Boston 1

Nic się nie zmieniła, pisała że przytyła, ale wcale tego nie zauważyłem. Przed wyjazdem na lotnisko poszliśmy jeszcze na piwo i sałatkę, ostatni raz przeszedłem się po siatce ulic i alei żegnając się z miastem. Może za rok wrócę tu z M. a może przylecimy tu jeszcze pod koniec roku..
Złodziejski portier z Westina próbował wcisnąć mi taksówkę za 120 dolarów tłumacząc się godzinami szczytu. Już miałem się zgodzić, gdy K. sama zorganizowała nam transport na JFK i to w normalnej cenie. Przejazd przez Manhattan wydawał się trwać nieskończoność, kierowca ciągle rozpędzał się by zaraz hamować, szarpało nami w tył i w przód aż mało się nie shaftowałem. W American Airlines znowu zmiany, okazało się że musimy osobno zapłacić za nadawany bagaż. Samolot miał ponad godzinne opóźnienie, spędziliśmy ten czas jak przystało na dawno niewidzących się przyjaciół: na pogaduchach w barze.

W Bostonie było ciepło, gdy lądowaliśmy na lotnisku Logan. W 10 minut byliśmy w Omni Parker House.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Nowy Jork 4

O 8.30 spotkaliśmy się w sali konferencyjnej. Choć wieczór wcześniej spędziłem w hotelowym barze na smutno popijając whisky rano wstałem bez oznak zmęczenia, zdążyłem się spakować, ogarnąć i z przylepionym uśmiechem przyjść na spotkanie. Wyjazd do Nowego Jorku miał z definicji być wyjazdem integracyjnym, ale integrowanie się z nami coś K. nie wychodziło, ciągle była zmęczona albo zajęta. Tylko jeden i zarazem ostatni wieczór spędziliśmy razem, reszta to była samowolka.
K. ożeniła mnie z projektem, którego koncepcję całkowicie teraz zmieniła, akurat gdy zbliżaliśmy się do końca, więc po powrocie do Szwajcarii zacznę rzeźbić od początku. Siedzimy i główkujemy, tzn. bardziej K., bo ja mam to już głęboko w dupie.
Na szczęście o 16.00 spotykam się z K. i lecimy razem do Bostonu.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Nowy Jork 3

Nie spodziewałem się niczego nadzwyczajnego, było jak było, po prostu nudno, dwa dni ciągłego słuchania jadi-jadi-jada. Absolutnie nie narzekam, że K. akurat tutaj zorganizowała nasz offsite, bo do Nowego Jorku zawsze milo jest wrócić. Jak na wyjazd integracyjny myślałem, żeby więcej czasu spędzimy razem, ale począwszy od śniadania, po sesje konferencyjne i samotnie spędzane wieczory wszystko robiliśmy osobno. Może to i lepiej, bo miałem czas na zaległą prace, zakupy, spacery i trochę świętego spokoju.
Dopiero dziś wieczorem wybraliśmy się na kolację do steak house’u i przedstawienie na Broadway ‘u – „Historie Motown”. W towarzystwie dwóch podstarzałych kobiet, w dodatku płacących moje rachunki czułem się jak żigolak. Cieszę się, że tu jestem, bo miejsce jest super, ale to jak się tutaj integrujemy pozostawia wiele do życzenia.

Joan Rivers zmarła dziś gdzieś tu niedaleko…

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Nowy Jork 2

Spałem prawie całą noc, przedtem wziąłem długą gorącą kąpiel, po Manhattanie wszędzie poruszałem się pieszo byleby zmęczyć się odpowiednio i paść wieczorem ze zmęczenia.

Nudna ta konferencja jak cholera, amerykański bełkot, sztucznie rozentuzjazmowanych ludzi, którzy jakby najedli się prozacu i te ich mądre rozwiązania, które mają się nijak do reszty świata

W sali konferencyjnej jest potwornie zimno, klimat działa na 150% a do picia proponują co?! – wodę z lodem. Nie wiem, co lepsze: pocić się z gorąca czy trząść się jak osika i szczękać zębami.

Unikam prelekcji i ukrywam się przed K i L w swoim pokoju.

Sztuczny entuzjazm, potakiwanie głową jakby publiczność usłyszała prawdę objawioną, reakcje jak podczas Oprah Winfrey Show i te dźwięki, które z siebie wszyscy wydobywają: yeah, this i it, wow, great, o my god. Nikt nie wydaje się dostrzegać reszty świata poza czubkiem swojego nosa…

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Nowy Jork

Dotarłem ja i moja walizka, o 12.40 wylądowałem na JFK, jako pierwszy wyszedłem z samolotu, bezproblemowo przeszedłem przez rozmowę z urzędnikiem imigracyjnym by potem ponad 90 minut spędzić w taksówce na Manhattan. Zatrzymaliśmy się w Westin na Time Square, dostałem narożny pokój na 30. piętrze z pięknym panoramicznym widokiem.
Pokój deluxe, rzekłbym apartament…Tylko, że hmmmm. To jest to chyba idealny start w ciężkie mieszkaniowe klimaty Nowego Jorku, bo jak na cenę wynajmu, jakość jest naprawdę średniawa. Okna są szczelne, ale cały pokój wykończony jakby z okresu późnych lat 90tych, tyle że odmalowane. Futryny, drzwi, zasłony i szafy są bardzo old schoolowe, pierwsza reakcja – nie wiem czy w ogóle chce się rozpakować i położyć w szafce ciuchy – ale człowiek się przyzwyczaja. Łazienka na pierwszy rzut oka też nie za bardzo, stare kafelki i baterie, nie da wyregulować się prysznica, są problemy z ogrzewaniem, zupełnie inne standardy…

Póki, co odbieram to miasto dokładnie tak jak wtedy, gdy byłem tu na urlopie, mam energie i zapał do pracy, nawet chce mi się jutro ładnie ubrać na konferencje.

Metropolia przedstawiona w niezliczonej ilości seriali i filmów ma zakłamany wizerunek.
Jestem teraz na Manhattanie, genialna lokalizacja, a mam wrażenie, ze w koło raczej bieda. Nie wiem gdzie są ci wszyscy celebryci i modelki, raczej widzę ludzi bardzo różnorodnych rasowo, ale z takimi smutnym i zmęczonymi twarzami, trochę freaków, wariatów, poprzebierane psy. Patrzę na budynki, okna i raczej widzę normę, albo przeciętność i biedę, chociaż przy 5. Alei na wysokości 60. Wschodniej i w górę liczę luksusowe limuzyny zaparkowane przed kamienicami: kilka Maybachów, dużo BMW, Lexusów, Mercedesów i klasycznych Rolls Royce’ow. Kolorowe życie dzieje się w wysokich budynkach gdzieś tam w górze..

Z myślą o M. przeszedłem Madison Ave całe 40 przecznic od 42. do 83 z misja wykupienia polowy galerii Jonathana Adlera. Choć po przyjeździe wskoczyłem w wygodne letnie spodenki, adidasy i czapkę z daszkiem czułem jak chlupocze mi między nogami, w połowie drogi musiałem wejść do budynku banku Chase of Manhattan ochłodzić się w przyjemnym klimatyzowanym pomieszczeniu.

Przyjezdni mówią, że puzzle zaczynają się układać w całość po jakimś roku mniej więcej. Ludzie niechętnie się do tego przyznają, bo wszyscy przecież ‘love new york’, ale jak się ich przyciśnie to każdy przyzna, że początki tutaj to nie jest miesiąc miodowy – w końcu każdy przechodzi przez dokładnie takie same przeprawy, plus musi ogarnąć rzeczywistość.

Było tak jak zostało kiedyś opisane: podróż w 1. klasie, Manhattan, korki, spacer po 5 Alei, zakupy w galerii, radość że tu jestem, że mogę to tego wszystkiego doświadczać i smutek bo przyleciałem sam. A może to nawet nie smutek, tylko łzy szczęścia, w końcu spełnia się mój sen…
Życzenia trzeba wypowiadać ostrożnie, widziałem takich mieszkających przy 5th Ave – obłożonych kartonami, przedmiotami znalezionymi w śmietnikach albo wyrzuconych przez przechodniów.
Dzisiaj Nowy Jork i 5. Aleja a za dwa miesiące Katmandu i widok na Himalaje.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Gdzieś gdzie czas stanął w miejscu

W dzieciństwie, gdy miałem 12 czy 13 lat moi rodzice zabierali nas z bratem nad jezioro do Rudna koło Sławy w woj. lubuskim. Na terenie ośrodka wypoczynkowego dzierżawili tam domek, taki drewniany, zwykły, z weranda i okiennicami, położony w lesie, bardzo blisko jeziora w którym uwielbialiśmy się kapać. Nic specjalnego, taka chatka na kurzej łapce, bez łazienki i innych luksusów, tylko 2 przestronne pokoje, bez kuchni, ale i tak wspomnienia mam stamtąd niezapomniane, rok rocznie na przestrzeni kilku lat spędziłem tam najpiękniejsze wakacje w zyciu, z rodzicami, babcia, nawet z sąsiadami. Pierwsza fascynacja, próby palenia papierosów, pierwszy kac gigant, ognisko, pieczenie kiełbasek, skoki z pomostu, stołówka, dyskoteki w barze 13, kajaki, rowery i głupoty w postaci turlania się po chodniku na czas. Nie wspomnę ile osób i twarzy przewinęło się przez to miejsce, ile emocji, śmiechu i łez towarzyszyło mi przez te kilka lat tam spędzonych.

Gdy miałem 18 lat rodzice postanowili sprzedać ten domek i pozbyć się kłopotu, bo oboje z bratem wyrośliśmy ze spędzania wakacji z nimi.

Po prawie 20 latach mój brat pojechał odwiedzić to miejsce podczas swojego urlopu. Wysłał mi zdjęcia, gdy akurat siedziałem na spotkaniu działu i zamiast słuchać prezentacji myślami bylem gdzieś zupełnie daleko, jakbym znowu miał 13 lat… Gdzieś tam czas naprawdę stanął w miejscu..

Dodaj komentarz

Belgrad – Gdańsk – Toruń – Sopot

W Belgradzie głównie lalo, ale tak porządnie, rzęsiście, dosłownie ściana deszczu i potoki na chodniku. W lipcu czy sierpniu zwykle nie da się tam oddychać, przejście na drugą stronę ulicy w pełnym słońcu oznacza grube plamy potu na plecach i czole. Ten, kto mnie zna wie że przy takiej pogodzie staje się nieznośny i gburowaty, bo na raz otwierają mi się wszystkie pory – tym razem było znośnie a ja bylem mily jak puchatek. Nieplanowany wyjazd skończył się poznaniem sympatycznej pary Szwajcarów, co potem zaowocowało mile spędzonym wieczorem w hotelu Metropolu przy ogromnej ilości alkoholu. W swoich spostrzeżeniach dotyczących Szwajcarów i Szwajcarii okazałem się nie być odosobniony, zwłaszcza patrząc oczami Serba, który tak jak ja wyemigrował do kraju Helwetów by żyło mu się lepiej. Nacjonalizm i hipokryzja Szwajcarów kole w oczy i jako cudzoziemiec nie jestem w tych spostrzeżeniach osamotniony.
Z hotelu na lotnisko wiózł mnie pewien młody chłopak, bardzo sympatyczny i towarzyski, polubiłem go niemal od momentu, kiedy podszedł i przedstawił się jako mój kierowca. Okazał się bardzo rozmowny i ucięliśmy sobie ciekawą pogawędkę w drodze na lotnisko. Poniekąd przypominał mi mnie samego sprzed 15 lat, równie mocno chciał wyjechać na Zachód, bo dostrzegał że w około świat wygląda szaro ograniczenie i nie ma w nim dla niego perspektyw. Mogłem skonfrontować jego (moje) marzenia -plany sprzed lat, z tym co udało mi się dotychczas osiągnąć i poczułem się dumny i spełniony, bo udało mi się spełnić wiele z swych planów. W jego oczach bylem ogromnym szczęściarzem.

Mało ostatnio spędzam czasu z rodziną, dlatego umówiłem się z nimi na wspólny weekend nad morzem. Wcześniej jedno popołudnie i wieczór w Gdańsku spędziłem sam tzn. taki był plan a że natury oszukać się nie da, wiec delektowałem się urokiem jarmarków dominikańskich w miłym towarzystwie aż do samego rana. Z rodzicami spotkałem się nazajutrz Toruniu i byłoby bardzo milo gdyby matce nie włączył się dopierdalacz i usilnie próbowała popsuć mi humor wszystkimi swoimi pytaniami.

Lubię ludzi zdecydowanych, konkretnych, mających swoje zdanie. Lubię zarówno takich facetów i kobiety. Lubię, gdy nie tylko słuchają mnie, ale potrafią podjąć decyzję czasami także za mnie. Ale granica między tym moim lubieniem, a alergią na despotyzm jest bardzo subtelna i sam nie wiem gdzie dokładnie przebiega i jaka jest szeroka. Despotyzmu nie znoszę (chyba w łóżku). Kiedy wyczuwam despotyzm powstaje we mnie piorunująca mieszanka niechęci i agresji. Najpierw się jeżę a później w najlepszym przypadku prycham, a w najgorszym pryskam. Najczęściej jednak występuje też etap pośredni inteligentny emocjonalnie – przystępuję do kontrataku.
To chyba reakcja na despotyczne zapędy matki, która wykształciła w sobie konieczność kontrolowania wszystkich i wszystkiego, oceniania wszystkich i wszystkiego, doradzania wszystkim i na wszystkie tematy, a przede wszystkim kontrolowania czy jej pokontrolne zalecenia są realizowane zgodnie z jej wytycznymi. Przerabiałem więc latami:
gdzie idziesz? do kogo? po co? kto będzie? kiedy wrócisz? dlaczego tak późno? a w ogóle to po co?
Etap obecny drugi jest już mniej zabawny, bo musze udowadniać, że: nie jestem alkoholikiem, pracoholikiem, ćpunem, że nie jestem w żadnej sekcie…
Raz na jakiś czas udaje się jej przeprowadzić zmasowany, lawinowy nalot na tę moją twierdzę i wtedy znów muszę odbudowywać to, co niszczy.
Coraz częściej gdy słyszę pierwsze pomruki nadlatujących pocisków, ewakuuję się – wychodzę albo przestaje dzwonic. Czasem zdążę, czasem nie. Nic chyba tak bardzo nie wkurwia jak udowadnianie, że nie jest się wielbłądem. Ręce opadają. Mów co chcesz, ale udowodnij… bo nie będziesz miał spokoju.

Wieczorem miałem ich serdecznie dość, dlatego dość wcześnie wróciłem do pokoju, zajrzałem do lokalnego klubu sportowego, wyszukałem sobie interesującego przeciwnika i po krótkiej wymianie zdań wspólnie określiliśmy zakres ćwiczeń aerobowych koncentrując się głównie na moich ulubionych zajęciach na drążku. Napięcie zniknęło a ja zmęczony zasnąłem jak dziecko.
Toruń zwany pieszczotliwie przez lokalnych Torontem jest bardzo urokliwy, gdyby nie nieznośny żar lejący się z nieba pewnie chodzilibyśmy więcej. Wieczorem za to rodzice zabrali mnie do polskiej gospody na prawdziwie polskie jadło: grzybowa, krupnik, żurek, pierogi ruskie i z mięsem, schabowego, mizerie i kompot!

Ojciec wykosztował się na nowe auto, bogate wyposażenie dopełniło full wypas i stało się nowym oczkiem w głowie. No ale nie byłby sobą gdyby wydal kupę siana, ale przyoszczędził na porządnym TomTomie, bo tego GPSa co dostał w zestawie to przeklinałem siarczyście w drodze do Sopotu. Komunikaty „uwaga rondo, drugi wyjazd” albo ” skręć w lewo” na prostej drodze burzyły we mnie krew po tym, gdy wcześniej kilka razy wjechaliśmy w szczere pole albo inną czarną dupę.

W Sopocie spaliśmy w Sheratonie blisko molo – kochany syn załatwił hotel i dwa apartamenty z widokiem na morze, naturalnie w przeciwległych skrzydłach budynku i na różnych piętrach. Wjechaliśmy na podjazd, parking zajęty, parking podziemny zajęty, przed hotelem zero obsługi, ojciec chciał jechać gdzieś 3km dalej a potem drałować pieszo, ale powiedziałem nie, ni chuja, kazałem zatrzymać ojcu auto na wprost wejścia blokując przejazd innym. Obsługa szybko się znalazła, zaraz znalazło się też miejsce postojowe, zlecieli się wszyscy, żeby pomoc z bagażami. Cudnie. I byłoby bardziej cudnie, słodko pierdząco, luksusowo, na bogato jak na filmach z Hollywood gdyby matka nie instruowała obsługi, w której torbie są owoce, słoiki, kotlety i kartofle i kurwa bób, bo rodzinka później jechała dalej na tydzień do Jastarni czy inny Hel a tam na jedzeniu postanowili przyoszczędzić. Miało być wielkie Hollywood a była HollyŁódź czyli wiocha, ale co tam przynajmniej było wesoło.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 3 Komentarze

Polewka z Amerykanów

Jeden z naszych dyrektorów wybrał się w delegacje do Rosji. Prawie wszyscy obcokrajowcy wyjeżdzający do Rosji muszą wcześniej ubiegać się o wizę, cała procedura jest trochę skomplikowana i zajmuje kilku dni, bo wymaga zaproszenia, zaświadczenia o ubezpieczeniu i paru innych dokumentów. Nasz dyrektor posiadający francuskie obywatelstwo ma to szczęście, że posiada także paszport mołdawski a tych obywateli obowiązuje ruch bezwizowy.
Poleciał do Moskwy, wylądował szczęśliwie, ale zatrzymali go na granicy, tłumacząc że w bliżej nieokreślonym kiedyś ‘’wcześniej’’ nielegalnie przedłużył swój pobyt Rosji. Pan dyrektor próbował całą sprawę wyjaśnić, ale urzędnik – nie wiadomo czemu – dyskutować nie chciał i tylko odsyłał go do Rosyjskiego Konsulatu w Paryżu. Pan dyrektor się z lekka wkurwil i chyba go poniosło bo zabrali go na kilkanaście godzin na dołek, gdzie w brudnym, śmierdzącym i zimnym pomieszczeniu bez okna, bez toalety, jedzenia, możliwości zadzwonienia gdziekolwiek mógł pokontemplować. Jak go wypuścili od razu eskortowano go na pokład najbliższego samolotu do Paryża.
Po powrocie do Francji wysłał maila do wszystkich od Safety Security, HR po Travel, przełożonych i przełożonych przełożonych opisując cale zajście.
Amerykanie wpadli w popłoch, prawie każdy mail tej nocy utrzymany był w tonie OMG, nie możemy tego tak zostawić, nikt nie ukrywał oburzenia całym zdarzeniem, oczekiwano ze sytuacje da się wyjaśnić racjonalnie, naprawić, winnych zbesztać i ukarać i nie dopuścić by takie sytuacje zdarzały się w przyszłości, rano naliczyłem takich maili dzieści…
Czytałem je sobie wszystkie w drodze do Wilna i śmiałem się do rozpuku a łzy same spływały mi po policzkach.

„Jak to nie został wpuszczony? Czy można ustalić nazwisko urzędnika i napisać na niego skargę?” – tia, na perfumowanym papierze, dać do podpisania wszystkim ważniakom i wysłać do Vladimira fedexem

„Czy HR wyraźnie napisał w dokumentach, że to jest dyrektor reprezentujący dużą amerykańską firmę?” – nie takich w Rosji wsadza się do więzienia

„Dlaczego w areszcie nie dali mu ani jeść ani pic?!” – ojej to nie zamknęli go w 5 gwiazdkowym obiekcie z siłownią i basenem, nie zapytali go o diet requirements ani czy woli miejsce przy oknie czy przy wyjściu, nie dostarczyli kosmetyczki z przyborami do golenia, jednorazowej szczoteczki do zębów, mini tubka pasty do zębów i z małym mydełkiem? U dobrze że go tam jeszcze jakiś skazaniec nie puknął, w końcu w gajerku i białej koszuli czyściutki śliczniutki i wyperfumowany niepokoił innych panów…

„Rosja powinna przestrzegać praw człowieka” – powinna, ale to wciąż dziki zachód

„Tytuł i stanowisko pana dyrektora: Senior Director Government Relation” – no to pan dyrektor ma ewidentnie słabe communication skills

Action plan – wysłać amerykańskie czołgi i najechać Moskwę…

Opublikowano praca | Otagowano , | 2 Komentarze

kolacja w Bistro 1 Dublis czyli kulinarny performance

Zaprosilem M na kolacje do Bistro 1.

M. lubi dobrze zjeść, ale nie musi to być ambrozja. Podobają jej się ciekawe polaczenia smaków i świeżych składników, chętnie podgląda przygotowanie potraw by potem wykorzystać niektóre elementy we własnej kuchni.

Nie musiałem jej specjalnie namawiać na wyjście wieczorem, ile razy gdzieś jeździmy jeden wieczór spędzamy w jakimś oryginalnym miejscu, w ten sposób w Gdańsku odkryliśmy izraelskie białe wino, we Wrocławiu piatto di mare, w Tallinie łososia z kartoflami.

Mój M. wyszukał mi to bistro z menu degustacyjnymi i polecił wcześniej zarezerwować stolik. Było warto, bo dostaliśmy najładniejszy, przy oknie. Pomimo bardzo wyszukanych połączeń składników (chleb o smaku buraków) 4 daniowe menu było bardzo smaczne. I cena też bardzo przestępna jak za takie rarytasy.

Prócz kreatywnej kuchni najbardziej podobały mi się jednak otwarta kuchnia i samo miejsca, taki skandynawsko-elegancki wystrój, polaczenie kolorów, materiałów, tkanin i dodatków, pomysłowo dobrane wzory na ścianach. Małe miejsce w mało ciekawej części Wilna, za to bardzo przytulne.

Obsługa tylko jakaś odstająca od całości i niegramotna. Zamówiliśmy po lampce wina, na które czekaliśmy i doczekać się nie mogliśmy. Gdy w końcu je podano przewidując, że dalej będzie już tylko gorzej, bo wciąż siedzieliśmy przy pustym stole, zamówiliśmy całą butelkę. Wino podano po dłużej chwili, ale co najbardziej nas wkurzało to, że za każdym razem odkładali je na półkę kilka metrów od naszego stolika i trzeba było błagać kelnera o dolewkę.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Ryga – Wilno

Fajna ta Ryga, ale jeszcze lepsi Łotysze, albo oni wszyscy wyglądają tak apetycznie albo akurat odbywały się w mieście wybory mistera Łotwy, bo co krok smakowite ciacha wynajdowałem, maszerujące ulicami stadnie i nie mogłem przestać myśleć o tym, co bym im zrobił gdyby wpadli do mnie do pokoju na 8 piętro. Tak, panoramę miasta bym im pokazał, kolekcje krawatów i muzyki byśmy razem słuchali i wino pili, klimatyzacje bym wyłączył żeby zrobiło się gorąco w pokoju albo zaprosił do sauny, bo Radisson zrobił mi prezent i dał mi pokój z prywatną sauną w łazience, ale nie taką wmontowaną w kabinę prysznicową, ale prawdziwą drewnianą…

Monotematyczny jestem ostatnio.
Zostawiam słoneczną Rygę za sobą i lecę dalej do Wilna…

O ile Estonii i Łotwie krajobrazowo czy kulturowo bliżej do krajów Skandynawii o tyle Litwa to ewidentnie dawni ruscy. Widać wciąż biedę, gdzieniegdzie bogactwo w postaci eleganckich sklepów czy drogich aut oraz niestety typowe przypadłości klasy nowobogackiej, po raz kolejny potwierdza się, że klasy i dobrego wychowania za żadne pieniądze kupić się nie da.
W restauracji hotelu, w którym się zatrzymałem bardzo nietypowo serwowali codziennie świeże ostrygi i przez cały swój pobyt dosłownie obżerałem się nimi wzbudzając wstręt u M., która owszem spróbowała, ale smakoszem ostryg nie została.
Za to piwo smakowało nam obojgu, zwłaszcza to pszeniczne podawane z plasterkiem cytryny, od dawna piwa nie pijam ale w Wilnie piliśmy po 4-6 kufli dziennie, głównie z powodu wysokich temperatur sięgających 32-35 kresek.

W restauracji spotkało mnie zdarzenie bardzo nietypowe wręcz. Zajadając sałatkę nicejska dostałem wiadomość od pana kelnera, który prócz pracy w usługach, lubił usługiwać klientom także poza godzinami pracy, oferując możliwość rozegrania towarzyskiego meczu za pieniądze. Po przejrzeniu galerii jego mocno biologicznych zdjęć oraz licznych tatuaży z oferty nie skorzystałem.

Wieczorem spotkałem się z lokalnym przedstawicielem klubu litewskiego, który wyglądał jak Szwed albo Norweg, który zaprosił mnie na piwo a nawet kilka, gdy skończyliśmy było grubo po 23 wiec postanowiłem mu się odwdzięczyć w sposób najlepszy jaki potrafię. Kolega w ogóle nie protestował, wręcz cieszył się jak małolat na talent, który chciałem przed nim odkryć, co po niedługim wstępie uczyniłem, recytując przy tym w myślach ‘’Litwo Ojczyzno Moja’’. Nigdy przedtem nie wczułem się w tekst inwokacji tak mocno i tak głęboko, jak wtedy tamtej piątkowej nocy.

M. zabrała mnie do Troków, pięknie położonej miejscowości 30 km od Wilna. Gdybym został na Litwie dłużej chętnie spędziłbym tam 2 albo nawet 3 dni rozkoszując się pięknie położonym jeziorem i możliwością uprawiania sportów wodnych.
Do Troków nie pojechałem ani taksówką, ani z biurem podróży, ale litewskim PKS-em co z dumą odnotowała M. a podróż przebiegała w starym gruchocie pozbawionym luksusu klimatyzacji.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 1 komentarz