Sentymenty

Spać w domu we własnym łóżku, okryty pościelą, którą samemu się wybierało, kupowało i prasowało setki razy, która nawet pachnie właściwie. Pamiętam nawet, z której strony zamek się zacina i co trzeba zrobić, żeby kołdra się nie wkręcała. W drugim domu zwyczajność powszednia, te same unoszące się zapachy, odgłosy zza ściany, te same meble i kolory, dziury w ścianach i od lat nienaprawiony zawias do drzwi szafy.

M jak co roku od 12 lat, wystawił nasze figurki mikołajowe i tradycyjnie postawił je na szafkach nocnych, żeby przypominały nam, że nadchodzą święta. Od dawna nie ubieramy choinki, to akurat dzięki mojemu ukrytemu talentowi do rozbierania bożonarodzeniowego drzewka: zbankrutowalibyśmy na samych lampkach i ozdobach, bo co się do nich zabieram, pękają, spadają albo plączą się tak niesamowicie, że na koniec druty i kable najlepiej ciąć nożyczkami…

Opublikowano podróże | 3 Komentarze

Wyrwane z kontekstu

M. przyleciał do mnie na długi weekend. Tym razem spędzimy ze sobą o wiele więcej dni niż planowaliśmy, bo jutro razem polecimy do Szwajcarii, będę stamtąd pracował cały tydzień, na święta znowu tam polecę a po nowym roku spotkamy się najpierw na urodzinach mamy w Lecce a potem pod koniec miesiąca w Rzymie na koncercie Renato Zero.

M. połknął bakcyla podróżowania, zupełnie nie przeszkadza mu, że co 3-4 tygodnie musi wsiąść w samolot, żeby do mnie przylecieć. Przyznał mi się, że teraz widzimy się częściej niż gdy mieszkaliśmy razem w Bernie, wtedy praktycznie nigdy nie było mnie w domu a wspólny czas spędzaliśmy tylko podczas urlopu albo weekendowych wyjazdów. Znajomi często pytają nas, jak sobie radzimy z byciem rodziną na odległość, czy tak się w ogóle da i obaj możemy zgodnie przyznać, że radzimy sobie bardzo dobrze. Nie wiem na czym polega sukces tego związku, ale po 12 latach nauczyliśmy się spędzać ze sobą tzw: quality time, mało się kłócimy, szybciej sobie wybaczamy, jesteśmy mniej drobiazgowi i bardziej zrównoważeni.
M. nie narzekał, że jego samolot miał 8 godzin opóźnienia, że spędził więcej czasu na lotniskach czekając na samolot, niż w powietrzu, że nic nie dali mu jeść, że pracownicy Lotu robili sobie z niego wariata odsyłając go od okienka do okienka. Ważne, że gdy wylądował czekałem na niego gotowy zabrać go na najlepszą kolację w mieście, byleby wynagrodzić mu trud uciążliwego lotu.

Pogoda dopisywała przez cały weekend, było chłodno, ale przez cały czas świeciło słońce przez co zimna pora roku zdawała się znośniejsze. Wreszcie była okazja zaprosić rodziców na wspólny obiad do Napa, odkąd kupili dom nad jeziorem praktycznie nie ma ich na miejscu, tym samym okazji do wspólnych spotkań jakby było mniej.W sobotę pojechaliśmy na wielkie zakupy do Epi, obkupiliśmy się co niemiara we wszystkie możliwe polskie smakołyki. Część zabierzemy ze sobą do Berna a resztę postanowiliśmy spożytkować jeszcze we Wrocławiu. Wczoraj siedząc wieczorem w naszej kuchni w majtach, podartych dresach, w porozciąganym podkoszulku, przy butelce wina, zajadając smakołyki, które obaj przyrządziliśmy, poczułem się naprawdę jak byśmy byli znowu razem. M. rozśmieszał mnie do rozpuku krytykując sposób w jaki zorganizowałem kuchnię, w której nic nie może znaleźć, że brakuje mu sprzętów, naczyń i całego gadżeciarstwa kuchennego, którym wypełniony jest nasze mieszkanie w Szwajcarii. I tak powinien się cieszyć z tego co udało mi się dla niego zorganizować: pinceta cukiernicza, obieraczka skorupek jajka, łopatki i durszlak były pierwszy raz używane od momentu zakupu.

Opublikowano podróże | 8 Komentarzy

Niespodziewana wizyta

Mój kolega Hindus, którego poznałem kilka lat temu pracując jeszcze w Szwajcarii, niespodziewanie odezwał się do mnie na whatsup, informując że za kilka tygodni przyjedzie do Polski na tranzycję. Ostatni raz widzieliśmy się w Hajdarabadzie, podczas mojego pobytu w Indiach zgotował mi bardzo miłą niespodziankę zapraszając mnie do swojego domu. Sreeni przełamał wtedy pewnego rodzaju tabu klient – dostawca, wtedy dla wielu było to nie do pomyślenia żeby się tak z kimś bratać. Pamiętam jak pałowaliśmy się z jego przełożonym, w oczach którego pomysł wydawał się absurdalny, ale i tak postawiłem na swoim. Od początku uważałem, że nie muszę nikomu tłumaczyć się jak spędzam swój prywatny czas w Indiach, tylko Sreeni był innego zdania. Dla niego ważniejszym było zakomunikować to wszystkim wokół i nic dziwnego, że napotkał opór. Im bardziej naciskali, tym obaj bardziej byliśmy uparci. Pozostałem głuchy na komentarze starszych, bardziej doświadczonych Hinduskich kolegów, którzy próbowali odwieść mnie od tego niedorzecznego pomysłu, kreując wizje: zatrucia pokarmowego, choroby i innych nieszczęść, ale dla mnie zamysł wydawał się najzwyczajniej w świecie super, los wygrany na loterii, doświadczenie jedyne w swoim rodzaju i nikomu nie powinno być nic do tego jak spędzam swój czas po pracy. Niezrażony czarnowidztwem przełożonych pojechałem wtedy do prawdziwego hinduskiego domu i spędziłem bardzo miłe przedpołudnie. Obiecałem mu też wtedy odwdzięczyć się kiedyś za ten piękny gest, za jego gościnę, w ogóle za ten pomysł.

I tak rozmawiając przez telefon zobowiązałem się odwiedzić go w Warszawie, spędzić z nim cały weekend, by oprowadzić go trochę po polskiej stolicy. Nasze plany pokomplikowały się trochę kiedy okazało się, że nie będzie on spał w Warszawie tylko w Modlinie, ale nie zraziłem się tym. Zamówiłem nam hotel w centrum i zobowiązałem Sreeniego, żeby tylko zdołał dojechać do Warszawy Centralnej – o resztę zadbałem ja. Z jednej strony odezwał się we mnie dług wdzięczności, z drugiej chciałem żeby miał coś dla siebie z tego dalekiego wyjazdu a niżeli samą satysfakcję z pracy i codzienne pokonywanie trasy hotel – biuro – hotel.

W dniu spotkania zniknęły mi radość i entuzjazm, było zimno i wietrznie, nie chciało mi się wyściubić nosa z domu a co dopiero łazić po mieście. Poza tym kolega zaczął trochę wymyślać, co to by on nie chciał zobaczyć i jak spędzić wspólny czas. Lekko dobił mnie swoimi wymaganiami dietetycznymi – wegetarianin który nie je jajek. Oznajmił mi to w piątek wieczorem kiedy na szukanie odpowiedniego miejsca nie było już czasu. Przebąkiwał coś, że zjadłby też świeżo złowioną rybę w przytulnej, eleganckiej restauracji, ale uznałem to za fanaberię, bo Sreeni choć miły, wychodzić z nim do ludzi to trochę obciach. Mój kolega ma tę przypadłość, że wydaje z siebie bardzo głośne, nieprzyjemne dźwięki w postaci bekania co w większości miejsc publicznych sieje zgorszenie, poraża brakiem kultury i towarzyskiej ogłady. Próbowałem z nim o tym delikatnie rozmawiać, ale wygranie z jego przyzwyczajeniami i wychowaniem wydaje się być niemożliwe. Najpierw głośny przeszywający ciszę bek okraszony przykrym zapachem z wnętrza żołądka a potem słowo przepraszam – tyle tylko udało mi się z nim wynegocjować.    

Przy okazji odwiedziłem swój dawny ulubiony hotel w Warszawie, był po remoncie i wyglądał naprawdę elegancko. Niestety z dawnej ekipy pozostała tylko szefowa F&B, która wypatrzyła mnie w hotelowym lobby i podeszła żeby zaprosić mnie na kawę. Miło było odwiedzić stare śmieci, przywołać dawne wspomnienia i odgrzebać sentymenty, które dawno pokrył kurz. Tamten ja już nie istnieje, mieszkam i pracuję teraz w Polsce a kulinarno-barowe szaleństw – nie są mi głowie, szkoda mi poza tym pieniędzy.

Zabrałem Sreeniego na kolację do Libańczyka, zorganizowałem zwiedzanie miasta na elektrycznej hulajnodze co w jego przypadku okazało się atrakcją porównywalną z audiencją w Pałacu Prezydenckim. Uśmiech i radość nie znikały z jego twarzy przez długi czas.
Zachwycony atrakcjami pierwszego dnia Sreeni oznajmił mi że w sobotę dołączy do nas jego przełożony, też Hindus bo nie wypadało żeby szef siedział w hotelu kiedy on dobrze bawi się w stolicy. Z jednej strony spoko, z drugiej, znając mentalność Hindusów nie zamierzałem dopuścić, żeby jakiś śniady menago waletował u nas w pokoju na podłodze albo żebym musiał spełniać życzenia i organizować kolejne atrakcje dla jakiegoś przypadkowego jegomościa. Pan manager na szczęście okazał się mało wymagający, za to nieszczęśliwy, że musiał przylecieć do Polski, krytykował wszystko od cen po pogodę, polską mentalność i naturalnie brak specjałów kuchni indyjskiej na każdym rogu.

Miesiąc później Sreeni przyjechał też do Wrocławia, chciałem pokazać mu inne miasto, po za tym wiedziałem że kolejny z weekendów planował spędzić w Krakowie i Wieliczce.
Podczas tej wizyty wyznał mi, że nie pił nigdy nic prócz piwa i wina, a że trafił na prawdziwego mistrza ceremonii barowej, nie ociągając się długo zabrałem go do cocktail baru na szczodrą degustację. Jego komentarz, że po alkoholu cierpną mu usta i ma ochotę całować wszystkie dziewczyny wokół przejdzie do historii. Nie jadł też nigdy sushi, bo w Indiach to droga sprawa, zaproponowałem mu kolację na próbę. Miał okazję spróbować każdego specjału kuchni japońskiej, ale smaki niestety nie przypadły mu do gustu.
Mieliśmy więcej szczęścia z pogodą, bo przez cały weekend świeciło słońce. Wiedziałem już nawet gdzie zabrać go na obiad, bo obok biura CS jacyś Nepalczycy otworzyli restaurację.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Znowu idą święta

Święta zbliżają się coraz większymi krokami. Dostrzegam to po dekoracjach na sklepowych wystawach i bożonarodzeniowych jarmarkach odbywających się na Starym Mieście. Za każdym razem kiedy zaglądam w swój kalendarz przypominam sobie jak szybko minął mi ten rok, ile zdążyło się wydarzyć, ile odbyłem podróży. Kolejne kartki odkrywają, że do połowy grudnia niewiele się zmieni, nadal będzie pracowicie a później będę mógł pierdzieć w oponkę i leniuchować. Dziś rano odkryłem, że od kilku lat nie spędziłem żadnych świąt w domu: w zeszłym roku było egzotyczne Palau, wcześniej kilka lat z rzędu Filipiny, wcześniej Malezja albo Australia – ewidentnie do domu nigdy nie było mi po drodze, mało rodzinny jestem.
W tym roku święta spędzimy razem w Szwajcarii – już postanowione.

Opublikowano podróże | 4 Komentarze

jeszcze o Szwajcarii, pracy i obżarstwie karczochowym w Rzymie

Korzystając w pobytu w kraju Helwetów nie mogłem nie pokusić się o wizytę w Azzurro. Co jak co, ale owoce morza i smakołyki włoskiej kuchni to tylko tam i nikt mnie od mojego przekonania nie odwiedzie. Nie musieliśmy nawet rezerwować stolika, jeden telefon i L. naprędce załatwiła nam stolik w samym środku sali, ustawiony tak żebyśmy mieli okazje pogadać ze wszystkimi, którzy tego wieczoru pracowali. Nawet się nie obejrzałem kiedy na stole wylądowały dwa kieliszki franciacorty i foccacia, potem były mule, homar i pokaźnych rozmiarów grillowane branzino, na koniec dostaliśmy za darmo deser i po kielonku mojej ulubionej ciemnej grappy. Obżarstwo było przeogromne, ale było warto. Cały dzień się wtedy głodziłem, chodząc po Lucernie odmawiałem sobie lunchu czy choćby kanapki, byleby nie drażnić sobie żołądka byle czym. Za to do Polski wiozłem później kilo koniny, smakołyk, który serwowałem sobie później na obiad,

W tygodniu, po powrocie do Wrocławia czekały mnie wizyty gości, służbowe kolacje, wyjścia, cały corposzał delegacji i odwiedzin klientów. Trzaskałem prezentację za prezentacją, rano zrywałem się skoro świt by wcześnie dojechać do biura, podokończać wszystkie tematy, bo potem były już tylko spotkania, lunche, telekonferencje a po pracy zamiast do domu, wychodzilem na miasto i znowu kolacyjki i przesiadywanie do późna w barze, żeby rano znowu zerwać się skoro świt. Morderczy maraton trwał do czwartku, po powrocie do domu padałem na lóżko i zasypiałem prawie w ubraniu. Choć chodziłem permanentnie niewyspany, wiem że było warto się tak poświecić, w końcu dobre wrażenie robi się tylko raz i to na początku. Dzięki temu jako jeden z nielicznych dostałem zaproszenie na firmowe Christmass party w naszej centrali w Bad Homburg, więc cel został osiągnięty.

W piątek poleciałem na długi weekend do Rzymu. Razem z M. umówiliśmy się na przedświąteczny shopping i relaks w Wiecznym Mieście i nic nie było wstanie popsuć nam naszych planów. Nawet pogoda, która delikatnie mówiąc, nas nie rozpieszczała. Lało jak z cebra, pogoda była pod psem, ale niezrażeni eksplorowaliśmy miasto pokonując dziennie kilkanaście kilometrów. Odkryliśmy bardzo przytulny butikowy hotel przy Placu Hiszpańskim skąd codziennie wyruszaliśmy najpierw na poranną kawę i śniadanie, potem cały dzień łażenia a wieczorem kolacja w naszych ulubionych miejscach. Skusiliśmy się na wyjście do Pierluigi, któremu zawsze trudno jest mi się oprzeć i nie przeszkadzają mi nawet wysokie ceny. Jak zobaczyłem rachunek pomyślałem, że przez następny tydzień będę musiał żywić się wyłącznie owocami i kawą, ale co tam, w końcu raz się żyje. Suma summarum zakupów wielkich nie zrobiłem, za to na jedzenie wydałem małą fortunę.  Nie pamiętam ile razy odwiedziłem stolice Włoch, za to pierwszy raz miałem okazję zobaczyć Watykan i Plac św. Piotra po zmroku oraz dzielnicę Żydowską i to było coś.

W całym tym pędzie życia, pracy, atrakcji i obowiązków niespodziewanie dopadły mnie czarne myśli związane z M. Nie potrafię tego jeszcze opisać, ale coś się dzieje i zaczyna mnie to  niepokoić. Dziwnie rozbity wsiadałem do samolotu, chciało mi się płakać i zupełnie nie potrafiłem określić skąd u mnie ten podły nastrój. Mam wrażenie, że w wirze ostatnich kilkunastu tygodniu coś mi umknęło, podświadomie czuję, że coś niepokojącego dzieje się wokół nas a ja tego nie dostrzegam.        

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , , | 16 Komentarzy

Berno – Lucerna

Każdej jesieni na przełomie października i listopada budynek parlamentu szwajcarskiego zamienia się w ogromny ekran. „Rendez-vous Bundesplatz” to inspirujący, kolorowy półgodzinny audiowizualny pokaz świetlny, który co roku przyciąga dziesiątki tysięcy odwiedzających Berno.
Tegoroczne show „Pierwszy krok” to opowieść o wizjach kosmicznych, latach przygotowań, pierwszych krokach i astronautach oraz o pierwszym lądowaniu człowieka na Księżycu 50 lat temu… A że byłem akurat na miejscu wyciągnąłem M. na mały wypad do miasta. Na zewnątrz wciąż panowały przyjemne temperatury, nie padało, obiecałem, że po pójdziemy na romantyczną kolacyjkę do Azzurro. Show jak zwykle zgromadziło tłumy, wszyscy cisnęli się przy Bundesplatz chcąc obejrzeć przedstawienie. 20 minut cudownej gry świateł, barw, muzyki i techniki.

W Bernie zrobiło się bardziej „kolorowo”, na stacji kolejki często można zobaczyć dwie strefy: szwajcarską dla Białych i czarną dla przybyszów z Afryki. W pociągach podobnie, początkowe wagony zajmują Biali a tyły – Czarni. Kilka razy wsiadłem do tylnych wagonów pociągu i przeżyłem lekki szok: dzieci biegały jak opętanie, kobiety w chustach wydawały się tym nie zainteresowane, młodzi darli japy albo głośno słuchali muzyki afrykańskich rytmów.  Papiery walały się po wagonie, podobnie jak resztki jedzenia i cała reszta śmieci. Kontrolerów ani policji ani razu tam nie widziałem, ale gdybym to ja spróbował wyciągnąć pojemnik ze sprejem, założę się że na kolejnej stacji ktoś by już tam na mnie czekał. Berno zaczyna mieć dwa standardy, nawet M kiedy opowiada jakieś historie często używa określeń „zona nera” albo „sporchi”.

Opublikowano podróże, Szwajcaria | Otagowano , | 8 Komentarzy

Korpo się nie zmienia

Porobiło się ostatnio i to dosłownie. Przez moment ubzdurałam sobie, że jestem niczym Anioł Śmierci, bo gdzie nie zacznę pracować po kilku miesiącach zaczynają redukcję etatów. Znów ten sam schemat, jedna z największych firm branży medycznej i służby zdrowia w Niemczech, nigdy nie zwalniała ludzi i oto gdy pojawiam się ja – tadam – po 2 miesiącach zaczynają plan redukcji w imię restrukturyzacji i szukania oszczędności.
Tym razem, choć pracowałem najkrócej, redukcja mnie mnie dotknęła, za to poleciała głowa koleżanki, z którą „zderzyłem się” kilka tygodni temu.
Nic bym nie wiedział o zmianach, gdyby sama mi o tym nie powiedziała. Nie ma projektów, nie potrzeba tyle osób w PMO, kazali pozbierać jej zabawki i zacząć szukać innej piaskownicy.

Szkoda mi się dziewczyny zrobiło, mam dobre serce, zaproponowałem, że napiszę do kolegi dyrektora z biura po sąsiedzku, może coś się tam dla niej znajdzie. Kolega odpisał szybko, podał namiar na szefową HR, poprosił żeby podesłać cv. Przekazałem to koleżance a ta ucieszyła się jak dziecko.

Minął tydzień, spotyka mnie kolega dyrektor i pyta czy ta panna wciąż czegoś szuka i czy wysłała cv. Odpowiadam że tak i że na pewno wysłała. Okazało się, że nie wysłała nic, bo nie zdążyła przez 7 dni… Osłabiła mnie tym trochę, ale w końcu zmobilizowała się, napisała i wysłała.
Minął kolejny tydzień, dwa razy zdążyła nagabywać HR co z jej rekrutacją, kiedy zaczyna, w końcu dostała odpowiedź, że nie pasuje do profilu kandydata.
Wpadła w czarną rozpacz, płacz, zgrzytanie zębami i obwinianie wszystkich wokoło, że przecież przeprowadziła się do Wrocławia z innego miasta, że wzięła kredyt na mieszkanie, że ma trudną sytuację rodziną, że obiecywano jej projekty i gruszki na wierzbie. Przestała chodzić z nami na lunche, ostentacyjnie oznajmiając, że „nie ma pieniędzy”, ostatnio zaczyna uskuteczniać nowe teksty o tym, że coś sobie zrobi.

Wszyscy zaczęli się od niej odwracać, bo nikt nie lubi histeryczki, ludzie obrywają od niej za wszystko. Zrobiła się małostkowa, ciagle narzeka i sieje ferment. W pracy nie można na nią liczyć, bo albo ukrywa informacje albo udaje że pracuje.
Przyszła do mnie i poprosiła czy nie pomógłbym jej zorganizować tego spotkania z dyrektorem na gruncie prywatnym. Spoko – odparłem – tylko co ci to da – zapytałem. Chcę go błagać, na kolanach jak będzie trzeba, żeby dał mi tę pracę…
Nie wiedziałem czy to żart czy już totalna desperacja.
Ostatecznie nic jej nie załatwiłem, bo nie chciałem brać udziału w tej szopce. Próbuje zrozumieć jej potrzeby, pragnienia, punkt widzenia, ale niech zacznie wysyłać cv a nie liczyć, że dostanie pracę z litości. Ile razy mówi mi, że wysyła 100 cv dziennie, nawet na rolę sprzątaczki, mam ochotę nią potrząsać, powiedzieć jej zejdź na ziemię i nie zmyślaj. Rozumiem jej rozżalenie, ale zaczyna zakrawać to o absurd.

Opublikowano praca | Otagowano | 6 Komentarzy

przeprowadzka

Nie zdążyłem zagrzać miejsca w starym biurze, gdy po miesiącu ogłoszono wielką przeprowadzkę. Stare biuro, jak dla mnie, miało bardzo dobrą lokalizację, blisko Starego Miasta, groma restauracji, rzut beretem od Sofitelu i Papa baru. Ta bliskość barów trochę mi dokuczała, bo po każdym dniu pracy kusiło mnie, by tam wpaść na jednego, a takie zbyt regularne odwiedziny w barze to dla mnie widmo jawnego alkoholizmu.

Restauracji mi szkoda, bo było ich naprawdę sporo, był wybór kuchni świata a teraz mam raptem Sphinxa i cały grom bufetów z jedzeniem na wagę. Czepiam się, bo wybór przecież jakiś jest, mógłbym przecież sam sobie przygotowywać pudełka z lunchami, ale mi się nie chce. Może któraś miła koleżanka z czasem zlituje się masę mną i będzie przygotowywała mi obiadki do pracy.

W nowym biurze mnóstwo przestrzeni, pakowanie mojego kartonu zajęło mi 5 minut a potem dowiedziałem się, że przez 3 dni wszyscy mamy pracować z domu, póki ekipa nie przeniesienie naszych rzeczy,  biurek, kabli i nie podłączy wszystkiego jak należy.

 

Opublikowano praca | Otagowano , | 5 Komentarzy

Wszystkich Świętych w domu w Szwajcarii – mój mały faszysta nie przestaje mnie zaskakiwać – wakacje

Wszystkich świętych w tym roku postanowiłem spędzić z M. w Szwajcarii . Już jakiś czas temu odkryłem że wypada w piątek więc z dużym wyprzedzeniem udało mi się kupić całkiem tani bilet do Zurichu.
Na samą myśl że będę stał zmarznięty nad grobami zmarłych, którym i tak przecież już wszystko jedno, a nad głowa będzie mi jazgotała matka wiedziałem że muszę się ewakuować.
Rano we Wrocławiu było zimno, 3 ponizej kreski, za to w Bernie +7 i choć nie ma dziś słońca to i tak jest przyjemniej.

Wchodzę do domu a w kuchni wszystkie szafki i szuflady wybebeszane i pootwierane. M. zainscenizował dla mnie ślad rozpoznawczy mojego pobytu w kuchni…
Na stole kartka: to żebym czuł się naprawdę jak w domu.

W łazience na muszli klozetowej koloru oczojebnie czerwonego tzn. nie, rosso Valentino, świeży ręcznik i karteczka: benvenuto a casa amore.

W salonie też pełno zmian, nowe grafiki na ścianach, nowe meble, kilka przedmiotów zmieniło swoje miejsce, w rogu pod ściana pojawił się mój ulubiony stolik z barkiem.

I jak tu się nie cieszyć kiedy twój partner po 12 latach nie przestaje cię zadziwiać!

Aha, i na urlop nie jedziemy już do Francji. Padło na Liban i jestem teraz na etapie organizowania nam wycieczek.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | 3 Komentarze

Praca

Mało myślę o pracy w pracy i jeszcze mniej myślę o niej po powrocie do domu. Wychodzę z założenia, że po latach wytężonej harówy i samozwańczej tzw. kariery normalne jest, że niektóre rzeczy zajmują mi kilka minut. Po to się uczyłem i pracowałem intensywnie, żeby nauczyć się nie marnować czasu na rzeczy zbędne, a że moi koledzy tę samą pracę wykonują w kilka godzin no cóż, widać muszą przejść podobną drogę.

Moja nowa praca daje mi dużo satysfakcji, miło jest usłyszeć że jak nikt nigdy wcześniej potrafię popychać sprawy do przodu, nie jestem małostkowy, nie boję się eskalować albo uderzać do ludzi na dużo wyższych stanowiskach prosząc o pomoc albo domknięcie tematu. Pierwszy raz pracuję dla Niemców i trochę mierzi mnie to ich korporacyjne ugrzecznienie i owijanie rzeczy w bawełnę zamiast po prostu nazywanie rzeczy po imieniu.
Jak czytam ich eseje mailowe pełne könten möchten dürfen to czasami nóż mi się w kieszeni otwiera, są tak mili i uprzyjmi a na konsekwencji niekonkretni, że na koniec w nie wiadomo w sumie o co im w ogóle chodzi. Rozumiem konwenanse ale jeśli po przeczytaniu dwóch stron czyiś wypocin adresat nie wie w sumie co ma zrobić to chyba coś jest jednak nie tak.

Mój kolega z Niemiec Vincent jest tego najlepszym przykładem, od tygodniu próbuje się skontaktować z paroma osobami i ciągle bez skutku. Mówi że pisze, nawet dzwoni, ale reakcji jak nie ma tak nie było. Postanowiłem wziąć więc sprawy w swoje ręce i zaraz mieliśmy decyzje. Ktoś siedzący na drugim końcu świata, z Blackberry w ręku nie ma czasu czytać wywodów, z których nic nie wynika..
Może się teraz przechwalam, może miałem szczęście, albo jestem arogancki i zbyt pewny siebie, ale ważne chyba, że mam efekty.

Opublikowano praca | Otagowano , | 1 komentarz