Wakacje w Omanie

Kulinarnie czujemy się niezmiernie dopieszczeni, myślałem że będziemy głównie skazani na hotelową kuchnie, ale M. nie próżnował i w naszej okolicy wyszukał prawdziwe jadłodajnie-perełki. Stołujemy się głownie w trzech: libańskiej, tureckiej i tajskiej a w czasie wycieczek poza miasto zwykle trafiamy na birjani z kurczakiem albo rybą. W ciągu dnia panują straszne upały sięgające 35 a nawet 40 stopni, dlatego głodni jesteśmy przeważnie dopiero wieczorem a jeść późno wiadomo niezdrowo, ale tutaj mam to gdzieś bo takich meze, humusów, ryb i innych delicji na co dzień nie mam a sześciopak to rzecz nabyta…

Saif został naszym przewodnikiem. Zabrał nas do Nizwy i do Kanionu. Wozi nas własnym terenowym autem i cierpliwie odpowiada na wszystkie pytania M., który jakby się wściekł, bo co kwadrans zasypuje go kolejną serią stu pytań do.
W piątek mieliśmy pojechać do Sink Hole i Sur, ale biuro podroży nas zlało i nikt po nas nie przyjechał. Jak tam zadzwoniłem, żeby ich zrugać usłyszałem jedynie: today no tour, tour tomorrow 8 o’clock i to by było tyle w tym temacie. Bierzesz albo spadaj. Nie zostało nam z M. nic tylko rozbić się przy basenie i spędzić dzień prażąc się w słońcu. Szczęście w nieszczęściu przy hotelowej sadzawce natrafiliśmy na S. byłą dziewczynę G., która od kilku lat pracuje w Swiss i przyleciała do Muscatu rejsem poprzedniego wieczoru.

W drodze powrotnej z Sur i Wadi Bani Khalid Saif zabrał nas do Wahiba Sands, pokazać typową wioskę Beduinów i zakosztować krótkiego safari po okolicznych wydmach. Wrażenie przednie gdyby tylko nie smutny widok pozostawionych przez biwakowiczów masy plastikowych butelek i śmieci, rozrzuconych na całym terenie. M. bardzo wczuł się w rolę wytrwałego podróżnika odwiedzającego nieznane miejsca zamieszkałe przez koczujące na pustyni plemiona i z zainteresowaniem słuchał wszystkich opowieści naszego przewodnika. Z obrzydzeniem wzdrygał się na historie o skorpionach, robakach i wężach, których w okolicy nie brakowało i tak się w nie wczuł, że kiedy jedna kobieta złapała go za kostkę piszczał jak rozhisteryzowana kobieta.
No ale najlepsze miało dopiero nadejść, w drodze powrotnej zapalił się silnik w naszym Land Cruiserze, zaczęliśmy dymić jak lokomotywa więc zjechaliśmy na pobocze. Saif próbował schłodzić silnik resztkami wody, która nam została, ale nie pomogło. W totalnej dupie (80km od Muscatu) po ciemku, wśród kamieni, krzaków, węży i bóg wie jakich innych strasznych drapieżnych gadów i płazów drałowaliśmy w dół do rzeki napełnić plastikowe butelki wodą, oświetlając sobie drogę światłem z komórki. Było bosko, choć prawie narobiłem w gacie.
Niestety nasza wyprawa po wodę na niewiele się zdała, bo silnik i tak nie zapalił. Było grubo po 20. jak jednogłośnie zdecydowaliśmy się wyjść na drogę tzn. autostradę i łapać stopa. Bosko. Rozpędzone auta mijały nas ze średnią prędkością 100km/h i w totalnej ciemności tylko cudem ktoś byłby wstanie zauważyć stojące na poboczu 3 cipy machające nieśmiało rączkami. Do najbliższej wioski było z 10 km w lewo a na prawo autostrada pięła się wysoko w górę nie wiadomo gdzie… No ale zdarzył się cud. Jeden taksówkarz nas zauważył, zdążył w porę wyhamować i pozwolił nam wpakować mu się na tylne siedzenie gdzie siedział już jego syn. Ściśnięci jak sardynki w puszce wracaliśmy do Muscatu.

Wjeżdżając do centrum natknęliśmy się na wypadek. Na głównej arterii miasta auto zderzyło się z … jachtem.
Takie rzeczy to chyba tylko w Omanie.

Dziś leżymy na basenie i taksujemy rozebranych pilotów i stewardów Swissa, wieczorem będziemy z nimi wracać do domu.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Jak ja lubię nic nie robić

Tak sobie dziś bezczynnie leżę z M. na leżakach przy basenie i prażąc sobie sexy ciałko mogę napawać się świętym spokojem i niczym niezmąconym relaksem. Jeśli jeszcze raz gdzieś usłyszę ten banał, że kto rano wstaje temu Pan Bóg daje to się normalnie na niego zrzygam. Wcale nie uważam że, ci którzy wstają rano są zdrowsi, bogatsi albo mądrzejsi, ba uważam że częściej są bardziej chorowici, biedniejsi i niewykształceni. Kto nie wierzy, niech przyjrzy się mizernym, smutnym twarzom pasażerów komunikacji miejskiej w jakimkolwiek wielkim mieście metropolii miedzy 6-8 rano. Zdrowi? Nie. Bogaci? Nie, bo nie jechaliby metrem o tak wczesnej porze, w końcu najwcześniej prace zaczynają pracownicy najgorzej opłacani. Mądrzy? Niby jak, jeśli muszą tak pracować.
Konkluzja nasuwa się jedna – jeśli chcesz być zdrowy, bogaty i szczęśliwy w pierwszej kolejności wyrzuć budzik…

Żyjemy w epoce konsumpcjonizmu. Głód i Bóg zostali zastąpieni przez Zakupy i Status Społeczny. Reklamy wmawiają nam, że nasze życie się poprawi, jeżeli będziemy kupować różne produkty, kupowanie ich wymaga pieniędzy, posiadanie pieniędzy wymaga ciężkiej pracy (albo zaciągania długów). Bierzemy kredyt, w pogoni za tym, czego pożądamy a potem musimy pracować dalej, żeby go spłacać. Taka nowoczesna pańszczyzna.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Retrospekcje

Zabrałem M. do Nizwy pokazać mu fort, tamtejszy suk a na koniec pojechaliśmy wysoko w góry zobaczyć Wielki Kanion Wadi Ghul.

M. uległ fascynacji tym krajem, jego bogactwem i kultura, Oman przynajmniej jest jakiś w porównaniu z Katarem i ludzie wydają się serdeczniejsi i mniej nadęci. Co najbardziej mu się tutaj jednak podoba to brak podatków, darmowa edukacja i opieka zdrowotna oraz bardzo tania benzyna niecałą złotówka za litr.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Muscat na dzień dobry

Już drugi dzień jesteśmy w stolicy Omanu i odpoczywamy od zgiełku nowobogackiej Dohy. Warunki nam się trochę pogorszyły, bo hotel, w którym się zatrzymaliśmy lata świetności ma już za sobą, z Four Seasons w ogóle lepiej go nie porównywać, mały, ciemny pokój, łazienka ala wczesny Gierek, z kibla capi jakimś zdechłym kapciem, okna nieszczelne a ściany z papieru, bo słyszę o czym ludzie rozmawiają przechodząc po naszym piętrze…
Lepiej więc nie rozgrywać w pokoju żadnych meczy towarzyskich chyba, żeby zgorszyć gości hotelowych…

Przez pól dnia łaziliśmy w pełnym słońcu, na niebie nie było nawet jednej chmurki a termometr już o 8 rano wskazywał 25 kresek. Na szczęście w aucie działała sprawnie klimatyzacja inaczej majtki przyległyby mi do tyłka.

Jeszcze dwa lata temu nie można było dogadać się tutaj po włosku czy niemiecku a kraj nie znał określenia turystyka masowa. Dziś wszystkie atrakcje miasta zalała fala stetryczałych pasażerów wycieczkowca a na starym suku M. kupując pamiątki dogadywał się po włosku…

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Biednemu zawsze wiatr w oczy

Byłoby naprawdę pięknie, na bogato, cudnie, słodko pierdzaco sziszifufu ale gdybym się nie wkurwił podczas tych wakacji, chociaż raz to pomyślałbym, że ktoś tam w górze szykuje mi jakąś mega wypasioną niespodziankę i że jak wreszcie rypnie to się nie pozbieram.

Hotel Four Seasons był cudnie wygodny, widoki na ogród, marinę i morze z obu tarasów mieliśmy takie że mógłbym z pokoju nie wychodzić tylko się dotykać, napawać się panoramą z okna i robić sobie dobrze. Na plaży dbali o nas niczym o dwóch maharadżów prześcigając się żeby dwom bardzo leniwym foczkom leżącym na leżakach niczego nie brakowało. Spod parasola wyszedłem tylko raz, zrobić zdjęcie przelatującemu nisko jumbo jetowi Qatar Airways i podczas tego jednego, jedynego jednorazowego razu dopadły mnie mordercze promienie słońca i opaliły mnie w ciulowe ciapy, duże, czerwone laty i wyglądam jak niedokończona mapa świata: na piersi, mostku, podbrzuszu i lewym boku. Wyglądam przechujowo jakbym się łuszczył albo dostał egzemy, normalnie seks będę musiał uprawiać teraz tylko po ciemku, bo inaczej komuś opadnie.

Z Dohy lecieliśmy do Muscatu. Godzinę wylotu zmieniali mi kilka razy, wiec w dniu wylotu po raz kolejny zadzwoniłem dowiedzieć się o której odlatuje Qatar Airways 3622. O 11 pojechaliśmy na lotnisko, lecieliśmy biznesem, więc podjechaliśmy wprost pod terminal dla pasażerów biznes i pierwszej klasy. Co by nie pisać, po prostu wielki świat. Bezszelestna obsługa zajęła się naszymi bagażami, nie musieliśmy targać ich ze sobą do stanowiska odprawy. Mila elegancka pani wzięła nasze paszporty i zajęła się naszą odprawą. Początkowo nie mogła znaleźć naszych rezerwacji, potem stwierdziła że nasze bilety są niepotwierdzone a na końcu przeprosiła, że wszystko już wie i że jest ok. No ale chyba nie było, bo ponad kwadrans nas tam trzymała kursując między jednym stanowiskiem a drugim i rozmawiając z różnymi osobami. Kiedy wróciła minę miała nie tęgą, oznajmiła że lecimy Oman Air i że odprawić się musimy nie tu a trzy budynki dalej na terminalu B. Nie, cztery dni w Dosze bez chodników nie sprawiło że zapomniałem jak się chodzi, ale Hugon mnie strzelił, bo musieliśmy z M. wyjść teraz z terminalu na prawie 40stopniowy skwar i popychając nasze walizki drałować na drugi koniec lotniska. Coś podobnego przeżyłem z K. na Bahamach gdzie kazali nam przejść do drugiego budynku, ale żeby tam się dostać trzeba było wyjść i iść 300m najpierw prosto, potem jakieś 500m w prawo wzdłuż autostrady a potem skręcić i znowu 300m prosto. Wkurwiające było to, że właściwe drzwi widzieliśmy z naszego wyjścia tylko żeby się tam dostać musieliśmy drałować naokoło jak jakieś zagubione perskie cipy z Downem.
Dotarliśmy umęczeni i zgrzani, po czym jeszcze pól godziny musieliśmy czekać do rozpoczęcia odprawy, ale w końcu udało się.
Jedzenie w loungu, potem w samolocie, cala podróż Oman Air bez szału, dupy nie urywa, lepiej lecieć ekonomikiem i wyjdzie taniej.

W Omanie już kiedyś byłem z moim bratem, M. o tym nie wie, ale nie chciałem psuć mu atrakcji, bo bardzo cieszył się na ten wyjazd. Zarezerwowałem nam Radissona, tego samego, w którym spałem kiedyś. Hotel dobry i wygodny, tylko położony trochę gorzej, w około nic nie ma. M. o tym nie wiedział i przegonił mnie dziś wieczorem po okolicy w poszukiwaniu miejsca na kolacje. Przejść dla pieszych ani świateł w tej części świata nie uraczysz, więc albo zaryzykujesz i wtargniesz na jezdnię wprost pod rozpędzone auta albo będziesz stał i czekał do usranej śmierci…

Otagowano , , | Dodaj komentarz

Katar

Ja nie wiem jak ten M. wybiera się na urlop bez pieniędzy. W Doha na kontroli paszportowej nie zadziałała mu żadna z 3 kart kredytowych, w rezultacie za jego wizę musiałem zapłacić ja. Spryciula jeden…
Mieszkamy w Four Seasons Doha przy Corniche i okazało się, że dobrze że w ostatniej chwili zmieniliśmy z Torch Tower na ten hotel, bo Torch choć niesamowity położony znajduje się daleko poza centrum. Pojechaliśmy tam wczoraj wieczorem, podróż taksówką zajęła nam ponad kwadrans a na miejscu prócz stadionu i olbrzymiego centrum handlowego Villagio nie było nic wartego zobaczenia. Doha, podobnie jak inne stolice Zatoki Perskiej jest specyficzna do zwiedzania: chodników praktycznie brak, za to czteropasmowych autostrad i najnowszych modeli Ferrari i Lamborghini pod dostatkiem.
Architektura hotelu Torch Tower rzeczywiście okazała się imponująca, hotel mienił się tysiącami małych lamp rozświetlających budynek od dołu po sam szczyt, pozwalając dostrzec go z daleka. Razem z M. pojechaliśmy tam głównie dla odwiedzania Villagio Mall, nowoczesnego centrum handlowego urządzonego w stylu weneckim, wśród stylizowanych na weneckie fasad sklepów, butików znanych marek, restauracji, zobaczyć można było sztucznie wybudowane kanały, po których poruszały się gondole przewożąc rozentuzjazmowane rodziny z dziećmi. Widok sielski, gdyby tylko nie wysyp kobiet w burkach, wyglądających z daleka jak stada pingwinów. Razem z M. dostaliśmy głupawki prześcigając się w złośliwościach na ich temat, skąd mężowie wiedzą, która to jego żona, albo jak dzieci je rozpoznają w końcu wszystkie kobiety wyglądają tu jednakowo…

Four Seasons Doha jest fantastyczny, dostaliśmy bardzo ładny, przestronny pokój z widokiem na morze, na śniadanie pierwszy raz miałem okazje spróbować soku z mango i truskawek, w którym rozsmakowałem się do tego stopnia że wlałem w siebie od razu trzy ogromne szklanki, plaża choć mała ale zadbana i czysta no i dbają o komfort gości: leżaki, parasole, darmowa przenośna lodówka z zimnymi napojami, chłopak przynoszący zimne smoothies, zimne perfumowane ręczniki do twarzy, nawet czyszczą okulary. Na terenie kompleksu znajduje się dodatkowo 5 basenów, ale nie starczy nam czasu by to wszystko sprawdzić. Normalnie raj.
Temperatura daje nam się we znaki. W nocy jest przyjemnie 20 stopni, ale w ciągu dnia ponad 30 a suche powietrze sprawia, że czuje się jak w piekarniku.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Wycieczka na północ Kataru czyli czy ile kosztuje klasa

Nie uśmiechało mi się wyłącznie przeleżeć cały nasz pobyt na przyhotelowej plaży, więc zorganizowałem nam dwie wycieczki: zwiedzanie Dohy i północnej części Kataru. Znalezienie biura podróży nie było trudne, (co jest nie lada wyczynem w Kuwejcie albo Bahrajnie), ale za to ceny są tutaj z kosmosu. Za pokazanie nam Dohy, Muzeum Sztuki Islamskiej i lokalnego bazaru ala Disney World policzyli nam 200 euro za 3 godziny. Znalazłem tę sama wycieczkę w bardziej rozsądnej cenie, zarezerwowałem od razu a na dzień przed wylotem do Dohy dostałem maila, że im się nie opłaca ruszyć dupy i że wolą oddać mi pieniądze chyba, że dopłacę 150 dolarów. Ludzie w Katarze są zepsuci kasą, problem pieniędzy i zbyt wysokich cen ich nie dotyczy, co widać w kontaktach z nimi. Dzięki olbrzymim złożom gazu wielu mieszkańców zostało petrodolarowymi milionerami, państwo płaci za edukację, opiekę zdrowotna, utrzymuje śmiesznie niska cenę paliw, nie ma tu tez podatków, opłat za wodę, mieszkanie, prąd czy kablówkę. Od obywateli wymaga się jedynie przestrzeganie islamskich zasad religijnych i wspierania dobrobytu kraju, ale na to drugie większość Arabów jest za leniwa – po co maja się uczyć języków, studiować za darmo za granicą, dbać, rozwijać się, inwestować jak miliony same wpadają im do kieszeni podczas gdy oni mogą jeść, tyć, pierdzieć w swoich luksusowych terenowych autach i wyrywać blondynki z Zachodniej cywilizacji, którym majtki same spadają na widok wypchanego portfela byle jakiego Araba.
Na widok całego tego ich bogactwa rzygam brokatem i sram tęczą.

Wynajętym autem pojechaliśmy w kierunku Al Shamal, Al Khor i fortu Zubarah po drodze oglądając pustkowie albo place budowy.
W mieście Madinat ash Shamal powstał niesamowity stadion, który wygląda jak zamek-twierdza. Boisko otoczone jest wysokim murem, są baszty w rogach, a nawet okienka, żeby łucznicy mogli strzelać do rywali. Monumentalna twierdza stoi na nasypie, żeby była jeszcze trudniejsza do zdobycia.
Sam stadion nie jest duży, ma pojemność zaledwie pięć tysięcy miejsc. Przed mistrzostwami świata w 2022 roku powstanie w mieście jeszcze kilka takich niesamowitych budowli i wtedy pewnie tutaj wrócimy.
Fort Zubarah choć wpisany na listę UNICEFu nie zachwyca, ale w porównaniu do tego co zobaczyliśmy tutaj do tej pory przy najmniej jest jakieś.

Podobnie z katarsko-bahrańskim mostem przyjaźni, który połączy północną część Kataru z południową częścią Manamy, tworząc najdłuższą stałą konstrukcję tego typu na świecie, ale na razie dużo o tym tylko mówią, bo na nabrzeżu nie ma nawet jeszcze żadnych maszyn. M. chodzi w kółko próbując zrobić jakieś fajne zdjęcia, ale w końcu tylko prychnął i się poddał.

Jedna z niewielu atrakcji w tej wielkiej piaskownicy, którą koniecznie trzeba zobaczyć to Muzeum Sztuki Islamskiej.
Wyrastająca z zatoki bryła budynku jest silnie wpisana w tradycję architektury muzułmańskiej. Byle laik to zauważy: prostota, geometryczna forma oraz niemal kubistyczne bryły, generują wspaniałą grę światła i cienia. Otaczające obiekt palmy tworzą oazę, zapewniają zwiedzającym przyjazne miejsce odpoczynku i jednocześnie stanowią malownicze tło dla budynku. M. nieustannie pstrykał zdjęcia. Przy zachodniej stronie wyspy znajduje się przystań dla łodzi. Wejścia na wyspę strzegą tam dwie latarnie, tworzące rodzaj reprezentacyjnej bramy, witającej gości. Wewnątrz, nad przestronnym holem, znajduje się majestatyczne atrium. To było najlepiej spędzone dwie godziny w Katarze i to za darmo.

Na południe Kataru już się nie wybraliśmy. Prócz drogi do Arabii Saudyjskiej i tony piachu nie ma tam nic wartego zobaczenia.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Gdzieś nad Zatoką Perską

W związku z tym, że jestem bardzo lojalnym klientem Swissa i Lufthansy ile razy latam samolotem na dalekich trasach zwykle przychodzi do mnie szefowa stewardess albo inny maitre de cabin, żeby mnie powitać. Taka mała wazelinka dla wszystkich złotych klientów Star Alliance. Ktoś gdzieś wymyślił, że do specjalnych gości należy zwracać się po nazwisku, szkopuł w tym, że dla przeciętnego Niemca czy Szwajcara moje nazwisko to koszmar: za dużo sz cz i spółgłosek, ogólnie nie do wypowiedzenia. Lecimy z Frankfurtu do Dohy, ciepły przeto miły steward podchodzi do naszego rzędu, rzuca okiem na mnie, na M., uśmiecha się oferując lampkę szampana: przepraszam mam jedno pytanie, jak się wymawia pana nazwisko. Ja oswojony z tym pytaniem już mam odpowiedzieć, gdy wtrąca się M.: your highness, proszę zwracać się do niego jego wysokość…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Z katarem do Kataru

Z nosa mi się leje, ciągną mi się gluty, głowa pęka, prycham, kicham i ogólnie zdycham, ale do Kataru dolecieliśmy.
Wczoraj przed pójściem spać zaaplikowałem sobie końską dawkę paracetamolu, która postawiła mnie na nogi, przywróciła jasność umysłu akurat żebym zdołał się spakować i niczego nie zapomnieć. M. od piątej rano krzątał się po mieszkaniu układając równiuteńko w walizce swoje koszule, spodnie, spodenki i buty. Musiałem sprowadzić go trochę na ziemię, bo czerwone bucików od Dolce do niczego nie przydadzą mu się w środku katarskiej pustyni, a czy pasek będzie mi pasował do butów czy nie też nikt tego nie zauważy chyba że jakiś zagubiony arabski koczownik. No, ale Włoch pozostanie Włochem, przecież na pustyni moglibyśmy przypadkiem wpaść na katarskiego księcia na białym koniu, który by mu się oświadczył a ja dostałbym 3 wielbłądy odstępnego.

Nasz samolot leciał do Dohy a stamtąd dalej do Manamy w Bahrajnie. W samolocie pełno Europejczyków jak i Arabów z zonami pozakrywanymi od stop do głów za to z drogimi i rzucającymi się w oczy markowymi dodatkami i biżuterią.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Coraz częściej milcząc uśmiecham się gdzieś w środku, gdzieś w sobie, gdy widzę to, co widzę…

Chwilami, gdy patrzę na to, co dzieje się wokół, gdy słucham innych, to mam wrażenie, że pracuję w domu wariatów. Przeto jestem szczęśliwy, kiedy wracam do domu i nie muszę już nigdzie wychodzić.

Bez sensu, przymusowe spotkania, niedzielne obiady z rodziną, rozmowy, które utwierdzają w przekonaniu, że trzeba siebie ocalić, stworzyć swój własny świat i bronić go przed całą tą bylejakością, głupotą, chamstwem i hipokryzją, które zalewają świat i przenikają już wszystko.

Zamieszanie w pracy sprawia, że po każdym dniu czuję się jak przeciągnięty przez wyżymaczkę. Wszystko wskazuje na to, że ten cyrk nie skończy się szybko. Mam to głęboko w dupie. Wiem, że kurwa kurwie łba nie urwie, a nawet jak urwie, to nie będzie po kurwie, bo gówno zawsze na wierzch wypłynie. Podchodzę, więc do tego wszystkiego zupełnie bez emocji. Chuj. Chwilami śmieszy mnie nawet ta atmosferka. Chwilami odczuwam satysfakcję pamiętając butę, arogancję i pewność siebie paru durnych cip i pojebanych dupków. Wiem, że żadna kuracja im pomoże, bo głupota jest nieuleczalna. Głupi pozostanie głupi. Ale niech sobie poszarpią nerwy, niech poczują ten strach, który z kpiną na ryjach tak hojnie siali. Kto sieje wiatr zbiera burzę. Czasem trzeba na to długo czekać, ale ja nauczyłem się czekać i przekonałem się, że czekać warto, bo przychodzi zawsze.

Sztuka wazeliniarstwa nie jest prosta. Wciąż uczę się uśmiechów. Przerobiłem już jedynkę i dwójkę, coraz śmielej jeżdżę na trójce. Nauczyłem się blokować wewnętrzny głos, który drze się we mnie, żeby narzygać na jedno, drugie, trzecie biurko. Skutecznie powstrzymuje już odruchy wymiotne.
Stałem się niewolnikiem wynikających z rozmów i układów.
I jestem trochę zmęczony…

Skończył się kolejny dzień, kolejna szopka. Zmęczony zszedłem ze sceny, wróciłem do domu-garderoby. W ekranie monitora jak w lustrze odbija się prawda. Mógłbym coś poprawić, podmalować, przypudrować… ale już nie muszę. Na dzisiaj gra skończona, bo już wieczór, noc… które są wyłącznie moje.

Mam straszny katar i o ironio jutro lecę z M. do Kataru.

Otagowano , | Dodaj komentarz