W drodze do Los Angeles

Na przestrzeni 10 lat odkąd się znamy, pierwszy raz zdarzyło się, że byliśmy spakowani i gotowi do wyjścia na pół godziny przed czasem. Zwykle jest tak, że M. gramoli się i guzdrze, potem przy wyjściu jeszcze o czymś superważnym sobie przypomina, że w konsekwencji na dworzec musimy biec a dopiero w pociągu okazuje się, że i tak czegoś zapomniał. A dziś proszę – 8.30 a my obaj jesteśmy gotowi do wyjścia. Chwile naszego upojenia spektakularnym sukcesem zepsuł brat M., który niespodziewanie zadzwonił przekazać, że miał jakiś złowieszczy sen i żebyśmy zrezygnowali z urlopu. Na rodzinę zawsze można liczyć…

Dziś jakby wszyscy się zmówili by o tej samej porze jechać do Zurychu. Na widok tłumów na peronie zdecydowaliśmy przesiąść się do pierwszej klasy bo inaczej musielibyśmy tłuc się ponad godzinę na stojąco.

M. specjalnie nie jadł dziś śniadania, żeby przed odlotem bez ograniczeń delektować się ofertą kulinarną loungu dla pasażerów First class, wypił dwie lampki różowego szampana, dwie lampki białego wina, wciągnął trzydaniowy zestaw menu a gdy tylko wsiedliśmy na poklad samolotu zaczął cały rytuał od początku dorzucając sobie talerz serów.

12 godzin lotu spędzonych leniwie w komfortowych warunkach minęło bardzo szybko. M. spał jak mops zmęczony szampanem, mnie przed przylotem do Los Angeles udało się zdrzemnąć raptem godzinkę. Gdy dotarliśmy do hotelu było po 17. Walcząc z sennością zmusiliśmy się pójść na spacer. Tylko co można robić w LAX? No właśnie niewiele, prócz McDonaldsów, Carl’s Junirów i Burger Kingów nie ma tu za wiele do oglądania…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Kozak ze mnie kiepski

Moja mała intryga nie powiodła się. Przed spotkaniem z byłym szefem napisałem maila do dyrektorki. Odpowiedź przyszła jeszcze tego samego dnia – moje stanowisko i obowiązki zostaly przekazane komuś innemu. Nie powinienem spodziewać się niczego innego, ale z drugiej strony jakaś cząstka mnie miała żal, że tak łatwo przyszło im mnie zastąpić. Po powrocie do domu opowiedziałem o tym M. który zdobył się tylko na komentarz : „complimenti”.

Dość tego, nie będę martwił się na zapas. Jutro lecimy przecież na tydzień do San Francisco, to nasz jedyny wspólny urlop w te wakacje. Zwykle udawało się nam pojechać wspólnie na południe Włoch odwiedzić rodzinę, ale w związku z moim światowym turnee M. poleciał tam w lipcu sam. Skoro to nasz jedyny wspólny urlop a na dodatek ostatnia wielka daleka wyprawa, po której nastąpi wielka zawodowa niewiadoma postanowiliśmy zadbać o odpowiednią oprawę – zrobiliśmy użytek z mil i w obie strony lecimy Pierwszą Klasą.

Planujemy zwiedzić Napa Valley, Yellowstone, popłynąć do Sausalito, zrobiłem nam rezerwacje w Gary Danko i napisalem maila do K – obiecała, że w czwartek spotkamy się na kolacji.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Wesele

V. i A. niespodziewanie zaprosili nas do Amsterdamu na swoje wesele. Kilka tygodni wcześniej V. konsultowała ze mną termin biorąc pod uwagę, że jestem w mega rozjazdach i że jest tylko kilka weekendów kiedy na pewno będę w Europie. Ewidentnie zależało jej żebyśmy obaj przyjechali co było strasznie miłe z jej strony i takie nieszwajcarskie. Skróciłem więc swój pobyt w Wiedniu i już w piątek wróciłem do Szwajcarii, by w sobotę wczesnym rankiem polecieć do Amsterdamu. M. w ostatniej chwili niestety nie mógł mi towarzyszyć, nie dostał urlopu, dlatego zamiast niego V. posadziła mnie przy stoliku z Axcellą, która niespodziewanie dostała zaproszenie na tę uroczystość.

Wesele zorganizowane było z niebywałym przepychem i rozmachem, prawie stu gości, ze Szwajcarii, Anglii, Macedonii, Dubaju i Stanów, ceremonia odbywała się po angielsku a słowa urzędnika tłumaczone były najpierw na szwajcarski niemiecki a potem macedoński. Na tę specjalną okazję V. wybrała urokliwe Muzeum Kanałów i wnętrza bardzo eleganckiego hotelu Amstel Intercontinental. Po uroczystości zaślubin wynajęta łódź malowniczymi kanałami przewiozła gości z muzeum do hotelowej mariny. Pogoda dopisywała bo nie było gorąco. Do Amsterdamu leciałem w spodenkach i tshircie, w Radissonie obiecali dać mi szybciej pokój żebym zdążył się przebrać i wypicować na ceremonię. Do muzeum pojechałem taksówką, Axcella czekała na mnie przed wejściem ewidentnie czymś poirytowana bo z daleka coś już do mnie wołała. Okazało się, że przyszła tutaj pieszo, w wygodnych klapkach z zamiarem dyskretnego przebrania szpilek po wejściu do muzeum. Pech chciał, że gdy tylko weszła do budynku od razu natrafiła na grupkę wyelegantowanych gości, którzy natychmiast zmierzyli wzrokiem jej dziwny strój a ona z wrażenia zapomniała się i głośno skomentowała zajście siarczystym oh fuck, po którym chciała już tylko zapaść się pod ziemię.

W maju żenił się mój brat, porównując jego wesele z tym przyjęciem gdzie mąż panny młodej praktycznie dysponował kilkakrotnie większym budżetem, nie miał czego się wstydzić. Wszystko zorganizowane było z wielką klasą, dobrym smakiem i wyczuciem estetyki.

Jedynym udziwnieniem, które zapamiętałem to że, w trakcie wesela kilkakrotnie goście proszeni byli o przechodzenia z jednego pomieszczenia do innego: apero na tarasie, przejście do biblioteki, przemówienia, przejście do sali restauracyjnej, przejście na patio, zdjęcia, przejście do biblioteki i krojenie tortu, przejście do sali balowej, tańce, przejście do baru. Trochę było tego łażenia na szczęście kieliszki nawet na moment nie przestawały być puste.

W czasie uroczystości zaślubin wpadł mi w oko pochodzący z Kuby fotograf. Niewysoki, lekko łysiejący brunet, z błyskiem w oku i roztapiającym serca lód uśmiechem. Wypatrzyłem go w muzeum, wyzbyty nieśmiałości od razu go zagadałem uskuteczniając swoją gadkę wypracowanym latami urokiem osobistym, okraszając wspomnieniami z niedawnej podróży po Ameryce Południowej. Jakie było moje zdziwienie kiedy po chwili rozmowy popatrzył mi głęboko w oczy, dorzucił swój zniewalający uśmiech i stwierdził że według niego mamy ze sobą dużo więcej wspólnego po czym lekko zmrużył oko. Jakby od uderzenia piorunem poczułem jak bardziej roztapiam się w środku, jeden z członków zesztywniał a w głowie kombinowałem jakby tu dyskretnie zorganizować nam miłą schadzkę. Po chwili chłopak uśmiechnął się znowu i dokończył urwaną myśl: – …obaj pochodzimy z komunistycznego kraju.

Na przyjęciu spotkałem mnóstwo znajomych z dawnej pracy, prawie wszyscy pytali mnie o to samo: kiedy wrócę i był to istny miód na moje serce. Zabawa była przednia przez cały wieczór, razem z K. postanowiliśmy pokazać licznie przybyłym dzieciakom jak korzystać z automatycznej budki do robienia zdjęć ustawionej gdzieś w holu, przebraliśmy się w dostępne stroje, doczepiane wąsy, peruki i inne rzeczy i przybierając najdziwniejsze pozy oraz strojąc śmieszne miny strzeliliśmy sobie całą serię fotek a ta niezapomniana sesja zasiliła weselny album młodej pary.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Stamtisch

Wróciłem przed chwilą z ostatnich zajęć w Instytucie. O. zaprosił mnie na lunch do TGI i szybkie piwo, którego nadmierne spożywanie usprawiedliwiamy panującymi upałami. Na 14 umówiony miałem przecież masaż, o którym prawie bym zapomniał. Rozbierać zacząłem sie już w windzie, tak że gdy wparowałem do pokoju rzuciłem tylko ciuchy na podloge i wskoczyłem pod prysznic. Jeszcze mokry wyskoczyłem spod prysznica, wpadłem do pokoju i przez moment poczułem jak pod stopami zostawiam mokre ślady na hotelowej wykładzinie. Pośpiesznie ubrałem skarpety i sięgnąłem po porzucone byle jak buty gdy zorientowałem się że chyba nie do końca jestem suchy, bo skarpety od spodu były całe mokre. Stojąc w korytarzu i próbując wymyślić co teraz poczułem jak woda kapie mi na głowę… z sufitu. Na korytarzu zauważyłem olbrzymią mokrą plamę na wykładzinie. Lało się spod podwieszanego sufitu, krople przeciskały się między halogenami i bałem się, że zaraz coś pierdyknie albo jakieś gorsze nieszczęście. Zgłosiłem problem na recepcji, jakiś magik przyszedł sprawdzić co się stało, po kwadransie miałem w pokoju całą brygadę specjalną a recepcjonista zaproponowali mi zmianę pokoju. Za 12 godzin i tak miałem wymeldować się z hotelu, ale wszystko wskazywało na to że już teraz będę musiał się spakować, by zmienić pokój. Gdyby zdarzyło się wcześniej dłużej nacieszyłbym się przestronym apartamentem, który dostałem od nich w prezencie.

***

To był zupełnie inny kurs, ani trochę nie przypominał tego z Mannheim skąd chciałem ewakuować się juz po pierwszym tygodniu. Ludzie w grupie byli w większości w podobnym wieku, wszyscy pracowali, każdy miał coś ciekawego do powiedzenia. Dużo było Hiszpanów, Anglików, Włochów, Amerykanów, Azjatów, trafił się Brazylijczyk, kilku Węgrów, Rosjanka i Polka. Dziś był ostatni dzień kiedy pojawiłem się na zajęciach, wstałem, spokojnie zjadłem śniadanie i poszedłem do szkoły dopiero na drugą lekcję. Tak bardzo nie chciało mi się zrywać dziś wcześnie z lóżka, a że już jestem dużym chłopcem i sam płacę za swoje zajęcia nikt nie może zabronić mi wagarowania. Wieczorem miał odbyć się pożegnalny Stamtisch i zastanawialem się jak się z niego wymigać. Chciałem przekonać chłopaków, że lepiej będzie wyskoczyć najpierw na wspólny lunch a wieczorem spotkać się w ulubionym barze. Na zajęciach było ciekawie, z lekkim rozżaleniem myślalem o tym że to juz ostatni raz kiedy spotykamy sie w tym gronie. Anna, Sharon, Robin, Gulliermo, Jason, Oliwer – wszyscy wybierali się wieczorem do restauracji, wymusili na mnie żebym i ja tam się pojawił. Pojechaliśmy razem z Oliverem taksówką, bo upały nie ustępowały. Zaczęło się niewinnie od kolacji i kufla piwa, ale potem towarzystwo się rozkręciło, były kolejne piwa, narodowe przyśpiewki i nawet tańce.

Do radissona wracałem razem z Sharon, oboje zgodziliśmy się, że wieczór bardzo się udał, choć w jej przypadku bardziej chodziło o przystojnego kelnera z Gasthaus Quell.

To nie nasz pierwszy pobyt w stolicy Austrii, ale krótki pobyt w porównaniu z możliwością mieszkania tutaj przez kilka tygodni to zupełne różne doświadczenia. Nie koncentrowaliśmy się na głównych atrakcjach turystycznych, ale na poznawaniu mniej znanych uroczych miejsc Wiednia. Uważam że byłoby cudownie móc tutaj się przeprowadzić, zamieszkać i pracować na stałe.

***

Samolot do Zurychu odlatywał wcześnie rano, o 4 byłem już na nogach, spakowany wracałem do domu tylko po to, żeby zostawić M. cały kosz rzeczy do prania, dać buziaka, przepakować torbę i zaraz wracałem na lotnisko. Jutro wesele V. i A. w Amsterdamie.

Otagowano , | Dodaj komentarz

Brastysława

Ładna ta Bratyslawa, tak akurat na jeden dzień, inaczej można by umrzeć z nudów, zwłaszcza gdy nie dopisuje pogoda a lało tego dnia jak z cebra. F. juz wcześniej kupił nam bilety na rejs statkiem wzdłuż Dunaju. Pech chciał, że od rana trwała ściana deszczu, myślałem że chłopaki się rozmyślą i zostaniemy w hotelu, ale nic z tego. Zaopatrzeni w parasole poszliśmy w kierunku Schwedenplatz.

Rozumiem mieszane uczucia jakie wywołuje stolica Słowacji: jednym się podoba a innych obrzydza i wydaje się bardzo nudna. Prawda pewnie leży po środku, bo Stare Miasto, okolice zamku, są naprawdę urokliwe, za to Dworzec Kolejowy zaniedbany i brudny, lepiej unikać tego miejsca po zmroku. Wracając wieczorem do Wiednia weszliśmy razem z F. do jednej z dworcowej kawiarni/ baru i na wejściu pożałowaliśmy tego wyczynu. W środku siedziały sama zakapiory, mordy zakazane, myślałem że nas tam przeszturchają i obrabują, ale zdążyli zmierzyć nas tylko wzrokiem i już nas nie było. Z kawy musieliśmy więc zrezygnować i czas do odjazdu pociągu przeczekaliśmy grzecznie na peronie…
Stare Miasto za to perełka – ulice zamknięte dla ruchu kołowego, większość pełna ludzi o każdej porze dnia, a w lecie także w nocy. Restauracje, kawiarnie, ogródki piwne i kocie łby nadają tej części Bratysławy kameralny charakter. Nie jest tak rozległe jak np. w Pradze, ale da się lubić.
P. łaził po mieście z wywieszonym językiem, co chwile komentując męskich przedstawicieli lokalnego kolorytu. Co chwilę jęczał i wołał „guarda che bello” na co z M. przestaliśmy w ogóle już zwracać uwagę. Na dłuższa metę jest to meczące, ale na szczęście widujemy się z nim tak rzadko że zdążyłem się uodpornić. M. obiecał mi że jeśli na stare lata mnie też tak odwali może mnie palnąć w głowę albo najlepiej od razu zastrzelić.
Po mimo niesprzyjającej pogody narobiliśmy tego dnia całą masę pamiątkowych zdjęć. Tylko F. nie chciał pozować uparcie twierdząc, że nie jest „abbastanza foto-higenico” i to powiedzenie zyskało miano kultowego.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Szybciej się piachu najem niż skrzyżuję oddech z Katarczykiem

Patelnia. Tak można opisać pogodę, po śniadaniu wybraliśmy się pieszo w kierunku Prateru i po drodze dwa razy zatrzymywaliśmy się na szklaneczkę aperol spritza, chowając się przed słońcem. Przy takich upałach najlepiej byłoby wlewać w siebie kufle zimnego piwa, ale biegalibyśmy po tym jak kot z pęcherzem. Gdyby ode mnie to zależało chyba nie wyściubiłbym dziś nosa spoza klimatyzowanego pokoju ale B. się napalił i nie chciałem go rozczarować.

Wieczorem wybraliśmy się do zum Leupold na prawdziwego winner sznycla.

W radissonie pełno jest Habibi z rodzinami, nie przeszkadzają mi kręcące się wszędzie pozakrywane kobiety pingwiny, bo dzięki temu nasz hotel jest najprawdopodobniej najbezpieczniejszym hotelem w Wiedniu, tutaj żadna bomba nie wybuchnie ani nikomu nie przyjdzie na myśl bieganie i częstowanie gości scyzorykiem albo maczetą. Nie mam najlepszej opinii o Katarczykach, zwłaszcza dzieciach bo grube to i brzydkie ale przede wszystkim fatalnie się zachowują.
Na śniadaniu przy jednym stolików siedzi katarska rodzina, dotknięta ewidentną epidemią otyłości: ojciec – ubrany w thobe z idealnie geometrycznie przystrzyżoną brodą, matka i dwie córki. Żona i jedna z córek całkowicie zakryte abayą, nekabem i ghotwą. Najmłodsza ma zakryte włosy, ale pokazuje twarz, niestety bardzo pryszczatą. Urodą nie grzeszy, bardzo pospolita facjata, żeby nie powiedzieć że końska i typowy kartoflany nos. Ojciec co chwila woła do kelnerki o sok, kawę, pieczywo, herbatę, nutellę, omlet albo naleśniki. Poirytowana kelnerka odpowiada mu bardzo grzecznie, że na śniadaniu jest bufet i samoobsługa, ale on wydaje się tego nie akceptować, żąda żeby mu wszystko przynoszono do stolika. Najmłodsza córka je z otwartymi ustami, widzę i słyszę jak mlaska, przeżuwa wszystko i lekko mnie odrzuca. Po chwili zaczyna charkać i ostentacyjnie kaszleć, wstaje podchodzi do bufetu i zaczyna kokofonię odgłosów chrumkania, chrypania, parskania, rzężenia i kasłania. Wcale nie zakrywa ust i jak widzę nachylającą się nad bufetem mam ochotę do niej podejść i walnąć jej plastrem szynki w ten wągrowaty czarny, pusty łeb tęskniący za rozumem. Początkowo nie reaguję, ale nóż otwiera mi się w kieszeni, zaczynam rozumieć dlaczego tacy jak ona nie jedzą wieprzowiny, przecież ona zachowuje się jak świnia.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Witaj szkoło

Pierwsze zajęcia a ja się spoźniłem. Dzień wcześniej wybadałem gdzie dokładnie znajduje się budynek szkoły i jak do niego trafić, ale w poniedziałek rano postanowiłem wypróbować skrót, który żadnym skrótem się nie okazał. Wpadłem do szkoły, zziajany i spocony, spotkanie informacyjne już trwało, w budynku choć stary panowała nieznośna duchota, męczyłem się strasznie. Spotkanie na patio odbywało się w całości po niemiecku, dyrektor Instytutu tłumaczył coś ale nie bardzo słuchałem, bo dopiero co zacząłem do siebie dochodzić. Wręczali jakieś karteczki, niektórzy kursanci podchodzili i zabierali je ze sobą. Potem okazało się, że była to preselekcja kwalifikująca do odpowiedniej grupy. Ci którzy niczego nie rozumieli nie podchodzili w ogóle, trafiali głównie do najniższej grupy i dla nich na końcu tłumaczono zasady kursu po angielsku. Przeszliśmy do klasy napisać test – okazał się banalny, nie było zaskoczenia. Rozmowa z lektorem też odbyła się bez stresu, pogadaliśmy sobie o pierdołach potem miałem fajrant do 13.

Gdy było już po wszystkim wyszedłem na patio zapoznać się z innymi kursantami – trafiłem na całkiem fajną grupę Węgrów, Hiszpanów i Włochów. Po chwili dołączyła do nas para Anglików i Hiszpan, którzy po niemiecku mówili tak szybko i tak sprawnie, że po niecałym kwadransie sami się od nas odłączyli, bo ewidentnie zaniżaliśmy im poziom konwersacji. Tak to już jest na kursach, że ludzie z wyższych grup trzymają się między sobą i nie integrują się z tymi z grup mniej zaawansowanych, nie mówiąc już nawet o początkujących.

Jakie było moje zdziwienie kiedy okazało się, że ta cała Trójca jest w mojej grupie! Porównując się do nich i ich znajomości niemieckiego, bałem się w ogóle cokolwiek powiedzieć. Planowałem nawet porozmawiać po zajęciach z lektorką i przenieść się do niższej grupy bo ta ewidentnie wydawała mi się być super zaawansowana. Strach ma jednak wielkie oczy – wystarczyła godzina wspólnych zajęć i zorientowałem się, że bezokolicznikami to i ja potrafię rzucać, a gramatyka to u tych państwach leży i kwiczy.

Z grupką nowo zapoznanych znajomych poszliśmy na lunch do pobliskiego baru. Jak na pierwszy dzień bardzo mi się podobało.
Rano odprawiłem B. pierwszym samolotem do Belgradu. 

W ramach programu kulturalnego po zajęciach wszyscy udaliśmy się na spacer po mieście. Słońce nie przestawało prażyć, temperatura przekraczała 30 kresek, chodziliśmy ze zwieszonymi głowami co kilka minut przystając przy jakimś zabytku i szukając odrobiny cienia. Moja nowapoznana koleżanka z Polski rzuciła hasło, żeby odłączyć się od grupy i wyskoczyć gdzieś na zimne piwo. Chętnych nie brakowało…

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Ich lerne Deutsch vol. 2

Już w sobotę po przyjeździe wiedziałem, że decyzja o wykupieniu kursu językowego tutaj była strzałem w dziesiątkę. Stolica Austrii to nie jakieś zapyziałe przemysłowe Mannheim, nawet codzienna droga do szkoły jakby motywuje człowieka do nauki, spacer wśród wszystkich tutejszych zabytków, widok na Hofburg zza okna hotelowego pokoju, piękna pogoda i życzliwość Austriaków – tutaj jest bosko!

Na weekend zaprosiłem do siebie B. który nie dał się dwa razy prosić a ja zyskałem towarzystwo na pierwsze dni pobytu. W sobotę było gorąco, ale prawdziwy żar z nieba lał się w niedzielę. Nie wiem ile razy przedtem byłem w Wiedniu, ale każdy powrót traktuję jako przygodę, bo to miasto nigdy mi się nie znudzi. 

Nie znalazłem żadnego ciekawego mieszkania na Airbnb stąd pomysł zamieszkania w hotelu. Dawny Radisson przy Parkringu przywoływał same dobre wspomnienia po pobytach tam z M, ale po tym jak został zamknięty musiałem zamieszkać w innym na Herrengasse. I wcale tego nie żałuję bo jak zobaczyłem swój pokój przestałem się martwić, tym że przyszło mi zamieszkać na ponad dwa tygodnie w hotelu. Ktoś mógłby pomyśleć o czym ten koleś pieprzy, przecież mieszkać w pięciogwiazdkowym hotelu w samym centrum Wiednia to marzenie każdego, no właśnie mieszkać w sterylnie czystym miejscu przez bite kilka tygodni to taki lekki koszmar bo nic nie wydaje się twoje, nakrochmalona, świeża pościel wydaje się sztuczna, nawet największy pokój z czasem robi się klaustrofobiczny, śniadania są supermonotonne, a otaczający zewsząd porządek rzuca się człowiekowi na mózg. Ten kto kiedykolwiek musiał mieszkać w hotelu dłużej niż tydzień wie o czym mowa…

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Podróże w czasie

Spotkałem Mr Diabolique. Zaczepił mnie, nie widziałem że to on, już miałem go zignorować kiedy przypomniał mi kilka szczegółów z przeszłości i wtedy wiedziałem, że to on. Spędzając z nim cały poniedziałkowy wieczór w hotelowym pokoju, czułem się jak Carrie Bradshow wpadająca na Mr Biga. Nie widzieliśmy się ponad 9 lat, fizycznie niewiele się zmienił, wciąż był postawny i muskularny, kipiał testosteronem, pozostał mu ten sam zniewalający szelmowski uśmiech, potężny tors, piękne niebieskie oczy, zaczął nosić okulary spod których rozpoznałem dobrze znany uwodzicielski błysk w oku… Nie przedłużając długo niepotrzebnych pseudofilozoficznych wywodów niechcąco obudziłem w sobie dawne wspomnienia i fascynacje. Długo rozmawialiśmy, szczerze przyznałem się jakie wrażenie wywarł na mnie kiedy poznaliśmy się pierwszy raz 13 lat temu. Nie miało to już żadnego znaczenia, przecież to było tak dawno, słuchał ze skupieniem, czułem tę dziwną ciszę przed burzą… W jego obecności zawsze towarzyszy mi onieśmielenie, ogarnia mnie niepewność, czuję się jak we śnie, nogi mi miękną, przestaję myśleć zdroworozsądkowo, zachowuję się nieracjonalnie i zmieniam się w bezwolny obiekt fizycznego pożądania. „Ściany się burzą, szyby pękają naraz, lecę w dół przez błędy wszystkich lat, widzę wyraźnie pełne rozczarowań twarze, a w oczach ból i gniew uśpionych zdarzeń”.

Rano czułem się jak wyprany z uczuć. Zawsze myślałem o nim jako o doskonałym kochanku niosącym przyjemność w najczystszej postaci a okazało się, że potrafi być ciepły i czuły. Próbowałem zdusić wyrzuty sumienia nieustannie samobiczując się w myślach. W prezencie dostałem od niego opakowanie viagry co szczerze mnie rozbawiło. Znowu będę musiał kłamać.

***

A. zabrała mnie do małej osiedlowej knajpy Nadodrze niedaleko jej domu. Siedzieliśmy w ogródku z widokiem na Park Plaza i opowiadałem jej o swoich wrażeniach z wyprawy dookoła świata. Skupieni na sobie nie zauważyłem, siedzącej obok nas innej parki. Gdy wstał a nasze spojrzenia się spotkały próbowałem sobie przypomnieć skądinąd znajomą twarz. Odruchowo powiedzieliśmy sobie „cześć”, ale wciąż nie pamiętałem skąd znam tego apetycznego osobnika. Przypomniałem sobie dopiero po ich wyjściu. Niektórzy potrafią zmienić się i to bardzo przez dekadę….

Otagowano | Dodaj komentarz

Nacieszyć się domem…

… chciałem, ale M. sprawił mi niespodziankę i nazajutrz po powrocie zaprosił mnie na romantyczną kolację do …Pierluigi w Rzymie.

Poleciałem prawie tak jak stałem, w jednym letnim ubraniu, spodenkach i podkoszulku, nie musiałem martwić się zbytnio pakowaniem, bo w Wiecznym Mieście spędzaliśmy raptem 24 godziny. W domu została sterta prania i rzeczy do załatwienia, ale jak mówi M. jedyne co musimy to żyć, rachunki i obowiązki poczekają…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz