Ewidentnie mijają się z prawdą

…takie były moje obserwacje po rozmowie z dyrektorką oraz innymi współpracownikami po tym jak zacząłem bardziej drążyć temat. 4 tygodnie temu obiecywano mi złote góry i zapewniano mnie, że z czasem wszystko się ułoży a ja wrócę na normalny tryb pracy. Po 6 tygodniach zostałem się jednak pozostawiony sam sobie z listą obowiązków własnych oraz kilkunastu zadań odziedziczonych po A. i krótkim komentarzem: rób to. Na dodatek odkryłem że przede mną było tutaj dwóch śmiałków którzy też próbowali a po kilku miesiącach się ich pozbyto. Szwajcarski dyrektor zostawił mnie sam sobie a kontaktuje się tylko wtedy kiedy zleca mi kolejne bojowe ad hocowe zadania. Na sam widok migającej od niego wiadomości na skype robi mi się niedobrze.

Ten spóźnienie na samolot tydzień temu to był znak, żebym nie pakował się w to bankowe bagno, bo nic dobrego z niego dla mnie nie wyjdzie.

Widząc co się tutaj kroi jeszcze tego samego dnia rozliczyłem swoją delegację i pozabierałem z biura swoje rzeczy. Mam czyste konto, powysyłałem parę maili, dookoła wszyscy wiedzą gdzie zostawiłem dokumentacje z wyjazdu, nie planuje już tutaj wrócić. Nie wiem jeszcze dokładnie jak to zrobię, ale noszę się z planem ulotnienia się z tej firmy jak najszybciej. Kolejne spotkania tylko utwierdziły mnie, że świat steerable treasury, AuM, NNA, direct expenses i direct revenues to jednak jakaś masakra i nie chce spędzić życia w roli, która jest męczarnią. Zupełnie nie rozumiem jakim kluczem kierowano się zatrudniając mnie na to stanowisko w CS i pewnie nigdy się już tego nie dowiem.

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz

Nie mam czasu się nudzić…

Kosmos jakiś – tak bym określił zadania, które przejmuje od mojego szwajcarskiego kolegi. Wszystko jest do nauczenia i zrozumienia o ile włoży się w to trochę wysiłku i ma się czas na przyswojenie wiedzy. Czasu akurat mam najmniej za to oczekiwania i ilość zadań do przerobienia nieustannie rosną. Pan dyrektor z lubością dokłada mi zadań którymi będę zajmował się od czerwca. Po powrocie do Polski czeka mnie głównie partyzantka, bieganie po ludziach i wyciąganie informacji, żeby móc sprostać wymogom nowego pracodawcy. Już teraz jest dziwnie, bo przejmuję kobyły nie mając podstawowej wiedzy.

Wstaję przed 5, z biura wychodzę po 17, o 19 jestem w domu i jestem tak wypompowany, że nalewam sobie ogromny kieliszek wina i przez następne pół godziny czuję jak schodzi ze mnie napięcie. Z M widzimy się tylko wieczorami po 23 kiedy wraca z pracy i mamy dla siebie godzinę kiedy spędzamy ten czas ze sobą i rozmawiamy. Gdyby tak miał wyglądać każdy kolejny dzień w Szwajcarii szybko bym oszalał. O spotkaniu się ze znajomymi nawet nie ma mowy, bo jest to okupione dużym wysiłkiem i determinacją, żeby jeszcze wykrzesać z siebie resztki sił na taki spontan. Taka harówa sprawia życie wydaje się być do bani.

Na własnej skórze doświadczam pracy w szwajcarskim banku w Szwajcarii i często wspominam opowieści V jaka to niezła orka od świtu do nocy.

W poniedziałek czeka mnie rozmowa z dyrektorką we Wrocławiu i nie omieszkam jej zapytać jak widzi następne kilka miesięcy. Obiecanki macanki sobie podarujemy, bo nie zamierzam owijać w bawełnę.

Opublikowano praca | Otagowano , , | 1 komentarz

Na kilka chwil przed..

Dzień świstaka dopadł mnie w sobotę, albo jak kto woli instant karma za wszystkie moje grzeszki, których dopuściłem się przez ostatnie parę tygodni.

Piątek był ostatnim dniem w burze przed wyjazdem do Zurychu. Wcześniej nakłamałem, że nie udało mi się na czas załatwić wszystkich papierów, dzięki temu swoją podróż mogłem zaplanować wokół planów przyjazdowych M. On od razu się ucieszył, gdy oznajmiłam mu że następne 3 tygodnie spędzimy razem. W piątek w biurze okazało się, że nie działa mi laptop (notabene mógłbym wystawić go na ebay w kategorii vintage collectables). Żeby go otworzyć potrzebuje widelca a touchpad działa jak pumeks. Machnąłem ręką, wiedząc, że na pewno działa mi mój prywatny a mając VPN będę mógł zalogować się do systemu skądkolwiek.

Potem zaczęło się rozkminianie co powinien przywieźć im na prezent: pomysłów było wiele: od butelki wódki, ptasie mleczko i prince polo, po andruty, odpustowe lizaki i kolorowe gumy kulki. Dyrektor, który zaprosił mnie do siebie zażyczył sobie listy osób, z którymi planowałem się spotkać a w dodatku agendy spotkań tak jakbym wiedział kto tam pracuje, co robi i o czym będziemy rozmawiać. Zresztą wydawało mi się, że skoro to oni mnie zapraszają, to oni powinni wiedzieć najlepiej komu należałoby mnie przedstawiać. Potem szarpałem się jeszcze z badgem, bo wysłali mi go pocztą do Wrocławia a na koniec dnia dostałem plik od chłopaka, który odchodzi a od którego przejmuje obowiązki: arkusz kalkulacyjny, kilkanaście zakładek same cyferki i cichy komentarz powodzenia. Mina mi zrzędła jak to zobaczyłem, bo za nic nie potrafiłem go rozczytać, a im bardziej próbowałem, tym bardziej robiło mi się sucho w ustach. Przed 18 wyszedłem z biura i umówiłem się z kolegą na szybkie piwo. W domu czekało mnie jeszcze pakowanie a samolot zaplanowany miałem na 5.30 rano.

Gdy wróciłem do domu dopiero robiło się ciemno, wyciągnęłam z szafy walizkę i zacząłem się do niej pakować. Oczy kleiły mi się ze zmęczenia, zamówiłem sobie taksówkę na 4 rano i postanowiłem położyć się do łóżka na godzinę, dwie żeby później spokojnie dokończyć swoje pakowanie. Nie chciałem niczego zapomnieć a bałem się, że w tym stanie grozi mi to na bank. Nastawiłem sobie budzik na 2 rano i…. obudziłem się o 5. W nocy wyłączył mi się telefon, z niedowierzaniem patrzyłem w wyświetlacz  że zaspałem. Taksówkarz próbował się do mnie dodzwonić podczas, gdy ja szukałem telefonu do Amexu, żeby spróbować przebukować swój bilet. Bilet przepadł, musiałem kupić nowy, jestem w plecy 1200 zł bo firma na pewno nie odda mi kasy za głupotę.

Na lotnisku nie mogłem znaleźć swoich dokumentów ani wydrukowanych wcześniej kart pokładowych, zamiast butów do garnituru wziąłem trampki, w samolocie ciagle spałem, pierogi i gołąbki rozwaliły mi się w bagażu, a po przylocie do Szwajcarii spadł rzęsisty deszcz więc do domu dotarłem mokry jak kura.

Widok M od razu poprawił mi humor. Dobrze być znowu w domu.

Niedziela za to była bardzo leniwa, do południa wylegiwałem się w łóżku oglądając filmy, zrobiłem nam obiad (rozczłapane pierogi z serem, kapustą i grzybami) pojechałem spotkać się z W a potem w Rialto z K i D. Wychodząc z W z Grissino wpadliśmy na K i D, którzy zaproponowali żeby W dołączyła do nas na jednego drinka. Potem nawet nie wiem jak minął nam czas, było dużo śmiechu i zawstydzających historii z przeszłości, nagle zrobiła się 22 i trzeba było wracać. Szedłem do domu pieszo, padało ale wcale się tym nie przejmowałem. Potrzebowałem długiego spaceru przed snem i czekającym mnie jutro spotkaniem w Zurychu.

Mam bardzo mieszane uczucia co do nowej pracy, najbardziej martwię się o to że nie podołam, bądź co bądź to całkiem nowa dla mnie działka a presja czasu wcale mi nie pomaga. Obiecuje sobie że się postaram, ale boksować się z nikim i niczym nie będę. Nie wiem kto wymyślił żeby w 4 tygodnie po zatrudnieniu dodawać komuś nowych obowiązków. W sumie nie powinno mnie to dziwić, w końcu wielkie organizacje rządzą się swoimi prawami choć czasem kusi mnie żeby pójść do samej góry, wylać wszystkie swoje żale a na koniec rzucić papierami. Nie moje małpy, nie mój cyrk, tylko kasy szkoda.

Dobra idę…

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Szał cipy…

…nieustannie trwa. Przychodzę do biura wcześnie rano, wychodzę o 17 albo 18 i ciagle żałuję że doba ma tylko 24 godziny. Jakiś chłopak z Zurychu odchodzi, dorzucili mi jego obowiązki i tym samym oczekiwania wobec mnie wzrosły niebotycznie. Nie przejmuje się tym i po prostu robię swoje, wychodząc z założenia że nie da się nauczyć kogoś w tydzień doświadczenia zebranego w ciągi przeszło 6 lat. Menadżerowie wierzą że jest to możliwe, a ja nie wyprowadzam ich z błędu. Mogę się tylko postarać ale czkawka i wyboista droga przed nami.

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz

Spontaniczne decyzje

… są człowiekowi  czasami bardzo potrzebne. Jeszcze w środę wieczorem przechodziłem lekki kryzys, ale jak w piątek wszedłem do bramy budynku mieszkania gdzie juz w korytarzu czekał na mnie uśmiechnięty M wiedziałem, że była to najwłaściwsza decyzja. Usiedliśmy w sofie, na wprost ściany ze zdjęciami z naszych podróży, nalaliśmy sobie po szklaneczce Taliskera, po czym jak za starych dobrych czasów opowiadaliśmy sobie jak minął nam cały tydzień. Wróciła magia, której tak bardzo mi brakowało, praca i stres zostały gdzieś daleko za mną, nie liczyło się dla mnie wtedy nic prócz nas.

Grubo po pierwszej położyliśmy się do łóżka, spałem smacznie jak zabity aż nie obudził mnie donośny budzik w telefonie. Wyczłapałem się łóżka, poszedłem zrobić nam kawy, którą później jak prawdziwie kochający mąż przyniosłem nam do łóżka. Sobota była leniwa, pojechałem na śniadanie do B, która od tygodnia mieszkała w nowym mieszkaniu w Ittigen. Było wspólne gotowanie, prosecco, ploty, nawet na zakupy daliśmy radę wyskoczyć a na koniec zdecydowaliśmy polecić razem w październiku do Namibii.

Lekkie jakby nieśmiałe promienie wiosennego słońca wychodzące zza ciemnych chmur, delikatny wiatr, bujna, soczysta, żywo zielona roślinność, grube opasłe ślimaki przechadzające się leniwie  na mokrym asfalcie, głośny śpiew ptaków za oknem w drodze na przystanek podmiejskiej kolejki – wszystko zdawało się być wyjątkowe tego dnia. Cieszyłem się jak dziecko, że jest sobota, że jestem z dala od pracy, w Szwajcarii i że jest tak cudownie pięknie.

Opublikowano podróże, Szwajcaria | Otagowano , | Dodaj komentarz

Mały kryzys

… mnie dopadł przedwczoraj. Wróciłem z pracy, trochę zmęczony, trochę sfrustrowany, ale najbardziej chyba stęskniony za bliskością M, jego brakiem za wyciągnięcie ręki, wspólnego zasypiania a potem budzenia się o poranku, rytuału kieliszka armagnacu przed pójściem spać i przynoszenia porannej kawy do łóżka. Tym sposobem myśli niebezpiecznie zaczęły kręcić się wokół wyborów, które kiedyś podjąłem, zacząłem żałować i tęsknić za dawnym życiem, wróciły wspomnienia i nawet nie wiem kiedy po twarzy zaczęły spływać mi grube łzy. Szybko sprawdziłem ceny biletów na weekend i cena 400 franków praktycznie ostudziła moje zapały. Tyle że potem pomyślałem sobie, że przecież nie po to harowałem zagranicą ponad dekadę, nie po to trzymam pieniądze na koncie oszczędnościowym, by w takiej właśnie chwili nie móc po prostu kupić biletu, spakować walizki i najzwyklej w świecie polecieć do domu.

Radość i entuzjam udzieliły mi się od razu gdy tylko zobaczyłem potwierdzenie rezerwacji i trwają do teraz. Nie udało mi się zachować niespodzianki przed M. bo gdy tylko usłyszałem jego głos w słuchawce od razu w pierwszym zdaniu wypaliłem, że oto przylatuję. M. ucieszył się jak dziecko, choć widzieliśmy się raptem 3 tygodnie temu na Filipinach, to widać obaj zdążyliśmy się za sobą stęsknić.

W pracy jest ok, przytłacza mnie ilość informacji i wiedzy które muszę zdobyć i zgłębić. Przeraża mnie myśl, że nie dam sobie rady i niby nie muszę niczego nikomu udowadniać, ale… w wewnętrznej walce z samym sobą i tak zwyciężają ciekawość, determinacja i dziwnie pojmowane pojęcie szczęścia.

W pracy z niecierpliwością oczekiwałem na pozwolenie do pracy w Szwajcarii, choć wszystkie dokumenty złożyłem w zeszły piątek zdawałem sobie sprawę że tego procesu nie jestem w stanie przyspieszyć. Ku mojemu zdziwieniu dostałem je już po 4 dniach i mogłem zacząć planowanie następnego wyjazdu.

W piątek zostałem w biurze do końca, rano do małej torby spakowałem kilka najpotrzebniejszych przedmiotów by po pracy od razu pojechać na lotnisko. Na widok samolotu linii Swiss poczułem dziwne ukłucie w sercu, w samolocie zamówiłem sobie nieśmiertelny zestaw kanapki z serem, naturalnej wody i buteleczki białego wina. Boże jak ja tęsknie….

Opublikowano podróże | Otagowano | Dodaj komentarz

Stres

…towarzyszy mi od rana. Wtorek był kolejnym dniem z serii jestem w pracy i mam poczucie straconego czasu. Całe dnie upływają mi na logowaniu ticketów, szukaniu informacji, przeklikiwaniu stron i formularzy albo na walczeniu z aplikacjami, które ponoć usprawniają całe procesy, ale pewnie dopiero jak zostanie się ekspertem w ich posługiwaniu. Do tego ostatniego daleka jeszcze droga, bo ciągle próbuje okiełznać ogół a na szczegóły nie starcza mi czasu. Odkąd wymyślili przejęcie przeze mnie obowiązków chłopaka, który odchodzi w Zurichu padł na mnie blady strach, że wrzucono mi na barki kolejne obowiązki a ja wciąż jestem w czarnej dupie ze starymi tematami. Nie minął nawet jeszcze miesiąc a ja zamiast koncertować się nad tym co miałem do tej pory opanować dostaje tylko ciągle nowe zadania i końca tego wszystkiego nie widać. Czarna rozpacz mnie ogarnia.

Wczoraj prawie 12 godzin siedziałem w biurze, po pracy poszedłem spotkać się z A., bo bardzo potrzebowałem twardego resetu. Wróciłem do domu uberem, poszedłem nawet stosunkowo wcześnie spać, bo chciałem się wyspać. Obudziłem się o 2, w całym domu nie było prądu i przez godzinę rozkminiałem czy to awaria, przerwa w dostawie a może tylko korki. Elektryk ze mnie żaden, ale gdy po 3 nad ranem na nowo pojawił się prąd wróciłem do łóżka i…. nie spałem już do rana. Zaczynam mieć coś z głową.

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz

Weekend majowy

…spędziłem bawiąc się na weselu. K. zaprosiła mnie jako osobę towarzyszącą na ślub swojego drugiego kuzyna. Od kilku lat mamy niepisaną umowę że na tego rodzaju imprezy rodzinne chodzimy razem. W zeszłym roku we wrześniu zaprosiła mnie na wesele do Poznania i było tak super że za nic w świecie nie przepuściłbym takiej okazji. Poznaniacy potrafią wyprawiać wesela, stoły uginają się od jedzenia oraz alkoholi a goście zawsze dopisują. Pojechałem już w piątek, spałem w nowootwartym ParkInn i bawiłem się przednio. Rodzice K zaprosili mnie do siebie na obiad, obskoczyliśmy później kilka fajnych miejsc i gdyby nie deszcz, to weekend uznałbym za idealny.  Wesele odbywało się w pięknie położonym zajeździe 40km za Poznaniem dokąd dojechaliśmy autobusem wraz z innymi gośćmi. Jedynie powrót o 5 nad ranem nie należał do najprzyjemniejszych: było zimno, mgliście i mokro. Autobus wyrzucił mnie gdzieś na jakimś rondzie i tak strasznie nie chciało mi się wracać pieszo, że jak zobaczyłem hulajnogę których teraz pełno w każdym mieście od razu pomyślałem, że to dobry pomysł wypróbować ten środek transportu. Nie zabiłem się, ani nie przeleciałem przez kierownicę za to radość była jak u dziecka. W niedzielę spałem krótko, dość wcześnie zwlokłam się z łóżka, kaca nie miałem więc o 10 byłem już w pociągu powrotnym do Wrocławia.

Mialem popracować w weekend, udało mi się raptem przez godzinę albo dwie, szkoda było mi weekendu na grzebaniu się w papierach.

Opublikowano podróże | Dodaj komentarz

Początki zawsze są trudne

Na razie idzie mi jak po grudzie. Ważne, że do przodu, ale strasznie mnie irytuje że tak opornie przychodzi mi nauka nowych rzeczy. Kiedyś rzeczy łapało się w mig a teraz słucham o tych RM-ach, AuM-ach, NNA-sach, GWTR-ach i shadow-ach i co chwilę muszę się zastanawiać z czym to się je.

Mój szwajcarski dyrektor wygłosił wczoraj tyradę na temat swoich oczekiwań wobec mnie po odejściu kolegi z jego teamu, tylko że to się zbytnio kupy nie trzyma. Jak można nauczyć kogoś 6 lat doświadczenia w kilka godzin i to jeszcze online, bo moja delegacja za sprawą papierologii wydaje się być coraz odleglejsza. Na szczęście byle do końca maja, bo 1.06 lecimy do Miami. Nie zamierzam spędzać całego życia usprawniając czyjeś procesy, nie marnuję czasu na przesiadywanie po godzinach w biurze, w końcu i tak mi nikt nigdy za to nie podziękuje.

Tak się ostatnio nad tym zastanawiałem, że ten mój bardzo krótki pobyt w poprzedniej firmie był mi pisany. Gdyby nie praca w dxc nie kupiłbym po znajomości mieszkania, nie poznałbym pani K., która zaprojektowała mi nowe wnętrza, nie poznałbym paru fajnych osób i nie dostałbym wypasionego laptopa, który służy mi po dzień dzisiejszy.

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz

Zmęczenie

Zmęczenie znowu dało o sobie znać, tyle jest tego wszystkiego do ogarnięcia, nie mam czasu podrapać się po tyłku bo latam od spotkania na spotkanie, szkolenia za szkoleniem, nie mam spokoju żeby móc usiąść i przejrzeć notatki. Nie wyobrażam sobie na razie jak będę wstanie pracować samodzielnie kiedy wszystko mi się już poukłada i zatrybi. Na dodatek Szwajcarzy wymyślili sobie że przylecą do nich przejąć część dodatkowych obowiązków po odchodzącym niebawem A. Nie mam za bardzo ochoty tam jechać bo nie czuję się jeszcze pewnie w podstawowych tematach a co dopiero brać na siebie więcej nowych obowiązków. Nie narzekam, ale sytuacja nie napawa mnie zbytnim optymizmem.

Od czwartku walczę z biurokracją, załatwiam jakieś pozwolenia, karty kredytowe, dosyłam kolejne dokumenty i świadectwa. Machina korporacyjna działa bardzo powoli a ja lubię efekty mieć id razu.

W weekend przywieźli mi zamówiony zestaw wypoczynkowy na balkon, składankę jego oraz wiercenie dziur w ścianach zajęło mi całą sobotę aż z bólu czułem wszystkie palce. Praca fizyczna pozwoliła mi jednak zapomnieć o pracy i odciągnąć myśli od rzeczy na które przecież nie mam żadnego wpływu. W wierceniu pomagał mi ojciec, wiem że darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, ale gdybym wiedział że aby wywiercić jedną dziurę zrobi w około trzy inne na pewno dwa razy bym się zastanowił nim poprosił go o pomoc.

M na razie nie przyjeżdża, bo jeśli faktycznie mnie wyślą do tej Szwajcarii, będę miał darmową podróż.

W sobotę wieczorem kiedy skończyłem wszystkie zaplanowane w mieszkaniu pracę przyszedł moment kiedy mogłem sobie powiedzieć: skończyłem, moje mieszkanie nareszcie wyglada tak jak to sobie zaplanowałem. Sącząc kolorowego drinka na balkonie upajałem się tą chwilą.

W długi weekend majowy pracuję. Po tym jak dostałem tydzień wolnego w czerwcu i mogę polecieć na tydzień do Miami, nie mam czelności prosić o więcej.

Opublikowano praca | Otagowano | 1 komentarz