Lecce – Ostuni – Alberobello

Śpimy w hotelu niedaleko dworca i Porta San Biagio. Nie jest to 8piu do którego zdążyliśmy przywyknąć ile razy przyjeżdżamy do Apulii, ale tym razem zdecydowaliśmy, że wygodniej będzie tutaj się zatrzymać. M podczas wieczornego spaceru pokazał mi kilka nowych sklepów, co musiało skończyć jednym – zakupami. Miałem nic nie kupować, ale polisa była większa, poza tym niektórych rzeczy nie dostanę nigdzie indziej albo nie w tej cenie.

Na otarcie łez wybraliśmy się na kolację do Blu Notte. Właściciel, od lat ten sam, przywitał nas bardzo ochoczo i zaproponował stolik w środku. Jedzenie mają tutaj wyśmienite, owoce morza i ryby są zawsze świeże a smaki? uhm – tylko tutaj obżarstwo nie zna granic a słowo umiar udaje że nie istnieje.

Po sutej kolacji przyszedł czas na spacer i wizytę w kultowym już Prohibition.
W ciągu dnia kilka razy dzwoniła do M jego siostrzenica lat 10. Krzyczała, piszczała, marudziła i wydawała z siebie inne nieznośne dźwięki, że na samą myśl o niej dostawałem później białej gorączki. Nie cierpię tej małej gówniary, która na śniadanie wciska w siebie talerz pasty. Nic dziwnego że w wieku 10 lat wygląda jak wschodząca sztangistka. Ile razy pyta mnie czy przywieźliśmy jej jakąś nową sukienkę, z przekorem odpowiadam że nie, bo w moim kraju nie szyją rozmiarowo xxxl.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 4 Komentarze

Przyzwyczajanie się do normalnego życia

Usłyszałem gdzieś ostatnio coś o przyzwyczajaniu się do normalnego życia, wprawiło mnie to w refleksyjny nastrój. Ceną za sukces, za to że jesteś na szczycie, jest samotność. Biegniesz na czele peletonu w różnych kontekstach i jesteś sam, biegniesz sam. Wracasz do domu, po kilku super latach życia spędzonych w złotej klatce, życia w bańce mydlanej. Łapiesz się na tym, że z faktu gdzie byleś, co widziałeś, co przeżyłeś, kogo poznałeś tak naprawdę nic nie wynika dla ciebie. Nagle wszystko się kończyło, gaśnie światło, zapada cisza, opada kurtyna i stajesz się zwykłym człowiekiem. Nie dajesz sobie rady, nagle z tego wyalienowania, hałaśliwego tłumy, lądujesz w przejmująco pustym mieszkaniu. Czasem sięgasz po używki, by wrażliwość na samotność cię nie zgubiła. Przyzwyczajam się do normalnego życia.

Opublikowano podróże | Otagowano | 1 komentarz

Lecce

Poszedłem spać po północy, bo trochę zajęło mi ogarnięcie rzeczy, które potrzebowałem zrobić przed wyjazdem. Nagle przypomniało mi się, że potrzebuję kupić bilet na pociąg do Krakowa, że za mieszkania przyszło rozliczenie, że Qatar ma akurat promocje i że miałem wybrać dla nas z bratem jakiś fajny wyjazd, że pranie mógłbym zrobić nim wyjadę. Budzik nastawiłem sobie na przed 3. a i tak obudziłem się trochę po drugiej w nocy.
Na lotnisku we Wrocławiu pustki, w samolocie do Monachium była nas garstka a ja całą podróż przespałem. W Monachium miałem prawie 3 godziny na przesiadkę, którą spędziłem w loungu w nowej częściej terminalu. Bałem się wyjść i zrobić niewinną rundkę po sklepach, bo znając swoje szczęście zaraz bym coś upatrzył i portfel by mi schudł a ja jeszcze nawet wypłaty grudniowej nie dostałem. Z innej bajki, to styczeń w ogóle będzie tragiczny, mam 4 wyjazdy, muszę spłacić M, matkę i opłacić rachunki a na koncie minus. Oszczędności nie ruszam, bo to rzecz święta gdybym znowu stracił pracę albo zamarzyłaby mi się półroczna egzotyczna podróż po Ameryce Łacińskiej.

W samolocie do Bari spałem jak dziecko, obudził mnie tylko głos jakiegoś szurniętego Niemiaszka, który zrobił karczemną awanturę za to że przesadzono go z 4E na 6E. Ludzie to jednak lubią szukać problemów gdzie ich nie ma.

Bari przywitało mnie pięknym słońcem, dojechałem do centrum skąd dwie godziny tłukłem się pociągiem do Lecce. Amore miał po mnie przyjechać ale okazało się że jego samolot z Zurichu jest opóźniony ponad godzinę więc lepiej było mi schować dumę i romantyzm do kieszeni, przeprosić się z czarnoskórą częścią mieszkańców Włoch i spędzić godzinę czterdzieści minut w rozklekotanym brudnym niebieskim pociągu z Bari do Lecce.
Na dworcu w Lecce taksówek brak więc poszedłem z buta by wreszcie dotrzeć do upragnionego celu podróży. M właśnie wylądował, poszedł odebrać auto podczas gdy ja mam czas nie robić nic…

Opublikowano podróże | Otagowano , | 5 Komentarzy

Jutro Włochy

Lecę jutro do Włoch, matka M (w sumie moja teściowa) kończy 80 lat i z tej okazji wszyscy zjeżdżamy na jej urodziny do Lecce. My z M mamy najdalej, więc jesteśmy najbardziej oczekiwani. Nie byłem tam ponad 18 miesięcy, bo ciągle było mi nie po drodze, poza tym odkąd mieszkam w Polsce wiecznie albo zmieniam pracę albo jej nie mam, więc trudno mi coś zaplanować.
Moja wielka włoska rodzina działa mi często na nerwy, bo pracowitością nie grzeszą za to lubią żyć na bogato, pięknie potrafią prosić o pieniądze, wręcz teatralnie, niektóre sceny z ich udziałem oraz dialogi są wręcz oscarowe, ale na mnie one nie działają przeto wszyscy patrzą na mnie spode łba. Nie dość że nie lokalny, obcy, to jeszcze skąpiec i arodzinny.

Biegałem dziś po całym Wrocławiu szukając pierogów z mięsem, byłem w 6 sklepach, nigdzie nie było albo było zamknięte. Dostałem w EPI, misja zakończona sukcesem, „makarony” nie będę mógłby mi powiedzieć, że się nie postarałem.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 9 Komentarzy

Bawiłem się wczoraj do rana

Sylwester to zawsze dla mnie talibską dzień jak co dzień, nie rozumiem tej fascynacji balami i zabawą na zawołanie. Osobiście równie dobrze mogę bawić się dobrze w środku tygodnia w lipcu, więc szał planowania sylwestrowej imprezy interesował mnie tak bardzo jak zeszłoroczny śnieg. Do tej pory zwykle ostatni dzień grudnia spędzałem gdzie daleko w ciepłych azjatyckich krajach, szedłem spać o 23 tylko upewniałem się że okna są dobrze zamknięte, żeby nie obudził mnie huk wystrzeliwanych petard.

Po powrocie z Berna wybrałem się z bratem na męski wieczór tylko we dwoje, wylądowaliśmy w Papa i tam po raz kolejny znajomi próbowali wyciągnąć mnie na imprezę. M pracuje, brat idzie na jakąś domówkę, znajomi siedzą w domach z dzieciarnią, gdzie ja się będę pchał – myślałem.

Brat podsunął mi pomysł K która właśnie wróciła z Atlanty, wymyślałem sobie że jeśli miałbym z kimś iść do Coctail Baru to tylko z nią. K jest jedną z niewielu kobiet j której proces decyzyjny trwa kilka sekund, zapytał kiedy, za ile, co musiałby przywieźć i wczoraj o 16 siedziała już u mnie na kanapie. Wystroiliśmy się jak szczury na otwarcie kanału, dostaliśmy miejsce obok znajomych chłopaków pracujących na barze i nawet nie wiem kiedy wybiła 4 rano. Jedliśmy, piliśmy, śmieliśmy się, pląsaliśmy na parkiecie żeby nad ranem szczęśliwi cali w konfetti wrócić do domu. Dziś rano w windzie widziałem jeszcze ślady naszej szampańskiej zabawy, mam nadzieje, że nikt nie zauważył że zrobiliśmy to my.

Opublikowano podróże | 12 Komentarzy

koniec roku 2019

główną cechą mojego charakteru jest: niezmiennie chęć planowania, kontrolowania i dążenia do samowystarczalności, chęć zobaczenia świata, nie kusi mnie już jednak potrzeba bycia w kilku miejscach jednocześnie, odpuściłem sobie kolorowe życie jak w kalejdoskopie, zrobiłem się wybiórczy, przeto leniwy i doceniam wygodę. Wciąż uważam, że praca jest tylko pracą i nie chce wypruwać sobie żył, zrozumienie, że nie muszę nikomu niczego udowadniać.
cechy, których szukam u mężczyzny: zaradność, zdecydowanie, czułość, cierpliwość, partnerstwo, testosteron, artystycznej estymy i zacięcia, by sprawiał, że chciałoby mi się być lepszym człowiekiem.
cechy, których szukam u kobiety: inteligencja, zdecydowanie, poukładane wartości, uroda, uśmiech, elegancja.
co cenię najbardziej u przyjaciół: szczerość i możliwość rozmów na każdy temat, lojalność.
moja główna wada: nieumiarkowanie w piciu, seksoholizm, fajki, lenistwo, wygodnictwo i praca zrywami.
moje ulubione zajęcie: planowanie, spełnianie marzeń, surfowanie po necie, rozgrzewające igrzyska sportowe, przesiadywanie w barach.
moje marzenie o szczęściu: brak popędu seksualnego, praca jakakolwiek choćby mechaniczna, zdrowie, „szlafrokowe” czyli dzień bez pośpiechu, wstawania, wychodzenia, wyglądania.
co wzbudza we mnie obsesyjny lęk: choroba, anonimowy hate, bezsilność, brutalna agresja, bycie zależnym od innych, ciągła potrzeba bycia numerem jeden
co byłoby dla mnie największym nieszczęściem: życie bez M, brak przyjaciół, choroba, bieda, zależność od kogoś.
kim (lub czym) chciałbym być, gdybym nie był tym, kim jestem: jestem szczęśliwy na co dzień i w pełni tego świadom
kiedy kłamię: mówię po włosku, angielsku lub polsku, naprawdę wierzę w swoją wersję prawdy.
słowa, których nadużywam: ja pierdole
ulubieni bohaterowie literaccy: nie czytam w ogóle, tylko audiobooki
ulubieni bohaterowie życia codziennego: M, M&Ms, rodzina, szwajcarscy przyjaciele i znajomi
czego nie cierpię ponad wszystko: systematyczności, prostactwa, pozerstwa i niepotrzebnej bufonady, polskiej małostkowości i kompleksów.
moja dewiza: chwytaj czas, mój dom  jest tam gdzie jestem.
dar natury, który chciałbym posiadać: brak egoizmu, zazdrości i dumy.
jak chciałbym umrzeć: szybko, nagle, bezboleśnie, we śnie i przed 50.
obecny stan mojego umysłu: po powrocie ze Szwajcarii, przed wyjściem na imprezę do Papa, myślący o styczniu, kolejnych wyjazdach i pracy.
błędy, które najłatwiej wybaczam: wciąż przesuwam granicę tolerancji wszelkich błędów.
największa porażka: praca w banku, kombinowanie i pazerność, nadużywanie alkoholu, mąż Włoch, włoska rodzina a mi nadal pieprzy się Congiuntivo i Condizionali, interview w BD podczas, którego wypadła mi soczewka co skomentowałem: „o kurwa oko mi wypadło”.

Opublikowano podróże | 5 Komentarzy

wyjazdowo

W pierwszy dzień świąt poleciałem do Szwajcarii. Nie ukrywam że nie lubię świąt w ogóle, od lat wiję się jak piskorz, byleby tylko uniknąć konieczności spędzenia tego czasu w domu z rodziną. Święta kojarzą mi się ze stresem, szarpaniną, udawaną uprzejmością, koniecznością wizyt i rewizyt osób których nie mam ochoty oglądać oraz wielkim obżarstwem i siedzeniem przed telewizorem. Kiedy byłem młodszy, wydawało mi się że tak być musi, kiedy dorosłem i stałem się niezależny, postanowiłem się wyłamać i nie uczestniczyć w rodzinnej szopce. Znajomi wokół wciąż tkwią w tradycji choć przemyśleniami bliżej im do mnie niż do tego co wynieśli z własnego domu. Prawdą jest, że nie mam dzieci, może dla nich poświeciłbym się żeby miały wspomnienia, w końcu od kogo mają czerpać wzorce, uczyć się przywiązania do tradycji jak nie od dorosłych.
M. przygotował czerwony barszcz, taki prawdziwy na zakwasie, ja dowiozłem uszka, spadło nawet trochę śniegu więc było prawdziwie świątecznie, ale najważniejsze chyba to że byliśmy tylko we dwoje, bez tego gwaru, zgiełku, bieganiny i „polskiej tradycji”. Obaj wiedzieliśmy że za kilka dni lecimy do Włoch, uciekamy w stronę słońca więc rozkoszowaliśmy się bezmiarem spokoju i zwykłym przebywaniem ze sobą.
Czasem myślę o tym jak będzie wyglądało nasze wspólne życie za kilka lat, nie mamy planu i to wprawia mnie w nastrój przygnębienia, takie zawieszenie między dwoma krajami jest fajne, ale na dłuższą metę, boje się że wszystko nagle może runąć jak domek z kart.

Opublikowano podróże, Szwajcaria | Otagowano , | 2 Komentarze

W pracy do końca roku działo się oj się działo.

Najpierw udało mi się zakwalifikować na wyjazd do naszej fabryki w Błoniach, żeby zobaczyć co produkuje nasza spółka córka i jak w ogóle jak wygląda typowy zakład produkcyjny. Sam wyjazd atrakcją może i nie był, bo raptem 30 km za Wrocław za to w środku?! Cud.
Hala produkcyjna, na którą żeby wejść należy przejść przez dwie strefy bezpieczeństwa, rozebrać się, odkazić strój, przywdziać odpowiednie wdzianko i buty, wymyć ręce jak przed jakąś operacją na otwartym sercu, założyć czepek na głowę i brodę, zmyć makijaże, zdjąć hybrydy i sztuczne rzęsy. Normalnie czad! W środku wszystko sterylnie czyste, poukładane i zorganizowane z niemiecką precyzją. Moim ulubionym pomieszczeniem w całej fabryce okazał się pokój zwany „cięciem węża”, na darmo szukaliśmy „przycinania komara”.
Z biura oddelegowano mnie na firmową wigilię do centrali. Nie pojechali wszyscy, tylko „namaszczeni”, za to ekipa okazała się bardzo zgrana. Uroczystość zaczęła się po pracy o 18, tylko jedzenie i wino udostępnili dopiero po przemówieniu głównego bosa CEO, czyli po 20. Do tego czasu myślałem, że zwiędnę, bo rano nie zjadłem żadnego śniadania licząc na sutą wyżerkę na wieczór. Bawić bawiliśmy się całkiem fajnie, okazało się np. że mojej dyrektorce nie przeszkadza język rodem z rynsztoka, bo niektórzy koledzy jak sobie popili to niestety w słowach nie przebierali. Zwróciłem na to głośno uwagę już kiedyś na początku, teraz drugi raz, ale widać moja szefowa to akceptuje, więc nic mi do tego. Nie będę się ośmieszał i niepotrzebnie oburzał, aż taki delikatny nie jestem, ale do mojego szefa rocznik 84 nie zamierzam się upodabniać: Agnieszka k…a, napier….lam do ciebie smsy od godziny.
No właśnie… to nie mój świat.

W związku z projektem pojawił się tzw. business need, który przyszło mi zaprezentować na miesięcznym RFO czyli spędzie świętych. Wiedziałem o tym od ponad tygodnia, miałem zrobić prezentację do piątku, zrobiłem i wysłałem w czwartek. W czwartek koniec dnia – zero odpowiedzi, w piątek to samo, w poniedziałek dostałem telefon od dyrektorki, że zmienia koncepcję, szlag mnie trafił. Pomysł zmieniał jej się nieustająco do środy włącznie, we wtorek dołączył do tego mój bezpośredni szef i jak zaczął, że on też ma wizję chciałem go zabić i zakopać. Przepychanka trwała 3 dni, zmieniała się ilość slajdów, wielkość czcionki, liczba tabel na slajdzie oraz sposób ujęcia problemu. Miałem 10 minut na prezentację i sesję serii pytań i odpowiedzi. 3 slajdy w 4 minuty, jak prezentowałem wszyscy mnie słuchali, co nie powiem, trochę mnie martwiło, że może bredzę. Jak skończyłem zapadała cisza, po chwili usłyszałem tylko: approved. Duma mnie rozpierała, bo do tej pory ile razy nasz PM szedł na RFO głównie odbijał się głową od ściany, co i mnie wróżono, a tu taka niespodzianka.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Sentymenty

Spać w domu we własnym łóżku, okryty pościelą, którą samemu się wybierało, kupowało i prasowało setki razy, która nawet pachnie właściwie. Pamiętam nawet, z której strony zamek się zacina i co trzeba zrobić, żeby kołdra się nie wkręcała. W drugim domu zwyczajność powszednia, te same unoszące się zapachy, odgłosy zza ściany, te same meble i kolory, dziury w ścianach i od lat nienaprawiony zawias do drzwi szafy.

M jak co roku od 12 lat, wystawił nasze figurki mikołajowe i tradycyjnie postawił je na szafkach nocnych, żeby przypominały nam, że nadchodzą święta. Od dawna nie ubieramy choinki, to akurat dzięki mojemu ukrytemu talentowi do rozbierania bożonarodzeniowego drzewka: zbankrutowalibyśmy na samych lampkach i ozdobach, bo co się do nich zabieram, pękają, spadają albo plączą się tak niesamowicie, że na koniec druty i kable najlepiej ciąć nożyczkami…

Opublikowano podróże | 3 Komentarze

Wyrwane z kontekstu

M. przyleciał do mnie na długi weekend. Tym razem spędzimy ze sobą o wiele więcej dni niż planowaliśmy, bo jutro razem polecimy do Szwajcarii, będę stamtąd pracował cały tydzień, na święta znowu tam polecę a po nowym roku spotkamy się najpierw na urodzinach mamy w Lecce a potem pod koniec miesiąca w Rzymie na koncercie Renato Zero.

M. połknął bakcyla podróżowania, zupełnie nie przeszkadza mu, że co 3-4 tygodnie musi wsiąść w samolot, żeby do mnie przylecieć. Przyznał mi się, że teraz widzimy się częściej niż gdy mieszkaliśmy razem w Bernie, wtedy praktycznie nigdy nie było mnie w domu a wspólny czas spędzaliśmy tylko podczas urlopu albo weekendowych wyjazdów. Znajomi często pytają nas, jak sobie radzimy z byciem rodziną na odległość, czy tak się w ogóle da i obaj możemy zgodnie przyznać, że radzimy sobie bardzo dobrze. Nie wiem na czym polega sukces tego związku, ale po 12 latach nauczyliśmy się spędzać ze sobą tzw: quality time, mało się kłócimy, szybciej sobie wybaczamy, jesteśmy mniej drobiazgowi i bardziej zrównoważeni.
M. nie narzekał, że jego samolot miał 8 godzin opóźnienia, że spędził więcej czasu na lotniskach czekając na samolot, niż w powietrzu, że nic nie dali mu jeść, że pracownicy Lotu robili sobie z niego wariata odsyłając go od okienka do okienka. Ważne, że gdy wylądował czekałem na niego gotowy zabrać go na najlepszą kolację w mieście, byleby wynagrodzić mu trud uciążliwego lotu.

Pogoda dopisywała przez cały weekend, było chłodno, ale przez cały czas świeciło słońce przez co zimna pora roku zdawała się znośniejsze. Wreszcie była okazja zaprosić rodziców na wspólny obiad do Napa, odkąd kupili dom nad jeziorem praktycznie nie ma ich na miejscu, tym samym okazji do wspólnych spotkań jakby było mniej.W sobotę pojechaliśmy na wielkie zakupy do Epi, obkupiliśmy się co niemiara we wszystkie możliwe polskie smakołyki. Część zabierzemy ze sobą do Berna a resztę postanowiliśmy spożytkować jeszcze we Wrocławiu. Wczoraj siedząc wieczorem w naszej kuchni w majtach, podartych dresach, w porozciąganym podkoszulku, przy butelce wina, zajadając smakołyki, które obaj przyrządziliśmy, poczułem się naprawdę jak byśmy byli znowu razem. M. rozśmieszał mnie do rozpuku krytykując sposób w jaki zorganizowałem kuchnię, w której nic nie może znaleźć, że brakuje mu sprzętów, naczyń i całego gadżeciarstwa kuchennego, którym wypełniony jest nasze mieszkanie w Szwajcarii. I tak powinien się cieszyć z tego co udało mi się dla niego zorganizować: pinceta cukiernicza, obieraczka skorupek jajka, łopatki i durszlak były pierwszy raz używane od momentu zakupu.

Opublikowano podróże | 8 Komentarzy