Przystanek Szkocja

Moja koleżanka ze studiów z braku zawodowych perspektyw uciekła najpierw z Wrocławia na słoneczną Maltę, a po roku przeniosła się do deszczowej i znacznie surowszej klimatem Szkocji. Obiecałem jej, że bez względu na to gdzie ją poniesie, będę ją odwiedzał i tak kilka razy w tym roku odwiedziłem Valettę a teraz zanosi się, że, będę częstym gościem w Edynburgu.
A. nie dała mi się nudzić, do stolicy Szkocji ściągnęła też K. uwalniając ją chociaż na kilka dni od pieluch, smaków, kup i nudnego jak flaki z olejem męża. Wspólnie zwiedzaliśmy Edynburg, chodziliśmy śladami Harrego Pottera i wspominaliśmy czasy studenckie. A. wie jak się urządzić, na Malcie prowadzała mnie na włosko – hiszpańskie imprezy studenckie a teraz uskutecznialiśmy więzy grecko – polskie. Było miło, intensywnie i alkohol lał się strumieniami. Marzy mi się odwiedzenie jej podczas Festiwalu Teatrów Ulicznych, ale boje się że, nie dam rady w tym roku.

A. ma dar poznawania nowych ludzi, choć zwykle są to studenci, a my lata studiowania mamy kilkanaście lat za sobą, to zawsze jest wesoło i zabawowo.

A. uciekła z Polski, bo dość miała niepewności, życia od pierwszego do pierwszego, na kredyt. Nie miała też szczęścia poznać fajnego faceta, którego stać byłoby na bycie od czasu do czasu romantycznym i dla którego jedynym marzeniem nie jest żona, dziecko, wysprzątane mieszkanie, obiad na stole i auto.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 3 Komentarze

Wypruwanie sobie flaków c. d.

Uważam się za specjalistę w swoim zawodzie, takiego który doradzi, cierpliwie wytłumaczy, zoptymalizuje koszty, zadowoli księgowość i finanse, postara się żeby i pracownikowi było przyjemnie, miło i wygodnie, że człowiek ucieszy się na służbową podróż. I miałem chyba gorszy dzień, bo z Berlina do Hamburga zamiast pojechać pociągiem wybrałem się samolotem przez Zurych. Latałem nad Europą jak latawiec nim dotarłem do słonecznego Hamburga i hotelu Side z pokojami urządzonymi w stylu art nouveau a’la Ikea.
Hanzeatyckie miasto wywołuje u mnie uśmiech na twarzy, mam stąd bardzo miłe czekoladowe wspomnienia, tak dobre że ile razy o tym myślę to zaraz robię się rozmarzony, wilgotny, normalnie że nie mogę.
Swoją atmosferą i nadmorskim urokiem Hamburg oczaruje każdego, kto był tu choćby raz.

Konferencja organizowana przez naszego dostawcę rok rocznie w czerwcu jest wydarzeniem obowiązkowym w moim kalendarzu. LH nie tylko stara się zaprosić ciekawe osoby, ale liczbę gości ogranicza tak, by była szansa porozmawiania naprawdę z każdym. Prócz prezentacji zawsze organizują zwiedzanie miasta, wynajdują dobry hotel i organizują kolacje w ciekawych lokalnych restauracjach, po których wszyscy przenoszą się do baru na kolejne drinki by bez krepacji kontynuować rozmowy – jest milo pożytecznie i najważniejsze bez nadęcia. Na ich zaproszenie gościłem w Berlinie, Kopenhadze, Lizbonie i wszystkie wyjazdy wspominam, jako bardzo udane.

Po raz drugi poprosili mnie o krótką prezentację. Zrobiłem bardzo osobistą prezentacje, ciekawy temat potraktowałem bardziej luźno, wrzuciłem parę własnych anegdot czym wywołałem salwy śmiechu na sali. Dzięki mnie słuchacze trochę się rozbudzili i zresetowali umysły przed kolejną dawką informacji i poważnych tematów.
Zaraz po moim wystąpieniu dostałem maila od prezesa, że podobało mu się moje wystąpienie. W przerwie zbierałem gratulacje achy i ochy od rozentuzjazmowanych ludzi, jednym słowem brylowałem tego popołudnia a moje ego wzniosło się ponad mezosferę. Trafiłem w czuły punkt, wielu przyznało mi się, że w swoim otoczeniu ich praca postrzegana jest przez pryzmat niekończących się lunchów i kolacji oraz noclegów w 5 * hotelach by sprawdzić miękkość materaca. Miło było poczuć to zrozumienia, że nie tylko ja słucham od kolegów z biura, że się opierdalam, w dupie mam pracę i firmę, że się brzydko dotykam w te miejsca, że dłubię w nosie i kręcę kulki, którymi potem strzelam, że miliony innych zarzutów i kolejnych że.

Podczas takich spotkań pomijając nudne opowiastki, najbardziej przeszkadza mi język słit, sparkling i glitering. Gdy rzygam brokatem, sram tęczą a w konsekwencji mam nieodwracalne zmiany w mózgu.

Teraz powinno być im przykro i wstyd, zwłaszcza jak sobie zwizualizują jak chlipię w kąciku skulony, z moczem z tego bólu oddanym pod siebie.

Ludzie wciąż odchodzą z pracy a ja robię rachunek zysków i strat po przepracowanych tu 7 latach. Jak to jest pracować tu tyle lat? Rogi wrażają mi w tyłek, przez co tęcza wraca i mam wymioty kałowotęczowe, a brokat rozmazany na mordzie.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | 3 Komentarze

Uczę się żyć

Czasami uprawiam czarnowidztwo, dopadają mnie złe myśli, użalam się wtedy nad sobą, swoją karierą, domem, wyglądem, pracą, M, praktycznie nad każdym aspektem życia, nawet na własne sukcesy z przeszłości patrzę bardzo krytycznie i najchętniej chciałbym o wszystkim nie pamiętać, wymazać i zapomnieć. Zwykle taki podły nastrój dopada mnie, gdy czuje się emocjonalnie zubożały, kiedy nad głową gromadzą się czarne chmury, a ja w ciągu dnia krzyczę, kłamię, udaje przed kimś, że jest super, klnę, znowu gram kogoś, kim nie jestem, zwalniam się, błagam i kajam się przed kimś, po czym rzucam się z mostu, albo uciekam na inny kraniec świata, upijam się, wypalam całą paczkę fajek, rozgrywam 3 mecze towarzyskie za jednym razem albo wracam do Polski.

Korporacyjne zwierzę jak ja, wspina się po siatce pięter kariery, byle w górę i jak najwyżej, tak jakby co najmniej od tego miało zależeć moje życie i moja wartość, jakbym w nagrodę miał zapukać do wrót kosmosu. A przecież na końcu i tak człowiek zaczyna spadać w dół, bo nigdy nie jest przecież tak że jest się non stop on the top.

Zewsząd otaczają mnie reklamy fantastycznych wizji rodem z telewizyjnych seriali, karmią moje zdumione oczy i sprawiają, że poświęcam im cały swój czas, zapominam o rzeczach bardzo ważnych, choć przyziemnych, tracę na nie swój czas zamiast po prostu trochę żyć.

Uczę się żyć, bez końca i bez początku.
Uczę się żyć we dwoje, raz, dwa albo i wiele razy, bo kto powiedział, że ten wątek musi być tylko jeden? Spragniony słodkich nagród uczę się chętnie, nawet, jeśli musze słono zapłacić za tą mądrość.

Kiedy dopadają mnie myśli, że wszystko jest zbyt powszednie, nudne i przewidywalne, moje decyzje samozachowawcze a ja tonę w zalewie codzienności, kusi mnie żeby zrobić coś na przekór sobie. I wtedy właśnie robię rzeczy głupie, popełniam błędy by na chwilę poczuć, że znowu żyję.
Najpierw pół życia narzekam na samotność a potem, gdy znajduję miłość, wsparcie i partnerstwo popełniam błąd za błędem. Dwója z miłości, pała z życia taką szczerą laurkę sam przed sobą mógłbym sobie wystawić, z upływem lat powieki stają się cięższe z nadmiaru emocji i przeżyć, robią mi się pierwsze zmarszczki na czole i pod oczami. I w takich momentach znowu zaczynam widzieć wszystko w czarnych kolorach na szczęście to mija. Wracają siły, znowu mam ochotę ścigać się w pracy, z nadzieją że mój los odmieni się tak życzliwie że złe myśli nigdy nie powrócą.

Życie.

Otagowano | 1 komentarz

Wypruwanie sobie flaków

Flaki sobie wypruwam.

W zeszłym roku w Warszawie przypadkiem odkryłem super fajny, wygodny butikowy hotel H15, w którym na dobre zdążyłem się już zadomowić i trudno byłoby mi wyobrazić sobie jakikolwiek pobyt w stolicy i nie zatrzymać się w tym miejscu. Wszędzie mam blisko, do biura, na lunch do Mondovino albo Butchery & Wine, na drinka do Marriotta. Przeczytałem gdzieś, że przed wojną w budynku znajdowała się Ambasada Radziecka a w czasie okupacji jedna z siedzib Wermachtu. Paradoksalnie to chyba uratowało budynek przed zbombardowaniem po klęsce Powstania. Pomimo gruntownego remontu i nowoczesnego designu wciąż zachowało się większość oryginalnych zdobień z czasów ambasady. Uwielbiam budynki, których wnętrza zawierają historie, sam też dokładam się do legendy zapraszając do siebie lokalny koloryt. Nie zrażam się, gdy czasami nie mogę spokojnie przejść korytarzem albo wejść do budynku, bo akurat kręcą reklamę albo trwa sesja fotograficzna do glamour. Milo połechtać swa próżność mogąc rzucić ochraniarzowi w twarz: sorry, ale ja tu mieszkam…

Przy wspólnym obiedzie z K. snuliśmy plany kolejnej naszej wyprawy, tym razem chyba wybierzemy się gdzieś bliżej do Skandynawii, którą chcielibyśmy zjechać w przyszłym roku z góry na dół, wzdłuż i wszerz. Na razie to tylko pomysł, ale zaczynam dojrzewać do ostatecznej decyzji. Oboje łączy nas aktualnie chęć zmiany pracy, ale kiedy i czy w ogóle to nastąpi to zupełnie inny temat.

Do Bangkoku poleciałem z Warszawy – Emiratami, bo oferowali niesamowita promocje. Zwykle zależy mi na milach, które później mogę wydawać na egzotyczne i komfortowe wakacje z M w najdalszych zakątkach świata, ale tym razem skusił mnie darmowy przejazd z i na lotnisko, dostęp do loungu Emiratem w Dubaju i niesamowita klasa biznes w locie Airbusem 380 z Dubaju do Bangkoku. Zupełnie nie przeszkadzało mi, że na lotnisku w Dubaju trwa remont pasa startowego i cały teren wygląda jak jeden wielki plan budowy w sercu, którego z trudem przebijają się auta obsługi lotniskowej i autobusy dowożące pasażerów. Leciałem Airbusem z Singapore Airlines i Lufthansa, ale Emiratem jest moim absolutnym faworytem za bezkompromisowe podejście do luksusu: piękne wykończenie foteli z drewna, woda Voss, kosmetyki Bvlgari i Hennessy XO do poduszki.
Jedyne, czego nie przewidziałem to prozy życia, że od nadmiaru lodu w drinkach i morderczej klimatyzacji wysiądzie mi gardło. W Bangkoku smarkałem i faszerowałem się tabletkami na gardło byleby móc jakoś funkcjonować. Z powodu niedyspozycji nie udało mi się wyjść na miasto, żeby pobiegać po lokalnych centrach handlowych. M pocieszył mnie, że i tak niczego bym tam dla siebie nie znalazł, bo wszystkie ciuchy oferowane są w rozmiarach XS lub mniejszych.
Nowy Radisson jeszcze nie był zupełnie otwarty, choć działała restauracja i bar niestety wciąż brakowało spa i loungu, ale za to darmową atrakcją były alarmy przeciwpożarowe, które włączały się w najmniej odpowiednich momentach.
Choć w Tajlandii ogłoszono stan wojenny to prócz patrolu policyjnego na autostradzie w drodze na lotnisko nie czułem ani zagrożenia ani szczególnego napięcia.

W pracy dalej to samo. Akcje spadają, kolejni ludzie odchodzą, panuje marazm i zniechęcenie. Szefowa załatwiła nam wreszcie budżet i we wrześniu spotykamy się całym zespołem w Nowym Jorku na konferencji. Cieszę się, bo na pewno spotkam się z K, zabiorę ja do Bostonu i będziemy mogli kontynuować tradycje Polaków nocne rozmowy nie zważając jak daleko nam do domu.

Lufthansa Airplus zaprosiła mnie na początku tego roku na konferencje w czerwcu, L. stwierdził, że bałagan panujący w naszej firmie i kataklizm, który przetoczył się przez nią w pierwszym kwartale oraz decyzje managementu stanowią ciekawy materiał na prezentacje i case study. Nie dałem się dwa razy prosić i przyjąłem zaproszenie do Hamburga.

W tzw., międzyczasie poleciałem spotkać się z chłopakami z działu sprzedaży na otwarciu nowego hotelu w Berlinie, który w dopiero co zmienił brand. To, co zaplanowane było na krótki, kurtuazyjny roboczy lunch we dwoje, zamieniło się bardzo wesołą kolację we troje a potem w okupację baru do bardzo późna, w dodatku na koszt Sofitelu. Nie lubię być nikomu niczego winien, dlatego na koniec sierpnia zaprosiłem J. do Wrocławia zwłaszcza, że jakby bardzo liczył na podobną propozycję…

Po Berlinie był od razu Hamburg…

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Spacerkiem po Bangkoku i marzenia erotycznego obiboka

Niektórzy słowa pieszy używają w znaczeniu pejoratywnym, gdy chcą określić coś jako przeciętne, nudne, zwyczajne, bez polotu. W dzisiejszym zabieganym świecie spacerowanie stało się czymś nużącym i nieciekawym w porównaniu z szybszymi, przeto bardziej spektakularnymi sposobami transportu. Ja się do nich nie zaliczam, mam w sobie dusze wędrowca włóczęgi i lubię chodzić dla samej tylko przyjemności, obserwować, ale nie brać udziału, nie spieszyć się, być szczęśliwym sam ze sobą, spacerować bezstronny, pogodny i wolny. Ludzie używają nóg do przemieszczania się z miejsca na miejsce, bez radości w tym działaniu, to tylko coś, co musi być zrobione, sama podróż jest nieważna, zabiera tylko czas a ważny jest cel: przejść z przystanku autobusowego do biura, z biura na parking, z parkingu do sklepu. Gdy wpadnie się w rytm takiego chodzenia trudno jest cieszyć się chwilą, idziemy ze spuszczoną głową, zaaferowani, patrząc pod nogi przerabiając w myślach kolejne niepokoje: sprawy do załatwienia, rzeczy niezrobione.

Lubię ludzi rozsądnych, ale nie znoszę całkowitych racjonalistów. Zawsze czuje się nieswojo wchodząc do domu gdzie np. nie ma popielniczek. Duzy pokój/ salon jest zwykle zbyt posprzątany, sterylny, poduszki ułożone pod linijkę, a gospodarze dobrze wychowani i … chłodni. Zaczynam zachowywać się najlepiej jak potrafię, co jest meczące i krepujące.

W kulturze Zachodu jesteśmy dumni z naszego bardziej otwartego stosunku do seksu. Lubimy opowiadać, że jesteśmy w tych sprawach wyzwoleni i nie mamy kompleksów. Tyle że seks jak i wiele innych radości padł ofiarą pogoni za sukcesem. Stał się ciężką pracą, w której trzeba się wykazać niemal sportem wyczynowym, nad którym trzeba pracować, praktykować i ciągle się samodoskonalić. Seks stał się czymś, czego musimy się uczyć, iście atletycznym turbodymaniem.
Uhm, a gdyby tak po prostu można byłoby położyć się wygodnie i dać się wykorzystać. Seks powinien być rozczochrany, pijany, sprośny i leniwy, bez pośpiechu, grzeszny, rozpustny i lubieżny do tego stopnia, że rano wstyd spojrzeć sobie wzajemnie w oczy.
Wielu ludzi nie akceptuje seksu po pijaku, a bywa fajniejszy niż ten na trzeźwo. Alkohol pozwala pozbyć się tremy, poczucia winy, kompleksów i wszelkich zahamowań. Kluczem do sukcesu jest rozleniwienie a nie atletyczny narcyzm rodem z amerykańskich czy niemieckich pornoli.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 1 komentarz

Nudy na pudy

W pracy wciąż nieznośna nerwówka, panika że coś się świeci a my potulne owieczki nawet nie zdajemy sobie sprawy, że ci na górze pociągają za wszystkie sznurki. Przestałem o tym myśleć, będzie co ma być, będę się martwił, kiedy w końcu cos się wydarzy.

V. przyleciała z Amsterdamu na kilka dni do Berna. Razem z Miss Syberii spotkaliśmy się w Kornhausekeller i raczyliśmy się long island ice tea co niektórym na dobre nie wyszło. K. zrobiła się tak, że musieliśmy wyprowadzać ją z baru, wlec do taksówki ale najpierw w ogóle znaleźć takowego chętnego kierowcę, który wpuściłby ją do swojego auta.

Nieustannie daję plamę przy M. jak nie nabałaganię, to rozleję albo stłuczę, rozsypię, zapomnę albo niedosłyszę i zignoruje. Nie wiem jak on ze mną w ogóle daje rade.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | 1 komentarz

Fru do domu i poczucie końca

Od rana leżę na plaży i czuję jakby topniała mi skóra albo jakby otworzyły mi się wszystkie pory o istnieniu niektórych nawet nie wiedziałem, woda w basenie zmieniła się w ciepłą ciecz o konsystencji zupy. Żeby poczuć ulgę od wysokiej temperatury pozostało mi tylko moczyć się w morzu, bo tylko ten chłód jest wstanie przynieść odrobine ukojenia dla rozgrzanej skory. Nie zobaczyłem niczego na Phuket, mój pobyt ograniczył się wyłącznie do leniuchowania na basenie albo leżenia w hotelowym spa. Wrócę tutaj znowu, tylko że z M i wtedy wysilę się żeby zobaczyć coś więcej, popłynąć na Phi Phi i w ogóle. Ten tydzień i tak był wystarczająco intensywny a nie da się zrobić wszystkiego. Poza tym, pod koniec maja znowu wracam do Tajlandii.

Wieczornym lotem o 17 poleciałem do Bangkoku skąd Austrianem przez Wiedeń wracałem do Zurichu. Pierwszy raz miałem okazję lecieć z nimi na dalekiej trasie i muszę przyznać, że ich biznes klasa to ciekawy produkt, pomysł serwowania posiłków przez pokładowego szefa kuchni jest bardzo oryginalny, tak samo jak wybór najróżniejszych kaw.

W pracy dzieją się dziwne rzeczy, atmosfera jest ciężka, jakby coś się kończyło, wszyscy chodzą poddenerwowani, niepewni następnego dnia, ludzie odchodzą, z tygodnia na tydzień likwiduje się działy, tnie się koszty i wydatki na podróże służbowe, od paru przypadkowych osób usłyszałem pytania w stylu co zamierzam robić dalej, mówi się że szykują się jakieś zmiany. Ktoś nawet napomknął, że chcą nasz sprzedać komuś większemu, ale w to akurat wątpię.
Uwiłem sobie tutaj ciepłe gniazdko i przyzwyczaiłem się trochę do mocno elastycznych godzin i miejsc pracy, do mojego życia „na bogato” w Szwajcarii. Jeśli to stracę będzie bardzo ciężko mi to zastąpić albo przyzwyczaić się do nowego pracodawcy. Po maratonie takich nieuczesanych myśli nic tylko strzelić sobie w łeb…

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Wylewanie potów na Phuket

Siódme poty tutaj wylewam, potwornie gorąco i parno. Ponad sześć godzin leciałem ze słonecznego, lecz rześkiego Perth a po przylocie na wyspę jakbym obuchem w łeb dostał, powalił mnie bezmiar żaru. 100 metrów od wyjścia z lotniska do drzwi klimatyzowanej taksówki wydało się odległością nie do pokonania, czułem jak koszula wilgotnieje, przykleja mi się do skóry a grube krople potu spływają po plecach. Phuket jak i cała Tajlandia jest przaśne, z jednej strony piękne plaże, bujna przyroda, luksusowe hotele i przepyszne jedzenie, z drugiej bieda, bylejakość, lichość, brud i prostytucja.

Dojazd do położonego przy Panwa Beach Radisson resort zajęło nam następną godzinę. Potem jeszcze spacer z lobby do wynajętej willi, wymiana uprzejmości i znowu grube krople potu na czole. Zarezerwowałem suit z widokiem na morze a dostałem przestronną willę z małym prywatnym basenem – w takich momentach lojalność się opłaca.
W Tajlandii gościnność mają opanowaną do perfekcji. W muszli klozetowej codziennie wsypują mi płatki kwiatków.

Na cały jeden dzień zamknąłem się w hotelowym spa. Późno wstałem, leniwie zjadłem lekkie śniadanie by potem przez 6,5 godz. dać się masować, oklepywać, rozciągać, smyrać, uciskać, peelingowac, oczyszczać i upiększać. Zapomniałem, jakie to potrafi być czasem przyjemne…

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Hyden Wave Rock

Razem z K. udało się nam zjechać w styczniu prawie cały kontynent od Cairns po Hobart zahaczając o Uluru w sercu australijskiego buszu. Niestety Zachodnie i Północne wybrzeże musieliśmy sobie wtedy odpuścić, bo zarówno Perth jak i Darwin były nam zupełnie nie po drodze. Perth jest specyficzne, bo z jednej strony leży nad Oceanem a nad i pod nim przez setki kilometrów ciągnie się jedynie niezamieszkałe pustkowie. Dziura z dala od cywilizacji. Atrakcją jest granitowy klif tzw. skalna fala znajdująca się ok. 350 km na wschód od Perth znany z reklam rowerów bmx czy Mercedes Benz. Nadano jej taką nazwę, ponieważ przypomina zastygłą w bezruchu, gigantyczną, załamującą się ponad 100 metrowa falę. Pasy kolorów na ścianie skały spowodowane przez deszcz spłukujący minerały stworzyły żółte, czerwone i szare pręgi.

Jaskrawość tych kolorów jest najbardziej widoczna w porannym słońcu. Widok przecudowny.

Jedyne za czym nie tęskniłem tego dnia w Australii to muchy. Tych tam jak zwykle nie brakowało. Muchy, no właśnie… Muchy to temat rzeka w Australii. Kraj, który zawładnął moim sercem, ale australijskie muchy to najbardziej dokuczliwa zmora, jaka może być – są ich setki tysięcy. Są wszędzie, nad jeziorem solnym, nawet gdy jedzie się 200, 300 km i wokół nie ma nic – muchy są zawsze, wszędzie i nieodłącznie, nieustannie włażą do oczu, do ucha, do ust, każdego otworu. To jest k..a dramat.

Opublikowano Australia, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Poranna lektura na hotelowym tarasie

W necie znalazłem przedruk tekstu Z. Wojtasińskiego…

Psychoterapeuci ostrzegają przed nowym schorzeniem, które atakuje ludzi ambitnych, pragnących zrobić karierę, poświęcających się dla innych i całkowicie oddanych wykonywanej pracy. Ponieważ nie wszyscy wytrzymują tak duże obciążenie, niektórzy zaczynają szukać pomocy u specjalistów. Inni mają poważne kłopoty ze zdrowiem, ale zdarza się, że z przepracowania umierają po pierwszym zawale serca.
Pojawił się nowy typ pacjentów: ludzi załamanych psychicznie, którzy po latach ogromnego zaangażowania w pracy, stali się psychicznymi kalekami, całkowicie biernymi i sfrustrowanymi. To są ci, którzy mieli szczęście, że wcześniej nie wykończył ich rozległy zawał serca.
Mechanizmy tego są już dość dobrze poznane. Według psychoanalityków, ofiary syndromu wypalenia wykazują swego rodzaju agresję, ale zamiast na zewnątrz jest ona ukierunkowana do wewnątrz. Maltretują zarówno swą psychikę, jak i ciało. Doprowadzają do zmian psychosomatycznych, których objawem są m. in. wrzody przewodu pokarmowego, a także niedokrwienna choroba serca, która może doprowadzić do zawału serca. Niektórzy pracoholicy sądzą, że są jeszcze na tyle młodzi, że atak serca im nie grozi. Nie chodzą do lekarza, nie poddają się rutynowym badaniom diagnostycznym. Nie wiedzą, że już mają nadciśnienie tętnicze, zbyt duży poziom cholesterolu i zaawansowaną chorobę niedokrwienną serca. Wypisz wymaluj ja. Badań sobie nie robię od lat, bo nie chce żeby znaleźli mi raka albo innej nieuleczalnej choroby. A przed 50tką i tak planuje strzelić sobie w głowę, bo starość jest smutna, nieatrakcyjna i samotna.
Długotrwałe stresy w miejscu pracy stopniowo i niezauważalnie doprowadzają do chronicznego stanu wyczerpania zarówno psychicznego, fizycznego, jak i emocjonalnego. Często towarzyszy mu przygnębienie, brak wiary w siebie, a także dolegliwości żołądkowe, zmęczenie i bezsenność. (…) ucieczką jest alkohol, seksoholizm albo namiętne opychanie się przez cały dzień słodyczami. No właśnie teraz wiem skąd te moje zamiłowanie do meczy.
(…)ofiarami syndromu wypalenia często są ludzie, którzy wytyczyli sobie cele i zadania, których nie sposób zrealizować albo wymagają one wyjątkowo dużego poświęcenia. Podaje też przykład ludzi, pragnących zawsze zrobić wielką karierę, którzy dochodzą nagle do wniosku, że już nic nie będą w stanie osiągnąć, a do emerytury będą tkwić w tym samym miejscu. I załamują się. Inni, chcąc tego uniknąć, jeszcze bardziej zdwajają wysiłek, aż do całkowitego wyczerpania. Do samowyniszczenia. Przeważa pogląd, że większość osób jest silnie zestresowana nie dlatego, że z poświęceniem haruje dla swego przedsiębiorstwa od rana do wieczora. Przeciwnie, powodem jest poczucie, że nie są właściwie wykorzystani i mają często do czynia ze zwierzchnikami, którzy nie zasługują na szacunek, a wykonywane zadania i polecenia uważają za bezsensowne. Wielu kierowników jest przekonanych, że stres jest najlepszą metodą kierowania ludźmi. Uważają, że pracownicy muszą być pod ciągłą presją: pracować w obawie i niepokoju, wykonywać coraz ambitniejsze zadania. Tylko czy taki stres rzeczywiście komuś służy? Badania wykazują, że działa on stymulująco tylko na początku, później daje efekt wręcz odwrotny, a w końcu staje się niebezpieczny, czego dowodzi fala zachorowań na syndrom wypalenia. Wielu szefów dużych firm zachodnich zaczyna wreszcie zdawać sobie z tego sprawę. Wprowadzają zmiany w kierowaniu ludźmi, zatrudniają nawet psychoterapeutów, którzy analizują sytuację w przesiębiorstwie i starają się rozładować napięcia w stosunkach między ludźmi, m. in. poprzez indywidualne rozmowy i wprowadzenie ćwiczeń relaksujących i uelastyczniających. Trzeba nauczyć się odreagowania, śnić i marzyć, uciekać we własny świat. To trudna sztuka, ale każdy może się jej nauczyć, pod warunkiem, że zacznie nad sobą pracować. Alternatywą jest cieżka choroba, z której niezwykle trudno później się wyleczyć, albo przedwczesna śmierć.

Coraz częściej stwierdzam, że… nie daję rady, że coraz mocniej przytłacza mnie coraz więcej. Do tego przestaje widzieć jakakolwiek nadzieję. Czy jest coś gorszego?
Praca, choć wspaniale, że jest, daje coraz mniej zadowolenia i mniej satysfakcji. To minimum daję siłę potrzebną tylko do tego, by rano zwlec się z łóżka i dojść. Później przez osiem godzin wszystko przypomina dmuchanie dziurawego materaca. Zresztą wszystko w mojej firmie przypomina dmuchanie dziurawego materaca. Można. Pewnie, że można. Bez końca można.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz