Poprawność polityczna albo prawda w oczy kole

Przed kilkoma laty amerykański ambasador na Filipinach stwierdził, że 40% turystów przyjeżdzających na wyspy robi to z powodu seks turystyki. Opinia publiczna zawrzała, rząd filipiński poczuł się urażony, interweniowało filipińskie MSZ, tłumaczyła się amerykańska rzecznik.

Moje doświadczenia niestety potwierdzają opinie pana ambasadora – burdel, łajdactwo i nagabywanie turystów to tutaj codzienność. Faceci sami wskakują do lóżka oferując tzw. masaż z ekstra serwisem, napalają się na Białych, ci bardziej odważni otwarcie proponują stawki a ci mniej odważni proszą jedynie o pokrycie kosztów dojazdu taksówką. I nie są to bynajmniej wychudzeni, zaniedbani, biedni chłopcy, ze slumsów, którzy sprzedają się, bo nie maja za co żyć, tylko pracujący, chodzący na siłownię, zadbani, atrakcyjni i wyrachowani kolesie, którzy bardzo dobrze wczuli się w reguły tej gry. W ciągu niecałej godziny na portalu dostałem prawie 100 propozycji „przyjaźni”, licznik wyświetleń mojego profilu szalał tak, że po pierwszym dniu zdecydowałem się założyć nowy, bo stary nieustannie zalewany był spamem seks ofert zawierających mniej lub bardziej biologiczne zdjęcia.

A to ze są bezpruderyjni i potrafią robić cuda w seksie to za to im chwała…

Chciałbym jeszcze kiedyś tutaj wrócić, zobaczyć malownicze pola ryżowe na południu oraz bajecznie wyglądające plaże na Wyspach Palawan, o których opowiedział mi przewodnik.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

corpo chat

PS: I feel mixed feelings …All we built for the last 5 years in eBay will be now simply destroyed. Sometimes I feel I shouldn’t be coming to SJ. I will have certain issue to think outside the box. I set up so many things from scratches and I don’t think I can be creative enough with setting up new things. I just cannot stop thinking of all potential issues which will impact travellers.

GH: The most absurd is letting go KM who built up the dept.  Do u know what Luc is thinking?

PS: Yep. I guess if they liked her, there wouldn’t’ be any changes at all.

GH: It seems travel now being passed on to Luc.

PS: I don’t know. Didn’t speak to him much. He thinks travel is a piece of cake.. Well, I am going to prove him how wrong he is.

GH: Honestly before I joined travel I also think it is straightforward.

PS: Hahaha me too

GH: I hope Luc is drown.  And we shouldn’t say anything. Let him be the one to shout out.

PS: Will tell you funny thing. Laura sent Luc several emails today with 40 pages attachments. Asking him to read as she is all passing to him from now on. Luke will be pissed when he reads them. And Laura never involved any of us in the contracts negotiations so if I am asked one day, I will know less than him

GH: LoL : Good job, Laura. : Yes, drown him!

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

W stronę zimy

Na samą myśl, że pojutrze wrócę do temperatur na poziomie dziesięciu kresek poniżej zera, aż mną telepie. Póki co czerpię radość z pocenia się przy hotelowym basenie z drinkiem w ręku.

Na lotnisku w Kuala Lumpur, w sklepie wolnocłowym natknąłem się na parę starszych Francuzów podróżujących z dwojgiem nastoletnich nota bene najprawdopodobniej adoptowanych dzieci (rodzice biali, dzieci czarne). Musieli wracać już z urlopu, bo próbowali pozbyć się pieniędzy wydając je na ostatnie zakupy. Wybrali 3 kartony papierosów i próbowali zapłacić za nie malezyjskimi ringitami tajskimi bahtami dolarami singapurskimi kilkoma euro i jakąś jeszcze egzotyczną walutą. Jak zaczęli wyciągać drobne banknoty potem zamieniać je na drobne monety, które tez im zostały, potem przeliczać po kilka razy całą kupkę pieniędzy patrzyłem z uśmiechem, pani za ladą miała minę nietęga, zauważyłem jak przewraca oczami z niecierpliwości i komentuje coś w bahasa do koleżanek. Jakby była separatystką od razu by ich rozstrzelała.

Najbardziej jednak w pamięci utkwiła mi historia, o której przeczytałem w lokalnym The Star o niespełna 21letnim chłopaku z okolic Kota Kinabalu, który zgwałcił swoją 76 letnią babcię. Według zeznań ciotki, młody gwałciciel około południa wszedł do pokoju babci, zatrzasnął drzwi, zdjął jej pieluchę i przeleciał babinkę.
O takich historiach to tylko w Malezji mogę poczytać.

Na lotnisku w Bangkoku czekała mnie przeprawa żeby dostać się do hotelu. Trafił mi się kierowca ni w ząb mówiący po angielsku. W ogóle to gadał do siebie ten leciwy dziadek i nigdy nie wiedziałem czy mam zgadywać co próbuje mi powiedzieć czy akurat rozmawia z kimś przez telefon, bo prowadził auto ze słuchawkami w uszach. Taksówka niby licencjowana, z numerem i taksometrem, ale w środku wypisz wymaluj egzotyka: taksometr stary i zepsuty pamietający chyba lata 80., sufit wytapetowany banknotami z różnych części świata, przy kierownicy ołtarzyk ze świeżymi kwiatkami, figurkami buddy i jakimiś różańcopodobnymi zdobieniami. Balem się że nie wie dokąd mnie wiezie, choć widziałem jak wybiera numer telefonu hotelu i chyba pyta o adres. Trzęsło mną trochę, ale taka egzotyka w małej dawce jest zawsze przyjemna.
W pewnym momencie wyciągnął torebkę pełną liści, które potem wkładał do buzi i przeżuwał – niby nic, dopiero jak otwierał okno żeby zdrowo odcharknąć i splunąć to zrobiło mi się niedobrze.
Podjeżdżając pod hotel nie wyrobił na zakręcie, usłyszałem tylko zgrzyt, gdy zawadził jednym bokiem o wysoki krawężnik tracąc felgę i boczna listwę.

W pracy czeka mnie bardzo pracowity okres, widziałem już plan spotkań wyznaczonych na koniec miesiąca, kupiłem tez bilet do San Francisco, a żeby sobie odbić podły nastrój lecę tam przez Vancouver.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Polska kojarzy się z…

W drodze powrotnej z Tagaytay mój przewodnik zabrał mnie do pierwszej w Manili fabryki jeepneys. Na własne oczy mogłem zobaczyć proces ich produkcji a wcześniej mogłem nawet przejechać się takim pojazdem.

Przy okazji zwiedzania fabryki poznałem starszego syna właściciela firmy, który gdy tylko usłyszał, że jestem z Polski wykrzyknął… Treblinka, Sobibór Gdańsk oraz Maria Skłodowska Curie. Był z siebie dumny opowiadając mi o historii naszego kraju, o Wałęsie, polskim papieżu, polskim złotym oraz o problematyce przyłączenia Turcji do UE.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Manila vanila

Następnym przystankiem po Malezji była stolica Filipin. Powitanie jedyne w swoim rodzaju, przeszedłem przez kontrolę paszportową i celną szukając kierowcy z tabliczką i wtedy zobaczyłem pana z ponad metrowym transparentem, na którym widniało moje nazwisko.

Pierwsze wrażenia po wyjściu z terminalu to cała masa jeepney’s symbolu filipińskiej kultury i bardzo popularnego środka komunikacji publicznej, taki rodzaj samochodu terenowego z wieloma dekoracjami i jaskrawymi kolorami. Samochody powstały z przerobionych amerykańskich terenówek wojskowych pozostawionych tutaj po II wojnie światowej.

Sofitel Plaza w Manili wyznacza nowe standardy w obsłudze klienta. Przejechałem prosto z lotniska zameldować się w hotelu, najpierw przy wejściu powitał mnie bellboy, zaraz po nim concierge, potem mila pani z recepcji przywitała mnie standardowym bonjour, wręczając kartę do pokoju wyjaśniając przy tym ofertę hotelu, ani przez chwilę nie przestając wysyłać przy tym masy uśmiechów. Ledwo odszedłem od stanowiska recepcji osobiście powitało mnie… stado dziwek.
Przez cały dzień nuciłem zasłuchaną w radiu kiczowatą za to melodyjną piosenkę Tirso Cruz Maria Eleonora Teresa.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

W stronę słońca

W pracy bez zmian, ostatnio ogólnie zlewka, niewiele nowego dowiedziałem się o swojej przyszłej roli. Fakt, były święta, zamkniecie roku, wszyscy skupieni byli głównie na tym. Przed Bożym Narodzeniem rozeszła się plotka, że w tym roku nie będzie bonusa, bo nawet nie zaksięgowano rezerwy. Zwykle robi to Inc. i trochę wszystkich dziwiło, że aż tak z tym zwlekają. Na szczęście rezerwa pokazała się 3 dni przed końcem roku, więc teraz wszyscy czekamy do 21.01 na publiczne ogłoszenie wyników finansowych za 4. kwartał i decyzję o wypłaceniu bonusu i jego wysokości. Z bonusem czy bez na wakacje lecimy z M. na Seszele – to już postanowione.

Po powrocie z Azji mam lecieć na kilka dni do San Jose, mają tam być mój nowy szef, Kristi, Laura, Guat Hong i mamy rozmawiać o przyszłości. Oboje z Guat Hong szczerze wierzymy, że do tego czasu znajdzie się ktoś, kto nas kupi albo coś się zmieni w planach restrukturyzacji i nie będziemy musieli lecieć na drugi koniec świata dywagować o niczym.
Guat Hong uświadomiła mi, że gdyby kupili nas Chińczycy musiałbym przerobić swoje imię na bardziej chińskie, podobnie jak wszyscy Azjaci dodają sobie bardziej zachodnio brzmiące imiona w kontaktach z Europejczykami czy Amerykanami.
Moje sugestie: Sudoku, Dim Sum, Toyota albo Mao.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Koniec roku 2014

główną cechą mojego charakteru jest: niezmiennie potrzeba planowania i dążenie do samowystarczalności, chęć zobaczenia wszystkiego i bycie wszędzie jednocześnie
cechy, których szukam u mężczyzny: zaradność, zdecydowanie, czułość, cierpliwość, partnerstwo na dobre i na złe, uroda, i ciało
cechy, których szukam u kobiety: inteligencja, zdecydowanie, uroda
co cenię najbardziej u przyjaciół: że są przy mnie nie za coś a pomimo czegoś, że rozumieją, gdy zdarza mi się im czegoś odmówić, że mogę rozmawiać na każdy temat
moja główna wada: natura tułacza, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, czasami oderwanie od rzeczywistości, seksoholizm, lenistwo w uczeniu się włoskiego i niemieckiego
moje ulubione zajęcie: planowanie podróży, spełnianie marzeń, latanie samolotem, surfowanie po necie, moja praca, pozadomowe rozgrzewające igrzyska za pieniądze, sprawianie prezentów bliskim.
moje marzenie o szczęściu: brak popędu seksualnego, zobaczyć wszystko, co warte jest zobaczenia, by móc spokojnie skoncentrować się na pracy, zdrowie i samowystarczalność
co wzbudza we mnie obsesyjny lęk: stagnacja, samotność, choroba, bezsilność, brutalna agresja, bycie zależnym od innych
co byłoby dla mnie największym nieszczęściem: życie bez M i podróży, choroba, ubezwłasnowolnienie,
kim (lub czym) chciałbym być, gdybym nie był tym, kim jestem: nie chcę niczego zmieniać
kiedy kłamię: nie kłamię, ja koloryzuję, mówię wtedy po włosku, angielsku lub polsku
słowa, których nadużywam: ja pierdole, o kurwa
ulubieni bohaterowie literaccy: brak
ulubieni bohaterowie życia codziennego: Marco, Zero, Kristi, Laura, Renate, Lucia, Franco, Vasilka, Kateryna, Paolo i Fabien, Mauerhofer, Ramon, Alicja
czego nie cierpię ponad wszystko: systematyczności, czasem tego co wyprawiam, u innych braku zdecydowania, prostactwa, pozerstwa i niepotrzebnej bufonady, polskiej małostkowości i kompleksów
moja dewiza: chwytaj czas póki go jeszcze masz
dar natury, który chciałbym posiadać: płaski i owłosiony brzuch, oliwkową skórę, brak egoizmu i dumy
jak chciałbym umrzeć: szybko i nagle, ale jeszcze nie teraz
obecny stan mojego umysłu: lekkie zamroczenie po lampce czerwonego wina
błędy, które najłatwiej wybaczam: coraz bardziej przesuwam granicę tolerancji
największa porażka: brak

Dodaj komentarz

Przy wigilijnym stole

Przy wigilijnym stole wszyscy składali sobie życzenia, podsłuchałem czego życzyli sobie rodzice, rodzice bratu, babcia rodzicom i bratu: zdrowia, pieniędzy, szybkiego spłacenia kredytu mieszkaniowego, dalekich podróży i szczęścia w miłości.

No i właśnie mnie nikt nie życzył pieniędzy…

To dość naturalne – myśleć o dobrze zarabiających specjalistach, dyrektorach i lekarzach „bogacze”. Skoro dużo zarabiasz, jesteś bogaty i masz kasy jak lodu.

A prawda jest taka, że po odcięciu źródła dochodów nie pozostanie mi za wiele.

W Polsce kwestia zarobków jest jedną z najlepiej strzeżonych tajemnic każdej rodziny i każdego pracodawcy – to nie przypadek, że na zachodzie otwarcie podaje się proponowane wynagrodzenie już przy publikowaniu ogłoszenia o pracę, a u nas jest magiczne, zawsze powtarzające się pytanie „jaki poziom zarobków byłby dla Pana/Pani satysfakcjonujący?”. Klauzula o niejawności zarobków to kolejne potwierdzenie takiego stanu rzeczy. Skoro informacje o zarobkach są ściśle tajne, to wyrobiliśmy sobie inny sposób na zaglądanie ludziom do portfeli, co było jednym z ulubionych sportów niektórych moich ex przyjaciół a obecnie tylko mojej rodziny, której niestety się nie wybiera.

Cała „kultura” konsumpcjonizmu, inflacja stylu życia, wychowywanie nas na reklamach, życie na kredyt i ciągłe kreowanie fałszywych potrzeb opiera się na jednej podstawowej zasadzie: najlepiej, jeśli wydasz wszystko, co zarobisz. A w idealnej sytuacji jeszcze więcej – oczywiście na kredyt.

Dla mnie to pewien standard, który w obecnym momencie życia uważam za odpowiedni dla mnie, z ta różnicą ze nie biorę i nie mam żadnych kredytów. W określeniu poziomu „bogactwa” najważniejsze, bowiem nie jest to, ile zarabiam, ale ile oszczędzam.

Dodaj komentarz

Choroba mnie dopadła

O ile pobyt w Porto mogłem streścić w kilku zdaniach pomijając szczegóły o brazylijskich emigrantach, o tyle pobyt w Bilbao sprowadzał się głównie do jednego – leżenia w wannie.
Przyjechałem chory, lub mi pękał, było późno w nocy, ale jak zobaczyłem swoją hotelową łazienkę to jakby siły mi wróciły. Zwykle nie korzystam z hotelowych wannie, bo uważam je za mało higieniczne, kto wie, co ktoś przede mną w niej robił i czy zostało to zdezynfekowane. Zdarzają się jednak wyjątki tak jak w tym przypadku, kiedy oniemiałem na widok wielkiej, podłużnej, głębokiej wanny na podwyższanej podłodze z drewnianych palet. Godzinka i bylem jak nowonarodzony.

Wybrałem się znajdującego się po drugiej stronie ulicy Muzeum Guggenheima, ale nie wytrzymałem tam długo z powodu zażycia przed wyjściem coldrexu – mokry się czułem i na dodatek wciąż leciało mi z nosa.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Latanie nie zawsze jest cool

Z Porto do Bilbao leciałem portugalskim TAPem przez Lizbonę. Martwiłem się trochę, bo na przesiadkę miałem raptem 40 minut a o TAPie nie słyszałem raczej dobrych opinii, ale nie chciałem się uprzedzać.
Wstałem o 5 rano, bo samolot miałem o 7.40, taksówkarz odebrał mnie spod hotelu o 6.00. Nadałem bagaż, zjadłem śniadanie, nawet punktualnie rozpoczęli boarding. Ciepło i miło mi się zrobiło w samolocie, niedobór snu zwyciężył i nawet nie wiem, kiedy zasnąłem. Obudziłem się pół godziny później i okazało się, że wciąż stoimy na pasie. No i wtedy przestraszyłem się nie na żarty, że na samolot do Bilbao już nie zdążę. Wyciągnąłem telefon i zacząłem szukać następnych połączeń z Lizbony do Bilbao, ale okazało się, że istnieje tylko jedno bezpośrednie połączenie między tymi miastami i w najlepszym razie z Lizbony będę musiał lecieć z przesiadką w Madrycie albo Barcelonie. Szczęście w nieszczęściu samolot z Lizbony do Bilbao też miał opóźnienie, więc istniała nadzieja, że zdążę. Ledwo zdążyłem ucieszyć się tą myślą, gdy pilot ogłosił gotowość do startu a w 10minut później byliśmy już wysoko w chmurach. Lot planowo trwa około 30 minut i właśnie w tym momencie stewardesa podniosła raban wzywając przez głośnik doktora albo sanitariusza, bo w biznes klasie ktoś potrzebował pomocy. Od razu zerwało się kilku panów gotowych nieść pomoc potrzebującemu.
Zza kotary oddzielającej klasę biznes od strefy cargo dostrzegłem młodą kobietę, która wpadła w prawdziwą rozpacz nad kilkuletnim chłopcem, który leżał nieruchomo w objęciach jakiegoś mężczyzny. Sytuacja nie wyglądała dobrze, w kółko wszyscy nachylali się nad chłopcem, stewardesy podawały tlen, nawet jeden z pilotów wyszedł na moment zorientować się w sytuacji. Podczas gdy większość pasażerów próbowała zobaczyć, co się dzieje zauważyłem jak przestaje widzieć słońce z lewej strony samolotu a powoli wyłania się ono z prawej. Pilot postanowił długim łukiem wykonać manewr zwrotu tak żeby nikt niczego nie poczuł i po chwili zaczęliśmy lecieć powrotem w kierunku lotniska w Porto, na którym po wylądowaniu czekała już karetka. Myślałem, że zabiorą chłopca i zaraz wystartujemy, ale postój w podróży zaczął się przedłużać: kwadrans, pół godziny, godzina. Pilot podawał komunikaty po portugalsku i za każdym razem, gdy zaczął kaleczyć angielski podnosił się gwar rozmów i komentarzy wśród wzburzonych współpasażerów, wściekałem się, bo nigdy nie mogłem usłyszeć ani zrozumieć, co się dzieje. Zdołałem jedynie zrozumieć, że nie wylecimy wcześniej niż za 2-3 godziny i że nie możemy wysiąść, więc musimy czekać w samolocie. Zajebiście.
Znowu włączyłem telefon i sprawdziłem, o której dotrę do Bilbao: najbardziej optymistyczny wariant podawał 22.00 a najbardziej pesymistyczny 7 rano następnego dnia – oba z dwoma przesiadkami w Lizbonie i gdzieś w Hiszpanii. Średnio mi się to wszystko podobało, nie uśmiechało mi się czekać 3 godziny w samolocie żebym może późno w nocy dotarł do Bilbao. No i wtedy stał się cud, dostałem maila, że mój samolot z Lizbony do Bilbao został anulowany a mnie przebukowano na rejs o 15.
Jeszcze raz sprawdziłem połączenia z Porto i okazało się, że gdybym poczekał do 17.00 mógłbym lecieć stad do Madrytu a stamtąd dalej do Bilbao.
Zatrzymałem stewardesę i zapytałem czy pozwolą mi wysiąść, odpowiedziała, że tak upewniając się że rozumiem, że oznacza to rezygnację z podróży. Nie chciało mi się jej tłumaczyć z mojego planu, dlatego pokiwałem tylko głową, potwierdzając, że na pewno chce wysiąść najszybciej jak się da. Pasażerowie wszczęli już niezły raban, bo wielu zrozumiało że przez opóźnienie stracą połączenia do Stanów czy Brazylii a obsługa próbowała łagodzić napięcie rozdając darmową wodę i suche bułki…
Pół godziny potem byłem z powrotem na terminalu, ale bez bagażu, który mieli mi szybko wyładować i dostarczyć do hali przylotów. I tutaj zaczęły się schody, bo po pół godzinie bagażu nadal nie było, panie w punkcie obsługi Lost & Found wzruszyły tylko ramionami, że w końcu samolot nie odleciał a pani na informacji kazała czekać, bo kiedyś bagaż przyjedzie…
Po godzinie oczekiwania wkurwiłem się, że tyle im to zajmuje aż w końcu jeden pan wyznał mi, że chyba mój bagaż gdzieś się zgubił bo z samolotu został wyładowany ale nie potrafią go nigdzie zlokalizować. W końcu jest! 95 minut nerwów i przekleństw.
Z bagażem poszedłem do stanowiska obsługi pasażerów linii TAP i tam bez problemów udało mi się przebukować bilet za darmo na lot o 17 przez Madryt.
Dostałem voucher na 14 euro na lunch i 6 długich godzin czekania. Najgorsze że właśnie zaczęło boleć mnie gardło, z nosa siąpić katar i ogólnie czułem się źle. 6 godzin bezczynności wydawało się być poza moje siły, powrót do miasta też nie wchodził w grę bo coraz gorzej się czułem i wyglądałem. Myślałem już nawet żeby porzucić cały ten plan, stracić pieniacze i po prostu wrócić do Szwajcarii. Niestety nim na to wpadłem właśnie odleciały samoloty do Zurychu, Genewy i Frankfurtu. Kręciłem się po lotnisku jak duch nie wiedząc, co ze sobą począć. Z nudów bylem dwa razy na kawie, śniadaniu, brunchu, lunchu a potem i wczesnej kolacji, aż dziw, że się później nie porzygałem.
W Madrycie kolejne opóźnienie i kolejne 30 minut czekania, relaksowałem się w barze wypijając mieszankę whisky i paracetamolu, która o dziwo pomogła mi zbić gorączkę i powstrzymać katar. Gdy dotarłem do hotelu Silken wybiła już prawie północ.
Oby nigdy więcej takich dni.

Opublikowano podróże | Otagowano | 1 komentarz