Jeszcze w San Francisco

Jutro wracamy do domu. Wieczorem poszliśmy na kolację do Hog Oyter baru, ostatni raz przed powrotem, miało być przyjemnie i luzacko, ale wyszło jak wyszło. M. napalił się na jakąś kanapkę z krabem, której teraz nie mógł znaleźć w menu ani nie potrafił dogadać się z kelnerem o jaką kanapkę mu chodzi. Włączyłem się do tej rozmowy, szczerze chciałem pomóc, ale kelner nie łapał o jakiego sandwicha nam chodziło, według niego wszystko bylo w karcie, ale M. miał rację, bo dwa dni temu obaj widzieliśmy tutaj taką jedną kanapkę z krabem. M. się nakręcił, rzucał coś pod nosem, że nie mówi po angielsku, że ja nie chcę mu pomóc, na koniec usłyszałem, że nie ma ochoty jeść byle czego i w konsekwencji mnie też się oberwało. Żeby nie było, że się nie starałem, wstałem od stolika i przeszedłem się po sali zaglądając ludziom do talerza, licząc na to że może ktoś takową właśnie zamówił… Jednak dupa. Kolację jedliśmy w ciszy, bez fajerwerków a potem pieszo i wciąż w ciszy wróciliśmy do hotelu.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Nic do roboty

Formacje skalne jak i widoki w dolinie muszę przyznać oszałamiające. Park zachwyca granitowymi szczytami, niezliczonymi jeziorami, łąkami, lasami oraz malowniczymi wodospadami i dzikimi zwierzętami. Pół roku mieszkalem w San Francisco, kilka razy potem tam wracałem, ale jakoś nigdy nie było mi po drodze do Yosemite choć park jest bardzo wdzięcznym miejscem weekendowych dla wypraw mieszkańców jak i turystów odwiedzających Bay Area. Bądź co bądź zawsze wolałem San Francisco, w tym mieście nie można się nudzić, albo popłynąć promem do Sausalito, polecieć do Vegas albo na Hawaje…

Odwiedzenie Yosemite odkładałem na bliżej nieokreśloną przyszłość. W końcu gdy odwiedziliśmy wszystko w okolicy M. zapytał czy aby może nie nadszedł już czas na wypad do parku. Znalazł nawet biuro, które organizowało ekspresowe wyjazdy i tak w środę wcześnie rano byliśmy w drodze. Rzeczywiście fajne miejsce na krótki wypad, choć obaj nie przepadamy za górami to wycieczka bardzo nam się podobała, po mimo upałów i długiej prawie 4 godzinnej podróży. Po powrocie do SF wyskoczyliśmy do sushi baru.

Wcześnie rano bez pośpiechu wyszliśmy na Market kupić sobie bajgle na śniadanie, szliśmy w kierunku Ferry Building Terminal kiedy wpadłem na pomysł by popłynąć do Sausalito. Akurat odpływał prom więc trafiliśmy idealnie z czasem. Miasteczko wcale się nie zmieniło, nadal utrzymuje klimat artystycznej bohemy, jest ciche, malownicze i urokliwe, nieprzerwanie największe atrakcje stanowią kolorowe pływające domy, galerie sztuki, restauracje i sklepy.

Spędziliśmy tam bardzo leniwy poranek bo popołudniu wybraliśmy się do Haight Ashbury a potem do Castro. Hashbury to słynne skrzyżowanie ulic Haight i Ashbury. Niesamowite, ale nawet po latach można odczuć obecność ducha dzielnicy, który nosi się cały w zamszowych frędzlach, gra na gitarze i zalatuje marihuaną. Dzielnica dysponuje wieloma wiktoriańskimi domami o błyszczących charakterystycznych kolorach. Styl architektury jest tak różny, jak ludzie, którzy osiedlili się w tym mieście wzgórz i malowniczych widoków. Chinatown z czerwonymi dachami i wyciąganych okapu do kolorowych Wiktorii graniczących Alamo Square Park, miasto jest domem dla wielu stylów mieszkaniowych. Łaziliśmy głównie po sklepach i kawiarniach raz po raz odwracając głowy od natarczywych bezdomnych żebrzących o pieniądze. W Castro załapaliśmy się na dziwny specjał pt. frytki z czosnkiem, po których nie żeby tylko czuć było nam z ust, ale bździliśmy jak po fasolce pierdziolce. Na takim zwiedzaniu miasta nam zależało, z dala od atrakcji turystycznych, utartych szlaków czy miejsc, wszędzie przemieszczaliśmy się tramwajami albo kolejką Muni tylko do Japanese Town pojechaliśmy autobusem.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Sentymentalne San Francisco

Spotkałem się z K., która specjalnie dla mnie przyjechała z San Jose, stojąc na autostradzie w dwugodzinnym korku. W ramach wdzięczności zabrałem ją do Mint. Z K. sprawa nie jest prosta: ogólnie nie lubi chodzić do restauracji, nie je owoców morza, ryb, niczego orientalnego, surowego, pikantnego ani zbyt oryginalnego, najbardziej lubi makaron, kurczaka albo steki. Poza tym nie pije alkoholu a z powodu cukrzycy nie może jeść też deserów. Dobrze pamiętam jak po raz pierwszy zaprosiłem ją kiedyś do restauracji gdzie pracuje M., który specjalnie na tą okazję przygotował dla nas antipasto Azzurro oraz niesamowite danie z homara a ta niczego nawet nie tknęła.

Zabrałem M. na spacer w kierunku SoMa wzdłuż Folsom Street i z zachwytem dostrzegłem, że jakby ubyło tam bezdomnych. Czytałem ostatnio, że to za sprawą startupów, które na nowo upodobały sobie San Francisco na siedziby swych firm, przez co ceny wynajmu poszły rekordowo w górę, przy okazji powstały liczne nowe condominia, ludzie są eksmitowani bo nie stać ich na nowe czynsze, bo 3500 dolarów za wynajem studia to nowe minimum. Pieszo dotarliśmy do „Inn on Folsom”, gdzie kiedyś mieszkałem, dziwne uczucie zobaczyć, że to miejsce nadal istnieje, i że z klubu na dole po mimo upływu lat wciąż dudni głośno muzyka nie dając wyspać się hotelowym gościom.
Pokazałem mu „Brainwash” gdzie przy okazji robienia prania można do późna przesiadywać z nieznajomymi konsumując przy tym hektolitry piwa albo kawy. Wróciła masa wspomnień…

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Dania piękne i kuszące

Byliśmy u Garego Danko. Przyrzekliśmy sobie, by przy następnej okazji pobytu w San Francisco wybrać się tam znowu na kolację, więc gdy tylko wiedzieliśmy, że lecimy zarezerwowalem nam stolik. Po ostatniej kulinarnej uczcie zostało nam mnóstwo wspaniałych wspomnień i smaków, za nic w świecie nie chcieliśmy przegapić okazji by znowu tam zjeść. M. do dziś wypomina mi wypicie 7 lampek wina, które serwowano z menu degustacyjnym. Wtedy jeszcze myślałem, że trzeba wszystko zjeść i wypić, żeby nic się nie zmarnowało, bo przecież wszystko takie to bylo eleganckie, wyszukane, smaczne i niewytłumaczalnie drogie…
Oczekiwania co do pięknej formy, przyjemności jedzenia i delektowania się smakami mieliśmy ogromne, poza tym od tamtego czasu odwiedziliśmy kilkanaście innych miejsc, podobnej klasy, więc mieliśmy prawo uważać się za bardziej obytych miłośników sztuki kulinarnej. M. od zawsze fascynowało, że przy odrobinie wysiłku i dobrych chęci można przecież stworzyć wiele niezwykłych smaków i potraw czym udało się mnie zarazić…i nie chodzi o ceny, ale o przywiązywanie wagi do produktu i tego co się je. Gdy na widok potrawy, którą ci podano wydajesz okrzyk zachwytu, gdy już po pierwszym kęsie czujesz „niebiański” smak, który zapamiętujesz i myślisz o nim czule, to na pewno jest to coś niezwykłego. Od tego czasu trzymamy się z dala od przemysłowej żywności.
M. zachwycił się plackami ziemniaczanymi podawanymi z kawiorem i śmietaną z czego miałem ubaw po pachy, bo nie wierzył mi, że w dzieciństwie w Polsce wcinałem je na hektary. Żadna filozofia, by je zrobić – twierdziłem – dlatego po powrocie do Szwajcarii obiecałem mu usmażyć całą patelnię.
Gary Danko trochę nas rozczarował, było bardzo głośno, nie można było swobodnie rozmawiać, ciągle musieliśmy się przekrzykiwać, po drugie długo za długo czekaliśmy na przyjęcie zamówienia i podanie pierwszego dania, a poza tym… ceny – 700 dolarów to jednak przesada.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Och jak przyjemnie…

Jak to dobrze znowu tutaj być! M. nie schodzi banan z twarzy, nie potrafi ukryć radości, kręci się na siedzeniu w taksówce, wywraca oczami na około i nie może się doczekać kiedy wreszcie dojedziemy do hotelu. Pokój nie jest jeszcze gotowy dlatego zostawiamy tylko nasze bagaże i wychodzimy na miasto w kierunku Embarcadero. Świeci słońce, ale nie jest gorąco, mijamy dobrze znane nam wystawy sklepów i już planujemy kiedy, co i gdzie zobaczymy. Jutro Labour Day więc wszystko będzie pozamykane, w poniedziałek kolacja u Garego Danko, za to w środę premiera nowego iphona! 

Kolacje zjedliśmy w 54 Mint, fajnej włoskiej restauracji którą wybrałem na spotkanie z K. Tak bardzo spodobała się ona na zdjęciach M. że postanowiliśmy wybrać się tam wcześniej razem. Rzeczywiście było bardzo miło i przyjemnie, kuchnia włoska – cucina romana. M. rzucił się na flaki i jagnięcinę a ja na skaczącą do ust saltainbocca – rodzaj popularnej włoskiej potrawy przyrządzanej z rozbitego płata cielęciny oraz szynki, który jest posypywany szałwią, a następnie zwijany w rulon i obsmażany z dodatkiem białego wina. Mniam pychota. Przeglądając menu w pewnym momencie M. włączył się dopierdalacz, zaczął ferować te swoje opinie o wyższości kultury europejskiej nad amerykańską i na szczęście w porę udało mi się go zatrzymać obracając jego komentarze w żart, bo prawie byśmy się pokłócili a miły wieczór szlag by trafił jak przed laty. Moim zdaniem Amerykanie przychodzą do restauracji aby się zrelaksować, wyrwać się z domu, dobrze zjeść, wypić dobrą butelkę wina, spędzić czas na randce albo w towarzystwie znajomych, przyjaciół a nie wyglądać, lansować się i przejmować się czy dobrali odpowiedni kolor paska do butów, czy jedzą właściwym sztućcem, znają różnicę między prosecco a spumante albo potrafią fachowo nazwać stopień wysmażenie steku (M. wciąż myli mocno krwisty „rare” ze słowem „red”, a jak dorzucił kelnerowi po francusku że chce „blue” to musiałem interweniować, bo kelner zgłupiał). Minęło 5 lat,  M. się nie zmienił za to ja nauczylem się śmiać z tego typu sytuacji.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

W drodze do Los Angeles

Na przestrzeni 10 lat odkąd się znamy, pierwszy raz zdarzyło się, że byliśmy spakowani i gotowi do wyjścia na pół godziny przed czasem. Zwykle jest tak, że M. gramoli się i guzdrze, potem przy wyjściu jeszcze o czymś superważnym sobie przypomina, że w konsekwencji na dworzec musimy biec a dopiero w pociągu okazuje się, że i tak czegoś zapomniał. A dziś proszę – 8.30 a my obaj jesteśmy gotowi do wyjścia. Chwile naszego upojenia spektakularnym sukcesem zepsuł brat M., który niespodziewanie zadzwonił przekazać, że miał jakiś złowieszczy sen i żebyśmy zrezygnowali z urlopu. Na rodzinę zawsze można liczyć…

Dziś jakby wszyscy się zmówili by o tej samej porze jechać do Zurychu. Na widok tłumów na peronie zdecydowaliśmy przesiąść się do pierwszej klasy bo inaczej musielibyśmy tłuc się ponad godzinę na stojąco.

M. specjalnie nie jadł dziś śniadania, żeby przed odlotem bez ograniczeń delektować się ofertą kulinarną loungu dla pasażerów First class, wypił dwie lampki różowego szampana, dwie lampki białego wina, wciągnął trzydaniowy zestaw menu a gdy tylko wsiedliśmy na poklad samolotu zaczął cały rytuał od początku dorzucając sobie talerz serów.

12 godzin lotu spędzonych leniwie w komfortowych warunkach minęło bardzo szybko. M. spał jak mops zmęczony szampanem, mnie przed przylotem do Los Angeles udało się zdrzemnąć raptem godzinkę. Gdy dotarliśmy do hotelu było po 17. Walcząc z sennością zmusiliśmy się pójść na spacer. Tylko co można robić w LAX? No właśnie niewiele, prócz McDonaldsów, Carl’s Junirów i Burger Kingów nie ma tu za wiele do oglądania…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Kozak ze mnie kiepski

Moja mała intryga nie powiodła się. Przed spotkaniem z byłym szefem napisałem maila do dyrektorki. Odpowiedź przyszła jeszcze tego samego dnia – moje stanowisko i obowiązki zostaly przekazane komuś innemu. Nie powinienem spodziewać się niczego innego, ale z drugiej strony jakaś cząstka mnie miała żal, że tak łatwo przyszło im mnie zastąpić. Po powrocie do domu opowiedziałem o tym M. który zdobył się tylko na komentarz : „complimenti”.

Dość tego, nie będę martwił się na zapas. Jutro lecimy przecież na tydzień do San Francisco, to nasz jedyny wspólny urlop w te wakacje. Zwykle udawało się nam pojechać wspólnie na południe Włoch odwiedzić rodzinę, ale w związku z moim światowym turnee M. poleciał tam w lipcu sam. Skoro to nasz jedyny wspólny urlop a na dodatek ostatnia wielka daleka wyprawa, po której nastąpi wielka zawodowa niewiadoma postanowiliśmy zadbać o odpowiednią oprawę – zrobiliśmy użytek z mil i w obie strony lecimy Pierwszą Klasą.

Planujemy zwiedzić Napa Valley, Yellowstone, popłynąć do Sausalito, zrobiłem nam rezerwacje w Gary Danko i napisalem maila do K – obiecała, że w czwartek spotkamy się na kolacji.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Wesele

V. i A. niespodziewanie zaprosili nas do Amsterdamu na swoje wesele. Kilka tygodni wcześniej V. konsultowała ze mną termin biorąc pod uwagę, że jestem w mega rozjazdach i że jest tylko kilka weekendów kiedy na pewno będę w Europie. Ewidentnie zależało jej żebyśmy obaj przyjechali co było strasznie miłe z jej strony i takie nieszwajcarskie. Skróciłem więc swój pobyt w Wiedniu i już w piątek wróciłem do Szwajcarii, by w sobotę wczesnym rankiem polecieć do Amsterdamu. M. w ostatniej chwili niestety nie mógł mi towarzyszyć, nie dostał urlopu, dlatego zamiast niego V. posadziła mnie przy stoliku z Axcellą, która niespodziewanie dostała zaproszenie na tę uroczystość.

Wesele zorganizowane było z niebywałym przepychem i rozmachem, prawie stu gości, ze Szwajcarii, Anglii, Macedonii, Dubaju i Stanów, ceremonia odbywała się po angielsku a słowa urzędnika tłumaczone były najpierw na szwajcarski niemiecki a potem macedoński. Na tę specjalną okazję V. wybrała urokliwe Muzeum Kanałów i wnętrza bardzo eleganckiego hotelu Amstel Intercontinental. Po uroczystości zaślubin wynajęta łódź malowniczymi kanałami przewiozła gości z muzeum do hotelowej mariny. Pogoda dopisywała bo nie było gorąco. Do Amsterdamu leciałem w spodenkach i tshircie, w Radissonie obiecali dać mi szybciej pokój żebym zdążył się przebrać i wypicować na ceremonię. Do muzeum pojechałem taksówką, Axcella czekała na mnie przed wejściem ewidentnie czymś poirytowana bo z daleka coś już do mnie wołała. Okazało się, że przyszła tutaj pieszo, w wygodnych klapkach z zamiarem dyskretnego przebrania szpilek po wejściu do muzeum. Pech chciał, że gdy tylko weszła do budynku od razu natrafiła na grupkę wyelegantowanych gości, którzy natychmiast zmierzyli wzrokiem jej dziwny strój a ona z wrażenia zapomniała się i głośno skomentowała zajście siarczystym oh fuck, po którym chciała już tylko zapaść się pod ziemię.

W maju żenił się mój brat, porównując jego wesele z tym przyjęciem gdzie mąż panny młodej praktycznie dysponował kilkakrotnie większym budżetem, nie miał czego się wstydzić. Wszystko zorganizowane było z wielką klasą, dobrym smakiem i wyczuciem estetyki.

Jedynym udziwnieniem, które zapamiętałem to że, w trakcie wesela kilkakrotnie goście proszeni byli o przechodzenia z jednego pomieszczenia do innego: apero na tarasie, przejście do biblioteki, przemówienia, przejście do sali restauracyjnej, przejście na patio, zdjęcia, przejście do biblioteki i krojenie tortu, przejście do sali balowej, tańce, przejście do baru. Trochę było tego łażenia na szczęście kieliszki nawet na moment nie przestawały być puste.

W czasie uroczystości zaślubin wpadł mi w oko pochodzący z Kuby fotograf. Niewysoki, lekko łysiejący brunet, z błyskiem w oku i roztapiającym serca lód uśmiechem. Wypatrzyłem go w muzeum, wyzbyty nieśmiałości od razu go zagadałem uskuteczniając swoją gadkę wypracowanym latami urokiem osobistym, okraszając wspomnieniami z niedawnej podróży po Ameryce Południowej. Jakie było moje zdziwienie kiedy po chwili rozmowy popatrzył mi głęboko w oczy, dorzucił swój zniewalający uśmiech i stwierdził że według niego mamy ze sobą dużo więcej wspólnego po czym lekko zmrużył oko. Jakby od uderzenia piorunem poczułem jak bardziej roztapiam się w środku, jeden z członków zesztywniał a w głowie kombinowałem jakby tu dyskretnie zorganizować nam miłą schadzkę. Po chwili chłopak uśmiechnął się znowu i dokończył urwaną myśl: – …obaj pochodzimy z komunistycznego kraju.

Na przyjęciu spotkałem mnóstwo znajomych z dawnej pracy, prawie wszyscy pytali mnie o to samo: kiedy wrócę i był to istny miód na moje serce. Zabawa była przednia przez cały wieczór, razem z K. postanowiliśmy pokazać licznie przybyłym dzieciakom jak korzystać z automatycznej budki do robienia zdjęć ustawionej gdzieś w holu, przebraliśmy się w dostępne stroje, doczepiane wąsy, peruki i inne rzeczy i przybierając najdziwniejsze pozy oraz strojąc śmieszne miny strzeliliśmy sobie całą serię fotek a ta niezapomniana sesja zasiliła weselny album młodej pary.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Stamtisch

Wróciłem przed chwilą z ostatnich zajęć w Instytucie. O. zaprosił mnie na lunch do TGI i szybkie piwo, którego nadmierne spożywanie usprawiedliwiamy panującymi upałami. Na 14 umówiony miałem przecież masaż, o którym prawie bym zapomniał. Rozbierać zacząłem sie już w windzie, tak że gdy wparowałem do pokoju rzuciłem tylko ciuchy na podloge i wskoczyłem pod prysznic. Jeszcze mokry wyskoczyłem spod prysznica, wpadłem do pokoju i przez moment poczułem jak pod stopami zostawiam mokre ślady na hotelowej wykładzinie. Pośpiesznie ubrałem skarpety i sięgnąłem po porzucone byle jak buty gdy zorientowałem się że chyba nie do końca jestem suchy, bo skarpety od spodu były całe mokre. Stojąc w korytarzu i próbując wymyślić co teraz poczułem jak woda kapie mi na głowę… z sufitu. Na korytarzu zauważyłem olbrzymią mokrą plamę na wykładzinie. Lało się spod podwieszanego sufitu, krople przeciskały się między halogenami i bałem się, że zaraz coś pierdyknie albo jakieś gorsze nieszczęście. Zgłosiłem problem na recepcji, jakiś magik przyszedł sprawdzić co się stało, po kwadransie miałem w pokoju całą brygadę specjalną a recepcjonista zaproponowali mi zmianę pokoju. Za 12 godzin i tak miałem wymeldować się z hotelu, ale wszystko wskazywało na to że już teraz będę musiał się spakować, by zmienić pokój. Gdyby zdarzyło się wcześniej dłużej nacieszyłbym się przestronym apartamentem, który dostałem od nich w prezencie.

***

To był zupełnie inny kurs, ani trochę nie przypominał tego z Mannheim skąd chciałem ewakuować się juz po pierwszym tygodniu. Ludzie w grupie byli w większości w podobnym wieku, wszyscy pracowali, każdy miał coś ciekawego do powiedzenia. Dużo było Hiszpanów, Anglików, Włochów, Amerykanów, Azjatów, trafił się Brazylijczyk, kilku Węgrów, Rosjanka i Polka. Dziś był ostatni dzień kiedy pojawiłem się na zajęciach, wstałem, spokojnie zjadłem śniadanie i poszedłem do szkoły dopiero na drugą lekcję. Tak bardzo nie chciało mi się zrywać dziś wcześnie z lóżka, a że już jestem dużym chłopcem i sam płacę za swoje zajęcia nikt nie może zabronić mi wagarowania. Wieczorem miał odbyć się pożegnalny Stamtisch i zastanawialem się jak się z niego wymigać. Chciałem przekonać chłopaków, że lepiej będzie wyskoczyć najpierw na wspólny lunch a wieczorem spotkać się w ulubionym barze. Na zajęciach było ciekawie, z lekkim rozżaleniem myślalem o tym że to juz ostatni raz kiedy spotykamy sie w tym gronie. Anna, Sharon, Robin, Gulliermo, Jason, Oliwer – wszyscy wybierali się wieczorem do restauracji, wymusili na mnie żebym i ja tam się pojawił. Pojechaliśmy razem z Oliverem taksówką, bo upały nie ustępowały. Zaczęło się niewinnie od kolacji i kufla piwa, ale potem towarzystwo się rozkręciło, były kolejne piwa, narodowe przyśpiewki i nawet tańce.

Do radissona wracałem razem z Sharon, oboje zgodziliśmy się, że wieczór bardzo się udał, choć w jej przypadku bardziej chodziło o przystojnego kelnera z Gasthaus Quell.

To nie nasz pierwszy pobyt w stolicy Austrii, ale krótki pobyt w porównaniu z możliwością mieszkania tutaj przez kilka tygodni to zupełne różne doświadczenia. Nie koncentrowaliśmy się na głównych atrakcjach turystycznych, ale na poznawaniu mniej znanych uroczych miejsc Wiednia. Uważam że byłoby cudownie móc tutaj się przeprowadzić, zamieszkać i pracować na stałe.

***

Samolot do Zurychu odlatywał wcześnie rano, o 4 byłem już na nogach, spakowany wracałem do domu tylko po to, żeby zostawić M. cały kosz rzeczy do prania, dać buziaka, przepakować torbę i zaraz wracałem na lotnisko. Jutro wesele V. i A. w Amsterdamie.

Otagowano , | Dodaj komentarz

Brastysława

Ładna ta Bratyslawa, tak akurat na jeden dzień, inaczej można by umrzeć z nudów, zwłaszcza gdy nie dopisuje pogoda a lało tego dnia jak z cebra. F. juz wcześniej kupił nam bilety na rejs statkiem wzdłuż Dunaju. Pech chciał, że od rana trwała ściana deszczu, myślałem że chłopaki się rozmyślą i zostaniemy w hotelu, ale nic z tego. Zaopatrzeni w parasole poszliśmy w kierunku Schwedenplatz.

Rozumiem mieszane uczucia jakie wywołuje stolica Słowacji: jednym się podoba a innych obrzydza i wydaje się bardzo nudna. Prawda pewnie leży po środku, bo Stare Miasto, okolice zamku, są naprawdę urokliwe, za to Dworzec Kolejowy zaniedbany i brudny, lepiej unikać tego miejsca po zmroku. Wracając wieczorem do Wiednia weszliśmy razem z F. do jednej z dworcowej kawiarni/ baru i na wejściu pożałowaliśmy tego wyczynu. W środku siedziały sama zakapiory, mordy zakazane, myślałem że nas tam przeszturchają i obrabują, ale zdążyli zmierzyć nas tylko wzrokiem i już nas nie było. Z kawy musieliśmy więc zrezygnować i czas do odjazdu pociągu przeczekaliśmy grzecznie na peronie…
Stare Miasto za to perełka – ulice zamknięte dla ruchu kołowego, większość pełna ludzi o każdej porze dnia, a w lecie także w nocy. Restauracje, kawiarnie, ogródki piwne i kocie łby nadają tej części Bratysławy kameralny charakter. Nie jest tak rozległe jak np. w Pradze, ale da się lubić.
P. łaził po mieście z wywieszonym językiem, co chwile komentując męskich przedstawicieli lokalnego kolorytu. Co chwilę jęczał i wołał „guarda che bello” na co z M. przestaliśmy w ogóle już zwracać uwagę. Na dłuższa metę jest to meczące, ale na szczęście widujemy się z nim tak rzadko że zdążyłem się uodpornić. M. obiecał mi że jeśli na stare lata mnie też tak odwali może mnie palnąć w głowę albo najlepiej od razu zastrzelić.
Po mimo niesprzyjającej pogody narobiliśmy tego dnia całą masę pamiątkowych zdjęć. Tylko F. nie chciał pozować uparcie twierdząc, że nie jest „abbastanza foto-higenico” i to powiedzenie zyskało miano kultowego.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz