słyszę sygnały, że zmiana pracy to dobra rzecz, a ludzie powinni planować to robić co trzy, cztery lata. Nie trudno przychodzi zgodzić mi się z opinią, że każda nowozatrudniona osoba chętniej się uczy, bo chce się wykazać. Stąd przekonanie, że jeśli nie zmieniasz pracy co trzy lata, nie rozwijasz umiejętności szybkiego znalezienia pracy, tym samym nie masz żadnej stabilności kariery.
Na dodatek ze Szwajcarii zadzwoniła K, ogłaszając, że jej pracodawca szuka obecnie nowego narybku. Podekscytowany i pełen euforii wysłałem swoje cv niemal od razu, zastanawiając się przy tym co zrobię jeśli w Szwajcarii będę musiał pojawiać się już za kilka tygodni. Z drugiej strony dobrze znam siebie, tę skłonność, że czasami nazbyt szybko wybiegam na przód i zaczynam planować budując zamki na piasku, rozpatrując scenariusze co by było gdyby, z czasem łapię się na tym, że jest to zbytnia bufonada. Nie wiem czy to dobre podejście, ale niezmiennie wierzę, że najważniejsze to mieć przyjemność z tego co się robi, gdziekolwiek się jest, jeśli idziesz do pracy, wstajesz zadowolony, wracasz zmęczony, ale znowu wstajesz szczęśliwy, bo rozwijasz swoje pasje i realizujesz hobby to takie życie jest szczęśliwe…

Opublikowano praca | Otagowano | 3 Komentarze

Nareszcie wolne…

Nareszcie ten tydzień dobiegł końca. Wiedząc, że przez weekend mam studia poprosiłem szefa o urlop na jutro, bo bez dnia odpoczynku wyzionąłbym pewnie ducha. Oczy mi się lekko zamykają, nie wiem czy to za sprawą intensywnych zajęć czy dlatego, że od wczoraj za oknem siąpi deszczem i pogoda jest iście barowa.

Uczelnia w Sopocie przyjęła moją kandydaturę na wykładowcę w semestrze jesiennym. Nim ta wiadomość w ogóle do mnie dotarła, koleżanka wysłała mi link gdzie mogłem zobaczyć swoją facjatę na stronie SSW jako gościnnie prowadzącego zajęcia dla studentów. Fama poszła wśród znajomych i rodziny, matka postarała się żeby usłyszeli o tym wszystkie ciotki, kuzyni, pani w warzywniaku a nawet jej koleżanki z dawnej pracy. Rodzicielka pęka z dumy. Na zdjęciu wyglądam jak młody Silvio Berlusconi…

Jak doświadczyłem tego na własnej skórze, nigdy nie powinno koncentrować się na jednym rozwiązaniu, bo całkowite uzależnienie od wąskiej specjalizacji jest bardzo ryzykowne nawet w normalnych czasach. Dlatego trzeba stałe dostosowywać się do wymogów rynku, a właściwie cały czas je wyprzedzać.

Opublikowano podróże | 13 Komentarzy

Z ostatnich dni

Nawał pracy, obowiązków tudzież innych zadań do wykonania ustąpił, odżywiam się zdrowo, pomaga mi w tym dieta pudełkowa, towarzyszące mi od pewnego czasu stres i napięcia zelżały, w zeszłym tygodniu mogłem pozwolić sobie na komfort słodkiego nic nierobienia. Włączyłem komputer i raz na jakiś czas rzucałem tylko okiem w stronę monitora czy mam coś w skrzynce albo czy ktoś nie ściga mnie na komunikatorze. Było spokojnie, jedwabnie sielankowo, żeby nie powiedzieć, że nudno. Celebruję i doceniam czasem takie dni, kiedy mogę sobie najzwyklej w świecie pofolgować i zająć się w godzinach pracy czymś przyjemniejszym np. takim sadzeniem iglaków na balkonie, czyszczeniem fug w łazience albo praniem i prasowaniem sterty pościeli.

Od marca wróciłem w kierat studiów, wykładów i bycia mocno skupionym w weekendy. Po ostatnim wykładzie z marketingu sprzedaży usług zasnąłem na siedząco przed laptopem. Pan merytorycznie wymiatał, ale opowiadał to w taki sposób, że na koniec dnia oczy same mi się zamknęły i zasnąłem ze słuchawkami na uszach. Potem okazało się, że nie tylko ja tak miałem, a w poniedziałek dostaliśmy informacje, że zajęcia z tym panem więcej się nie odbędą, więc chyba jednak coś było na rzeczy. Do końca pozostało mi jeszcze kilka zjazdów, w połowie czerwca będę się bronił a potem będę mógł sobie dumnie wpisywać po nazwisku skrót MBA.

Z perspektywy tych paru miesięcy muszę przyznać, że podjęcie nauki było genialnym pomysłem. Spożytkowałem czas związany z pandemią i niemożnością normalnego funkcjonowania. Gdyby nie zajęcia i kierat pewnie każdy weekend spędzałbym byle jak a czas przelatywałby mi między palcami. Nadmiar obowiązków zmotywował mnie do lepszej organizacji swojego życia. Koleżanka, z którą pojechałem na weekend od kilku lat wykłada gościnnie na jednej z prywatnych uczelni wyższych. Kilka dni temu zadzwoniła z pytaniem czy nie chciałbym podzielić się swoja wiedzą ze studentami i poprowadzić kilka wykładów na uczelni w Sopocie. Wspomniała, że dobrze wyglądałoby gdybym zebrał referencje od ludzi z biznesu, bo liczą się praktyka i rekomendacje od osób z branży. Od razu zapaliła mi się czerwona lampka a na twarzy zagościła mina dumy, triumfu i satysfakcji. Miałbym wykładać na uczelni, uczyć studentów, bo jestem ekspertem w swojej dziedzinie. Mua, który dyscyplinarnie wyleciał z pierwszego roku studiów, nigdy nie miał stypendium a w indeksie zebrał tyle szmat, ze mógłbym obdzielić nimi co najmniej trzech studentów powraca, bo jest ekspertem i istnieje popyt na jego wiedzę. Cóż za piękne zrządzenie losu, życie bywa cudownie nieprzewidywalnie przewrotne. Poprosiłem 30 osób o referencje i voila 4 doby później zebrałem 22 opinie wszystkie potwierdzone na linkedin. Będę nieskromny, jeśli uczelnia się na mnie zdecyduje, dostanie ferrari – jestem obłędnie dobry w swojej branży a ludzie pamiętają mnie nawet po latach. Zrobię to nawet pro bono. Dziękuję bardzo. Kurtyna.

Dziś przygotowałem swoje dossier, wysłałem propozycje sylabusa i czekam na decyzje władz uczelni. Jeśli mnie przyjmą padnę ze śmiechu i poprowadzę takie zajęcia, że studenci będą opowiadać o mnie swoim wnukom. 

W dobie pandemii, moja wspólnota mieszkaniowa o wdzięcznej i wymownej nazwie Tęczowy Raj zorganizowała telekonferencję z członkami zarządu i mieszkańcami budynku, w którym mieszkam. Wgrałem się nie spodziewając się niczego spektakularnego. Okazało się, że naprzeciw mojego bloku powstanie nowy budynek mieszkalny i od jutra rusza sprzedaż mieszkań. Jeśli się załapię, to mam szansę zakupić większe mieszkanie z lepszym widokiem niż to moje obecne. Wkurza mnie, że brakuje mi pokoju gabinetu, w którym mógłbym pracować a na koniec dnia zamknąć drzwi i nie myśleć o pracy. Obecnie mój salon spełnia funkcje biurowe i trochę zaczyna mi to uprzykrzać życie, bo ile razy widzę pozostawionego na stole laptopa, kabel, słuchawki i stertę papierów myślę o pracy. Na stole chcę oglądać wyłącznie wazon z tulipanami.

Spotkanie ze współmieszkańcami utwierdziło mnie w przekonaniu, że ludziom z dobrobytu odwala. Słysząc pytania co zarząd wspólnoty planuje zrobić, aby kurz nie osiadał na oknach, balustradach i klatkach schodowych, hałasy nie przedostawały się na sąsiadujący z placem budowy budynek naprawdę zwątpiłem w ludzką inteligencję. Fajerwerki roszczeń, koncert życzeń, żeby ciężarówki i koparki wjeżdżały na plac budowy tylko między 10. a 15., dźwig, żeby nie przysłaniał widoku na park, nie blokowano miejsc parkingowych, robotnicy pracowali w ciszy, nie pracowali w soboty, żeby na koniec dnia sprzątać plac budowy, bo będzie się przecież nosić na plac zabaw no i najważniejsze nie będzie estetycznie…

Do niektórych ludzi należałoby strzelać.

Opublikowano podróże | 1 komentarz

Kwintesencja mojej pracy…

Opublikowano podróże | 5 Komentarzy

W weekend…

…wreszcie udało mi się z koleżanką zrealizować pobyt w hotelu w Długopolu Zdrój. Rezerwacje zrobiliśmy już w listopadzie, ale najpierw zmogła nas choroba a potem rząd wprowadził obostrzenia i zamknął wszystkie hotele, więc nie było rady musieliśmy uzbroić się w cierpliwość. Koleżanka znalazła prawdziwą okazję, weekendowy pobyt w hotelu Dwór Elizy SPA z wyżywieniem za śmieszne pieniądze. Na radość przyszło nam poczekać, ale było warto. Pięknie położony, w otoczeniu lasu i gór, całkiem elegancki, nowoczesny obiekt, z basenem i sauną, tuż obok parku zdrojowego. Tak się cieszyłem, że jadę gdzieś na weekend, że nie straszne było mi nawet dojść z dworca kolejowego do hotelu 800 metrów w dół, środkiem nieoświetlonej drogi, bez pobocza, gdy padał rzęsisty deszcz. Dzielnie walczyłem z moją walizką na kółkach, utrzymaniem parasola, latarki i z nawigacją w komórce, unikając błota, kałuż i potoków, nie przejmując się, że mogę zaraz spaść z tego stoku albo uderzy mnie nadjeżdżający pojazd.

Dostaliśmy bardzo ładnie urządzony, przestronny pokoik z widokiem na park, kolacje dostarczono nam bezpośrednio do pokoju, zadbałem o odpowiednią oprawę muzyczną, otworzyliśmy butelkę prosecco a potem jeszcze wina i w ten sposób oficjalnie rozpoczęliśmy weekend pełen relaksu.

Miasteczko leży na uboczu, jest tak małe, że śmiało można nazwać je czarną d..ą, za to wokoło cisza, spokój, rzeczka i świeże powietrze. Byłem taki styrany po całym tygodniu pracy, że podobno w nocy gadałem przez sen w trzech językach i lekko chrapałem, ale jak się przebudziłem i zobaczyłem słońce za oknem i śniadanie, które wjechało nam o 9.30 do pokoju, wróciła mi część energii. Resztę dnia wypełniły nam same przyjemne zajęcia: pływanie, spacerek, wizyta w Bystrzycy Kłodzkiej, kawka, lunch w restauracji, czytanie książki, spacerek, masaż, pływanie, sauna, czytanie książki, kolacja i winko. Wszystko na pełnym relaksie, bez pośpiechu i spinania się że coś trzeba – czyli tak jak lubię najbardziej.

Opublikowano podróże | 6 Komentarzy

Sorry szefie, mam teraz algi…

Nie zaglądam ludziom do portfeli, rzadko rozmawiam o pieniądzach, nie lubię gdy ktoś liczy moje. Nie czuję dyskomfortu rozmawiając o nich, ale mocno wierzę, że pieniądz lubi ciszę.

W pracy ogłoszono wyniki finansowe, posypały się wszystkim bonusy, bo branża medyczno-farmaceutyczna to teraz eldorado… Jedni szykują się zmienić samochód, dokończyć remont domu, planują egzotyczne wakacje w bliżej nieokreślonej przyszłości, kupują drogie ciuchy albo mniej lub bardziej luksusowe gadżety. I ja popłynąłem dziś szeroko i w godzinach pracy w ramach uatrakcyjnienia przerwy na lunch podarowałem sobie namiastkę luksusu i zamówiłem do domu… masaż. Przyszedł chłopak, rehabilitant, z własnym stołem, uspokoił organizm, wyciszył, sprawnie wprowadził w stan relaksu, wymasował mi skronie, głowę, stare kości i zwiotczałe mięśnie. Efekt błogości i rozprężenia utrzymuje się do teraz. Prezent okazał się trafiony. Do pełni szczęścia i harmonii brakowało mi tylko kąpieli w algach i jakiegoś peelingu, ale prócz fryzjera z dojazdem do klienta, zabiegów pielęgnacyjnych teraz nie uraczysz.

Opublikowano podróże | 7 Komentarzy

Weekend

Czekałem na ten weekend z wytęsknieniem od środy. W pracy jak zwykle wszystko rozeszło się po kościach, nieoczekiwane zachowanie zrzucono na drenujące mnie zmęczenie i przesilenie pogodowe, uznano że miałem słabszy dzień i potrzebowałem wziąć wolne, stąd nikt nie robił mi z tego powodu żadnych wyrzutów. Nie, nie spodziewałem się, że nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki świat corpo zmieni się na lepsze. Kolejny raz, niemal podręcznikowo potwierdziło się, że corpo rządzi się własnymi prawami a corpoplankton co najwyżej może tupnąć nóżką, strzelić focha albo poszukać sobie innego zajęcia. Wprawdzie można wszystko ludziom wytłumaczyć, ale nigdy nie sprawi się, że zrozumieją.. W piątek czeka mnie jeszcze przeprawa pt. ocena roczna, podsumowanie celów, których nota bene nie widziałem nigdy na papierze ani w wersji elektronicznej. Nie napalam się na bonus, choć jeszcze kilka tygodni temu pozwalałem sobie łudzić się, że spotka mnie awans i auto służbowe. Teraz co raz częściej opadają mi ręce, zwietrzał mój optymizm i najzwyklej w świecie przejrzałem na oczy. Nie chcę jednak stawiać wszystkiego na jedną kartę, rzucać papierami, grozić odejściem. Póki mam swoje prywatne cele na następne kilka miesięcy, nie będę fundował sobie niepotrzebnie życiowych rewolucji. MBA – szkolenie – certyfikacja – prawko – auto – mieszkanie – nowa praca. To są moje priorytety na następne miesiące i tego porządku chcę się trzymać. Jeśli wydarzy się coś niespodziewanego, będę korygował cały swój koncept, ale na razie mam bardzo jasno określony plan.

W piątek po pracy spotkałem się z bratem. Poszliśmy na wspólny, spontaniczny shopping a potem na długi spacer i grzane wino w Rynku. Spontanicznie zdecydowałem wybrać się nazajutrz z nim i jego żoną w odwiedziny do teściów. Pierwszy i ostatni raz widziałem ich na weselu brata, więc myśl wydała mi się bardzo kusząca. Poza tym nie chciałem spędzić weekendu przed telewizorem, bezmyślnie klikając w pilota, gnijąc w łóżku ani zakopany po czubek głowy w podręcznikach i książkach.

Wyspałem się. Sobotni poranek spędziłem bardzo leniwie oglądając film na Netfliksie, pijąc kawę nie wychodząc z łóżka przed 10, ciesząc się widokiem słońca zza okna. Wizyta w Głogowie u teściów brata bardzo udana, obiad jak w najlepszej restauracji serwującej dania kuchni polskiej: smaczny rosół, prawdziwy, ręcznie robiony makaron, ogromne schabowe, duszone ziemniaki, gotowana marchewka, ogórki kiszone, grzybki marynowane, mizeria i szarlotka na deser. Pal licho moją dietę pudełkową – raz na jakiś czas warto sobie pofolgować dla przypomnienia sobie domowych smaków.

Wieczorem przypadkiem dałem zaprosić się obcemu na drinka – spotkanie tematyczne, z dobrze zapowiadającym się scenariuszem, pełnym wartkiej akcji i z łatwym do przewidzenia finałem, które niestety nie skończyło się pomyślnie. Przed północą wróciłem do domu, lekko uszkodzony i bez uczucia happy endu.

W niedzielę na spacerze wokół toru wyścigów konnych spotkałem się z M. Pogoda dopisywała, z przyjemnością było wyjść na świeże powietrze i odpocząć od mrozów i śniegu. A wieczorem niespodzianka! Niespodziewanie odezwał się znajomy z heterochromią. Miałem wcześniej położyć się spać, bo byłem zmęczony, miałem dokończyć pracę, nadrobić zaległości, miałem się uczyć a summa summarum nie udało mi się nic. Uraczeni winem bardzo przyjemnie nam się rozmawiało a potem w nocy budziłem się kilkakrotnie, podziwiając imponująco olbrzymi, wytatuowany na muskularnych plecach symbol feniksa…

Jak na weekend bez planów spotkało mnie wiele przyjemności.

Opublikowano podróże | Dodaj komentarz