Tęczowe rodziny zaczynają opanowywać szwajcarskie media

Od 1. stycznia w Szwajcarii pary jednopłciowe i de facto małżonkowie mogą adoptować dzieci z poprzednich związków (pasierbów). Co więcej, tajemnica otaczająca adopcję została rozluźniona, aby adoptowane dzieci i ich biologiczni rodzice mogli łatwiej nawiązać ze sobą kontakt. Dotychczas w Szwajcarii możliwe były tylko „tajne adopcje”: adoptowane dziecko musiało czekać, aż ukończy 18 lat, zanim mogło nawiązać kontakt z biologicznymi rodzicami.

Do chwili obecnej jedynie osoby w związku małżeńskim mogły adoptować dzieci swoich małżonków. W Szwajcarii pary nieheteroseksualne są w stanie zawrzeć związek partnerski od 2007 roku, ale małżeństwa takie nie są uznawane. Od 2018 r. adopcja jest możliwa dla wszystkich osób pozostających w związku partnerskim lub związku długotrwałym.

Tym samym para w związku partnerskim nadal nie jest w stanie adoptować dziecka, które nie jest biologicznie związane z obojgiem rodziców. Oznacza to, że osoba nieheteroseksualna żyjącą samotnie może adoptować dziecko, ale będąc w związku partnerskim już nie.

Dzisiaj przeczytałem liczne komentarze do ww. artykułu.

”I am saying what many people are afraid to say. Many of the LGBT folks choose their lifestyles based on certain conditions which happened in their lives (probably childhood experiences). There is for sure a number of people born with homosexual tendencies but I strongly believe this is the minority.
As with the analogy of the smokers (ince a parent being a smoker increases the chances that his\her children will become smokers too), a child living under the care of a gay couple (I am not saying they are wrong or anything like that), the chance is increased that this child will be influenced to accept homosexual love as a natural „type” of love instead of having a neutral choice.

Without trying to discriminate either gay people or straight people, we need to be aware that the majority are heterosexual people and the children can have a better balanced upbringing compared to a gay couple parents.
And LGBT people have been known to be aggressive and insistent on their rights. This will not bode well for children upbringing.
There will be more dysfunctionality in the family nuclei and there will be more chaos and confusion.
The mainstream society is certainly resistant to change of legalising same-sex „marriage” but there is less resistance to same-sex civil unions. Now they have succeeded in getting the legal rights to have children. Where is this all going?

Only heterosexual makeup of a parenting couple can provide a more balanced upbringing experience to the child (in a perfect situation) but we have less than perfect heterosexual parents and this is the exact point where the LGBT people will use to attack the mainstream society and DEMAND their rights to be equal.

In an imperfect world of which we created and maintained wickedly ourselves, we cannot restrict but only accept these demands and pray that in the end, all will be revealed.
„Where is all this going?”

I’ll tell you. Group marriage is next. If you don’t believe me, do a web search on the topic. You’ll run across proponents such as Boris Dittrich, the Dutch politician who campaigned for „gay” marriage in the Netherlands a decade ago. He admits the next step is allowing 3 or 4, or more people to marry. Also do a web search on ‚group parenting’. Again in the Netherlands, there is a group of five – two lesbians and three gay men – who had a baby together and now all want to be legally recognized as parents.”

Ogólnie mało mnie ta informacja ruszyła, skusiło mnie jednak pokazać wszystkim, że w Szwajcarii mnóstwo jest rasistowskich, ksenofobicznych, homofobicznych, bigotów z umysłem wielkości orzeszka, trzęsących się ze strachu i wściekłości, chowających się w swoim własnym maleńkim świecie.

Uważam, że istnieje pewien procent ludzi, 1%, 2%, 5%, niezależnie od liczby, których po prostu od urodzenia pociągają osoby tej samej płci. Ci ludzie nie rozwinęli swoich uczuć seksualnych ani tożsamości ze względu na siły zewnętrzne, ponieważ organizacje polityczne próbują „promować” lub „tworzyć” jakiś program lub z powodu własnych wyborów osobistych. Bycie gejem to nie wybór – to fakt naturalnej biologii. Oni po prostu są tym, kim są. Zaakceptowanie tego faktu i stworzenie środowiska, w którym ci ludzie czują się mile widziani i normalni (ponieważ są normalni) i mogą uczestniczyć w społeczeństwie z równymi prawami, jest ludzkie i cywilizowane.
Jeśli chodzi o małżeństwo, ważnym elementem jest miłość i wsparcie, a nie to, czy oboje są małżeństwem tej samej płci, czy też nie. Może należałoby zacytować statystyki pokazujące wysoki wskaźnik rozwodów wśród osób heteroseksualnych (bo to oczywiste), o rozbijanych domach i cierpiących lub maltretowanych dzieciach w tradycyjnych małżeństwach (bo to też oczywiste). Pomimo tego, co mówią/piszą inni nie ma żadnych dowodów sugerujących, że nieheteroseksualni rodzice będą mieć gorsze lub lepsze wyniki w ww. obszarach. Tak będzie, ponieważ po prostu są ludźmi, i wychowają dzieci tak samo dobrze, jak pary tradycyjne.

Mam nadzieję, że z czasem młodzi ludzie będą mogli dorastać w środowisku, w którym każdy może być kimkolwiek i czymkolwiek chce, bez presji i uprzedzeń ze strony innych. To kwestia praw człowieka i obywatela.

Na koniec kusi mnie żeby napisać, że ludzie, którzy krzyczą najgłośniej, którzy najbardziej agresywnie głoszą własną prawdę kosztem innych, są zwykle tymi, którzy ukrywają w sobie najbardziej sprzeczne uczucia i emocje. Słyszy się o tym na okrągło: duchowni, którzy wykorzystują dzieci, konserwatywni politycy, którym udowodniono podwójne życie, często w bezpośredniej sprzeczności z ich publicznie wyrażanymi poglądami itd. Itp. Dlatego zawsze kiedy czytam obraźliwe słowa, osób które pisały tamte komentarze, staram się czytać między wierszami..

Opublikowano emigracja, Szwajcaria | Otagowano , | 1 komentarz

Koniec roku 2017

główną cechą mojego charakteru jest: chęć planowania, kontrolowania i dążenia do samowystarczalności, chęć zobaczenia świata i bycia w kilku miejscach jednocześnie.
cechy, których szukam u mężczyzny: zaradność, zdecydowanie, czułość, cierpliwość, partnerstwo, testosteron, by sprawiał, że chciałoby mi się być lepszym człowiekiem.
cechy, których szukam u kobiety: inteligencja, zdecydowanie, uroda, uśmiech, elegancja, fajny biust.
co cenię najbardziej u przyjaciół: szczerość i możliwość rozmów na każdy temat.
moja główna wada: nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, oderwanie od rzeczywistości, seksoholizm, fajki, lenistwo i praca zrywami.
moje ulubione zajęcie: planowanie podróży, spełnianie marzeń, latanie samolotem, surfowanie po necie, pozadomowe rozgrzewające igrzyska sportowe, jedzenie.
moje marzenie o szczęściu: brak popędu seksualnego, zobaczyć wszystko, co warte jest zobaczenia, praca jakakolwiek choćby mechaniczna, zdrowie, „szlafrokowe” czyli dzień bez pośpiechu, wstawania, wychodzenia, wyglądania.
co wzbudza we mnie obsesyjny lęk: rutyna, starość, choroba, bezsilność, brutalna agresja, bycie zależnym od innych, moda podtrzymywania znajomości przez internet (typowa scenka: dwoje ludzi je obiad w restauracji, każde patrzy w swój smartfon. To przerażające, że przestajemy rozmawiać). Ponadto, ciągła potrzeba bycia numerem jeden, od jedynki łatwo stoczyć się do zera…
co byłoby dla mnie największym nieszczęściem: życie bez podróży i bez M, brak przyjaciół, choroba, bieda, zależność od kogoś.
kim (lub czym) chciałbym być, gdybym nie był tym, kim jestem: delfinem? bo to taki rekin, tylko że gej 😉 jestem szczęśliwy na codzień i w pełni tego świadom, mam wrażenie, że nie umiałbym być kimś innym, nic innego nie umiem ani mnie nie interesuje.
kiedy kłamię: mówię po włosku, angielsku lub polsku, znikam z domu, a potem naprawdę wierzę w swoje kłamstwa.
słowa, których nadużywam: ja pierdole
ulubieni bohaterowie literaccy: chyłka
ulubieni bohaterowie życia codziennego: Marco, Zero, Lucia, Franco, Bianca.
czego nie cierpię ponad wszystko: systematyczności, prostactwa, pozerstwa i niepotrzebnej bufonady, polskiej małostkowości i kompleksów, załatwiania spraw w urzędach.
moja dewiza: chwytaj czas, my home is out of a suitcase
dar natury, który chciałbym posiadać: brak egoizmu, zazdrości i dumy.
jak chciałbym umrzeć: szybko, nagle, bezboleśnie, we śnie i przed 50.
obecny stan mojego umysłu: po długim locie z Hongkongu, trochę senny i rozbity.
błędy, które najłatwiej wybaczam: wciąż przesuwam granicę tolerancji wszelkich błędów.
największa porażka: brak biegłości w posługiwaniu się językiem niemieckim, kombinowanie i pazerność, brak ruchu, nadużywanie alkoholu i fajek, usunięcie konta na linkedin, brak stałego zajęcia.

Opublikowano podróże | Dodaj komentarz

Do widzenia

Port lotniczy Roman Tmetuchl International w Koror brzmi ładnie i niewątpliwie egzotycznie, ale samo lotnisko jest małe i raczej prowincjonalne niż międzynarodowe. Lądują na nim samoloty z Korei, Tajwanu, Filipin, Macao, amerykańskiego Guam i Japonii. Kierowca hotelowy odwiózł mnie na lotnisko dopiero po 20, a mając prawie 2 godziny do odlotu i tak zdążyłem się wynudzić jak mops. Zostawiłem bagaż, przeszedłem przez bardziej prowizoryczną niż prawdziwą kontrolę bezpieczeństwa a nim wbito mi pieczątkę wyjazdową z Palau mój portfel uszczuplił się o 50 dolarów – departure tax i green fee. Rząd Palau naprawdę wziął sobie do serca chęć zniechęcenia „biednych” turystów do odwiedzania ich pięknego kraju.

W samolocie spałem przez co 3 godziny lotu zleciały mi niezauważenie. Potem znowu kolejka do urządu imigracyjnego, bagaż a potem taksówka do Pasay. Tym razem skusiłem się na Grab taxi i rzeczywiście zapłaciłem 1/3 zwykłej ceny. W Sofitelu byłem po 1. odebrałem klucze do pokoju na 6. piętrze i zrobiłem sobie mocnego drinka. Dostałem mniejszy pokój za to odnowiony i całkiem ładnie urządzony. Zupełnie odechciało mi się spać, alkohol szybko zaczął działać szybko więc znalazłem sobie zajęcie by się zmęczyć przed pójściem spać. Usnąłem dopiero o 6 nad ranem kiedy za oknem robiło się widno.

Nie wiem kiedy znowu zawitam w te strony i czy w ogóle będzie mnie na to jeszcze stać, dlatego na śniadanie wystrojem się jak stróż w boże ciało, bo chciałem żeby było elegancko. Znowu natknąłem się na menadżera F&B, tego samego od 3 lat. Uśmiechnął się na mój widok, widząc mnie znowu w okresie świąt u Sofitelu Manila.
Przez kilka dni skutecznie udawało mi się unikać konfrontacji z moim stalkerem, pech chciał, że na 3 godziny przed wyjazdem na lotnisko spotkaliśmy się w windzie. Nie uszło mi to na sucho, próbowałem rżnąć głupa, ale i tak znowu dałem mu się zbrukać dosłownie i w przenośni.

 

 

W Singapurze miałem 3 godziny na przesiadkę, spędziłem ten czas chodząc po sklepach, bo tych akurat na Changi nie brakuje. Myślałem żeby zadzwonić do GH, ale w konsekwencji nie zrobiłem tego. Jutro Nowy Rok i spędzimy go z M. razem w domu.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Palau dzień 3

Przespałem cały wieczór, noc i obudziłem się po 6. Czuję się obolały, pieką mnie plecy w głowie czuję jakby łomot pneumatycznego młota. Wysmarowałem sobie na noc tyłek talkiem i od razu poczułem ulgę a pupcię mam dziś znowu gładką jak u niemowlaka. Nie dałbym rady pojechać dziś na zwiedzanie wyspy i cieszyć się z tej wycieczki, dlatego odwołałem wyjazd. Tym samym przepadło mi 300 dolców i powinienem był być na to wściekły, ale w tej sytuacji było mi wszystko jedno, ważne że mogłem wrócić do łóżka i pocierpieć w czterech ścianach hotelowego pokoju. Poza tym lunał deszcz, zachmurzyło się, spadła temperatura a tarzanie się w błocie, jazda na qudach, wspinanie się i bieganie po wodospadach nie były mi głowie.

Hotele na Palau mają dziwne zasady meldowania i wymeldowywania się. Check-in od 15 a check-out o 10. Jeśli nawet chciałbym wymeldować się później to i tak wołają sobie praktycznie jak za kolejną dobę pobytu. Nie ma co, sporo wyniesie mnie mój pobyt w tych tropikach.

O 21.50 wracam do Manili. Guam sobie odpuszczam, bo z tego co słyszałem niczego ciekawego tam nie ma, ot co zapyziałe zrzeszone amerykańskie terytorium. Chyba zrobiłbym lepiej lecąc znowu na Hawaje, przynajmniej jest tam ładnie.

Dziś ostatnia noc na Filipinach przed jutrzejszym powrotem do domu. Znowu było fajnie spędzić tutaj święta, z dala od zgiełku, zimy, mrozu, obżarstwa i rodzinnych powinności.

Święta, bożego narodzenia i sposób ich spędzania to nasza polska tradycja. Z tradycją się nie dyskutuje, bo ona po prostu była, jest i będzie. Choć może nas irytować, wkurzać albo spędzać sen z powiek z wiekiem podobno zaczynamy ją doceniać. Usłyszałem kiedyś, że człowiek z wiekiem popada w sentymenty i zaczyna bardziej doceniać momenty spędzane z rodziną, nawet jeśli wcześniej przy wigilijnym stole otwierał mu się nóż w kieszeni. Z czasem zaczynamy się z tego śmiać i powstają ciekawe anegdoty więc może o to w tym wszystkim chodzi. Póki co daleko mi do bożonarodzeniowych hucp i spędów. Może jeszcze nie dojrzałem…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Palau dzień 2

Z kilkuosobową grupą płetwonurków popłynęliśmy dziś w stronę północno-zachodniego krańca Palau. 5 nurkowało a 4, w tym ja, tylko snorkelowało.

70 wysepek Rock Island jest największą atrakcją Palau. Te znajdujące się z południowej strony drobne wysepki, zwykle niezamieszkałe, wyglądają jak duża garść szmaragdów rozrzuconych po oceanie, lub zielone grzyby wystające kapeluszami ponad wodę.
Przy German Chanel zatrzymaliśmy się po raz pierwszy.
Sztucznie utworzony kanał jest  jedynym w okolicy miejscem gdzie woda z wewnętrznej laguny swobodnie przepływa do oceanu. Powoduje to silne prądy w okolicach ujścia jak i w samym kanale. Najlepszym miejscem nurkowym jest jego południowe ujście, oraz licznie występujące „clearing station – stacje czyszczenia” dla różnych gatunków ryb. Zobaczyć tu można przede wszystkim manty, rekiny i wiele ryb tropikalnych, w tym miejscu można obserwować prawie każdy możliwy do spotkania gatunek występujący na Palau jak choćby barakudy, snapery i karanksy.

Początkowo wydawało mi się strasznie nudne nurkowanie w samej masce dopóki nie pojawiły się kolorowe ławice ryb, kraby, gąbki, barakudy, żółwie, małe rekiny i płaszczka, która podpływały do nas kilkakrotnie, na wyciągnięcie ręki robiąc przy tym niesamowite piruety. Niesamowite doświadczenie!

W drugim punkcie opiłem się słonej wody i zaczęło mnie potem od tego mulić. W dodatku zacumowaliśmy w zatoce gdzie prąd był bardzo silny przez co chwilami myślałem, że za chwilę się uzewnętrznie.
Cieszę się, że tutaj przyjechałem, archipelag jest prawdziwym cudem natury…

Nie znam drugiego takiego miejsca na Ziemi. Nietknięte skarby natury, naturalne piękno, oddalenie od wszelkiej cywilizacji sprawiają wrażenie jakby dotarło się na koniec świata. Skały wulkaniczne i rafy koralowe i to niezliczona ilość Rock Islands. Przewodnik mówił, że terytoria te zostały uznane za nr 1 podwodnych cudów świata i chyba rzeczywiście tak jest. Samo środowisko morskie kryje ponoć 1400 gatunków ryb i ponad 700 gatunków koralowców. Nurkowanie tutaj to nie tylko rekiny, korale i meduzy. Dużą atrakcją są także wraki japońskich okrętów z czasów drugiej wojny światowej.

Jedynie czego zabrakło mi podczas pobytu to kąpieli w Jelly Fish Lake. To właśnie miejsce zapamiętałem z jakiegoś programu w telewizji. Obiecałem sobie wtedy, że kiedyś jak dorosnę chciałbym zobaczyć to miejsce na własne oczy. Niewątpliwie najsłynniejsze spośród słonych jezior, zamieszkiwane jest przez niezliczoną ilość meduz, które przez setki lat odosobnienia straciły zdolność parzenia. Miejsce to należy do jednego z najczęściej fotografowanych nurkowisk na Palau, niestety dwa lata temu z powodu ocieplenia klimatu meduzy wymarły i trzeba będzie trochę jeszcze poczekać nim się odrodzą. Musiałem obejść się ze smakiem i pogodzić z faktem, że spełnienie tego marzenia przyjdzie mi odłożyć w czasie.

***

Podczas pobytu w Cairns pojechaliśmy z K. zobaczyć Wielką Rafę Koralową. Nie nurkowaliśmy, ale dostaliśmy skafandry i maski z rurką do snorklowania. Tutaj było podobnie tyle że nie dostałem żadnego skafandra. Jak wróciłem do hotelu czułem jak lekko pieką mnie plecy, potem zaczęła boleć mnie głowa a o 18 dostałem gorączki że myślałem że mi łeb eksploduje. Na dodatek dostałem jakiś odparzeń i potówek na tyłku i udach prawdopodobnie od długiego przesiadywania w mokrych majtach. Wyglądam ohydnie jakbym dostał jakiejś pryszczycy…

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Palau dzień 1

W nocy hotel wydawał się ponuro ciemny, szary i opuszczony, nie miał w sobie nic z miejsca, które oglądam na stronach w internecie… Wczesnym rankiem wyszedłem na taras, widok okazał się spektakularny: położony nad zatoką, z licznymi zacumowanym przy nabrzeżu łódkami, zatopiony wśród bujnej roślinności, pełen palm, krzewów, wypielęgnowanych egzotycznych kwiatów – prawdziwie rajski widok skąpany w pierwszych promieniach słońca.

W sali śniadaniowej spotkałem głównie Japończyków, pod nich ułożony był cały śniadaniowy bufet, jedyne co było zachodnie to omlet i croissanty.
Od kilku dni brakuje mi normalnej kawy, tę którą serwują niestety nie da się pić, straszna lura, która smakuje jak wypłuczyny. Marzy mi się filiżanka espresso.
Miałem trochę czasu pokręcić się po ośrodku nim przyjechał po mnie samochód, którym pojechałem na miejsce zbiórki. Dziś w planie miałem kajaki. W biurze Fish’n Fins najpierw kazali wypełnić mi tonę dokumentów nim pozwoli odebrać kajak i sprzęt do nurkowania. Wdałem się w pogawędkę w przypadkowo spotkanym instruktorem nurkowania, który okazał się być Szwajcarami. Dostało mi się za to, że po 10 latach mieszkania w Helwecji nie mówię po szwajcarsku. Chłopak dumnie prezentował mi swoje polskie korzenie. Okazało się, że po polsku nie potrafi sklecić nawet zdania, więc na końcu wybuchnęliśmy gromkim śmiechem.

Razem ze mną podróżowały tego dnia pochodzące z Singapuru matka z córka oraz pracująca w Nowym Jorku Tajwanka. Popłynęliśmy w kierunku jednej z wielu zatok skąd przysiedliśmy się na kajaki.
Palau jest majestatyczny, prawdziwie rajski, soczyście zielony, turkusowy i mocno błękitny. Co jakiś czas łapał nas przelotny deszcz, chowaliśmy się wtedy pod drzewa albo pod sklepieniami jaskiń. Zatoki pełne są japońskich pozostałości z czasów wojny: bunkrów, zatopionych statków magazynowych, wraków statków.

Popołudnie i wieczór spędziłem w hotelu.
Połączony mostami i groblami zespół wysp z szeroką laguną, na którym znajdują się te miasta można łatwo zwiedzić, najlepiej wynajętym samochodem. Niestety brak jest tutaj transportu publicznego poza taxi. Tyle tylko, że w Koror niewiele jest do zwiedzania

Wieczorem spełniłem życzenie jednego z mieszkańców wyspy. Początkowo szło jak po grudzie, ale dzięki cierpliwości, doświadczeniu i zdolnościom manualnym zrobiłem to jak należy.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

3, 2, 1 Palau

Tak jak myślałem, gdy wygrzebałem się z łóżka było grubo po 16, na pół rozespany na pół przytomny zacząłem się więc pakować. Nauczony doświadczeniami z poprzedniej wizyty na lotnisku w Manili ubrałem się warstwowo na cebulkę, bo klimatyzacja na tym lotnisku naprawdę potrafi ludziom dać popalić – tym razem nie planowałem marznąć na kość, trząść się z zimna i szczękać zębami.
Zanim nadałem bagaż musiałem odstać w kolejce ponad godzinę. Spędziłem ten czas pożytecznie czytając zaległą lekturę. Na lotnisku pustki jak na Manile, owszem było trochę osób, ale bałem się że będzie dużo gorzej.

Samolot lini United do Koror nie miał opóźnienia, trochę tylko trwało nim przeszedłem przez całą kontrolę bezpieczeństwa. Widać że leciałem jakby do Stanów, bo punktów kontroli było niewspółmiernie dużo za dużo.
Nie lubię United, okropna linia, stare samoloty i okropny serwis. My w Europie naprawdę jesteśmy rozpieszczani przez linie lotnicze a to co stało się w USA to sprowadzenie lini lotniczych do poziomu komunikacji miejskiej: masówka, wszystko byle jak, byle tanio.

O 2.30 samolot dotknął tafli Palau International Airport. Na zewnątrz panowała nieznośna duchota, pasażerowie w kompletnej ciszy wychodzili z samolotu kierując się w kierunku głównego budynku.

Wypełniając wniosek wjazdowy do Palau niechcący wpisałem, że nie mam żadnego źródła dochodu przez co niepotrzebnie wzbudziłem zainteresowanie służb imigracyjnych. Zaczęły się jakies głupie i niepotrzebne pytania, pokazywanie rezerwacji biletów, hotelu, wycieczek i środków na pobyt…. Była 2.30 rano, oczy miałem na zapałki, więc nie mogli oczekiwać ode mnie, że będę pamiętał wszystko co wpisałem we wniosku.
W końcu wbili mi ogromną na całą stronę pieczątkę z wizą.
Kierowca z Royal Resort już na mnie czekał, zapakowałyśmy tylko bagaż i po chwili ruszyliśmy w kierunku hotelu.

Palau to dziura. Czarno ciemno i nie działają telefony. Wpadłem w panikę że będę odcięty od reszty świata przez następne kilka dni. Przypomniało mi się że podobnie było na wyspach Cooka całkowicie odcięty od świata z 50 Mb dostępem do internetu za 20 usd.

Palau jest trochę japońskie przynajmniej toalety są jak centra dowodzenia statku kosmicznego w NASA. Ceny wprost powalają, pokój kosztuje 350 USD za noc w pokoju standardowym bez śniadania. Na szczęście działa wifi więc jakoś dałem radę skontaktować się z bliskimi, że doleciałem i nie rozbiłem się gdzieś nad Pacyfikiem.

O 7. miałem pobudkę, gdy kładłem się do łóżka była 6.15…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Za kilka godzin będę w Palau

Dziś znowu nie spalem północy, o 4 nad ranem rozmawiałem krótko z M. przez telefon, po czym przyłożyłem głowę do poduszki i zasnąłem. Jet lag wciąż daje mi się we znaki. Spałem krótko, przed 8 byłem już na nogach, bo odezwał się we mnie straszliwy głód. Zdałem sobie sprawę, że wczoraj zjadłem tylko śniadanie a potem przez cały dzień nic. Zszedłem na śniadanie na osławiony bufet i od mnogości potraw, z różnych częściej świata, ich zapachów zakręciło mi się aż w głowie. Wcisnąłem w siebie więcej niż zwykle, wszystko wyglądało tak smacznie, że aż żal byłoby czegoś nie spróbować.

Mój filipiński stalker chyba sobie odpuścił, bo dziś w ogóle nie dał o sobie znać. Noel wpadł do hotelu kilka minut po 9 i prawie mieliśmy udać się na kawę do baru kiedy coś mnie tknęło, żeby niepotrzebnie nie kusić losu, dlatego poszliśmy od razu do mnie na górę.

Od rana padało, wiedziałem już, że z basenu będą nici a dzień przyjdzie spędzić mi albo w łóżku albo na zakupach w Mall of Asia.

Samolot do Palau odlatywał dopiero po 22, w hotelu zgodzili się żebym został w pokoju do 18 co było miłym udogodnieniem, bo średnio uśmiechało mi się siedzieć na lotnisku od 13 w oczekiwaniu na odlot samolotu do Koror. Zamiast tego mogłem wygodnie wylegiwać się w łóżku nim wyjechałem na lotnisko.

Dziś w nocy będę w Palau. Wciąż wydaje mi się to nierzeczywiste.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Manila

Trasę z lotniska Aquino do Sofitelu znam już na pamięć, na terminalu przylotów, z dużą walizką i zimową kurtką przewieszoną przez ramię, z trudem przedzierałem się przez tłumy ludzi oczekujących na przylot swoich krewnych, raz po raz ocierając pot z czoła. Była prawie północ a temperatura sięgała 30 stopni. Od raz widać, że to święta i że wszyscy Filipińczycy zjeżdżają do domu odwiedzić swoje rodziny i krewnych aby wspólnie spędzić te kilka dni razem. Na Grab Taxi nie starczyło mi cierpliwości, przede mną stało kilka osób i nic nie wskazywało żeby miało się to szybko zmienić. Machnąłem ręką i zaraz podjechał do mnie inny wolny kierowca, zapłaciłem 7 dolarów więcej, ale po chwili byłem już w drodze do Pasay.
To moje kolejne, już trzecie z kolei święta w Manili i znowu bardzo się cieszę, że tutaj jestem, że ominęły mnie święta w domu, cały ten zgiełk, szaleństwo zakupowe, kolejki, obżarstwo do granic możliwości i zima za oknem. Trochę to okrutne, ale nic na to nie poradzę, że tak właśnie czuję.
Przyleciałem tutaj znowu sam, bądź co bądź nie mogłem narzekać na brak towarzystwa. Po tylu wizytach w tym kraju prawie do perfekcji opanowałem już sztukę zawierania szybkich, łatwych i niezobowiązujących znajomości.
W wigilię zapoznałem parę sympatycznych Polaków z Pomorza odwiedzających Filipiny w drodze do Tajlandii. Spontanicznie spotkaliśmy się w hotelowym loungu i w wigilię wlewaliśmy w siebie kolejne lampki białego wina uskuteczniając wesołe historie. Zamiast karpia tego dnia było sushi i wcale nad tym faktem nie ubolewałem.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Święta na Filipinach

Do Hongkongu dolecieliśmy szybko i bez perypetii. No może prócz tego, że w samolocie podróżował ze mną znajomy steward, który traktował mnie jakbym był przezroczysty. Ponad dwugodzinną przerwę w podróży spędziłem w loungu wykorzystując ostatnie dni członkostwa w One World. W przyszłym roku będzie podłoga albo co najwyżej plastikowe krzesło w hali odlotów.

Z Hongkongu mieliśmy ponad godzinne opóźnienie, bez przerwy wierciłem się w fotelu licząc, że za chwilę wreszcie ogłoszą nasz odlot. Co kwadrans ogłaszać, ogłaszali ale co raz ro inny powód naszego opóźnienia i co raz bardziej wzmagało się we mnie poirytowanie. W Manili wylądowaliśmy grubo po 23, nim przeszedłem przez kontrolę paszportową i odebrałem bagaż wybiła północ. Dzikie tłumy Filipińczyków oczekujących przyjazdu swoich bliskich blokowały wyjście z lotniska. Kiedy wreszcie doczłapałam się do budki Grab taxi moim oczom okazał się widok bardzo długiej kolejki co oznaczało kolejną straconą godzinę. Machnąłem ręka na to, że przepłacę te kilka dolarów i wsiadłem do pierwszej lepszej wolnej taksówki, bo marzyłem tylko o tym jednym: żeby zmyć z siebie bród tej podróży i czym prędzej wbić się do łóżka.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz