Coraz ciekawiej sie robi

Coraz ciekawiej robi się w robocie, czystki trwają głównie w controllingu, strzelają na oślep, głowy spadają, póki trafiało w innych było mi wszystko jedno, ale w zeszły poniedziałek trafiło na K. – usłyszała magiczne zdanie: likwidujemy twoje stanowisko.
Korporacja jest przebiegła i nie chce wypłacać ogromnych odpraw, dlatego biorą K. na przeczekanie, może sama odejdzie, nie zniesie napięcia i niepewności, nie będzie czekać aż firma przyjdzie i może coś jej zaproponuje, bo przecież ma dom i dziecko na utrzymaniu, komu chce się procesować. Myślę, że na to właśnie liczą i dlatego prócz zdawkowego komunikatu” likwidujemy twoje miejsce pracy” niczego więcej jej nie powiedzieli. Czekanie jest czasem bardziej nieznośne niż sytuacja, gdy zna się konkretną datę nieuchronnego.
K. to Ukrainka, przeto twarda sztuka, myślę że łatwo się nie podda, zwłaszcza że chodzi o nie małą odprawę.

Weekend w Birmingham też zaczął się nietypowo. Wysiadałem właśnie z samolotu gdy dotarła do mnie wiadomość o katastrofie samolotu nad Ukrainą. Zaczęła się nerwówka, sprawdzanie maili, czekanie na raport CWT, wymiana maili z Safety & Security – mamy całkiem duże biuro w Amsterdamie i ciągle ktoś gdzieś lata więc szansa że ktoś mógł być na pokładzie tego samolotu była ogromna. Uff, na szczęście od nas nikogo tam nie było…

Birmingham nie powala, znowu przekonałem się że zupełnie nie podoba mi się w Anglii, za wilgotno, za dużo czarnych, ciabatych, za dużo widoku szpetnych tatuaży na całkiem atrakcyjnych ciałach, za dużo głośnych, tłustych kobiet, wulgarnych, pijących na umór ścigających się jakby z mężczyznami, że potrafią im dorównać w ilości wlanego w siebie alkoholu. Widok żałosny, kobieta pijana to dupa sprzedana jak mawia mój ojciec…

Długoletni dostawca zaprosił mnie na Festiwal Filmów w Locarno: nocleg w hotelu w Asconie, kolacja, apero, bilet VIP, bardzo dobre miejsce podczas emisji filmów. Radość mnie rozpierała, gdy opowiedziałem o tym M. Już byłem w ogródku, już witałem się gąską …jak nasz prawnik stwierdził że to łapówka i wycofał zgodę na moje uczestnictwo.
Festiwal Filmów zrobię sobie co najwyżej przed telewizorem.

W Bernie znowu pada, nie mogę wyjść na rower i nie mam jak rozładować emocji.
No nic, spieszę się na samolot do Rygi.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | 4 Komentarze

Przyszłość

M. raz po raz klapie o tym jak to planuje otworzyć własną restauracje albo zacząć karierę, jako sommelier. Bez kapitału, jasnego planu, bliżej określonej lokalizacji czy nawet wspólnika. Słucham tych jego pomysłów od kilku lat i kiwam głową w geście aprobaty, ale w środku się gotuję, wiem, że mój facet jest bardzo naiwny (albo raczej niepoprawnym optymistą, liczy na prawdziwy łut szczęścia i nieoczekiwany splot okoliczności) i chce porwać się z motyką na słońce. Nie mogę mu tego zabronić ani nawet powiedzieć wprost, bo go kocham i obiecałem mu go wspierać, ale jak słysząo otwarciu restauracji w Szwajcarii bez pieniędzy, doświadczenia i znajomości języka to mam ochotę jebnąć jego głową o siane i zapytać się czy aby na pewno go już zupełnie nie pojebało.
Ja jebie, on wciąż nie odróżnia debetu od kredytu ani nie rozumie funkcjonowania podatku czy cła, ale buja w tych swoich obłokach niczym Ikar w chmurach a ja jestem ten zły, który zło wróży i z impetem ściąga go na ziemię.
Cieszę się, że chodzi na francuski i że dużo spędza czasu powtarzając zawiłą gramatykę i wymowę francuską, ale dobre chęci to za mało. Samym Bonjour i Ou sont les toilettes parce que j’ai besoin de vomor na rynku się nie utrzyma.
Czasem pyta mnie, dlaczego nie otworzymy czegoś razem, dlaczego nie odłożę swoich uprzedzeń na bok, w końcu ja z nas dwóch potrafię liczyć najlepiej, ale dla mnie to żaden szczyt marzeń budka z kebabem czy pizza d’asporto i w dodatku wszystko za moja kasę. Wolą zabrać swoje oszczędności i wyjechać gdzieś na rok czy dwa, uczyć się szydełkowania w Peru, ratować żółwie na Galapagos, karmić papugi na Hawajach albo uczyć biedne dzieci czytania na Fidżi czy w Katmandu w końcu sam na to zarobiłem.
Pod tym względem jestem strasznym egoistą i mam tego świadomość.
Boje się, że za rok M. zacznie na mnie naciskać i każe mi wybierać, bo on podejmie jakieś zupełnie oderwane od realiów decyzje, w których ja jako kochający partner powinienem go wesprzeć a ja… nie planuje spadać z nim w dół, po prostu spakuje się i odejdę.
Nigdy nie bylem w takim momencie życia, nie znam nikogo, kto był w podobnej sytuacji, czuje się źle z własnymi myślami, ale czy gdy kogoś kochamy to musimy bezmyślnie skakać za nim w ogień?
Łatwo powiedzieć, że miłość i partnerstwo polega na zaufaniu i na byciu szczerym nawet jeśli prawda bywa brutalna. Weź żyj z takim i płać potem jego rachunki…

Otagowano | Dodaj komentarz

Budowanie swojej historii

Urodziny. Kolonia. Sprezentowałem sobie kilkugodzinny morderczy maraton w barwach United Color of Benetton. Przed północą spocony i obolały padłem z wycieńczenia, by wcześnie rano w strugach deszczu wracać do Zurychu.

3 dni w Zurychu, przeplatane powtórkami z Rumunii.

Te same słowa i czyny. Jak stare cegły z rozebranego domu, które układam, by znów coś zbudować, tyle że swojego.
I chciałbym inaczej je ułożyć, by nie przypominały tego co było, ale przecież inaczej się nie da. Musi być fundament, ściany, miejsce na okna, drzwi…
I może dlatego, gdy słowo dokładam do słowa, gdy powielam utarte schematy, gdy ściany coraz wyższe, coraz większe dostrzegam podobieństwo historii. Nie tyle bolą wspomnienia domów, które legły w gruzach, co świadomość, że coś takiego już próbowano zbudować. Z tych samych cegieł. I rodzi się we mnie samym żal do mnie samego, że to już nie nowa cegła, że nowa poszła na budowę czegoś, co się rozsypało.
Słowa i czyny poobtłukiwane nieco, bledsze, choć przecież są te same. Choć próbuję je obejrzeć przed ułożeniem, żeby wyglądały jak najładniej, bo chce się przecież bardzo, by było tak samo pięknie, a nawet piękniej jeszcze to i tak wiem swoje.

Już zawsze będę tak zawieszony między pragnieniem a rzeczywistością. Ileż można próbować utrzymywać równowagę na rozedrganej linie? Zawrócenie grozi upadkiem, a każdy krok do przodu budzi lęk. Schronić się, odgrodzić, ukryć tez nie ma już gdzie. Wzniesione przeze mnie barykady rozsypują się, okopy zasypują, a ja nie mam już siły na odbudowywanie tego wszystkiego, co chroniło mnie przed tym durnym światem.

Dzisiaj widzę, że w swoim życiu zakreślamy koło, ale choć wracamy do punktu wyjścia to wiemy znacznie więcej. Życie okazało się na tyle „łaskawe”, że pokazało mi to, co chciałem zobaczyć, pozwoliło przeżyć to, co chciałem przeżyć. Bagaż doświadczeń, także takich, których wolałbym nie mieć, muszę teraz ciągnąć za sobą. Nie da się go zgubić, ani – choć czasem bardzo by się chciało – na zawsze o nim zapomnieć…
Czasem myślę, że może zbyt wiele dane było mi przeżyć, by beztrosko iść dalej, a czasem, że właśnie dlatego mogę iść dalej spokojniej.

Zafundowałem sobie potężną dawkę przemyśleń na temat tego, co za mną i co przede mną. Życiowe doświadczenia, spotkania, rozmowy, sprzyjają temu. Rodzi się, więc we mnie nowe „ja”. Potężnieje świadomość, że wszystko to tylko „pogoń za wiatrem”… Jeszcze raz wracam do marzenia, żeby to życie przeżyć ładnie, dobrze, nie tylko dla siebie…

Otagowano | 6 Komentarzy

Bum bum cyk cyk bum bum puu

Spędzamy we dwoje wakacje na południu Włoch. M. zostaje jeszcze potem u rodziny kolejny tydzień a ja w poniedziałek wracam do Szwajcarii. Pierwsze cztery dni spędziliśmy na północ od Brindisi w Fasano w pięknie utrzymanym malutkim hotelu Al Mirador prawdziwej oazie ciszy i spokoju. Hotel położony na zboczu wzgórza, posiadał tylko 8 pokoi, z czego jeden apartament z przestronnym tarasem z widokiem na okolice i morze, do dyspozycji mieliśmy restauracje, basen oraz spa. Kiedy przyjechaliśmy w niedzielę przy basenie był tłum, ale już następnego dnia byliśmy sami! Cały hotel i basen były tylko do naszej dyspozycji. Cisza, spokój, relaks, czuliśmy się jakby ta olbrzymia willa należała wyłącznie do nas. Poza tym obsługa traktowała nas jak członków rodziny, wszystkich znaliśmy po imieniu, zagadywali nas na każdym kroku, podsuwali nam mnóstwo smakołyków i zawsze ze wszystkim szli nam na rękę.

Baia dei Turchi koło Otranto miała być za to luksusowym resortem, na który napaliliśmy się już kilka lat temu a okazało się, że lata świetności to miejsce ma już dawno za sobą: brudno, licho, byle jak, tandeta zalatywała z każdego kąta no i ten dziwny zapaszek. Wystrój i posagi i rzeźby Buddy miały przypominać luksusowe resorty w Tajlandii czy Kambodży, ale na tym podobieństwo się niestety kończyło. Nawet obsługa była oschła, jakby z łapanki, jedynie właściciel Francesco o mega seksownym uśmiechu i błysku w oczach nadrabiał za wszystkich. Plaża w Torre dell’ Orso okazała się komercyjnym bagnem, z upchanymi do granic możliwości leżakami jednym przy drugim, dudnieniem i hałasem wydobywającym się z niesprawnego sprzętu stereo, palący sąsiedzi i drożyzna, która była dopełnieniem tego smutnego obrazka. Ewakuacja nastąpiła, przed 13 bo od łomotu i pisków rozbolała nas głowa. Starzejemy się.

Włochy nie nadają się wypoczynek, jeśli ktoś planuje przestrzegać diety i odżywiać się skromnie. Tutaj po prostu nie da się nie jeść, bo wszystko smakuje wybornie: chleb z oliwkami i pomidorem, focaccie, friselle, bruschette, ricci crude, ostrygi, cozze pelose, vongole, fasulari, ostriche di fondo, rustiche. Na śniadanie jemy lekko, na obiad prawie nic za to wieczorem organizujemy sobie prawdziwą feerie smaków przy winie i w gronie znajomych.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 7 Komentarzy

Włoski macho na plaży

Wczesnym rankiem pojechaliśmy na plażę podsmażyć lekko nasze ciałka. Plaża Lido Verde wydała się być do tego odpowiednim miejscem. W kasie wypożyczyłem leżaki i parasol. M. zapragnął prasówki, czegos łatwego i przyjemnego do poczytania, gdy bedzie prażył się w słońcu. Sprzedawca zaproponował mu Galę, Show i inne plotkarskie kolorowe pisemka. M. oburzył się, że nie mają niczego dla prawdziwych mężczyzn. -To może Cztery Kółka albo Magazyn Sportowy? M. wzdrygnął się znowu. – Poproszę Kuchnie i Vogue’a…

Na plaży lubimy sobie podrinkować kolorowe koktajle, im bardziej egzotyczne i uderzające do głowy tym lepiej dla mnie.
M. przegonił mnie po plaży każąc przynosić sobie w kółko a to focaccie, lody, wodę, piwo, sok, a to arbuza, krem do opalania, gazetki i tym podobne. Wszystko w tonie rozkazującym bez słowa proszę. Biegałem w kółko w te i na zad. Gdy po raz kolejny usłyszałem że czegoś chce zapytałem:
– a może byś tak użyl magicznego słowa…?
Uśmiechnął się się, spojrzał na mnie zawadiacko spod kapelusza i odparł:
– subito?

Pojechalismy do Matery, znanej ze starożytnych jaskiń, w których mieszkali troglodyci, pięknych historycznych ruin oraz z tego, że Mel Gibson kręcił tu Pasje. Wjeżdżając do centrum zauważyliśmy, że Matera przygotowuje się na wielki festyn Festa della Bruna, centrum pełne było metalowych pergol przyozdobionych girlandami ze świateł i kwiatów, wszędzie kolorowo, typowo małomiasteczkowy włoski bazarowo – odpustowy klimat. Po powrocie do hotelu recepcjonistka zapytała nas czy widzieliśmy festyn i procesje. Pytała mnie czy w Polsce także obchodzimy święto patrona miasta, czy uskuteczniamy procesje. Trochę nad tym myślałem i jedyne co przyszło mi na myśl to procesja z okazji Bożego Ciała. Zapomniałem jak jest po włosku święto Bożego Ciała i żeby się jakoś wyrazić powiedziałem, że też mamy takie święto, gdy ksiądz chodzi z procesją i niesie crepes del Christo (naleśnik z Chrystusa).

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 1 komentarz

Trans….ylwania

Z nieukrywanym sentymentem kolejny raz w tym roku odwiedzam Rumunię.

W czerwcu zwykle bywa bardzo gorąco, ale mnie się udało wcelować w pogodę, pierwszego dnia lekko mżyło a drugiego było akurat w sam raz 25 stopni.

Na każdym prawie kroku można dostrzec tu pozostałości komuny i klasyki z okresu demoludów. Ceausescu wyburzył połowę Starego Miasta i świątyń by wdrożyć swój plan socrealistycznych bloków, wybudował nowe, monumentalne architektoniczne gmaszyska-potworki, bo nie co dzień widzi się budynek z kolumnami na dachu albo czymś, co przypomina grecki Akropol. Ten, kto to tworzył miał wizje i łyżeczkami wciągał amfę na śniadanie. No i ten sztuczny ściek ni to rzeka przebiegający przez centrum, suche koryto pełne śmieci i zanieczyszczeń, bo po rzece niewiele tam zostało.

Budowano olbrzymie bloki, brzydkie i szare, aby upchnąć w nich jak najwięcej ludzi przesiedlanych z placu budowy gmachu parlamentu… Ludzie ci chyba do dnia dzisiejszego nie potrafią zebrać się do kupy, bo bloki te budzą grozę już z daleka… nieodnawiane, często z osypującym się tynkiem… nasuwa się od razu wniosek, że mieszkają tam najbiedniejsi mieszkańcy stolicy Rumunii.
Pomimo to Bukareszt ma swój urok. Mieszkańcy są przyjaźni, chociaż trafiają się wyjątki, wielu nie lubi obcych, lata izolacji od świata zrobiły swoje, jest w ludziach jakaś nieufność połączona z ciekawością.

Ledwo samolot dotknął pasa na lotnisku Otopeni ludzie zerwali się ze swoich siedzeń, mając sobie za nic nakaz obsługi pokładowej, że samolot przecież nawet jeszcze się nie zatrzymał. Pasażerowie nerwowo zaczęli wyciągać ze schowków swoje bagaże, stare szmaciane albo plecione torby w kratę, niektóre podróbki znanych marek wypełnione alkoholem, perfumami. Tłum napierał wyjście, co najmniej jakby pilot właśnie zarządził ewakuację albo jakby dla pierwszych, którzy dotrą do wyjścia czekała nagroda.

Współpasażerowi wyróżniają się ubiorem, przaśne kolory, wytarte dżinsy z wielkimi dziurami, t-shirty w krzykliwe wzory często z cekinami albo dużym logiem jakiegoś kreatora mody, nieważne że z daleka wygląda to tanio i tandetnie, tutaj musi być cię widać. Do tego rozczochrane czasem tłuste włosy, w platynowym albo płowym blond kolorze, zaniedbane, zmęczone praca ręce i brud za paznokciami przykryty warstwa lakieru. Ile razy widzę kogoś takiego zastanawiam się jak często zmienia bieliznę: co drugi dzień, co czwarty? Odwraca na druga stronę? A może czeka aż zacznie kiełkować rzeżucha i walić gorgonzola?

Pobyt wydłużyłem o jeden weekend żeby pojechać pociągiem do Brasov, zwiedzić zamek Draculi. Dopiero w wieku 36 lat odkryłem że Transylwania to dawny Siedmiogród.

Dzięki książce Brama Stokera zamek uchodzi za siedzibę wampira Draculi, choć prawdopodobny pierwowzór tej postaci, słynący z brutalności Wład Pałownik, nigdy w nim nie mieszkał, przynajmniej jego związek z zamkiem w Branie nie został nigdy potwierdzony. Prawdziwą siedzibą Włada był bowiem Zamek Poenari.

Z okna pociągu do Brasov widziałem całą masę ludzi przechodzących do budynku dworca po torach, bo, po co korzystać z przejścia podziemnego jak można na skróty, szybciej bez względu na potencjalne niebezpieczeństwo.

Tutaj liczą się pozory, wygląd, ciuchy, modnie jest palić i popisywać się niezłą furą. Młodzi są ambitni, ale chcą wszystkiego od razu, na skróty, żądni szybkiej i łatwej kasy stąd tyle tu prostytucji.

Na ulicach bogactwo i skrajna bieda, trochę jak na ulicach w Moskwie. Bentleye i bosi żebrzący Cyganie ciągnący za sobą gromadkę dzieci.

Kilka lat temu byłam w Sofii, stolicy Bułgarii i mam wrażenie, że jednak Rumuni mają w sobie większą wolę wyrwania się z biedy i nędzy, jaką zafundował im znienawidzony dyktator…

W hotelu pełna panów prowadzających się z młodymi dziewczynami gotowymi na wszystko.

I ja nucę sobie pod nosem ‘’Too much love will kill you’’.

Wyjazdy mnie ostatnio dobijają, muszę się sprężyc żeby sobie wszystko poukładać w kalendarzu. Wieczorem wróciłem z Bukaresztu, obejrzałem zaległy film, zapłaciłem rachunki, rano o 6.45 wziąłem prysznic, o 7 przyniosłem M kawę by o 7.10 wziąć rower i pojechać 30km za miasto. Wróciłem po 10, zjadłem śniadanie, obejrzałem film, spakowałem się a o 14 bylem gotów do wyjścia na samolot do Warszawy. M. jest nawet na rękę, że mnie ciągle nie ma, bo przygotowuje się do egzaminu i potrzebuje ciszy i skupienia.

Albo tylko mnie się tak wydaje i niedługo wybuchnie, że zostawiam go ze wszystkim samego.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 2 Komentarze

Przystanek Szkocja

Moja koleżanka ze studiów z braku zawodowych perspektyw uciekła najpierw z Wrocławia na słoneczną Maltę, a po roku przeniosła się do deszczowej i znacznie surowszej klimatem Szkocji. Obiecałem jej, że bez względu na to gdzie ją poniesie, będę ją odwiedzał i tak kilka razy w tym roku odwiedziłem Valettę a teraz zanosi się, że, będę częstym gościem w Edynburgu.
A. nie dała mi się nudzić, do stolicy Szkocji ściągnęła też K. uwalniając ją chociaż na kilka dni od pieluch, smaków, kup i nudnego jak flaki z olejem męża. Wspólnie zwiedzaliśmy Edynburg, chodziliśmy śladami Harrego Pottera i wspominaliśmy czasy studenckie. A. wie jak się urządzić, na Malcie prowadzała mnie na włosko – hiszpańskie imprezy studenckie a teraz uskutecznialiśmy więzy grecko – polskie. Było miło, intensywnie i alkohol lał się strumieniami. Marzy mi się odwiedzenie jej podczas Festiwalu Teatrów Ulicznych, ale boje się że, nie dam rady w tym roku.

A. ma dar poznawania nowych ludzi, choć zwykle są to studenci, a my lata studiowania mamy kilkanaście lat za sobą, to zawsze jest wesoło i zabawowo.

A. uciekła z Polski, bo dość miała niepewności, życia od pierwszego do pierwszego, na kredyt. Nie miała też szczęścia poznać fajnego faceta, którego stać byłoby na bycie od czasu do czasu romantycznym i dla którego jedynym marzeniem nie jest żona, dziecko, wysprzątane mieszkanie, obiad na stole i auto.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 3 Komentarze

Wypruwanie sobie flaków c. d.

Uważam się za specjalistę w swoim zawodzie, takiego który doradzi, cierpliwie wytłumaczy, zoptymalizuje koszty, zadowoli księgowość i finanse, postara się żeby i pracownikowi było przyjemnie, miło i wygodnie, że człowiek ucieszy się na służbową podróż. I miałem chyba gorszy dzień, bo z Berlina do Hamburga zamiast pojechać pociągiem wybrałem się samolotem przez Zurych. Latałem nad Europą jak latawiec nim dotarłem do słonecznego Hamburga i hotelu Side z pokojami urządzonymi w stylu art nouveau a’la Ikea.
Hanzeatyckie miasto wywołuje u mnie uśmiech na twarzy, mam stąd bardzo miłe czekoladowe wspomnienia, tak dobre że ile razy o tym myślę to zaraz robię się rozmarzony, wilgotny, normalnie że nie mogę.
Swoją atmosferą i nadmorskim urokiem Hamburg oczaruje każdego, kto był tu choćby raz.

Konferencja organizowana przez naszego dostawcę rok rocznie w czerwcu jest wydarzeniem obowiązkowym w moim kalendarzu. LH nie tylko stara się zaprosić ciekawe osoby, ale liczbę gości ogranicza tak, by była szansa porozmawiania naprawdę z każdym. Prócz prezentacji zawsze organizują zwiedzanie miasta, wynajdują dobry hotel i organizują kolacje w ciekawych lokalnych restauracjach, po których wszyscy przenoszą się do baru na kolejne drinki by bez krepacji kontynuować rozmowy – jest milo pożytecznie i najważniejsze bez nadęcia. Na ich zaproszenie gościłem w Berlinie, Kopenhadze, Lizbonie i wszystkie wyjazdy wspominam, jako bardzo udane.

Po raz drugi poprosili mnie o krótką prezentację. Zrobiłem bardzo osobistą prezentacje, ciekawy temat potraktowałem bardziej luźno, wrzuciłem parę własnych anegdot czym wywołałem salwy śmiechu na sali. Dzięki mnie słuchacze trochę się rozbudzili i zresetowali umysły przed kolejną dawką informacji i poważnych tematów.
Zaraz po moim wystąpieniu dostałem maila od prezesa, że podobało mu się moje wystąpienie. W przerwie zbierałem gratulacje achy i ochy od rozentuzjazmowanych ludzi, jednym słowem brylowałem tego popołudnia a moje ego wzniosło się ponad mezosferę. Trafiłem w czuły punkt, wielu przyznało mi się, że w swoim otoczeniu ich praca postrzegana jest przez pryzmat niekończących się lunchów i kolacji oraz noclegów w 5 * hotelach by sprawdzić miękkość materaca. Miło było poczuć to zrozumienia, że nie tylko ja słucham od kolegów z biura, że się opierdalam, w dupie mam pracę i firmę, że się brzydko dotykam w te miejsca, że dłubię w nosie i kręcę kulki, którymi potem strzelam, że miliony innych zarzutów i kolejnych że.

Podczas takich spotkań pomijając nudne opowiastki, najbardziej przeszkadza mi język słit, sparkling i glitering. Gdy rzygam brokatem, sram tęczą a w konsekwencji mam nieodwracalne zmiany w mózgu.

Teraz powinno być im przykro i wstyd, zwłaszcza jak sobie zwizualizują jak chlipię w kąciku skulony, z moczem z tego bólu oddanym pod siebie.

Ludzie wciąż odchodzą z pracy a ja robię rachunek zysków i strat po przepracowanych tu 7 latach. Jak to jest pracować tu tyle lat? Rogi wrażają mi w tyłek, przez co tęcza wraca i mam wymioty kałowotęczowe, a brokat rozmazany na mordzie.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | 3 Komentarze

Uczę się żyć

Czasami uprawiam czarnowidztwo, dopadają mnie złe myśli, użalam się wtedy nad sobą, swoją karierą, domem, wyglądem, pracą, M, praktycznie nad każdym aspektem życia, nawet na własne sukcesy z przeszłości patrzę bardzo krytycznie i najchętniej chciałbym o wszystkim nie pamiętać, wymazać i zapomnieć. Zwykle taki podły nastrój dopada mnie, gdy czuje się emocjonalnie zubożały, kiedy nad głową gromadzą się czarne chmury, a ja w ciągu dnia krzyczę, kłamię, udaje przed kimś, że jest super, klnę, znowu gram kogoś, kim nie jestem, zwalniam się, błagam i kajam się przed kimś, po czym rzucam się z mostu, albo uciekam na inny kraniec świata, upijam się, wypalam całą paczkę fajek, rozgrywam 3 mecze towarzyskie za jednym razem albo wracam do Polski.

Korporacyjne zwierzę jak ja, wspina się po siatce pięter kariery, byle w górę i jak najwyżej, tak jakby co najmniej od tego miało zależeć moje życie i moja wartość, jakbym w nagrodę miał zapukać do wrót kosmosu. A przecież na końcu i tak człowiek zaczyna spadać w dół, bo nigdy nie jest przecież tak że jest się non stop on the top.

Zewsząd otaczają mnie reklamy fantastycznych wizji rodem z telewizyjnych seriali, karmią moje zdumione oczy i sprawiają, że poświęcam im cały swój czas, zapominam o rzeczach bardzo ważnych, choć przyziemnych, tracę na nie swój czas zamiast po prostu trochę żyć.

Uczę się żyć, bez końca i bez początku.
Uczę się żyć we dwoje, raz, dwa albo i wiele razy, bo kto powiedział, że ten wątek musi być tylko jeden? Spragniony słodkich nagród uczę się chętnie, nawet, jeśli musze słono zapłacić za tą mądrość.

Kiedy dopadają mnie myśli, że wszystko jest zbyt powszednie, nudne i przewidywalne, moje decyzje samozachowawcze a ja tonę w zalewie codzienności, kusi mnie żeby zrobić coś na przekór sobie. I wtedy właśnie robię rzeczy głupie, popełniam błędy by na chwilę poczuć, że znowu żyję.
Najpierw pół życia narzekam na samotność a potem, gdy znajduję miłość, wsparcie i partnerstwo popełniam błąd za błędem. Dwója z miłości, pała z życia taką szczerą laurkę sam przed sobą mógłbym sobie wystawić, z upływem lat powieki stają się cięższe z nadmiaru emocji i przeżyć, robią mi się pierwsze zmarszczki na czole i pod oczami. I w takich momentach znowu zaczynam widzieć wszystko w czarnych kolorach na szczęście to mija. Wracają siły, znowu mam ochotę ścigać się w pracy, z nadzieją że mój los odmieni się tak życzliwie że złe myśli nigdy nie powrócą.

Życie.

Otagowano | 1 komentarz

Wypruwanie sobie flaków

Flaki sobie wypruwam.

W zeszłym roku w Warszawie przypadkiem odkryłem super fajny, wygodny butikowy hotel H15, w którym na dobre zdążyłem się już zadomowić i trudno byłoby mi wyobrazić sobie jakikolwiek pobyt w stolicy i nie zatrzymać się w tym miejscu. Wszędzie mam blisko, do biura, na lunch do Mondovino albo Butchery & Wine, na drinka do Marriotta. Przeczytałem gdzieś, że przed wojną w budynku znajdowała się Ambasada Radziecka a w czasie okupacji jedna z siedzib Wermachtu. Paradoksalnie to chyba uratowało budynek przed zbombardowaniem po klęsce Powstania. Pomimo gruntownego remontu i nowoczesnego designu wciąż zachowało się większość oryginalnych zdobień z czasów ambasady. Uwielbiam budynki, których wnętrza zawierają historie, sam też dokładam się do legendy zapraszając do siebie lokalny koloryt. Nie zrażam się, gdy czasami nie mogę spokojnie przejść korytarzem albo wejść do budynku, bo akurat kręcą reklamę albo trwa sesja fotograficzna do glamour. Milo połechtać swa próżność mogąc rzucić ochraniarzowi w twarz: sorry, ale ja tu mieszkam…

Przy wspólnym obiedzie z K. snuliśmy plany kolejnej naszej wyprawy, tym razem chyba wybierzemy się gdzieś bliżej do Skandynawii, którą chcielibyśmy zjechać w przyszłym roku z góry na dół, wzdłuż i wszerz. Na razie to tylko pomysł, ale zaczynam dojrzewać do ostatecznej decyzji. Oboje łączy nas aktualnie chęć zmiany pracy, ale kiedy i czy w ogóle to nastąpi to zupełnie inny temat.

Do Bangkoku poleciałem z Warszawy – Emiratami, bo oferowali niesamowita promocje. Zwykle zależy mi na milach, które później mogę wydawać na egzotyczne i komfortowe wakacje z M w najdalszych zakątkach świata, ale tym razem skusił mnie darmowy przejazd z i na lotnisko, dostęp do loungu Emiratem w Dubaju i niesamowita klasa biznes w locie Airbusem 380 z Dubaju do Bangkoku. Zupełnie nie przeszkadzało mi, że na lotnisku w Dubaju trwa remont pasa startowego i cały teren wygląda jak jeden wielki plan budowy w sercu, którego z trudem przebijają się auta obsługi lotniskowej i autobusy dowożące pasażerów. Leciałem Airbusem z Singapore Airlines i Lufthansa, ale Emiratem jest moim absolutnym faworytem za bezkompromisowe podejście do luksusu: piękne wykończenie foteli z drewna, woda Voss, kosmetyki Bvlgari i Hennessy XO do poduszki.
Jedyne, czego nie przewidziałem to prozy życia, że od nadmiaru lodu w drinkach i morderczej klimatyzacji wysiądzie mi gardło. W Bangkoku smarkałem i faszerowałem się tabletkami na gardło byleby móc jakoś funkcjonować. Z powodu niedyspozycji nie udało mi się wyjść na miasto, żeby pobiegać po lokalnych centrach handlowych. M pocieszył mnie, że i tak niczego bym tam dla siebie nie znalazł, bo wszystkie ciuchy oferowane są w rozmiarach XS lub mniejszych.
Nowy Radisson jeszcze nie był zupełnie otwarty, choć działała restauracja i bar niestety wciąż brakowało spa i loungu, ale za to darmową atrakcją były alarmy przeciwpożarowe, które włączały się w najmniej odpowiednich momentach.
Choć w Tajlandii ogłoszono stan wojenny to prócz patrolu policyjnego na autostradzie w drodze na lotnisko nie czułem ani zagrożenia ani szczególnego napięcia.

W pracy dalej to samo. Akcje spadają, kolejni ludzie odchodzą, panuje marazm i zniechęcenie. Szefowa załatwiła nam wreszcie budżet i we wrześniu spotykamy się całym zespołem w Nowym Jorku na konferencji. Cieszę się, bo na pewno spotkam się z K, zabiorę ja do Bostonu i będziemy mogli kontynuować tradycje Polaków nocne rozmowy nie zważając jak daleko nam do domu.

Lufthansa Airplus zaprosiła mnie na początku tego roku na konferencje w czerwcu, L. stwierdził, że bałagan panujący w naszej firmie i kataklizm, który przetoczył się przez nią w pierwszym kwartale oraz decyzje managementu stanowią ciekawy materiał na prezentacje i case study. Nie dałem się dwa razy prosić i przyjąłem zaproszenie do Hamburga.

W tzw., międzyczasie poleciałem spotkać się z chłopakami z działu sprzedaży na otwarciu nowego hotelu w Berlinie, który w dopiero co zmienił brand. To, co zaplanowane było na krótki, kurtuazyjny roboczy lunch we dwoje, zamieniło się bardzo wesołą kolację we troje a potem w okupację baru do bardzo późna, w dodatku na koszt Sofitelu. Nie lubię być nikomu niczego winien, dlatego na koniec sierpnia zaprosiłem J. do Wrocławia zwłaszcza, że jakby bardzo liczył na podobną propozycję…

Po Berlinie był od razu Hamburg…

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz