Siedząc sobie na tarasie i sącząc drineczka

W Panamie zrobiło się mi o wiele cieplej, po tych kilku dniach spędzonych najpierw w Sydney a potem w Santiago stanowiło miłą odmianę nie musieć wychodzić na ulice opatulony w kilku warstwach wierzchniej odzieży. Zabrałem ze sobą jeden ciepły sweter i praktycznie od tygodnia się z nim nie rozstaję zakładając pod niego dodatkowo podkoszulkę koszulę i bluzę, ale nawet wtedy zdarza się, że szczękam zębami. Decapolis ma dobrą lokalizację, wokół mnóstwo sklepów, barów i restauracji, jest nawet kasyno i masa klubów nocnych. Olbrzymi suit na najwyższym 29. piętrze sprawił, że moje ego urosło ponad moje IQ, po czym…spadło z siłą wodospadu, bo pokój a szczególnie obie łazienki nie widział tutaj mopa przynajmniej jakiegoś czasu. Zostawiłem ten bajzel i poszedłem znieczulić się do hotelowego baru. Dwa giny z tonikiem później Panama z tarasu baru zaczęła mi się nawet podobać pomimo wiatru i nieznośnego dudnienia muzyki na żywo z okolicznych klubów i barów. Gdyby się dobrze zakręcić można by mieć tutaj raj. Niestety nie był to czas na zwiedzanie, musiałem zorganizować się na następne kilka dni, podpisywać na zaległe maile, ogarnąć się, ale obiecałem sobie, że za tydzień kiedy tu wrócę znajdę czas żeby coś więcej tutaj zobaczyć a może i doświadczyć.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

20 godzinny postój w Panamie

Przekraczając dziś granicę z Panamą mój paszport wzbogacił się o kolejną egzotyczną pieczątkę a licznik wskazał 86 na liście krajów, które do tej pory odwiedziłem.
Kraj znany głównie za sprawą Kanału Panamskiego, trafiłem tutaj tylko dlatego, że przesiadałem się na samolot do Kolumbii. Copa jest całkiem dobrą i rzetelną linią lotniczą, dlatego postanowiłem dołączyć Panamę do listy krajów odwiedzanych podczas zwiedzania Ameryki. Moja koleżanka zaraz po uruchomieniu połączenia Lufthansy Frankfurt – Panama spędziła tutaj 2 tygodnie wakacji i była zadowolona, choć otwarcie twierdziła by nie oczekiwać fajerwerków.

Na zewnątrz jest ciepło i lepko. Od razu rzucili się na mnie rój kierowców taksówek oferujących transport do centrum. W długich spodniach i kurtce łatwo rzucałem się w oczy stanowiąc łatwy cel, stąd moja irytacja na niechcianą popularność.

Po liczbie wieżowców widać, ze Panama ma ambicje światowej metropolii, drapacze chmur tworzą skyline miasta, kiedyś tutaj znajdowało się największe w Ameryce Łacińskiej centrum finansowe, ale jego reputacja podupadła ze względu na podejrzenia prania brudnych pieniędzy z Kolumbii i innych krajów. Liberalne przepisy podatkowe czynią z Panamy raj podatkowy przyciągający bogatych ludzi z całego regionu osiedlających się tutaj ze względów ekonomicznych. Wśród turystów dominują zdecydowanie Amerykanie i Kolumbijczycy i Wenezuelczycy. Oceniają tylko zewnętrzną fizyczność lokalnego kolorytu człowiek ma ochotę od razu się zatracić.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Tętniąca życiem Bellavista

La Dehesa leży tak daleko od centrum, że dojazd tam metrem nie wchodził w grę. Po intensywnie spędzonej nocy obudziłem się później niż zwykle, leniwie zwlokłem się z lóżka i zszedłem na śniadanie. Nie śpiesząc się z niczym układałem w myślach plan dnia. Wiedziałem na pewno, że bezczynne siedzenie w hotelu nie wchodziło w grę. Wokoło nie było po prostu nic, zwykła dzielnica domków jednorodzinnych a wokoło góry.

Około południa kazałem taksówkarzowi zawieźć się do dzielnicy Bellavista. Akurat trwało jakieś święto bo ulice wypełnione były ludźmi, uliczni straganiarze sprzedawali pierdoły, dzieci biegały bezpańsko a restauracje przeżywały prawdziwy bum. Galindo, w którym z M jedliśmy kiedyś pyszny lunch było pełne, siłą rzeczy musiałem wybrać inne miejsce.
Zupelnie zapomniałem jak klimatyczne jest to miejsce. Bellavista przyciaga artystów i bohemę stad pełno tutaj teatrów i kolorowych ludzi.
Długo spacerowałem docierając aż do Plaza de Armes skąd chciałem taksówka wrócić do La Dehesa. Spodobało mi się takie chodzenie bez celu, pomyślałem że nie mam co się śpieszyć z powrotem do hotelu bo nic ciekawego mnie tam już nie czeka. Przekonany o swojej dobrej orientacji w mieście ze słuchawkami w uszach szedłem przed siebie, wspominając wydarzenia ostatnich dni, ludzi których spotkałem w Kuala i Sydney, rozmyślałem o tym jeszcze mnie czeka przemierzając Amerykę Południową i na co czekam z niecierpliwością. Dobry humor na przemian mieszał się z czarnowidztwem, co czeka mnie po powrocie do Szwajcarii, konieczność szukania nowej pracy, przeprowadzka, powrót do Polski.
Wiem tylko że kiedyś będę wspominał ten okres swojego życia z sentymentem, jako słodki czas wolności, bezrobocia, młodości i przygody. Może stwierdzę, że dzięki temu moje życie ulegało zmianie i znajdowałem się w najbardziej odpowiednim do tego celu miejscu – w pięknym kraju gdzieś w Ameryce Południowej. Muszę wykorzystać ten czas, wykorzystać każdą chwilę, niech się wszystko ułoży samo, tutaj w Chile albo w następnym pięknym miejscu.

Zamyślony nie zwracałem uwagi na mijane po kolei miejsca i stacje metra. Ulica ciągnęła się w kierunku centrum Costanera skąd planowałem wziąć już taksówkę. Przeszedłem prawie 4 kilometry kiedy zaczęło się już ściemniać a ja zorientowałem się, że chyba coś jest nie tak, nigdy nie powinienem mijać dworca centralnego ani galerii Plaza Mall. Włączyłem nawigację w telefonie i zaliczyłem wkurw – od 90 minut szedłem w zupełnie przeciwnym kierunku i na dodatek w tym właśnie momencie padła mi bateria w telefonie.

Kierowca, który wiózł mnie potem do Radissona był przeszczęśliwy z kursu, który mu się trafił, ponad 20 kilometrów na szczęście bez korków.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Bardzo długi piątek

Dziś czeka mnie bardzo długi piątek. Jest jeszcze wcześnie rano, o 13 mam samolot do Santiago, ponad 12 godzin spędzę zamknięty w samolocie i pokonam kolejne 10 tys kilometrow. Gdy wyląduję w Santiago będzie znowu piątek godzina 11 rano. Nieźle to namieszane.
W ciągu ostatnich dwóch dni temperatura w Sydney spadła do 10 stopni, na dodatek potwornie wieje, czuje jakby miało mi zaraz urwać głowę. Zmarzłem chodząc po mieście, marzłem w pokoju nim zorientowałem się że klimatyzacja ma opcję ogrzewania, nic dziwnego że złapało mnie przeziębienie. O pierwszej w nocy targany dreszczami, brałem jeszcze gorącą kąpiel i faszerowałem się lekami, bo nie chciałem cierpieć w podróży. Do Chile lecę bezpośrednio Qantasem.

Na lotnisko dotarłem shuttle busem. Mając w pamięci brzmiące słowa K. „szkoda kasy na taksówki, lepiej wydać ją na coś innego”. Pierwszy raz wykorzystałem swój nowy status w One World, w kilka minut odprawiłem się na stanowisku pierwszej klasy i załapałem się do loungu do super okazałe śniadanie. Gdy ogłosili boarding spokojnym krokiem ruszyłem w kierunku wejścia do samolotu. Przed wejściem przeczytałem jeszcze o zamachu w Nicei i zrobiło mi się strasznie smutno. Zawsze miałem bardzo dobrą opinię o liniach Qantas, międzykontynentalny wielogodzinny lot a oni podstawili jakiegoś rzęcha, samolot zdawał się mieć więcej lat ode mnie, wszystko w nim skrzypiało, zgrzytało, chybotało i telepało. Wewnątrz kabiny wystrój rodem z lat 90, stare, zużyte siedzenia, wyposażenie które ewidentnie nadgryzł ząb czasu, na dodatek wszystko wydawalo się jakieś lepkie od brudu i zaświnione. Gdy startowaliśmy nagle otworzyły się wszystkie szafki, ubrania i przedmioty zaczęły wypadać a samolot wydał z siebie głośne, bardzo niepokojące dźwięki jakby rozrywanej od środka konserwy. Latająca trumna – pomyślałem.
Średnia wieku personelu pokładowego 45 lat, same stare meduzy i brzuchaci panowie, nie bylo nawet na kim oka zawiesić a na dodatek pokładowy program rozrywkowy oferował 5 filmów na krzyż. Czepiam się, ale jak na tak długi lot Qantas mógł się trochę bardziej postarać, zwłaszcza jeśli porównać ich połączenie na o wiele krótszej trasie z Singapuru do Sydney. Z drugiej strony jeśli ktoś kiedyś leciał United to w porównaniu z nimi Qantas to luksus.

Jeszcze w Sydney rezerwowałem wycieczki na kolejne dni w Kolumbii, Ekwadorze i Brazylii. Przez ostatnie kilka dni zbieram potwierdzenia i układałem w myślach plany, co zawsze sprawia mi niesamowitą przyjemność.

Już zupełnie zapomnialem jak malowniczo położone jest Santiago, wokoło miasta rozciągają się białe ośnieżone szczyty Andów które przy pięknej pogodzie wyglądają naprawdę zjawiskowo na tle niebieskiego bezchmurnego nieba. Obrazki przypominają trochę Szwajcarię gdyby nie duża ilośc wysokich budynków których w Szwajcarii jest jak na lekarstwo. La Dehesa położona jest daleko od centrum dlatego trochę musiałem się nagimnastykować żeby znaleźć niedrogi środek transportu do swojego hotelu.

La Dehesa leży na obrzeżach dzielnicy Lo Barnechea i znana jest m.in. z tego, że mieszkał tutaj Pinochet. Poszedłem zobaczyć centrum handlowe Falabella bo poza nim chyba niewiele jest tutaj do zobaczenia…

Opublikowano Australia, podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Popularność na instagramie jest jak bycie milionerem grając w Monopol

Nie mam konta na Facebooku, Snapchacie, Pintereście, MySpasie, Twitterze. Zupełnie nie czuję klimatu popularyzowania się na portalach społecznościowych. Jak czytam, że ktoś ma +500 znajomych na którymś z portali zastanawiam sie ilu z tych 500 osób może naprawdę nazwać przyjacielem. Czy gdyby ktoś przespał się z 350 osobami oznaczaloby że był w 350 związkach? 
Kiedyś połknąłem bakcyla nk.pl a potem FB, udzielałem się dość aktywnie komentując posty, aktualizując co jakiś czas swój profil, dodając atrakcyjne zdjęcia i nieustająco poszerzając grono znajomych, ale po jakimś czasie zacząłem dostrzegać wady istnienia w sieci. Grono znajomych rosło, ale wcale nie czułem się szczęśliwszy, ile razy dopadało mnie poczucie samotności nie mogłem liczyć na wsparcie swoich wirtualnych przyjaciół. Z czasem musiałem cenzurować to co chcialem napisać albo zdjęcia które chciałem wrzucić na profil. Nie z każdym chciałem się dzielić gdzie i z kim spędzałem wakacje lub swój wolny czas. Irytowalo mnie że znajomi z pracy mogą podglądać moje życie osobiste, oglądać moje fotki i je komentować. Burzyłem się kiedy osoby praktycznie obce wysyłały mi zaproszenia do kontaktu a ja musiałem się nagimnastykować jak sie wykręcić, żeby tego zaproszenia nie zaakceptować i kogoś nie obrazić. Mialem tak że znajomymi z dawnych lat, ludźmi z pracy, sąsiadami, znajomymi znajomych, rodziną i swoimi ex. Teraz gdy słyszę że ktoś zmienia status z zajetego na wolny bo właśnie rozstał się z lubym mam z tego niezłą bekę. Szkoda mi czasu na przesiadywanie przed komputerem i ciągłym aktualizowaniem tego co akurat dzieje się w moim życiu: niuniek zrobił samodzielnie kupkę, od dziś aa i siusiu, kupiłem nowy nóż ale chleb kroję starym, jestem u ginekologa, wczoraj schlałem się jak świnia, bzyknąłem kobietę konia, przebiegłem dziesięć kilosów i zjadłem wątróbkę, pomocy mam wodogłowie – wszystko okraszone samojebkami z dzióbkiem.

Korzystam z linkedin ze wzgledów zawodowych, ostatnio zalożylem konto na instagramie ale powoli zaczyna mi się nudzić ciągłe wrzucanie bzdurnych fotek i lajkowanie innych. Spędzam średnio pół godziny dziennie klikajac ipada a w zamian dostaję kolejny niepotrzebny gadżet, wirtualną popularność i fałszywe poczucie akceptacji. To ja już wolę spotkać się z przyjaciółmi, w jakiejś fajnej knajpie, pogadać o tym co u każdego z nas słychać i mieć fajne, realne wspomnienia. Wszystkie profile wydaja się byc identyczne, wymuskane laski i faceci, ekshibicjonizm, kasa lans i pustka w środku, napompowana nierzeczywistość.

Dodaj komentarz

Ucieczka od marności tego świata

W ramach detoksu korporacyjnego GH zaproponowała mi 5 dniowy pobyt w SPA Yoga retreat na Bali. Z jej opowiadań miejsce wydawało się lekko sekciarskie… Spanie na pryczy, brak alkoholu, mięsa, wifi, żadnego mini baru w pokoju czy innych zdobyczy cywilizacji, ponadto nie wolno tam dzwonić, palić ani rozmawiać – w kółko tylko chodzenie po dżungli, wąchanie kwiatków, masaże, algi, medytacje, yoga i pozycje łuk, latający żuraw, lotos, martwe ciało albo nieskończoność. Na samą myśl że moje ciało może sie tak wyginać to…. Najbardziej odczułbym brak mięsa, bo jak patrze na te ziarna i owoce, którymi tam karmią to dlugo bym tam nie pociągną…chyba pożarłbym któregoś z uczestnikow kursu… Trudno uwierzyć że są takie miejsca gdzie ludzie ludziom zgotowali takie atrakcje… Martwi mnie asceza, czy przypadkiem nie wpłynie ona na mój umysł oraz duszę, co może skutkować pisaniem psalmów, nuceniem mongolskich pieśni stepowych i piciem soku z pokrzywy albo nawet lekturą „Nad Niemnem” Orzeszkowej…

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Spotkanie

GH przyjechała po mnie taksówką wprost do hotelu, skąd zabrała mnie na lunch do Swissotel Shopping Center. Wynalazła dla nas fantastyczne miejsce, bufet z owocami morza gdzie ostrygami mogliśmy jeść garściami do oporu. Po kilkunastu miesiącach nic nierobienia wreszcie podjęła pracę, nie jest to szczyt jej marzeń ale spokojnie pozwala popłacić wszystkie rachunki i dwa razy w roku wybrać się na zakupy do Korei. Choć nie widzieliśmy się ponad rok, oboje byliśmy na bieżąco z naszymi sprawami, często rozmawiamy ze sobą przez telefon, wspieramy się albo komentujemy wydarzenia wewnątrz EB albo PP – nasz dawny dyrektor snake ogłosił niedawno zamknięcie centrów w Singapurze oraz San Jose i przeniesienie wszystkiego do Kuala Lumpur, Salt Lake i Warszawy, nikogo nie starają się zatrzymać stąd w PP pracuje się coraz gorzej.

Spacerując po dobrze znanych mi korytarzach i sklepach centrów handlowych, po których kiedyś chodziłem z M. kilka razy łapałem się na dziwnym wrażeniu, że zaraz zza któregoś rogu może wyjdzie M. i rozpromieniony pochwali się swoimi zakupami.

Zarezerwowałem pokój w Lai Chun Yuen, przed nocnym lotem do Sydney chciałem się ogarnąć, wziąć prysznic by ze zwieszonym językiem i mokry jak szczur nie pakować się w kolejny miedzykontynentaly lot. Pokój opłacony był z góry za całą noc, mój samolot odlatywał o północy dlatego odstąpiłem go GH, która zaprosiła tutaj na noc swoich siostrzeńców. Z tego co opowiedziała mi nazajutrz basen na hotelowym dachu był dla nich największą atrakcją. Sam So Sofitel to osobna historia, w Singapurze nie brakuje pięknych hoteli ale ten wyróżnia się swoją nowoczesnością, butikowym stylem i dbałością o szczegóły – przestronność, elegancja i dobry smak połączone z nowinkami technicznymi. Choć moje urodziny wypadały dopiero nazajutrz na urodzinowy kawałek tortu zaprosiłem GH już teraz – solidny kawałek tiramisu o wdzięcznej nazwie terrarium podawany w oryginalnej szklanej kuli.

GH odprowadziła mnie na lotnisko, praktycznie do samej bramki, żegnając się nie ukrywała łez.

Opublikowano Australia, podróże, praca | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

stereotypy

Nie przepadam za Tajlandią, bo kojarzy mi sie bajzlem, pieprznikiem i prawem dżungli, słowo organizacja raczej nie istnieje w ich słowniku. Tajowie choć uśmiechnięci i gościnni z natury są jak dla mnie zbyt potulni i czołobitni co w niektórych sytuacjach bywa irytujace. Wolę Malajów bo choć w większości to Muzułmanie nigdy nie miałem problemu żeby sie z nimi porozumieć. No może dzisiaj mieli słabszy dzień…

Na KIA panował straszny burdel, nie było jeszcze 8 rano a w kolejce do odprawy czekało ponad 10 osób. Malaysian Airlines otworzyło tylko jedno stanowisko do odprawy pasażerów w klasie biznes, z jednym agentem który nie tylko sprawdzał dokumenty, wydawał karty pokładowe, ale dodatkowo musiał nosić bagaże. Cała procedura trwała średnio 15-20 minut ludzie klęli bo wszystko wydawała się trwać wieczność.
Po ostatnich redukcjach etatów w tej lini lotniczej nie powinno to nikogo dziwić, szkopuł tylko że kiedy mieli nadwyżkę zatrudnienia takie sytuacje też się zdarzały: 5 osób pomagających w odprawie a każda tylko stała jakby przyćmiony i czekała niewiadomo na co.
Mam do nich słabość potęgowaną znajomością ich innych ukrytych talentów, stąd nigdy nie potrafię się na nich gniewać.

GH zupelnie się ze mną nie zgadza, ale ona jest z Singapuru a ci potrafią być aroganccy i bardzo protekcjonalni jak chyba żaden inny naród w tej części Azji. Czasami musiałem poskramiać GH kiedy roztrząsała przy obcych nasze sprawy w Malezji bo ocieralo sie to o pogardę, stereotypy i brak poprawnosci politycznej. Według niej Singapurczycy są wybitni a cała reszta to nieskomplikowane popychadła, na dnie przykryte trzy metrową warstwą mułu.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Odliczanie

Szwajcaria ma jeden z najwyższych wskaźników samobójstw w Europie (1100 osób w ciągu roku). Tak się składa że mieszkańcy Helwetii zamiast próbować radzić sobie z problemami wolą kulkę w łeb albo rzucić się pod pociąg (średnio co 10). Praktycznie nie ma tygodnia żeby SBB nie musiało zmienić trasy pociągu bo jakiś nieszczęśnik postanowił zakończyć żywot na torach. Samobójcy najczęściej wybierają trasę Berno – Zurych, dla podróżujących na tej trasie jest to zawsze zmora zwłaszcza w porannych godzinach szczytu albo dla takich jak ja, śpieszących się na samolot.

Dziś mało brakowało a spóźniłbym się na samolot do Frankfurtu skąd lecę dalej do Singapuru i Kuala Lumpur. Zamiast 1.16h podróż trwała 1.40h bo pociąg musiał jechać dłuższą trasę w związku z „incydentem” na torach. 

M. został w domu, w sobotę jedzie do Włoch i w tym roku po raz pierwszy nie będę mu towarzyszył. Trochę mi smutno z tego z powodu ale niestety nie udało się nam pogodzić wszystkich planów urlopowych.

Opublikowano emigracja, podróże | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Mannheim – Belgrad – Warszawa – Berno

Na kilka dni wracam do Szwajcarii. Zaplanowana podróż dookoła świata wymaga ode mnie całkowitej wymiany ekwipunku. To co przydawało mi się podczas kursu w Mannheim lub podczas krótkich wypadów do Heidelbergu, Speyer, Frankfurtu, Belgradu i Warszawy byłoby zupełnie bezużyteczne w Malezji, Singapurze, Australii czy krajach Ameryki Południowej. Marynarki, eleganckie spodnie i koszule nie przydadzą mi się w równikowym klimacie Singapuru, wędrując po krętych uliczkach kolumbijskiej Kartageny, stolicy Ekwadoru Quito, w lasach Amazonii w Manaus czy na plażach Rio de Janeiro.

Stęskniłem się za domowymi pieleszami z M., jego kuchnią i naszymi wieczornymi rozmowami o tym jak każdemu minął dzień. Z nieukrywaną radością zamykam rozdział pt. kurs niemieckiego. Nadal uważam, że był to bardzo dobry pomysł, ale cieszę się, że nie byłem tutaj pozostawiony sobie, że odwiedzili mnie rodzice, M z P. i F, właściwie pożegnałem się z R, że spędziłem weekend w Belgradzie odwiedzając Iron Gate przy granicy z Rumunią i że ostatni mecz polskiej reprezentacji na Euro 2016 obejrzałem siedząc wśród polskich kibiców we Flow na Chmielnej w Warszawie. Inaczej po 4 tygodniach bycia sam ze sobą zacząłbym chyba mówić do siebie.

Lubię wracać do Belgradu. Pomimo widoków ubóstwa, niesamowitą radość sprawia mi chodzenie po zaniedbanych ulicach stolicy Serbii, poznawanie miejsc wszystkimi zmysłami a moje serce przepełnia niewytłumaczalne uwielbienia dla tego kraju i do jego dumnych, przystojnych i krewkich mieszkańców zmagających się miłosnymi uniesieniami. Przyjeżdżam tutaj od czasu do czasu przypomnieć sobie jak daleko zaszedłem. Podobnie jest Warszawą.

Czy naganne jest poddawanie się atmosferze takich miejsc, czy okropne jest podróżować przez czas, wieki historii, bez ambicji większych niż dotarcie do miejsc gdzie można smakowicie zjeść, skosztować lokalnego wina albo innego lokalnego trunku. Albo zdrzemnąć się z książką w parku na trawie w centrum ruchliwego miasta na wprost fontanny i Wasserturm. Oczywiście nie można żyć bez końca w taki sposób, rzeczywistość, obowiązki, rachunki, zdrowie oczywiście na to człowiekowi nie pozwolą. Ale może akurat w krótkiej perspektywie to najlepsze rozwiązanie biorąc pod uwagę nieznośną rzeczywistość i zamęt w życiu zawodowym. Dlaczego wszystko musi mieć praktyczne zastosowanie? Przez całe lata byłem taki skrupulatny i ułożony – pracowałem, jeszcze pracowałem, zawsze dotrzymywałem deadlinów, nie zaniedbywałam bliskich mi osób ani swoich zębów, rat kredytu, rachunków, zobowiązań towarzyskich itd. Czy życie składa się wyłącznie z obowiązków? Daleko mi do porównywania moich osobistych zamętów z tragediami wielkich miast, mój kryzysik tożsamości nie ma wymiarów epickich, moje życie osobiste nie rozsypało się na kawałki, nie przeżyłem wojny czy lat tyranii. Poza tym posiadam finansowe środki by z łatwością go opanować.

Kiedy człowiek zagubi się w takim gąszczu, czasami zajmuje mu dłuższą chwilę, nim uświadomi sobie, ze się zgubił. Bardzo długo jesteśmy przekonani, że zboczyliśmy ze ścieżki tylko odrobinę, że już lada moment znajdziemy się z powrotem na szlaku. A potem przychodzi jedna noc za drugą i nadal nie mamy pojęcia, gdzie się znajdujemy, i wreszcie musimy przyznać, ze tak daleko odeszliśmy od ścieżki, ze już nawet nie wiemy, po której stronie wschodzi słońce.

Przeczytałem gdzieś, że doświadczanie przyjemności może być kotwicą od której zaczyna się budowanie nowej tożsamości. Podczas ostatnich kilku tygodni dostrzegłem zapowiedzi szansy powrotu do normalności, powrotu do pracy i znalezienia w sobie sił chwycenia życia za rogi.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz