Powrót do przeszłości czyli Maeva Tahiti

Niecałe 5 godzin zajął mi lot z Auckland na Tahiti.
Na zewnątrz ciepło, ponad 20 kresek a ja w kurtce jak pierdoła. Lotnisko tak małe, że aż cud, że na tym przystanku coś ląduje, obok naszego samolotu stal olbrzymi boeing LANa lecący przez Wyspę Wielkanocną do Santiago w Chile. Popatrzyłem tylko na maszynę i z sentymentem pomyślałem o M.
Kontrola paszportowa poszła sprawnie, niestety nie dostałem pieczątki do kolekcji, bo Polinezja jest częścią Francji wiec obywateli Unii obowiązuje ruch bezwizowy.
Wybrałem pierwszą wolną taksówkę stojącą przed terminalem przylotów, za którą ostatecznie przyszło zapłacić mi jak za zboże i kazałem zawieźć się do Tahiti Pearl Beach. Radissona w tej części świata juz nie ma – od stycznia zmienił się tutaj właściciel.
Do tej pory dawałem sobie rady ze zmianą stref czasowych. Z Auckland wyleciałem w czwartek 14. maja o 3 po południu. Gdy dotarłem do Papeete była środa 13. maja godzina 10 w nocy.
Nieźle to tutaj pokręcone z tymi datami…

Za oknem słyszę szum fal, ale jest zbyt ciemno by zobaczyć morze.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Do raju bym się spóźnił…

Tak się zagapiłem na lotnisku w Auckland, że mało bym się spóźnił na samolot. Siedziałem w loungu i stukałem sobie w komórkę, rozmawiając ze znajomymi, katem oka obserwując informacje o odlotach. Gdy ogłosili „proceed to gate” myślałem, że wciąż mam dużo czasu, bo do odlotu była prawie godzina. Dopiero jak ogłosili ostatnie wyzwanie wiedziałem, że coś jest nie tak. Air Tahiti Nui leciał do Papeete, ale stamtąd non stop do Los Angeles i boarding zaczęli godzinę przed odlotem.

– Where are you flying today, sir? – zapytała mnie pani w sklepie wolnocłowym.
– Taiti – odpowiedziałem
– Tahiti – poprawiła mnie szybko, pakując zakupy do plastikowej torby.

Ciągle latam samolotami wiec przyzwyczajony jestem do lotnisk, odpraw i podobnych pytań. Przyznam szczerze, że tym razem poczułem dreszczyk emocji…

Wsiadając na pokład samolotu dostałem kwiatek, by włożyć go sobie za ucho. Taki mają tutaj zwyczaj usłyszałem później od dwóch zapoznanych stewardów z Fiji Airways i Air Tahiti Nui. Kabina pełna była pasażerów, przypominała Arkę Niego (same pary) tylko ja podróżujący solo, ledwo rozsiadłem się w wygodnym siedzeniu miły pan z obsługi zaproponował mi lampkę Kir Royal.
A potem usiadł koło mnie jakiś stary spróchniały Amerykaniec, który przez ponad 4 godziny lotu chrząkał, kasłał, prychał i przełykał głośno smarki skutecznie odbierając mi apetyt. Biednemu zawsze wiatr w oczy…

Opublikowano podróże | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Idol

Gdy wróciłem z Waitomo było już po 20. Umówiłem się z jednym Latynosem z Meksyku na lampkę wina i Polaków Nocne Rozmowy. Siedzimy sobie w barze na przeciw mojego hotelu, sączymy lokalne chardonnay a obok nas siedzi…Backstreet Boys. Akurat mieli koncert w Auckland i też spali w Skycity Grand Hotelu.
Ten, który zawsze najbardziej mi się podobał (Kevin) ma już ponad 40 lat i przaśne duże dupsko… Ideał sięgnął bruku…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Rotorua i syndrom chińskiej wycieczki

Serce północnej wyspy to z jednej strony centrum kultury maoryskiej a z drugiej miejsce silnej aktywności geotermicznej. Nie sposób poznawać Nową Zelandię i nie zobaczyć pokazu pieśni i tańca w wykonaniu Maorysów choć umówmy się, że jest jeszcze inna możliwość obcowania z Maorysami w bardziej biologicznym wydaniu.

Najwłaściwszym miejscem, aby wybrać się na taki pokaz artystyczny jest Rotorua i położone nieopodal wioski maoryskie. Pokazy mają za zadanie przybliżyć sztukę maoryską, rytuały i historię, ale jak dla mnie są zbyt komercyjne. Jedynie miłośnikom kiczowate „folk night” może się podobać tudzież fascynatom tańczących półnagich krępych facetów wytrzeszczających oczy i raz po raz pokazujących mięsiste języki…
Widziałem kilka podobnych przedstawień na Bali, Hawajach, czy w Tajlandii, ale pierwszy raz wyrwano mnie na scenę żebym zatańczył taniec wojenny i krzyczał, co sil w płucach, co z uśmiechem na twarzy zrobiłem bawiąc się przy tym przednio.
Do centrum kultury przyjechała tez chińska wycieczka – biorąc pod uwagę wiek, zachowanie i stroje uczestników była to jedna z tanich masowych wycieczek zorganizowanych dla chińskich geriatrów niewładających żadnym językiem obcym. Pchali się, rozpychali łokciami, przekrzykiwali, ścigali, kto pierwszy zajmie lepsze miejsce, pomimo zakazu robili zdjęcia i kręcili video i na dodatek odtwarzali swoje nagrania jeszcze w trakcie show.

Siarkowe Miasto Rotorua zawdzięcza swoją nazwę unoszącemu się w powietrzu przez 24 godziny na dobę zapachowi siarkowodoru. Zapach zgniłych jaj, ciepło wydobywające się w wnętrza ziemi oraz liczne zapadnięte kratery dają nieodparte wrażenia jakbym przekroczył bramę miedzy ziemia a piekłem.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Światło z dupy robali, czyli podziwianie glutów w Waitomo

Bardzo wcześnie rano zerwałem się ze swojego lóżka na 16. piętrze hotelu by wyruszyć na wycieczkę do Waitomo.
Najbardziej zapamiętany punkt kulminacyjny programu? W pewnym momencie uczestnicy wycieczki proszeni są o zgaszenie latarek. Najpierw słychać szum podziemnych wodospadów i kapanie wody, kiedy oczy przyzwyczają się do ciemności, na sklepieniu ukazuje się to, czemu jaskinie zawdzięczają swoją sławę: tysiące bladoniebieskich, świecących punkcików, przypominające cieniutkie diody wielkości główki od szpilki, widok przywodzi na myśl rozgwieżdżone niebo. Delikatne światło emitowane jest przez … odwłoki owadów (czyli nazywając rzecz po imieniu z dupy robali) larw muchówki noszącej mądrą nazwę ara cos tam luminosa. Larwy wytwarzają też lepką pajęczynę, która zwisa ze stropu jak cienkie gluty i w którą wpadają, zwabione światłem, różne inne robale. Ha! Ten przyrodniczy fenomen ogląda co roku kilkaset tysięcy osób. Od niego pochodzi nazwa Waitomo Glowworm Caves – jaskinie świecących robaczków. Leciałem 20 tys. km żeby zobaczyć to cudo!

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

spacer po nabrzeżu

Jest może z 15 stopni, w Tokio poprzedniego dnia było 25. Jestem w lekkim szoku po ponad 30 godzinach spędzonych w samolotach albo na lotnisku. Szoku termicznego nie mam, ale czuję się rozbity i chce mi się spać, to powoduje, że pierwszego dnia pobytu na Nowej Zelandii nie robię właściwie niczego szczególnego, po prostu delektuję się ciepłem, wystawiam twarz do słońca, błąkam się po nabrzeżu Auckland, siadam w pierwszym napotkanym barze z tarasem i zamawiam lampkę nowozelandzkiego chardonnay, aby poczuć smak wyspy również na podniebieniu.
Samo Auckland niczym wyjątkowym się nie wyróżnia i przypomina szereg innych miast, takie trochę polaczenie Melbourne z sennym Hobart.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Dzień przed wylotem

Nie wiem jakim sposobem udało mi się zwlec z lóżka o zabójczej 5. nad ranem, by zdążyć na poranny samolot. Spałem nie całe 3 godziny, bo za dobrze bawiliśmy się wczoraj po kolacji: kolorowe drinki i wino lały się strumieniami, ale ja od północy piłem już tylko wodę, żeby rano nie obudzić się z mega kacem.
Przespałem się godzinkę w samolocie do Zurychu a o 11. przekroczyłem próg biura. Na piętrach było cicho i pusto – wszyscy wracali z Berlina dużo później po mnie, niektórzy zostali tam na weekend – tyle, że ja nazajutrz zaczynałem urlop i musiałem przed wyjazdem zdążyć się ze wszystkim wyrobić. Optymistycznie założyłem, że do 17., uporam się z większością spraw, ale trochę się przeliczyłem, bo z biura wyszedłem dopiero po 20. Nawet jeszcze w domu odpisywałem na zalegle maile zamiast pić ziółka, pływać w wannie, robić się na bóstwo i zacząć pakować się przed kolejną podrożą…

W biurze zaczepiła mnie nasza dyrektorka, próbując wybadać mój nastrój po zwolnieniu GH. Emocje opadły stąd łatwiej było mi o tym rozmawiać, nie pytałem o szczegóły tej decyzji, bo nie miałem ochoty słuchać kolejnych kurtuazyjnych wykrętów i zmyślonych tłumaczeń. Dyrektorka wspomniała, że do końca roku nie planują kolejnych redukcji ani przenoszenia nikogo do innego kraju, ale nawet w to nie wierzę.

M. wrócił zmęczony z pracy, wybaczył mi niedomknięte drzwi od zamrażarki, przez co większość przechowywanych tam produktów musiała wylądować w koszu na śmieci, a on biedny o północy skrobał lód wydobywający się z zamrażarki, wypiliśmy po szklaneczce whisky i poszliśmy lulu.

Jutro Tokio, choć wcale to do mnie jakoś nie dociera.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Wyjazd integracyjny do Berlina

Wyjazd integracyjny, urlop, święta, weekend, choroba czy delegacja – nieważne, na mojego szefa żabojada zawsze mogę liczyć, że będzie przysyłał mi maile. Nawet podczas integracyjnej kolacji miał wenę i napisał mi dwa wystukując je chyba w trakcie przerwy na sikanie.
Nie przeszkadzałoby mi to nadto, gdyby tylko nie oczekiwał odpowiedzi najszybciej jak się da. Zanim więc poszedłem w kimę motywowany poczuciem oddania odpisałem mu na kilka, co by pokazać mu swoje zaangażowanie pracą a przede wszystkim zrobić mu dobrze jak się obudzi, bo szefa trzeba dopieszczać inaczej strzela fochy.

Na efekty nie musiałem długo czekać. Punkt 9. spotkaliśmy się na wspólnym śniadaniu w restauracji berlińskiej wieży telewizyjnej, szef pojawił się w radosnym nastroju i na dzień dobry zaaprobował mi wyjazd na czerwcową konferencję w czeskiej Pradze.

Kolejną atrakcją wyjazdu były wyścigi trabantami po ulicach Berlina. Podzielono nas na sześć grup, przydzielono zadania, sprzęt, wytłumaczono zasady gry a na koniec szybko przyuczono jak prowadzić auto zwane zemstą Honeckera.
Zabawa polegała na tym, żeby w jak najkrótszym czasie odnaleźć na planie miasta kilkanaście opisanych zagadka punktów, zrobić sobie zdjęcia na ich tle i wrócić na miejsce zbiorki.
Na początku do zadań podchodziliśmy bardzo poważnie, ale kiedy auto najpierw kilkakrotnie nami podrzuciło a potem niespodziewanie zbuntowało się, odmawiając kierowcy posłuszeństwa i co najgorsze wstrzymując przy tym ruch na ulicy dostaliśmy głupawki i tak trzęsąc się ze śmiechu chcąc czy nie chcąc wrzuciliśmy sobie na luz. Kilka razy mało się nie posikałem próbując wydostać się z tylnego siedzenia, małe to ustrojstwo, ciasne, kanciaste i wyczulone na najmniejsza nierówność na drodze.
I tak udało nam się zaliczyć wszystkie 6 punktów zaznaczonych na mapie wdychając przy tym niemała ilość spalin, która trabi produkował w ilości przekraczającej dopuszczalne normy.
Po lunchu z obowiązkowym curry wuerst wsiedliśmy na statek wycieczkowy, który przez trzy godziny opływał Berlin wzdłuż i wszerz podczas gdy ja wykorzystałem ten czas na drzemkę.

Opublikowano praca | Otagowano , | 1 komentarz

Berlin

Pierwszą noc spędziłem w Grand Westinie, podobnie do innych przyleciałem do Berlina dzień wcześniej, ale nie byłem w nastroju wpadać na znajome twarze już pierwszego wieczoru i silić się na te wszystkie sztuczne uprzejmości i niepotrzebne zawracanie dupy korpo etykietą.

Wieczorem umówiłem się na mecz, ale finał jakoś mi umknął, bo za nic nie potrafię sobie przypomnieć finiszu.

Rano szybko się ogarnąłem i przeprowadziłem do Novotelu gdzie od rana zaczęli zjeżdżać się wszyscy uczestnicy wyjazdu integracyjnego. Bez problemu otrzymałem klucze do pokoju (karta lojalnościowa Accor) co nie podobało się paru osobom, którzy na swoje musieli czekać prawie do 15. aż zacznie się doba hotelowa.
Całe popołudnie przesiedzieliśmy w hotelowym barze racząc się kolejnymi aperolami przygotowując, dla co poniektórych grunt na ostrzejsza jazdę wieczorem.

Zamówionymi wcześniej taksówkami pojechaliśmy do Friedrichshagen gdzie czekała na nas niespodzianka wieczoru – lekcje gotowania. Choć było nas spora grupa każdy miał szanse wnieść swój wkład w przygotowanie pięciodaniowej kolacji: jedni obierali, inni kroili albo siekali, inni smażyli, grillowali, przygotowywali i dekorowali talerze oraz nakrywali do stołu, jeszcze ktoś inny roznosił dania do stoików.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Trouble manager czyli ale ze mnie cipa

Jeszcze przed wylotem do Auckland wypadł mi wyjazd integracyjny naszego działu. W tym roku padło na Berlin i choć wszyscy pracy mam w bród to nie było zmiłuj się – obecność była obowiązkowa.

Kilka tygodni wcześniej kupiłem bilet na samolot i zarezerwowałem hotel. Pomyślałem – polecę rano o 10.00 popracuję z hotelu, wieczorem może z kimś się umowię.. Jak sobie postanowiłem, tak zrobiłem.

W przeddzień wylotu szef zażyczył sobie spotkania ze mną i musiałem przebukować bilet na późniejszą godzinę. Wyliczyłem sobie 11.30 spotkanie, 12.10 najpóźniej wyjdę z biura tak żebym zdążył na pociąg 12.32.

Spotkania z L. są jednak nieprzewidywalne, bo albo je przekłada, albo w ostatniej chwili odwołuje albo – jak było w tym przypadku – przedłużają się o następne 30 minut.
No nic, na pociąg 12.32 nie zdążyłem, ale jest jeszcze następny o 14.00 tak na styk przyjeżdzający na lotnisko w Kloten. Niby trzeba być min. 45 przed odlotem, ale jak mam wszystkie złoto-srebrno-platynowe statusy pomyślałem, że przymkną oko na 5-10 minut spóźnienia.
Punkt 14.00 dojechaliśmy do Zurichu HB a stąd już tylko 17 minut do lotniska. Pomyślałem samolot odlatuje o 15 wiec jest dobrze, zdążę…
W Zurichu pociąg stał kilka minut dłużej, więc zacząłem niecierpliwić się, kiedy wreszcie ruszymy dalej.
Gdy wreszcie ruszył zacząłem pakować laptopa do teczki i zbierać się do wyjścia. Minęło 15 minut a zza okna zaczęły wyłaniać się nieznane mi wcześniej obrazy lasów, pastwisk i wolnostojących budynków. A gdzie Oerlikon? A Hardbruecke? Coś mi widoczki zaczęły nie pasować, bo trasę te znam przecież na pamięć…
Popatrzyłem na wyświetlacz zawieszony na końcu przedziału: Brig. Kurwa gdzie ja jadę? W góry?

Zatrzymałem konduktora, który wyjaśnił mi, że pociąg musiał zmienić trasę i wraca do Berna…
Samolot mi uciekł, musiałem kupić nowy bilet, wróciłem do Berna i teraz znowu jadę na lotnisko…Może za trzecim podejściem uda mi się dotrzeć do Berlina.
Za dużo pracuje albo to początki Alzheimera…

Opublikowano praca | Otagowano | 1 komentarz