Malezja ostatni dzień przed powrotem

Szybko zleciało nam tych kilka wspólnych dni, GH postarała się byśmy jak najciekawiej spędzili ten czas i nawet w dniu mojego powrotu zabrała mnie do Kuala Serangor zobaczyć fireflies. Pierwszy raz od przyjazdu spałem sam i do późna, w Dome zjadłem brunch, zrobiłem zakupy w KLCC. Dopiero po 15 z hotelu odebrał nas kierowca i najpierw zawiózł pokazać małpy, potem na kolacje a gdy zaszło słońce z grupą innych turystów wsiedliśmy do niewielkiej motorowej lodzi, którą popłynęliśmy wzdłuż rzeki w poszukiwaniu świetlików. Wśród turystów przeważali Arabowie i Chińczycy, ci ostatni znowu bacznie nam sie przyglądali, bo stanowiliśmy oryginalną parę. GH podobała mi się w akcji, wprost zachwycała czy raczej siała postrach, gdy wchodziła do lokalnych sklepów, przeglądała towar, potrafiła się targować a na koniec wychodziła obładowana zakupami, za które nota bene płaciłem ja, bo nie nosiła przy sobie pieniędzy. Gdy utargowała swoją cenę zwykle machała do mnie przywoławczo na znak, że mogę już płacić co zawsze wywoływało nie małą konsternację na wystraszonych twarzach sprzedawców.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Natura ludzka

Podróżując wspólnie po obcym kraju mogłem poznać GH od innej strony. W jednym z barów zamówiła dla siebie napój, sprzedwaca na znak przyjęcia zamówienia porozumiewawczo kiwnął głową i zaraz zabrał się do jego przygotowywania. Ruszał się jak mucha w smole, ale to GH była wstanie zrozumieć, ale gdy zaczął rozmawiać z innymi klientkami, które dopiero co weszły do sklepu poczuła się urażona, że musi czekać. Jej zdaniem była to oznaka braku szacunku dla niej jako klientki dlatego kiedy wreszcie prawie stawiał przed nią gorący napój machnęła ręką i odeszła od lady wprawiając pana w osłupienie. Too slow – zawołała w jego stronę…

Zrozumialem dlaczego niektórzy nazywają GH obraźliwie Singa-whore.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

W poszukiwaniu kolacji

GH czuła się w swoim żywiole, przedzierała się przez tłum jak walec, nie przejmowała się nachalnymi sprzedawcami próbującymi zaprosić nas do swoich restauracji, dzielnie odpowiadała na ich zaczepki, gdy trzeba było krzyczała do nich coś niezrozumiale po chińsku, nie reagowała na niczyje krzyki, w każdym miejscu pytała o ceny ostryg dzielnie próbując coś dla nas utargować. Wybrała w końcu najlepszy jej zdaniem lokal choć z utargowanej cen nie była do końca zadowolona (13pln za sztukę). Nie próbując być nawet delikatną stwierdziła, że to wszystko przeze mnie, bo jestem „ang moh” (Biały) więc musimy płacić jak turyści.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Spacerkiem po Kuala

Wśród zwiedzajacych fabrykę cyny Royal Selangor zauważyłem liczne grupy wycieczek z Chin. Nie uszło mojej uwadze że turyści zamiast słuchać przewodnika albo podziwiać bogaty asortyment wytwarzanych tu przedmiotów bacznie przyglądali się… nam. Dopiero GH otworzyła mi oczy że to konserwatywna odmiana Chińczyków i widok Białego z Chinką to dla takich rzadkość stąd to niezdrowe zainteresowanie nami. Gdy mi to uzmysłowiła cudem powstrzymałem się żeby nie odegrać przed nimi jakiejś szopki.

Pojechaliśmy zwiedzić Meczet Narodowy Masjid Negara. Początkowo bardzo się ten pomysł GH podobał, ale zmieniła zdanie gdy okazało się, że aby zwiedzić tę pełną rozmachu nowoczesną budowlę w środku musi opatulić się kolorową szmatą i zakryć włosy chustą co przy 35 upale nie było rzeczą najprzyjemniejszą. Żeby się zupełnie w tym czymś nie ugotowała przelecieliśmy przez całe miejsce w trybie ekspresowym.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Dzień w Cameron Highlands

W środę na cały dzień pojechaliśmy do Cameron Highlands. Nie mogłem wprost uwierzyć, że po tylu pobytach w Malezji nigdy nie słyszałem o tym miejscu. Widok bezmiaru zielonych herbacianych pól na zawsze utknął mi w pamięci, wizyta na plantacji truskawek przypomniała smaki dzieciństwa. Nasz przewodnik najpierw odebrał mnie spod Traders a potem pojechaliśmy do hotelu Ascott po GH. Od GH dowiedziałem się, że rejon ten wśród mieszkańców Singapuru jest bardzo popularnym miejscem wycieczek albo weekendowych eskapad. Najmilej wspominamy jednak wizytę w ogrodzie motyli gdzie lokalny przewodnik chwytał dla nas co bardziej kolorowe okazy i przykładał je nam do głowy i twarzy przez co mogliśmy robić niesamowite zdjęcia. Za kilka ringgitów bardzo się starał, pokazywał najbardziej ohydne robale, żuki, paskudne pająki i owady, pozowaliśmy z obślizgłymi jaszczurkami oraz wężami na głowie, szyi, brzuchu i ramieniu nie przepuściliśmy nawet żółwiowi czy skorpionom.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

W stolicy Malezji

Przez kilka ostatnich dni towarzyszyło mi dziwne uniesienie, wszystko za sprawą zbliżającego wyjazdu do Kuala Lumpur, codziennie z rozmarzeniem wpatrywałem się w bilet kupiony dużo wcześniej a w myślach odliczalem dni do daty wylotu. Po raz pierwszy do stolicy Malezji lecialem Qatar Airways a po grudniowej podróży tą linią na Filipny naprawdę wiele sobe obiecywałem, bo bez dwóch zdań biznes klasę mają wyjątkową, lotnisko w Doha jest prawdziwie kosmiczne i supernowoczesne, obsługa jest zawsze arcymiła a serwis wspaniały i nienaganny, ale … dziwnym trafem dostałem miejsce w przejściu, ostatnim szóstym rzędzie i jakieś pechowe się okazało, bo jakby na uboczu – obsługa prawie w ogóle tu nie zachodziła troszcząc się głównie o pasażerów siedzących w pierwszych rzędach. Owszem dostałem jeść i pić, ale najdłużej ze wszystkich musiałem na wszystko czekać i nigdy nie dostałem dodatkowej lampki wina, bo stwewardowi ewidentnie było do mnie nie po drodze. Ile razy do mnie podchodził zaczynał od przepraszania, że musiałem czekać co w po pewnym czasie stało się irytujące. Biłem się w myślach żeby mu nie przyłożyć i nie wyrzucić, że może by tak mniej przepraszać a bardziej się starać, ale nieważne, korona mi z głowy przecież nie spadła.
W czwartek wieczorem zastanawialem się jeszcze czy powinienem dać znać GH, że za kilka dni przylatuję do Kuala, zdając sobie sprawę, że w środku tygodnia zwykle pracuje a weekend będę juz wracał do domu. Zaryzykowałem, napisałem a na odpowiedź nie musiałem długo czekać. Tak się szczęśliwie złożyło, że akurat miała wolne więc w środę przyjechała do mnie z Singapuru autobusem. Do czasu jej przyjazdu rozgrzewałem się na potęgę w hotelowym pokoju, aż szyby parowały i musiałem na max przykręcać klimatyzację, żeby nie zrobić sauny.
Kuala bezspornie stało się mocno atrakcyjne przez co zawsze chętnie tu wracam. Od lipca miasto niewiele się zmieniło choć wyrosło parę nowych hoteli: W, St Regis, Four Season, moje ulubione Dome w KLCC zmieniło lokal, ale cała reszta pozostała nietknięta.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Herbatka u królowej i pralinkowy szał

Szlag mnie trafia siedząc ciągle w domu, jajo chyba zniosę z nudów, każdy dzień wygląda podobnie: budzę się o 8, wstaję i robię nam kawę, czasem śniadanie, które serwuję M. w sypialni, wracam do łóżka i wyleguję się przez następne dwie godziny oglądając „Good Wife” nim M. nie wyjdzie do pracy. Potem kawa, sprzątanie, zakupy, pranie, film, nim po 14 wróci M. zdążę porozsyłać jeszcze kilka cv, potem obiad, kawa, M. wraca do pracy a ja zwykle oglądam coś na Netflixsie albo robię inną bezsensowną rzecz. Pogoda nie pozwala już wychodzić na rower więc czuje się jak zamknięty w jakiejś klatce. Mam teraz dużo czasu na szukanie pracy, napisanie cv i zrobienie portfolio projektów a i tak czuję jak czas ucieka mi przez palce.
Żeby zupełnie nie zwariować za każdym razem kiedy M ma więcej niż jeden dzień wolnego ewakuujemy się z domu. Byliśmy razem w Lucernie, Zurychu, poleciliśmy na kilka dni do Londynu i Brukseli.

Dla M. był ro pierwszy pobyt w stolicy Wielkiej Bretfanii i zachwytom nie było końca. Kupiłem nam bilety na grudzień, myślałem, że akurat jak co roku latamy gdzieś na świąteczne jarmarki, dlaczego by nie lecieć do Londynu? Okazja pojawiła się jednak szybciej, bo M. dostał pod dni wolnego pod rząd i przekonałem go, by lecieć już w październiku. Trochę marudził, na siłę szukał wymówki by nie ruszać się z domu, ale w końcu uległ. Przebukowałem bilety, zarezerwowałem hotel w Bloomsbury i piątek byliśmy już na miejscu. Londyn powitał nas o stokroć lepszą pogodą niż w tym czasie panowała w Bernie, na London City świeciło słońce, niebo było prawie bezchmurne, aż trudno było mi uwierzyć jak trafiliśmy z pogodą. M. ostatecznie przekonał się, że to był dobry pomysł z tym przyjazdem. Radisson sprezentował nam miłą niespodziankę, przestronny, pół okrągły pokój na ostatnim piętrze kilkupiętrowej wieży. Śmialiśmy się z M. że ktoś powinien po nas przyjść i próbować nas stamtąd uratować. Nie narzuciliśmy sobie żadnego szalonego tempa a i tak udało nam się zobaczyć najważniejsze miejsca w mieście: Tower i katedrę, Soho, National Gallery i British Museum, Pałac Buckingham, Westminster i Big Bena. Prawie wszędzie chodziliśmy pieszo co obojgu wyszło nam to tylko na dobre. M. zachwycał się architekturą i eleganckimi wystawami sklepów, najbardziej podobało mu się jednak, że w Londynie nie ma tramwajów i wiszących kabli elektrycznych. Na sobotni wieczór zaplanowałem dla nas musical, bo inaczej skończyłoby się na wielkim obżarstwie i mega wielkim rachunku, w którejś z restauracji Gordona Ramseya. Ile razy gdzieś jedziemy taka kolacja to już tradycja. Poszliśmy na kompromis i wielką ucztę zaserwowaliśmy sobie dopiero w niedzielę u Włocha.

Kilka dni po powrocie na nowo zacząłem wiercić mu dziurę w brzuchu, bo okazało się, że znowu ma 2 dni wolnego. Znalazłem tani bilet do Brukseli, zarezerwowałem wstępnie hotel i na nowo zacząłem podchody i tańce godowe. I tam razem udało mi się go urobić, w czwartek rano wsiedliśmy w pociąg do Genewy i w południe byliśmy na miejscu. Znowu strzał w dziesiątke, M. nie zdawał sobie wcześniej sprawy, że stolica Belgii jest tak elegancka i multikulturowa, i że tak mocno przypadnie mu do gustu: szczerze uśmiechnięty, pogodny chodził między uliczkami Starego Miasta, zachwycał się wystawami sklepów i zdawał się być bardzo zrelaksowany, ciągle żartował albo pękał z dumy gdy mógł ćwiczyć swój francuski. Najwięcej czasu spędziliśmy w sklepach z czekoladą, obkupiliśmy się na zapas pralinkami i przeróżnymi rodzajami czarnej czekolady a na obiad wsunęliśmy olbrzymią porcję frytek. Całe popołudnie i wieczór spacerowaliśmy bez celu i pośpiechu, obmyślając naszą przyszłość i snując kolejne wyjazdowe plany.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Gdyby moja babcia…

Mam dużo wolnego czasu, wszyscy w około pracują, ze znajomymi mogę spotykać się tylko wieczorami kiedy są już po pracy, do tego czasu muszę wynajdować sobie jakieś zajęcia. M. szczęśliwy jest z takiego obrotu sprawy i od czasu do czasu wymyśla mi bojowe zadania żebym za nadto się nie rozleniwił. Pranie, odkurzanie, zakupy, prasowanie są czymś na porządku dziennym – zdarza mu się jednak prosić mnie żebym coś ugotował na obiad. Przerobiłem już schabowego z mizerią, mielone, rosół, sałatkę jarzynową, sushi (naturalnie kupne) a ostatnio zażyczył sobie placki ziemniaczane. Ostatni raz ziemniaki na placki obierałem i tarłem chyba jak miałem 20 lat i tego się nie zapomina, usmażyłem mu całą miskę i nawet nie nakląłem się przy tym strasznie, teraz tylko cały dom wali smażonym olejem. Dziś M. miał wenę twórczą i narobił mi pulpetów. Gdyby tylko wywalił ten sos pomidorowy, dodał trochę więcej przypraw i czosnku byłyby prawie jak te, które pamiętam z dzieciństwa. Na samą tylko taką uwagę M. obruszył się: – i co jeszcze?! gdyby moja babcia miała koła to byłaby rowerem….

Otagowano , | Dodaj komentarz

Wróciłem.

Wróciłem do Szwajcarii. Już nigdzie nie planuję wyjeżdżać. Z resztą jak popatrzyłem na swój ostatni wyciąg z karty kredytowej to lepiej dla mnie żebym się teraz trochę opamiętał żadna studnia nie jest przecież bez dna. M. cieszy się z mojego powrotu i delikatnie zaczyna zachęca mnie do poszukiwania jakiegoś zajęcia.

Wiem, że nie dla mnie jest wylegiwanie się w słońcu i ciągłe przemieszczanie się z miejsca na miejsce. Podróżowanie jest fajne ale chyba mam przesyt. Poznałem ludzi, dla których ciągła włóczęga jest sensem życia, zrezygnowali z życia w mieście i przenieśli się do któregoś z dalekich zakątków świata, żeby rozpocząć inne, spokojne życie z dala od pogoni za karierą czy nieudanym życiem osobistym. Podobne historie słyszałem na wyspach Indonezji, Polinezji, na Antypodach, Krajach Ameryki Południowej czy Azji, wszyscy wydawali się być tam jakby jednakowi.

Jedyny problem polega na tym, że nie wiem, jakie życie mogłoby mi zaoferować np. takie Fidżi albo inne Bali. Obserwowałam ekspatriancką społeczność w najbardziej egzotycznych częściach świata i wiem ze stuprocentową pewnością, że nie jest to życie dla mnie. Wszędzie widzi się te same postaci – ludzi Zachodu, których życie potraktowało podle i tak sponiewierało, że zrezygnowali z walki i postanowili bezterminowo założyć obóz gdzieś indziej, gdzie za kilkadziesiąt dolarów miesięcznie mogą mieszkać w cudownym domu, mieć przy sobie młodą dziewczynę albo chłopaka, gdzie mogą pić przed południem i nikt im nie będzie tego wytykał, gdzie mogą zarobić parę groszy, zajmując się wynajmowaniem skuterów albo sprzętu do nurkowania, pokazywaniem wysypy, prowadzeniem małej restauracji albo eksportem lokalnych produktów na indywidualne zamówienie. W sumie wszyscy oni robią jedno: pilnują, żeby niczego poważnego od nich nie wymagano. Nie są to lenie patentowane. To ludzie na poziomie, kosmopolityczni, utalentowani i inteligentni. Odnoszę wrażenie, że każdy, kogo kiedyś spotykam, był kiedyś kimś (żonatym albo zatrudnionym), ale teraz łączy ich wszystkich brak jednej rzeczy, z której kompletnie i na zawsze zrezygnowali: ambicji. Nie trzeba dodawać, że często piją i palą dużo ziół.

Urocze miasteczka nie są najgorszym miejscem na przeczekanie reszty życia bez zwracania uwagi na upływający czas. Przypuszczam, że pod tym względem podobnie wyglądają miejsca takie jak Key West czy inne Bali. Większość cudzoziemców kiedy ich spytać, nie pamięta ile czasu minęło, odkąd się tutaj znaleźli. Często nie są pewni, czy tu rzeczywiście mieszkają, bo oni nie należą do żadnego miejsca, nigdzie nie są zakotwiczeni.

Można czerpać sporo przyjemności z ich leniwego wyluzowanego towarzystwa podczas długich dalekich wypraw, wspólnie spędzanych dni, przy późnym śniadaniu, na piciu wina albo piwa i gadaniu o niczym. Jednak czuję się w tym otoczeniu trochę jak na haju a ja lubię kontrolować i kreować swoją rzeczywistość.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

No to dupa czyli who knows what's around the corner

Rocznica ataków 11. września, po mimo niedzieli miasto wydawało się być bardziej niż zwykle zakorkowane, wcześnie rano spakowaliśmy się, zostawiliśmy bagaże w recepcji i oboje pojechaliśmy na Fisherman’s Warth a potem na lunch do Cheescake Factory na Union Square. M. przeznaczył swoje latami zbierane mile na podniesienie komfortu naszej powrotnej podróży samolotem i z San Francisco wracaliśmy pierwszą klasą. Nie był to Boeing, którym lecieliśmy do Los Angeles, tylko stary Airbus z równie wiekową pierwszą klasą, którą pieszczotliwie nazwaliśmy vintage: stare fotele, choć rozkładające się do pełni płaskiego łóżka, stary pilot na kolorowe guziki, wiekowy mini monitor z paroma starymi filmamami, który w moim przypadku ciągle się zawieszał i trzeba było go restartować. Ale przecież darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.

Dobrze być wreszcie w domu.

Umówiłem się na spotkanie z dyrektorką. Bez zbytniego owijania w bawełnę powiedziałem jej że jestem gotowy wrócić. Skalkulowałem sobie że to mi się opłaca, by szybko odzyskać stały dopływ gotówki i dostęp do świadczeń a za kilka miesięcy dostać dodatkowy miesięczny płatny urlop a potem i tak bym się zwinął. Szybko się napaliłem na ten mój przebiegły plan, ale też szybko zostałem sprowadzony na ziemię. Usłyszałem, że na chwilę obecną nie mają mi niczego do zaoferowania, może w marcu, może w maju, ale to nic pewnego. No trudno…

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | Dodaj komentarz