Zmęczenie w Melbourne

Późnym popołudniem dotarliśmy do Melbourne. K ma jakiegoś pecha, bo kontrolują ją szczegółowo na każdej bramce security. Mnie dopadło tylko raz, odbyliśmy już kilka wewnętrznych przylotów, ale dopiero w Alice jakaś wredna legalistka przyczepiła się do mojego 2 kg nadbagażu. Te 2 kg kosztowały mnie 30 dolców. Los ją pokarał za nadgorliwość, bo gdy chciała wystawić mi pokwitowanie zaciął się system, musiała go restartować, co na niewiele się zdało i w końcu wypisała mi go ręcznie zgarniając przy tym słowną chłostę od niezadowolonych pasażerów stojących za mną w kolejce.

Melbourne jest ładne, ale nie zachwyca jak Sydney. Wydaje się bardziej rozmemłane i brudne a niektóra architektura dziełem przypadku. Dużo jest tu chińskich i greckich restauracji, bo te narodowości stanowią tu większość imigracyjną i wczoraj u jednego Greka jedliśmy najlepszy posiłek od momentu przyjazdu do Australii. Do zwiedzania nie ma tu wiele, wszystkie atrakcje leżą w zasięgu jednodniowego wypadu autem, w mieście obeszliśmy wszystko w jedno popołudnie.
W czasach gorączki złota Wiktoria rozwinęła się znacznie, wtedy pieniądze wydawały się płynąć niewyczerpalnym strumieniem – po tamtych czasach dobrobytu dziś zachowały się okazałe kolonialne posiadłości.
Great Ocean Road zapiera dech w piersiach swoimi serpentynami, wybojami, wertepami i widokiem nadmorskich kurortów. Dzień spędziliśmy w 40 stopniowym upale, który właśnie wdarł się w tę część Australii, w towarzystwie chmary much, które gdy dotarliśmy do kamiennych 12 Apostołów stały się tak uciążliwe, że K postanowiła nie wychodzić już z autobusu.
Pierwszego wieczoru po przyjeździe spotkałem się na kolacji ze swoim dawnym współwspaczem, który 2 lata temu wyemigrował do Australii. Wiedziony przeczuciem wynająłem osobny pokój, a wieczorem urządziliśmy sobie wspominki – było na tyle miło i przyjemnie, że został u mnie przez dwie kolejne noce i głównie graliśmy…

Kolejny wieczór K zabrała mnie na kolację to Tajwańczyka gdzie smakowicie wyglądające dim sumy i sałatkę z meduzy jedliśmy w towarzystwie gigantycznego robalo-chrabąszcza, który zakamuflował się między pojemnikami z przyprawami i pałeczkami raz po raz ukazując się nam w całej swej odrażającej okazałości odbierając resztki apetytu. Biedak ostatecznie źle skończył rozdeptany klapkiem przez przypadkowo przechodzącą tamtędy skośnooką.

Gdyby niewykupiony wcześniej przelot na Tasmanie załapalibyśmy się na Australian Open…

Opublikowano Australia, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Księżyc nad pustynią

Druga strona księżyca pogrążona w ciemności. W ciemności wszystko jest to samo, ale nie takie samo. Druga strona księżyca na to jest, by jej nie widzieć. Nieświadome odkrycie tego, że coś takiego istnieje zaskakuje, bo oto pojawia się coś, na istnienie czegoś nie byliśmy przygotowani. Takie doświadczenie zmienia nasze postrzeganie tego, co już znamy, do czego przywykliśmy.
Druga strona księżyca nie oświetla drogi. Z tamtej strony ciemność i chłód.
Ten sam księżyc, a zupełnie inny, będzie sunął dalej.
Są odkrycia, które nie zmieniają niczego, są i takie, które zmieniają wszystko, ale każde kończy jakiś etap i jakiś zaczyna.

Opublikowano Australia, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

48 godzin w Alice Springs

Z wybrzeża przesunęliśmy się w kierunku centrum kraju, z gorącego i wilgotnego klimatu wybrzeża Queensland trafiliśmy do jeszcze wyższych, bo sięgających 45 stopni temperatur, ale za to bardziej suchego powietrza. Lot z Cairns do Alice Springs trwał niecałe 2 godziny, a krajobraz zmienił się z tropikalnego na pustynny. Wieczór wcześniej po raz ostatni zjadłem swoje przepyszne spring rolle, które popiłem butelką lokalnego wina, bo nasz samolot odlatywał dopiero przed południem.

Alice Springs to pustynia, dziura w której czas się zatrzymał, plamka pośród ogromnych czerwonych połaci bardzo suchego terenu. Rozklekotanym busem dojechaliśmy do naszego hotelu Aurora, któremu bliżej było do motelu niż 4 gwiazdkowego obiektu, ale lokalizacja rekompensowała wszystko. Lokalne biura podróży znajdowały się dosłownie za rogiem, tak samo jak główny deptak z restauracjami, barami, kafejkami, sklepami i centrum handlowym. W przyhotelowej restauracji przełamałem kolejne kulinarne tabu smakując sałatki z mięsem strusia oraz olbrzymiego talerza grillowanych mięsiw z krokodyla, strusia, kangura i barramundy.

K. przewidując, że podczas trwającego 20 godzin outbacku do Uluru na pewno będziemy głodni wyskoczyła do hipermarketu i kupiła nam świeżą bagietkę, wędliny, ser, jogurty i napoje, z których rano niczym żona dbająca o męża narobiła nam pysznych kanapek. K ma zadatki na dobrą żonę i mamuśkę – ledwo zerwała się z lóżka o 4.45 od razu zajęła się przygotowywaniem śniadania i prowiantu na drogę a nie makijażem, układaniem fryzury czy doborem butów do sukienki.
Wyjechaliśmy o 6 rano. Na Terytorium Północnym wszystko wydaje się wielkością przerastać ludzką skale: niebo, odległości, marzenia i wizje mieszkańców. Na terenie 4 razy większym od terytorium Polski mieszka 200 tys. mieszkańców. Niegościnne otoczenie wyzwala wśród lokalnych ludzi przyjazne nastawienie do innych, ducha powszechnej równości i specyficzne złośliwe poczucie humoru. Alice Springs, choć brakuje pocztówkowej malowniczości ma w sobie coś przyciągającego backpackerów z różnych stron świata spragnionych przygody w porażających przestrzeniach interioru.
Smażące się w słońcu miasto ma regularna siatkę prostych ulic i niewysokich nowoczesnych budynków. Osiedlić się tutaj mógłbym tylko za karę.

W Alice Springs mogłem dowoli napatrzeć się na mieszkających tam w dużym skupisku Aborygenów. Historyczne zapiski odzwierciedlają to, o czym myślałem ja przybywając z Europy na Antypody: Aborygeni sprawiają wrażenie najmniej urodziwego narodu na świecie, ich oczy pozostają wpół zamknięte by nie dopuścić much a każda twarz, którą się spotyka wydaje się być pozbawiona wdzięku.
Do Czerwonego Środki jechaliśmy prawie 6 godzin, żeby zobaczyć najsłynniejszy pomnik australijskiej przyrody – skale Uluru Ayers Rock.
Po drodze rzadko mijaliśmy jakiekolwiek inne samochody czy siedliska ludzkie, częściej za to szczątki martwych kangurów, które często wpadają pod koła rozpędzonych aut i autobusów.
Widok Uluru zachwyca, ale wędrówka 9km trasa wytyczona wokół monolitu w 40 stopniowym upale była piekielna. Na dodatek te przeklęte muchy. Miałem wrażenie że muchy się tutaj je, pije i się nimi oddycha. Nabalsamowany kremem i sprayem z wysokim filtrem pociłem się pomimo suchego powietrza. Po kilku godzinach zaczęła piec mnie skóra i myślałem, że krem przestał działać, ale okazało się, że to wyschnięta sól wżerała się mi w skórę.

Po widowiskowym zachodzie słońca, który obejrzeliśmy na koniec dnia biwakując i pałaszując kiełbaski popijane szampanem wyruszaliśmy w drogę powrotna do Alice Springs żeby o 1.30 wreszcie wskoczyć pod upragniony prysznic a potem do łóżka.

W nocy nie mogłem wprost napatrzeć się w rozgwieżdżone niebo. Niektórych gwiazd nigdy nie widać na naszej półkuli.

Opublikowano Australia, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Rafa i szukanie Nemo

K. nie może nadziwić się moja fascynacją wietnamską kuchnią. Od kilku dni pożeram niesamowite ilości spring rollsów i wciąż nie mam ich dosyć. Każdy wieczór spędzamy na tarasie naszego pokoju, po co gnieździć się i przepłacać w restauracji, kiedy piękny widok na morze mamy z naszego pokoju a jedzenie z pobliskiego food corneru, który codziennie zaopatruje nas w świeży towar.

Szybką łodzią motorową popłynęliśmy dziś na Green Island. Na katamaranie pełno było Japończyków, Chińczyków, Włochów i Niemców – praktycznie nikt z grupy nie mówił po angielsku. Włosi, którzy przysiedli się do naszego stolika, operowali tylko yes/no/ok w rożnej kombinacji i odetchnęli z wyraźną ulga, gdy przemówiłem do nich w ich ojczystym języku.
Na Green Island wypożyczyliśmy sobie leżaki i parasol, zamówiliśmy zimne napoje i wreszcie od momentu przyjazdu do Australii poczuliśmy się jak na prawdziwych wakacjach. Przed południem zebraliśmy nasze menele i wróciliśmy na statek, którym popłynęliśmy dalej w kierunku Wielkiej Rafy. Odziani w mocno przylegające lateksowe stroje (parzące meduzy) z maską i fajką wskoczyliśmy do cieplej, turkusowo – błękitnej wody zanurzyć się w innym świecie. Słońce piekło niemiłosiernie, w wodzie się tego nie odczuwało, ale za każdym razem, kiedy wracaliśmy na katamaran nie mogliśmy nawet ujść paru kroków, bo drewniane deski pokładu parzyły nam stopy. Świat australijskiej Wielkiej Rafy Koralowej opisano już wiele razy i nic nowego już chyba od siebie nie napisze oprócz tego, że warto było móc samemu tej przygody doświadczyć.

Ładne to Cairns, zwłaszcza promenada Esplanade, miło było wieczorami przejść się wzdłuż brzegu morza i nacieszyć oko opalonymi, atletycznie zbudowanymi podmiotami biegającymi wokół i uprawiającymi ćwiczenia w pobliskich parkach.

Opublikowano Australia, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Pociąg śmierci

Skwar i ogromna wilgotność – to z nimi muszę mierzyć się każdego dnia wychodząc na zewnątrz z klimatyzowanego pokoju. Żeby móc w ogóle nałożyć na siebie krem z filtrem muszę najpierw maksymalnie wyziębić pokój, aż szyby w oknach zaparują, zaaplikować i wklepać krem a potem dopiero wyjść na słońce, w każdym innym przypadku rozdziawiają mi się szeroko wszystkie chyba pory, nawet te o istnieniu których nigdy nie słyszałem i przeciekam całą powierzchnią mojego jestestwa. Nawet jak schodzę na śniadanie o bardzo wczesnej porze duchota jest już nie do wytrzymania a ja nieudolnie próbuję kontrolować grube krople potu spływające mi po czole i plecach.
Wyjeżdżając do dalekich miejsc dotychczas stołowałem się w restauracjach by sprawdzić jak smakują lokalne specjały. W Cairns nie odwiedziliśmy nawet jednej a to ze względu na bardzo smakowity a w dodatku bardzo tani food corner oferujący różnorodne i bardzo smaczne spring rolle i nori z ryżem, tuńczykiem, łososiem, krewetkami albo kurczakiem. Przy tak wielkich upałach prawie w ogóle nie chce mi się jeść, ale tych smakowitości jakoś odmówić sobie nie potrafię. Poza tym w ramach postanowień noworocznych na 2014 rok staram się przyoszczędzić na niepotrzebnych wydatkach a na jedzeniu wydaje mi się jest najłatwiej a w dłuższej perspektywie wyjdzie też i najzdrowiej.

Pociąg z Cairns do malowniczo położonej Kurandy z ponad 200 turystami wyruszył punktualnie o 9.50 rano. Starodawna odrestaurowana ciuchcia pokonywała całą trasę w ślimaczym tempie w niecałe sto minut z krótkim postojem przy wodospadach Barron Falls. Wagony wydawały się być przestronne, wygodne i czyste dopóki nie wbiły się w nie tabuny turystów. Duchota, spiekota, brak klimatyzacji i skórzane fotele rozgrzewające się do czerwoności od słońca, na których musieliśmy siedzieć w drodze do Kurandy odparzając sobie uda, pośladki i inne wystające części ciała. W tej saunie na kółkach wszyscy tylko się wachlowali a i tak stróżki potu spływały nam po ciele tworząc mało estetyczne kałuże na pseudo eleganckich skórzanych siedzeniach.
Nawet gdy pociąg ruszył i przez otwarte okna zaczęło wpadać powietrze sytuacja niewiele się poprawiła a niektóre Amerykanki niestandardowego rozmiaru zaczęły mdleć i konduktor rozważał już prawie sprowadzenie podnośnika albo dźwigu żeby je stamtąd bezpiecznie ewakuować. Końca mordęgi nie było widać…

Rezerwat Lasów Deszczowych Queensland pozwala ryzykować życiem obcując z jadowitymi pająkami, dzikimi pszczołami, wężami, robalami, żukami zabójcami, wszelakiej maści plażami i gadami, motylami, ptaszkami, dziobakami, kangurami i misiami koala. Przez jeden dzień miałem w majtkach nieustanny kisiel, ale było warto dla zdjęć z misiem czy 3,5 metrowym pytonem owiniętym wokół mnie. Zawsze wydawało mi się, że węże są obślizgłe w dotyku, ale tego dnia obślizgły bylem ja a skora węża cudownie sucha.

Z Kurandy wróciliśmy kolejką linową, trasą która biegnie nad czubkami drzew budujących las deszczowy, zatrzymując się na krótki postój w punktach widokowych Caravonica Lakes i Red Peak.

Opublikowano Australia, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Welcome to Cairns

Podchodząc do lądowania w Cairns można podziwiać Wielką Rafę Koralową w całej okazałości. Natychmiast zapomina się o trudach przebytej drogi, rozbudzają się za to marzenia o podwodnym świecie. Cairns to typowa letniskowa miejscowość w północno-wschodniej Australii. Plaża, hotele, bary, dyskoteki, na ulicach mnóstwo młodych, opalonych ludzi. Atmosferę wakacyjnego kurortu czuć tutaj na każdym kroku. Jednak już po krótkim spacerze łatwo się zorientować, że można tu robić coś więcej niż tylko wylegiwać się na plaży.
Wciąż nie mogę przestać się dziwić na widok tylu ludzi kroczących wokoło mnie w klapkach, kolorowych rozciągniętych T-shirtach bez rękawów, noszących czapki albo kapelusze z szerokim rondem, których spotyka się wszędzie bez względu czy jest to ruchliwe centrum miasta, lotnisko, morska promenada czy food corner w centrum handlowym. Australijczycy są niesamowicie wyluzowani i ten ich nastrój udziela się też przyjezdnym. Kilkanaście razy w ciągu dnia jestem niepokojony widokiem przystojnych facetów, dumnie prężących swoje muskuły albo prezentujących swoje roznegliżowane torsy wraz z piękną opalenizną, ale i niestety sporej wielkości tatuażami, do których jestem uprzedzony.
W Cairns jest gorąco i parno, ponad 30 stopni w cieniu sprawia, ze bielizna lepi mi się do ciała a ja chodzę rozdrażniony, jeśli muszę wychodzić na ten skwar z klimatyzowanych pomieszczeń. Miasto pełne jest większych lub mniejszych hoteli wybudowanych wzdłuż brzegu morza często położonych przy głównej promenadzie. W naszym Rydges Tradewinds mamy piękny widok na morze i wieczorami lubimy bezczynnie spędzać czas wylegując się na tarasie obserwując ten sielski widok. Tylko na nietoperze musimy uważać, bo jest ich tu tyle, co w Polsce gołębi albo wron i wieczorami przysłaniają czasami całe niebo raz po raz przelatując nisko nad głowami turystów, przez co wiele budynków wyposażonych zostało w specjalne urządzenie emitujące ultradźwięki, by je odstraszyć.
Co wieczór zasiadamy z K. na naszym balkonie z butelka nowozelandzkiego wina i dużym zapasem sushi i rozmawiamy, tak zwyczajnie, o wszystkim i niczym i jest cudnie tak po prostu.

Opublikowano Australia, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Ostatni dzień w Sydney

Nie cierpimy na żadne większe dolegliwości spowodowane różnicą czasu, ale zwykle ok 16 albo 17 dopada nas dziwne znużenie i chętnie wtedy ucinamy dobie drzemkę przez kwadrans lub dwa, tak jakby organizm potrzebował się zregenerować. W nocy za to śpimy jak susły i budzimy się normalnie.

Rytm każdego poranka wyznacza nam śniadanie u Chińczyka, w tej zaprzyjaźnionej kafejce poznaliśmy już chyba wszystkich i każdego dnia śmiało wołamy już tylko, „co zwykle” i od razu dostajemy kanapkę z tuńczykiem, jogurt z owocami i cappuccino.

W ramach eksplorowania okolic Sydney wybraliśmy się na całodniową wycieczkę do Blue Mountains i jaskiń Jenolan. Autobus Greyline odebrał nas spod hotelu o 7.25, zawiózł pod kasyno skąd o 8.00 wyruszyliśmy w dalszą trasę. Wśród grupy turystów zauważyliśmy znajomą parę ciabatych z Indii, on lat 40, ona lat 20 z dzieckiem na oko w wieku lat 6. W sumie guzik nas to obchodzi, bo to inna kultura, ale jak spotyka się takie pary to trudno nie pomyśleć, jakie mamy szczęście mieszkając i dorastając na Starym Kontynencie.

Miejscowość Katoomba nie powala, odludzie, jakich tutaj nie brakuje, zobaczyliśmy 3 Siostry i to było tyle. Może dla kogoś, kto lubi góry i spacery po nich Blue Mountains stanowiłby większą atrakcję. Najbardziej zapamiętałem muchy, jest ich tutaj wszędzie cała chmara, brzęczą i wpadają do oczu, uszu, nosa i buzi, siadają na rękach i szyi a człowiek może tylko starać się je przegonić machając nieustannie rękoma. We Wrocławiu sprawiłem sobie wprawdzie moskitierę, ale noszenie jej tutaj byłoby jednak przesadą…

Przed wejściem do jaskini dostaliśmy godzinną przerwę na lunch, która wykorzystaliśmy w jedynej jadłodajni w okolicy. Wybór menu był mocno ograniczony: frytki, hot dogi, zimne kanapki w folii albo kurczak w panierce, ale od czasu do czasu można sobie zafundować śmieciowe jedzenie. Do posiłków serwowano ketchup w nowoczesnych opakowaniach, tak innowacyjnych, że nie wiedziałem jak to ustrojstwo się otwiera. Gdy zgłębiłem tę technikę było już za późno, bo zdążyłem zbryzgać ketchupem siebie i kilka stolików wokoło.
Zwiedzanie krasowych jaskiń Jenolan jest rzeczywiście spektakularne i ani przez chwilę nie żałowaliśmy naszego wyboru. Co roku to miejsce odwiedza ponad ćwierć miliona turystów, stanowiąc jedną z najbardziej popularnych atrakcji turystycznych Nowej Południowej Walii. Całe zwiedzanie trwało prawie 90 minut, chodziliśmy krętymi, wąskimi korytarzami robiąc przy tym mnóstwo zdjęć, podziwiając ten niesamowity cud natury.

W piątek rano lecimy do bramy Wielkiej Rafy Koralowej.

Opublikowano Australia, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Kryzys dnia trzeciego

Dopadło mnie zmęczenie. Z trudem zwlokłem się dziś rano z lóżka i najchętniej spędziłbym cały dzień całkiem bezczynnie na słodkim nic nierobieniu. Zmusiłem się w końcu żeby wstać obiecując sobie lekki dzień, np. w zoo.
Do tego malowniczo położonego parku dotarliśmy drogą wodną z Circular Quay. Wstaliśmy wcześnie, zjedliśmy śniadanie u Chińczyka by przed 8 podziwiać Sydney od strony zatoki i cieszyć się przy tym przyjemna morska bryzą.

 

 

Kiedy wybieraliśmy się na spotkanie z Taronga Zoological Park pogoda była wymarzona, ciepło, ale jeszcze nie gorąco. Słońce nie prażyło, bo od czasu do czasu chowało się za chmury. Na przystani F2 świeciły pustki, mieszkańcy Sydney odsypiali jeszcze zabawę sylwestrową. Trochę zamieszania było, gdy dotarliśmy do stacji docelowej, bylem przekonany, że wysiadając od razu wejdziemy na teren zoo. Okazało się, że po opuszczeniu promu są dwie możliwości dotarcia do wejścia głównego: autobusem lub kolejką linową. Zdecydowaliśmy się na tę drugą opcję a możliwość ujrzenia zoo z góry była pierwszą, niezapomnianą atrakcją naszej wycieczki. W miarę zwiedzania kolejnych mini parków tematycznych i wybiegów dla zwierząt pogoda stawała się coraz uciążliwsza. Po mimo kapelusza i kremu z filtrem opaliłem sobie twarz. Kangura, misia koala, dziobaka mam już zaliczone…

Opublikowano Australia, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Zupełnie inny sylwester

Na 31. grudnia zorganizowałem dla nas pływanie jachtem po zatoce, jachtem nie byle, jakim, bo tym samym, który bierze udział w międzynarodowych regatach. Zamiast biegać po Sydney i próbować zająć najlepsze miejsca na oglądanie pokazu sztucznych ogni o północy woleliśmy skorzystać z uroków atrakcji tego pięknego miasta.
Od 15.00 policja zaczęła blokować ulice i wyznaczać objazdy dla samochodów i pieszych. Gdy wracaliśmy do hotelu praktycznie, co przecznice natrafialiśmy na policjantów kierujących ruchem i blokujących niektóre przejścia. W pewnym momencie myślałem, ze w ogóle nie uda się nam dotrzeć do hotelu i będziemy musieli zaczekać tu do północy.
Rejs jachtem był niezapomniany, piękna pogoda, ponad 30 stopni, wiatr we włosach i piękne widoki. Załoga pozwalała turystom sterować łodzią, co było okazja nie do przegapienia.

Im bliżej wieczoru tym więcej ludzi kierowało się w kierunku Circular Quey.
My tez się tam pojawiliśmy, gdy na zewnątrz było już ciemno. Na ulicach panowała wspaniała atmosfera, do niektórych stref trzeba było mieć specjalne przepustki, które wyprzedano już długo przed 31. grudnia. Razem z K. rozważaliśmy wieczór w operze połączony z kolacja i pokazem sztucznych ogni nad mostem, ale cena ponad tysiąc dolarów od osoby wydala się wystarczająco absurdalna. Ludzie tłumami przemieszczali się miedzy ulicami George Pitt i Bridge, gdzieniegdzie spotykaliśmy grupki siedzące na ulicy zajmujące strategiczne miejsca do obserwowania pokazu. Policja i straż pilnowały czy aby ktoś nie wnosił na wyznaczony teren butelek alkoholu. Podejrzewam jednak ze niektórzy przemycali go ukrytego w butelkach coli czy innego zwykłego napoju.
Pierwszy o 21.00 przeznaczony dla rodzin z małymi dziećmi przegapiliśmy specjalnie, racząc się kupionym w Singapurze mocno schłodzonym moetem. Ok 23 wyszliśmy z hotelu.
Tłumy, lasy rak z aparatami fotograficznymi, ipadami, telefonami komórkowymi próbujący uchwycić moment wybuchu petard, okrzyki radości, gwizdy, tańczący ludzie, jedni w strojach wieczorowych, inni w zabawnych kostiumach, jeszcze inni po prostu w krótkich spodenkach, rozciągniętych T-shirtach i klapkach, wszystkim dopisuje szampański humor, choć nie widać nikogo ewidentnie pijanego.

Opublikowano Australia, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Koniec roku 2013

główną cechą mojego charakteru jest: niezmiennie potrzeba planowania i dążenie do samowystarczalności, chęć zobaczenia wszystkiego i bycie wszędzie jednocześnie
cechy, których szukam u mężczyzny: zaradność, zdecydowanie, czułość, cierpliwość, partnerstwo na dobre i na zle, uroda
cechy, których szukam u kobiety: inteligencja, zdecydowanie, uroda
co cenię najbardziej u przyjaciół: że są przy mnie nie za coś a pomimo czegoś, że rozumieją, gdy zdarza mi się im czegoś odmówić
moja główna wada: natura tułacza, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, czasami oderwanie od rzeczywistości, seksoholizm, lenistwo w uczeniu się włoskiego i niemieckiego
moje ulubione zajęcie: planowanie podróży, spełnianie marzeń, latanie samolotem, surfowanie po necie, moja praca, pozadomowe rozgrzewające igrzyska za pieniądze, sprawianie prezentów bliskim.
moje marzenie o szczęściu: brak popędu seksualnego, zobaczyć wszystko, co warte jest zobaczenia, by móc spokojnie skoncentrować się na pracy, zdrowie i samowystarczalność
co wzbudza we mnie obsesyjny lęk: stagnacja, samotność, choroba, bezsilność, brutalna agresja, bycie zależnym od innych
co byłoby dla mnie największym nieszczęściem: życie bez M i podróży, choroba, ubezwłasnowolnienie,
kim (lub czym) chciałbym być, gdybym nie był tym, kim jestem: nie chcę niczego zmieniać
kiedy kłamię: nie kłamię, ja koloryzuję, mówię wtedy po włosku, angielsku lub polsku
słowa, których nadużywam: ja pierdole, o kurwa
ulubieni bohaterowie literaccy: brak
ulubieni bohaterowie życia codziennego: Marco, Zero, Kristi, Laura, Renate, Lucia, Franco, Vasilka, Kateryna, Paolo i Fabien, Mauerhofer, Ramon, Alicja
czego nie cierpię ponad wszystko: systematyczności, czasem tego co wyprawiam, u innych braku zdecydowania, prostactwa, pozerstwa i niepotrzebnej bufonady, polskiej małostkowości i kompleksów
moja dewiza: chwytaj czas póki go jeszcze masz
dar natury, który chciałbym posiadać: płaski i owłosiony brzuch, oliwkową skórę, brak egoizmu i dumy
jak chciałbym umrzeć: szybko i nagle, ale jeszcze nie teraz
obecny stan mojego umysłu: 7 rano, leżę w lóżku po sylwestrze spędzonym pod Operą w Sydney podczas gdy w Europie wciąż trwa rok 2013
błędy, które najłatwiej wybaczam: coraz bardziej przesuwam granicę tolerancji
największa porażka: seks z barmanem, z ciotuchą R i R 

Dodaj komentarz