Nowy ja

Zaczynam od początku.

Pandemia weryfikuje wszystkim priorytety, bez względu czy rozmawiam z przyjaciółmi w Polsce, we Francji, Niemczech, Włoszech, Szwajcarii czy Singapurze obecna sytuacja wpłynęła na życie każdego. Jedni martwią się o pracę, inni że ją stracili i zmuszeni są szukać nowego zajęcia, komuś obcięli pensje, ktoś nie ma na kredyt, ktoś narzeka na prace z domu i zdalne nauczanie dzieci, ktoś na myśl, że musi wstać rano i pójść pracować w szpitalu dostaje ataku paniki.

Mam pracę, dobrą, branża medyczna, u nas nie mówi się o zwolnieniach, wręcz czekamy aż krematoria ruszą pełną parą i będziemy mogli obsługiwać więcej pacjentów. Mam nawet szanse na awans za rok.

Uczę się nowych rzeczy, czasami nadmiar i tematyka mnie przerastają, ale nie czuję presji i bata nad głową, to czego się uczę teraz na pewno zaprocentuje w przyszłości. Robię studia podyplomowe, robię bo chcę i mogę, na dodatek firma chce mi do nich dopłacić.. W lipcu mam nadzieję wpisać sobie w cv MBA po nazwisku i to będzie mój osobisty sukces. Chciałbym mieć cierpliwość i zapał żeby je skończyć.

Myślę, że chciałbym dalej się rozwijać, może faktycznie pomyślę o powrocie do Szwajcarii a może wyjadę gdzieś indziej do pracy, w bardziej egzotyczne miejsce. Za rok zacznę wysyłać papiery zobaczyć jaki jest odzew.

Muszę zacząć oszczędzać, przynajmniej bardziej świadomie patrzeć na co wydaję swoje pieniądze. Kasa to nie cel sam w sobie, ale lepiej ją mieć bo pomaga w życiu, daje swobodę i komfort niemyślenia o przyszłości.

Chciałbym mieć dom, z ogródkiem i dodatkowym pokojem na miejsce do pracy. Nie jest to najważniejsze, ale chciałbym. Marzy mi się rzucenie się w wir urządzania nowego domu, kupowania sprzętu, doboru farb, paneli, tapicerki i frontów, wybierania lamp, mebli, dodatków i stylistyki wnętrz.

Chciałbym żeby obok mnie był M. żebym mógł zabierać go na dalekie wyprawy i pokazywać świat.

Ile z tych planów ziści się w ciągu następnych 12 miesięcy?

9 Komentarzy

Powrót do Szwajcarii…

Ostatnio kilku znajomych zapytało mnie wprost czy nie chciałbym może wrócić do Szwajcarii.

Faktycznie, wysokie zarobki czasem kuszą i wciąż przyciągają każdego, kto poważnie myśli o emigracji. Znam jednak wielu z dochodami powyżej 130 tys dolarów, doceniających wszystkie te piękne krajobrazy za oknem i na wyciagnięcie ręki, ale rozczarowanych codziennym życiem i ogólnie narzekających.

„Piekło to inni ludzie” – ktoś tak kiedyś powiedział. Jest to stwierdzenie prawdopodobnie zbyt mocne, ale dość zgrabnie opisuje stosunek obcokrajowców do mieszkańców Szwajcarii, którzy regularnie plasują się na końcu rankingów pod względem życzliwości dla imigrantów..

Poziom życia, jakość środowiska naturalnego, spokój, możliwości podróżowania, infrastruktura transportowa, stabilność polityczna do tego dochodzi jeszcze fakt, że Szwajcaria jest numerem jeden jeśli chodzi o bezpieczeństwo, gorzej z aklimatyzacją, trudno poczuć się tutaj mile widzianym i zdobyć nowych przyjaciół. Wysoki standard życia wiąże się także z wysokimi kosztami utrzymania, żywności, wynajmu mieszkania, opieki zdrowotnej czy opieki nad dziećmi.

Jak dla mnie Szwajcarzy są bardzo formalni, mało spontaniczni i elastyczni, nawet nieformalne spotkania zwykle planują z dużym wyprzedzeniem i niechętnie je przekładają, w codziennych relacjach łatwo popełnić towarzyskie faux pas. Spóźnianie zwykle traktuje się jako obrazę majestatu przy czym Szwajcar nie będzie bawił się w uprzejmości i zakomunikuje wprost swoje niezadowolenie.

Podczas formalnych spotkań prowadzonych po angielsku zwykle zwracaliśmy się do siebie per ty albo po imieniu, natomiast bardzo dobrze pamiętam sytuacje kiedy na pożegnanie słyszałem „Auf Wiedersehen Herr x” co od razu zapalała mi lampka, że na nieformalne „per ty” zgody nie otrzymałem. Musiałem też pilnować się żeby na maila nie odpisać przypadkiem „Thanks” albo „Will do” bo było to bardzo źle widziane.

Pilnowałem się, aby nie składać nic nie znaczących obietnic. Coś co dla mnie albo przeciętnego Amerykanina jest zwykłą luźną propozycją tutaj odbierane było jako konkretny plan.

Opublikowano praca, Szwajcaria | Otagowano , | 4 Komentarze

Mi ami amore? Si, To ronto.

Nie ma M. Od ponad 5 tygodni nie rozmawiamy ze sobą, nie kontaktujemy się, nie dostaję od niego wiadomości, nie zagląda do mnie na FB ani na IG, nie ogląda moich relacji. Przełamałem się i czasem odsłuchuję stare wiadomości i zwykle zaraz potem zaczynam wyć a z oczu jak groch leją się łzy, Bardzo mi go brak, tęsknie za jego głosem i śmiechem, porannym buon giorno i buona notte amore przed pójściem spać.

Widząc nieznany numer wyświetlający się na komórce reaguje nadzieją że to on, że zaraz usłyszę w słuchawce dobrze znany mi glos. Zastanawiam się, co powiem gdyby zadzwonił, czy glos nie utknąłby mi w gardle.

Miewam lepsze dni. Nawał pracy trzyma mnie w pionie, inaczej chyba zacząłbym pić i wtedy zupełnie bym się rozkleił, słuchając wszystkich smutnych piosenek, którymi się katuję. Wczoraj zapytała mnie o niego K, skomentowała że musi być mu niezmiernie ciężko mieszkać teraz samemu w obcym kraju, bez znajomości języka, nieustannie siedzieć bezczynnie w domu, bez przyjaciół i rodziny, gdzie na zewnątrz szaleje jakiś wirus a on nie może nawet iść normalnie do pracy. Wybuchłem płaczem, gdy odłożyłem słuchawkę, tak bardzo zrobiło mi się go żal.

Nie wierzę w to co się dzieje, tak jakby mnie tu nie było, to takie głupie co robimy. Nie chcę żeby tak to się skończyło, nie chcę żeby odchodził, chcę żeby wrócił, nie chcę zapomnieć o tym wszystkim co mieliśmy i przeżyliśmy wspólnie przez kilkanaście lat.

Mi-ami amore? Si, To-ronto.

Otagowano , | Dodaj komentarz

Ogólnie

Dużo rzeczy zwaliło mi się ostatnio jednocześnie na głowę. Żyjąc w pędzie próbuję złapać perspektywę, w tych niewielu momentach kiedy mam chwilę by się zatrzymać, znajduję moment na głębszą refleksję, by spojrzeć na siebie w lustrze. Widzę starzejącego się 40latka, z piekącym ioczami, lekko papuśnego, lejącego się, opuchniętego, zmęczonego. Z trudem dostrzegam resztki młodzieńczego uroku faceta, który niegdyś robił piorunujące wrażenie, działał jak magnes, chodził jednocześnie na prąd i baterie a teraz parszywieje, blednie, marszczy się i fałduje. Gdyby nie poczucie obowiązku, goniące terminy i nawał pracy pewnie usiadłbym, otworzył butelkę czegoś z procentami, puścił melancholijną muzykę i zapłakał nad swoim losem, próbując zmyć z siebie ciężar tych ostatnich tygodni, ale nie potrafię teraz wykrzesać z siebie żadnych emocji. Pcham dalej przed siebie wózek zwany życiem i myślę jak bohaterka Przeminęło z Wiatrem, że zastanowię się nad tym jutro.

We wtorek obudziłem z mocnym postanowieniem, że sorry ale potrzebuję odpocząć, mam gdzieś, że coś trzeba, że muszę, że mi kazano. Firma nie padnie gdy jednego dnia nie przyjdę do biura. Mój szef nie był zadowolony, kiedy mu oznajmiałem, że planuję wziąć jednodniowy urlop, ale argument że z jego czy bez jego zgody i tak mogę zrobić sobie fajrant, ostatecznie zadziałał.

We wtorek padł mi w domu internet, co w dobie paranoi i możliwości zdalnej pracy urosło do problemu porównywalnego z pustą lodówką w sobotę po 18. Przeczekałem 12 godzin, licząc że może samo się naprawi, po czym nazajutrz punkt 7 zadzwoniłem do Biura Obsługi Klienta zgłosić awarię. Myślałem, że będę czekał 48 godzin na telefon od technika, niepokój potęgowany wiadomością, że w weekend zaczynam swoje studia MBA. No bo właśnie też zostałem zakwalifikowany, tyle tylko, że na razie będą odbywały się w trybie hybrydowym co oznacza potrzebę dobrego, stałego łącza internetowego. I tak na studia się dostałem, internet mi naprawili, rano w środę pojechałem zawieźć rower na zimę do garażu, zrobiłem zakupy na następne sześć tygodni lockdownu, zahaczylem o aptekę i na dodatek udało mi się wszystko załatwić przed 10.30 rano przez co całą środę naprawdę miałem dla siebie.

Opublikowano podróże | 8 Komentarzy

Praca

Praca zaprząta głównie teraz moją głowę. Jestem poddenerwowany, nieszczęśliwy kiedy przychodzi piątek, przestaję być on-line, codzienne obowiązki, zobowiązania oraz lista rzeczy do zrobienia nagle się kończą. Pojawia się stres, lęk i niepewność, bo wiem że wrócę do czterech ścian a wieczorem zza zakamarków, pustych kątów, zaułków szafek i szuflad, zza zamkniętych drzwi, bezszelestnie, powoli, cichaczem zacznie wydostawać się jedna refleksja postępująca w tempie geometrycznym, rozdźwięk między tym co jest a rzeczywistością, bardzo niepożądany stan. Stan zaangażowania z samym sobą. Żyjemy w świecie ciągłego kontaktu, w którym ona stała się niemal sztuką utraconą. Kojarzona jest przez niektórych ze smutnymi, antyspołecznymi ludźmi, którzy żyją w odosobnieniu.

Mam wtedy czas, który mogę wykorzystać do refleksji, wewnętrznego poszukiwania, lepszego zrozumienia siebie, rozwoju czy przyjemności. Nie odnajduję jednak sposobu na cieszenie się ciszą i spokojem, nie czerpię z tego stanu zadowolenia.

W pracy tyle się dzieje, że nie zauważam kiedy poniedziałek zamienia się w piątek. Biorę na siebie dużo i nie odmawiam kiedy prosi się mnie o więcej i to w krótkim terminie. Zakasuję rękawy, maksymalnie się skupiam i ze stoickim spokojem tłumaczę albo biorę się do roboty.

Opublikowano praca | Otagowano | 6 Komentarzy

bezmiar czasu

Weekend w domu. Bezmyślnie od rana wykonuję te same czynności, śniadanie, kawa, potem głównie robię porządki, układam przedmioty, przekładam, przeglądam, wyrzucam, robię zakupy, idę na rower, oglądam filmy, byleby czas jakoś minął, wieczorem idę do baru. Rano budzę się z tą samą myślą byleby przetrwać do końca dnia.

Najchętniej spakowałbym teraz walizkę i pojechał gdzieś na kilka dni, tak jak miałem w zwyczaju robić to wcześniej, gdy dopadał mnie ten dziwny nastrój. Możliwości wyjazdowe są teraz mocno ograniczone i albo mnie nigdzie nie wpuszczą albo każą iść na kwarantannę po powrocie więc takie plany szybko biorą w łeb.

Zdarza mi się autentycznie wątpić w to co mam, nie znajduję w sobie wystarczającego samozaparcia ani energii by przeżyć kolejny dzień, nie w głowie mi łapanie chwil ani wytyczanie nowych ścieżek, najchętniej bym poszedł spać albo zniknął.

W robocie za to wszystko układa się jak należy. Wymyśliłem sobie, że za dwa trzy lata zrobię sobie przerwę w zawodowym życiorysie i polecę albo do Ameryki Łacińskiej albo dookoła świata. Potrzebuje przygody na którą mógłbym czekać

M milczy. Nie pisze, nie dzwoni, ba nie wrzuca nic na IG, nastąpiła całkowita blokada przepływu informacji. Wojna psychologiczna trwa choć nie mam pewności co tak naprawdę siedzi mu teraz w głowie. Może w jego mniemaniu to ja jestem ten zły i okrutny – źle się z tym milczeniem czuję, ale muszę wytrwać. Jakkolwiek zakończy się ta przerwa, wyjdzie nam na dobre.

Otagowano | 14 Komentarzy

Pierwszy dom dla wroga, drugi dla przyjaciela, a trzeci dla Ciebie…

…to tylko takie budowlane porzekadło.

Często zdarza się, że człowiek nie jest zadowolony z nowobudowanego domu albo częściej inwestycji w wymarzone mieszkanie. Na początku popełnia się wiele błędów, które pojawiają się już na etapie wyboru działki, lokalizacji, inwestycji i narastają aż do wykończenia wnętrz. Niezadowolenie powoduje chęć oddania „gniazdka” największemu wrogowi.
Po doświadczeniach zdobytych podczas pierwszej inwestycji, decydujemy się na drugą. Wcześniejsze błędy próbujemy sobie zrekompensować. Choć inwestycja przebiegła sprawniej i jesteśmy zadowoleni, zdajamy sobie sprawę o ograniczeniach, które oddaliły nas ponownie od domu wymarzonego idealnego. Drugi dom chętniej oddamy serdecznemu przyjacielowi, choć i to nie zawsze.
Podejmujemy kolejną próbę. Analizujemy, czego zabrakło nam w poprzedniej inwestycji. Inaczej podchodzimy do kupna działki, mieszkania, funkcji układu pomieszczeń, powierzchni użytkowej oraz wielu innych szczegółów, które udaje nam się doprecyzować do perfekcji. W końcu kiedyś spełniamy pragnienie posiadania domu idealnego, takiego dla siebie, w pełni odpowiadającemu naszym potrzebom, oczekiwaniom i marzeniom.

Pamiętam swoje pierwsze mieszkanie, szukałem go przez kilka dobrych miesięcy, raz po raz rozczarowując się, że te, które najbardziej mi się podobały były ponad moją kieszeń. Te, na które było mnie stać, miały boazerie w kuchni (nie zapomnę właścicielki która próbowała, wmówić mi że kiczowate drewniane pergole w kuchni są z dębu) dziwny zapach, ohydne luksfery, junkers, tandetne kafle w łazience, muszle, rybki na sedesie, walący się balkon albo linoleum na podłodze. Agentka nieruchomości sprowadziła mnie wtedy na ziemię, pokazała mi kilkanaście lokali w moim budżecie i z rozczarowaniem musiałem pogodzić się z faktem, że stać mnie jedynie na norę gorszą, niż mieszkanie rodziców. Los się do mnie uśmiechnął, kiedy znajoma, znajomej pokazała mi swoje mieszkanie, małe, za to w nowym budownictwie, zadbane, z balkonem, choć ze ślepą aczkolwiek funkcjonalną kuchnią i pięknie urządzoną łazienką. Decyzja zapadła szybko i dwa miesiące później mogłem wprowadzić się do swoich pierwszych własnych czterech kątów. Na początku niczym pokolenie IKEA musiałem zadowolić się byle jaką lampą na suficie, materacem rzuconym na podłogę w sypialni, zdekompletowanymi sztućcami, kubkami i talerzami każdej z innej parafii. Pamiętam jak z wypiekami na twarzy czekałem na zamówiony komplet wypoczynkowy z sofą i fotelem, rolety w oknach, stolik z krzesłami do kuchni, wygodne lóżko z materacem, z czasem dokupiłem obrazki na ściany, poduszki, lampkę nocną, dekoracje i całą masę szkła i sprzętów. Dobrze mi się tam mieszkało po mimo letnich upałów, bylejakości balkonu, braku okna w kuchni czy głupiej windy.

W Szwajcarii mieszkanie nie było nasze. O wiele większe, za to urządzone w stylu mocno nijakim, po 13 latach z obrzydzeniem patrzę na drewno na ścianie, starodawną kuchnię, niemodne kafelki w łazience i tandetną kotarę wiszącą nad wanną, przestarzale kontakty, łamiące się drzwi od szafy wnękowej w korytarzu. Zupełnie wyleczyłem się z mieszkania na poddaszu, z sentymentem wspominam za to ogromne przestrzenie, okno w łazience i jedyny w swoim rodzaju widok na ośnieżone Alpy..

Obecne mieszkanie jest większe, mam piękny, przeogromny balkon udekorowany kwiatami, słusznych rozmiarów ratanowy komplet wypoczynkowy z niezliczoną ilością poduszek, olbrzymie okna, przestrzenną kuchnie z oknem, wyposażoną w nowoczesny sprzęt, stylowe oświetlenie w każdym z pokoi, sztukaterię, nowocześnie urządzoną łazienkę, garaż oraz windę w budynku. Widok zza okien jest tylko mniej ciekawy no i brak mi okna w łazience.

Pamiętam jak kolega siedzący przy biurku obok mi o nim opowiadał, wzdrygałem się na samą myśl, że miałbym mieszkać tak daleko od centrum na takim odludziu. Oglądałem wtedy inne mieszkania, miałem upatrzone lokalizacje, stać było mnie na o wiele więcej, choć wciąż nie planowałem wydać miliona na mieszkanie w byle jakim bloku z widokiem na komin i z Biedronką na parterze. Olbrzymią frajdę sprawiało mi wtedy urządzanie, spotkania z dekoratorką wnętrz, przeglądania projektów, zamawianie i oczekiwanie na meble, sofę, lóżko i lampy. Każdy drobiazg, bibelot ma swoją funkcję, nic nie znajduje się tutaj przypadkiem, ani dywan, ani narzuta czy stylowy stolik kawowy. Plakaty, grafiki i dekoracje ściągałem z galerii w Polsce, Wielkiej Brytanii i Szwajcarii, nie żałowałem na nic pieniędzy, bo w pamięci wciąż tkwiła mi szwajcarska bylejakość i tymczasowość, chciałem otaczać się przedmiotami ładnymi i stylowymi byleby nie zagracać sobie gniazdka. Z wrażliwością dekoratora wnętrz wybierałem kolejne odcienie kolorów i designerskich wzorów na ściany, wzory wykładzin i tapet, kształty sztukaterii pod sufit, obicia sofy, siedzisk w korytarzu, formy krzeseł, kolejnych szafek i półek, nie zapominając o szkle, obrusach, pościeli, kubkach i talerzach w kuchni. Przedpokój i szafy zorganizowałem tak, że gdy M. przyjechał zobaczyć mieszkanie po raz pierwszy tylko się uśmiechał.

Nigdy nie chorowałem, by mieszkać w domu albo by samemu chcieć coś wybudować. Ostatnio jednak kusi mnie mieszkanie w szeregówce, garaż, samochód, dwa piętra, schody i ogródek. Nie wiem co miałbym robić na ponad 100 metrach kwadratowych użytkowych takiego domu, ale łapię się że z zaciekawieniem przeglądam oferty developerów i w myślach układam plan jakby mi się tam mieszkało. Dziwię się sam sobie, bo nigdy nie miałem takich ciągot, dom wydawał mi się rzeczą na pokaz i zupełnie niepotrzebną. Skąd ja mam wiedzieć co będę robił za rok albo za pięć, może nie będę nawet mieszkał we Wrocławiu a np. w Auckland albo jakimś egzotycznym miejscu i a kto mi wtedy cały ten dom wynajmie?

7 Komentarzy

Dziś

Powinienem coś napisać, jakąś notkę bo obecny czas jest ważny, tyle się wydarzyło. Nie chcę o tym zapomnieć, żeby móc przeczytać te wszystkie myśli, które teraz kłębią się w mojej głowie, za rok.

Czuję ulgę, smutek, rozczarowanie, złość, sentyment, pustkę, strach, rozczarowanie, pogodzenie się z tym co zaszło. Bardzo mieszane uczucia. Nie wiem czy to jest początek końca czy może chwilowe załamanie. Nie płaczę, choć chciałbym bo płacz pomaga pozbyć się wszystkich złych myśli i negatywnych emocji. Nie knuję, nie kalkuluję, nie mam oczekiwań, nie spodziewam się niczego, czuję się jakby wyłączony. Smutne. Smutne jak bardzo odporny się stałem.

Opublikowano podróże | 3 Komentarze

Interview

Kolejne dni minęły mi na zaplanowanych interview z członkami zespołów. Musiałem się trochę nagimnastykować, żeby zorganizować nam sale do spotkań, catering, nawet odpowiednie ustawienie stołów i krzeseł, bo znowu wypłynął temat pandemii i niezrozumiały dla mnie strach ludzi przed pojawieniem się w biurze.

Pierwszy raz od lat znajdowałem się po drugiej stronie barykady, tym razem to ja reprezentowałem niskokosztowy kraj i organizację, miałem wrażenie że traktuje się mnie jak przygłupa i szpiega, który tylko czycha, aby wykraść wrażliwe dane i zameldować je swoim przełożonym we wrogim obozie.

Przy okazji usłyszałem wprost, że centra usług wspólnych to porażka, zatrudnieni ludzie pozbawieni są funkcji racjonalnego myślenia, że zmuszani są do pracy, kobiety żeby zająć w ciąże muszą mieć zgodę przełożonego, że dyrekcja choć z tytułem VP woli wozić się 600 km służbowym autem niż wsiąść wygodnie w samolot, że oni są tu a my jesteśmy gdzieś tam, pełni kompleksów, braków, oderwani jakby od rzeczywistości, często malujący trawę na zielono i podkolorowujący rzeczywistość.

Największa wpadka? Zaproszenie na rozmowę zespołu, w którym jedna osoba okazała się głucha.

Opublikowano podróże | 4 Komentarze

Townhall

Zorganizowanie spotkania całego niemieckiego zespołu, do którego zostałem oddelegowany na dwa dni przed wielkim big bang, na początku wydawało mi się przedsięwzięciem nie tyle co trudnym co bardzo niewdzięcznym. Przez chwile myślałem, że to kara wrocławskiego Sekretariatu Trzeciej Rzeszy za moje niewybredne i nieprzemyślane komentarze na jej temat. Nie dostałem nikogo na miejscu do pomocy, siedziałem w zaciszu domowym 600 km od głównego biura, do kogokolwiek próbowałem pisać zderzyłem się ze spychologią i większą lub mniejsza niechęcią. Lokalne asystentki pochłonięte były pakowaniem i przenoszeniem kartonów z zawartością wyposażania biur swoich szefów, inne na urlopach, każdy przy zdrowych zmysłach próbował wymigać się od dodatkowego zadania, byleby nie brać na swoje plecy dodatkowego garba. Asystentka CFO nie mogła odmówić mi wprost, ale znalazła sposób by dać mi do zrozumienia, że teleportować się przecież nie zdoła, jej czas pracy też nie jest z gumy cokolwiek wydaje się jej pracodawcy.

Na moje szczęście pomogła mi zarezerwować zdalnie największą salę, co w dobie pandemii graniczyło z cudem, ale resztą musiałem zająć się sam. Reszta logistyki wydała mi się o wiele prostsza, po mimo mało zachęcającego komentarza wysokiej dyrekcji, że urwie mi jaja jak coś pójdzie nie tak. Do Frankfurtu poleciałem w poniedziałek rano, we wtorek przed spotkaniem pojawiłem się w biurze praktycznie w tym momencie kiedy swoje podwoje otwierała recepcja. Testy, próby mikrofonu, oświetlenia, testy audiowizualne, akustyka – sprawdziłem wszystko po kilka razy. Wymusiłem nawet na IT, żeby oddelegowali mi kogoś do pomocy przynajmniej póki nie rozpoczniemy konferencji.

Jak to bywa komputer odpalał się tego dnia ponad kwadrans, system audi-video trzeba było restartować dwukrotnie, zawieruszył się jakiś kabel czy inny adapter. Kolejne techniczne niespodzianki przyjmowałem ze stoickim spokojem choć w środku wewnętrzny głos wołał „ja prdle co za szajs”.

Wszyscy świeci pojawili się na kwadrans przed rozpoczęciem spotkania, agendę i treść ich przemówień znałem na pamięć, bo sam je pisałem, przygotowany byłem jednak że niespodzianki w naszej firmie to standard. Nadprogramowo do zabrania głosu została poproszona SVP o twarzy psychopatycznej męczennicy, której wystąpienia moja agenda nie uwzględniała, a której przemowa najprawdopodniej układana w myślach stojąc w porannych korkach, była całkowicie z przypadku. Gdybym mógł, zabrałbym jej mikrofon i wbił na czole pieczątkę dożywotniego zakazu publicznych wystąpień. Pan z Rady Pracowniczej pojawił znienacka, ale jego wyskok zdołałem akurat przewidzieć.

Townhall poszedł jak z płatka, za to technicznie posypał się kick-off odbywający się 30 minut po pierwszym spotkaniu, ale idealnie przecież być nie mogło.

Koledzy i koleżanki przybyli na spotkanie miny mieli nie tęgie. Nikt nie lubi zmian i reorganizacji zwłaszcza takich ogłaszanych z dni na dzień. Zaproszenie na Townhall, które zgotowałem im na dzień wcześniej na pewno spędziło im sen z powiek. Myślę że spora część obawiała się najgorszego, że stracą pracę a większość pracuje w naszej firmie od 18 do 25 lat.

Czego siw nauczyłem? Że zorganizowanie 50 krzeseł w naszej firmie może być nie lada wyzwaniem.

Opublikowano podróże | 5 Komentarzy