Powrót do rzeczywistości

Odkąd zdjęli mi biżuterię nazębną nie muszę tak często pojawiać się we Wrocławiu. Z jednej strony się cieszę, bo zaoszczędzę na wizytach i ciągłych podróżach a z drugiej eurolot właśnie uruchamia bezpośrednie połączenie Zurych – Wrocław za mniej niż pociąg z Berna do Zurychu i strasznie mnie kusi. Na razie kupiłem tylko bilet na marzec, ale jak znam siebie, co jakiś czas będę bił się z myślami lecieć na weekend czy zostać w domu…
Wakacje w Australii są już tylko miłym wspomnieniem, kolejny album pojawił się na półce a razem z M planujemy już słoneczny Katar i Oman. Zdążyłem odwiedzić Belgrad, Warszawę i Wiedeń. Przede mną w tym tygodniu jeszcze Londyn, Malta i Bukareszt. I na tym chyba koniec, bo w firmie ogłosili travel freeze – zero podróży służbowych. Szefowa oficjalnie jeszcze niczego mi nie napisała, ale wydaje mi się, że offsite naszego zespołu chyba się nie odbędzie i mogę pożegnać się z wizytą w San Francisco. Szkoda, bo trochę się napaliłem…
Rzutem na taśmę udało mi się załatwić bilety do Dubaju w grudniu. Co roku staram się zabierać gdzieś ze sobą brata i w tym roku padło na Seszele. Nie wiem czy nie będziemy musieli zmienić naszych planów, ale na razie kombinuje żeby jednak nie…

K. przeniosła się do Nowego Jorku. Co kilka dni wysyła mi szczegółowe wrażenia z pierwszych dni pobytu co wywołuje tylko banana na mojej twarzy. Strasznie jestem szczęśliwy, że jej się powiodło i że na przekór wszystkiemu dopięła swego. Marnie się przy niej prezentuje z moją chęcią przeprowadzki do Singapuru. W moim przypadku skończyło się jedynie na dobrych chęciach i gadaniu o tym przez ponad rok. K powiedziała mi o swoich planach w listopadzie, w grudniu podpisała umowę a po nowym roku była w Nowym Jorku i szukała już mieszkania na Brooklynie.

M. wydal ponad 3,5 tys. franków na kurs somelierski. Przez najbliższe 12 miesięcy będzie zgłębiał tajniki sposobów produkcji, gatunków, sposobów serwowania wina. W sobotę wrócił z pierwszych zajęć: z olbrzymią torbą pełną różnych kieliszków, dwoma tomami książek instrukcji i po degustacji, po której kręciło mu się w głowie. Z jego opowieści jawnie wynika, że i mnie bardzo spodobałby się taki kurs…
Kilka tygodni temu szwajcarski odpowiednik polskiego GUS wysłał mi ankietę do wypełnienia, która otworzyła mi oczy. W ankiecie znajdowały się pytania dotyczące partnera, czyli M. I okazało się że M ma ukończone jedynie 8 lat podstawówki… Klapki z oczu mi opadły, ale nareszcie zacząłem rozumieć skąd te moje frustracje, kiedy M fantazjuje o akcjach, bankowości, inwestycjach, otwieraniu własnego biznesu… Mimo wszystko nadal go kocham i zamierzam go wspierać, będę mu nawet robił kartkówki, pomagał pisać ściągi żeby skutecznie przyswoił sobie materiał z kursu.
W relacjach m/m bez zmian. Dużo gram, sprawdza się zasada jednorazówek. Powroty nie są tak intrygujące, ekscytujące, apetyczne i nie wnoszą żadnych nowych doznań prócz, rozładowania napięcia, rozczarowania i poczucia monotonii. Ekscytująco jest tylko przed, zanim pierwszy raz opadną spodnie i nastąpi zbliżenie ciał, wymiana ciepła i planów ustrojowych, potem jest już tylko mechanika, biologia i reakcja na erotyczne stymulacje.
Najgorsi są ci tzw. przystojni, wydaje im się, że jak są ładni to nie musza się już starać. Czasem Shrek czy inny troll bywa lepszy od He-mena.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | 2 Komentarze

Mój facet

M miał dziś wolne, zobowiązał się dokończyć pranie, zawieźć rower do serwisu, poszukać wycieczek po Katarze i Omanie, przygotować dobry obiad. Zapytał mnie, na co miałbym ochotę, ale nie potrafiłem się określić, chciałbym wszystko byle nie za dużo…
O 18 wróciłem do domu, a tam czekała na mnie mila niespodzianka: M przygotował olbrzymi bufet składający się z 10 smakowitych przystawek i risotto z truflami, w dodatku ustawił kredens tak jakbyśmy mieli w domu bar i zadbał o oprawę muzyczna, nastrojowe świtało, aperitif na początek oraz digestivo na koniec.
Umarłem i bylem w niebie bez wychodzenia do fancy restaurant.

Otagowano | Dodaj komentarz

Prawie w domu

Nasz samolot do Singapuru wylatywał o 16.00 następnego dnia. Ostatniego wieczoru przed powrotem poszliśmy z K. na kangura i pożegnalną kolacje w porcie. W ciągu pierwszych dni pobytu w Sydney poszukując ciekawego miejsca na kolacje trafiliśmy na restauracje prowadzona przez Włochów, w której bardzo nam się spodobało. Serwowali ostrygi, steki z kangura oraz wszystkie inne wspaniałości kuchni śródziemnomorskiej.
Rano o 7.30 dostałem wiadomość ze nasz samolot ma ponad 4 godziny. Z nie całymi 2 godzinami w zapasie na przesiadkę w Singapurze, szybko zrozumiałem, że nie zdążymy na polaczenie Swissa do Zurichu.
Postanowiliśmy działać, zadzwoniłem do linii lotniczych próbując przebukować nas na wcześniejszy lot. Na infolinii trafiłem na ciabatego, ale na szczęście nie gulgotał po angielsku. Niestety wszystko bez skutku, potem na lotnisku okazało się, że z powodu usterki technicznej w naszym Airbusie wypadły z grafiku już 2 polaczenia do Singapuru i po 2 dniach wciąż ponad 200 osób czekało żeby wydostać się z Sydney.
Pracownica Singapore Airlines na lotnisku zapewniła nas, że gdy dolecimy do Singapuru na pewno się tam nami zajmą: albo zostaniemy w Mieście Lwa na dzień lub dwa oczekując na następny samolot Swissa albo jeśli przylecimy przed 1.30 przebukują nas na lot Singapore Airlines.
Nie mieliśmy wielkiego wyboru i musieliśmy cierpliwie czekać, rozsiadaliśmy się wygodnie w loungu, obstawiliśmy talerzami z jedzeniem i napojami a obsługa starała się nas jeszcze bardziej dopieścić częstując co jakiś czas prawdziwym szampanem a nawet oferując drobne upominki byleby tylko uprzyjemnić nam czas. Wreszcie po ponad 4 godzinach, gdy brzuchy mieliśmy pełne a w głowie przyjemnie szumiało rozpoczęto boarding i wkrótce znaleźliśmy się w powietrzu. 7 godzinny lot minęło szybko. Zaraz po starcie rozłożyłem fotel nakryłem się grubo kołdrą i zasnąłem niemal od razu. Na lotnisku w Singapurze czekały już na nas karty pokładowe na polaczenie z Singapore Airlines, mieliśmy 10 minut żeby je odebrać i przejść na drugi koniec terminalu. Nam się udało, czego nie można powiedzieć o mojej walizce…
Do domu wracałbym w samym podkoszulku i cienkich letnich spodniach i bez kurtki gdyby nie pomocna dłoń M. Przywiózł mi wszystko na dworzec w Bernie i zabrał zmarzniętego do domu na pyszny powitalny obiad.
Dziś jest środa, mija trzeci dzień a mój bagaż wciąż nie przyleciał, ba nawet nie wiedza gdzie jest…
Prezenty i zakupy szlag trafił…

Opublikowano Australia, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Senne Hobart

W niedziele w Hobart większość sklepów była pozamykana, co dziwne, pozamykane były też restauracje, kafejki i bary, podczas gdy sezon turystyczny w pełni. Hobart wydaje się trochę nudne, ale turyści przyjeżdżają tutaj głównie dla parków narodowych, natury, fauny i flory.
Fala imigracji lejąca się strumieniem po Australii jakoś omija Tasmanie, która leży jakby na uboczu australijskiego życia i kto wie, czy nie w tym jest jej największy urok.

W drodze do Port Arthur przejechaliśmy przez miasteczko o żartobliwej nazwie Doo, w którym mieszkańcy nadali swoim domostwom bardzo ciekawe nazwy: Doo-All, Doo Come In, Doodle Doo, Doo For Now, Doo Fuck All, Doo I, Doo-ing it easy, Doo Little, Doo Luv It, Doo-Me, Doo Nothing, Doo Often, Doo Us, Doo Us Too, Just Doo It, Love Me Doo, Rum Doo, This Will Doo, Wee-Doo, Xanadoo, Yabba Dabba Doo.

Odwiedziliśmy Port Arthur żelazny punkt zwiedzania dla każdego, kto przybywa na Tasmanie, wpadliśmy do sennego Richmond i Bonoro Park.
Gdy dotarliśmy do Borongo było z 40 stopni na zewnątrz, suche powietrze wysuszało nozdrza i drapało w gardło, oglądając wombaty, diabły tasmańskie i kangury myślałem, że zasłabnę. Gdzieniegdzie na autostradzie widać było, jak asfalt topił się pod wpływem wysokiej temperatury a okoliczni mieszkańcy opowiadali jak bardzo obawiają się pożarów buszu, które nie są tutaj rzadkim zjawiskiem.

Ludzi kiepsko się tu ubierają, właściwie nikt nie przywiązuje uwagi, w czym wychodzi na ulice, do pracy czy na kolacje na mieście, luźny i niechlujny styl wydaje się królować wśród wszystkich, starych i młodych, ale czego lepszego się tutaj spodziewać, jeśli nawet w lokalnych sklepach bieda, tandeta i same szmaty. Zapyziale to Hobart, ale gorące i przynajmniej bez much, akurat na 3 dni krótkiego pobytu.

Opublikowano Australia, podróże | Otagowano , | 2 Komentarze

We love Tassie

We love Tassie – tak pieszczotliwie zareagował nasz przewodnik w Górach Błękitnych, gdy wspomniałem mu, że wybieramy się również na Tasmanie, do najmniejszego i najbardziej odizolowanego od reszty stanu Australii.
Chłodne lasy, skaliste góry, jeziora, zielone pastwiska i sady owocowe, ale o atrakcyjności tej wyspy przesądzają głównie puste przestrzenie. Kiedyś wyspa stanowiła przerażającą i ponurą kolonię karną dla najgorszych recydywistów z obozami na Macquarie Harbour, dziś na Macquarie Street szukaliśmy miejsca na lunch. Tutaj eksterminowano rdzennych Tasmańczyków, co stanowiło jeden z najczarniejszych rozdziałów w historii australijskiego kolonializmu.
Przylecieliśmy samolotem z Melbourne i gdy tylko zostawiliśmy walizki w hotelu Collins przespacerowaliśmy się do nabrzeża Salamanca Place gdzie stoją stare magazyny, w których artyści urządzili swoje pracownie, nie brakuje tutaj również barów, kawiarni i restauracji.
Dopadło mnie jakieś przeziębienie (za dużo long island ice tea w hotelu w Melbourne) i czuję jakbym jutro miał być chory.
W Hobart mieszka moja koleżanka ze studiów, ile razy widzę na ulicy kogoś podobnego do niej myślę, ze to ona. Głupie…

Opublikowano Australia, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Zmęczenie w Melbourne

Późnym popołudniem dotarliśmy do Melbourne. K ma jakiegoś pecha, bo kontrolują ją szczegółowo na każdej bramce security. Mnie dopadło tylko raz, odbyliśmy już kilka wewnętrznych przylotów, ale dopiero w Alice jakaś wredna legalistka przyczepiła się do mojego 2 kg nadbagażu. Te 2 kg kosztowały mnie 30 dolców. Los ją pokarał za nadgorliwość, bo gdy chciała wystawić mi pokwitowanie zaciął się system, musiała go restartować, co na niewiele się zdało i w końcu wypisała mi go ręcznie zgarniając przy tym słowną chłostę od niezadowolonych pasażerów stojących za mną w kolejce.

Melbourne jest ładne, ale nie zachwyca jak Sydney. Wydaje się bardziej rozmemłane i brudne a niektóra architektura dziełem przypadku. Dużo jest tu chińskich i greckich restauracji, bo te narodowości stanowią tu większość imigracyjną i wczoraj u jednego Greka jedliśmy najlepszy posiłek od momentu przyjazdu do Australii. Do zwiedzania nie ma tu wiele, wszystkie atrakcje leżą w zasięgu jednodniowego wypadu autem, w mieście obeszliśmy wszystko w jedno popołudnie.
W czasach gorączki złota Wiktoria rozwinęła się znacznie, wtedy pieniądze wydawały się płynąć niewyczerpalnym strumieniem – po tamtych czasach dobrobytu dziś zachowały się okazałe kolonialne posiadłości.
Great Ocean Road zapiera dech w piersiach swoimi serpentynami, wybojami, wertepami i widokiem nadmorskich kurortów. Dzień spędziliśmy w 40 stopniowym upale, który właśnie wdarł się w tę część Australii, w towarzystwie chmary much, które gdy dotarliśmy do kamiennych 12 Apostołów stały się tak uciążliwe, że K postanowiła nie wychodzić już z autobusu.
Pierwszego wieczoru po przyjeździe spotkałem się na kolacji ze swoim dawnym współwspaczem, który 2 lata temu wyemigrował do Australii. Wiedziony przeczuciem wynająłem osobny pokój, a wieczorem urządziliśmy sobie wspominki – było na tyle miło i przyjemnie, że został u mnie przez dwie kolejne noce i głównie graliśmy…

Kolejny wieczór K zabrała mnie na kolację to Tajwańczyka gdzie smakowicie wyglądające dim sumy i sałatkę z meduzy jedliśmy w towarzystwie gigantycznego robalo-chrabąszcza, który zakamuflował się między pojemnikami z przyprawami i pałeczkami raz po raz ukazując się nam w całej swej odrażającej okazałości odbierając resztki apetytu. Biedak ostatecznie źle skończył rozdeptany klapkiem przez przypadkowo przechodzącą tamtędy skośnooką.

Gdyby niewykupiony wcześniej przelot na Tasmanie załapalibyśmy się na Australian Open…

Opublikowano Australia, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Księżyc nad pustynią

Druga strona księżyca pogrążona w ciemności. W ciemności wszystko jest to samo, ale nie takie samo. Druga strona księżyca na to jest, by jej nie widzieć. Nieświadome odkrycie tego, że coś takiego istnieje zaskakuje, bo oto pojawia się coś, na istnienie czegoś nie byliśmy przygotowani. Takie doświadczenie zmienia nasze postrzeganie tego, co już znamy, do czego przywykliśmy.
Druga strona księżyca nie oświetla drogi. Z tamtej strony ciemność i chłód.
Ten sam księżyc, a zupełnie inny, będzie sunął dalej.
Są odkrycia, które nie zmieniają niczego, są i takie, które zmieniają wszystko, ale każde kończy jakiś etap i jakiś zaczyna.

Opublikowano Australia, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

48 godzin w Alice Springs

Z wybrzeża przesunęliśmy się w kierunku centrum kraju, z gorącego i wilgotnego klimatu wybrzeża Queensland trafiliśmy do jeszcze wyższych, bo sięgających 45 stopni temperatur, ale za to bardziej suchego powietrza. Lot z Cairns do Alice Springs trwał niecałe 2 godziny, a krajobraz zmienił się z tropikalnego na pustynny. Wieczór wcześniej po raz ostatni zjadłem swoje przepyszne spring rolle, które popiłem butelką lokalnego wina, bo nasz samolot odlatywał dopiero przed południem.

Alice Springs to pustynia, dziura w której czas się zatrzymał, plamka pośród ogromnych czerwonych połaci bardzo suchego terenu. Rozklekotanym busem dojechaliśmy do naszego hotelu Aurora, któremu bliżej było do motelu niż 4 gwiazdkowego obiektu, ale lokalizacja rekompensowała wszystko. Lokalne biura podróży znajdowały się dosłownie za rogiem, tak samo jak główny deptak z restauracjami, barami, kafejkami, sklepami i centrum handlowym. W przyhotelowej restauracji przełamałem kolejne kulinarne tabu smakując sałatki z mięsem strusia oraz olbrzymiego talerza grillowanych mięsiw z krokodyla, strusia, kangura i barramundy.

K. przewidując, że podczas trwającego 20 godzin outbacku do Uluru na pewno będziemy głodni wyskoczyła do hipermarketu i kupiła nam świeżą bagietkę, wędliny, ser, jogurty i napoje, z których rano niczym żona dbająca o męża narobiła nam pysznych kanapek. K ma zadatki na dobrą żonę i mamuśkę – ledwo zerwała się z lóżka o 4.45 od razu zajęła się przygotowywaniem śniadania i prowiantu na drogę a nie makijażem, układaniem fryzury czy doborem butów do sukienki.
Wyjechaliśmy o 6 rano. Na Terytorium Północnym wszystko wydaje się wielkością przerastać ludzką skale: niebo, odległości, marzenia i wizje mieszkańców. Na terenie 4 razy większym od terytorium Polski mieszka 200 tys. mieszkańców. Niegościnne otoczenie wyzwala wśród lokalnych ludzi przyjazne nastawienie do innych, ducha powszechnej równości i specyficzne złośliwe poczucie humoru. Alice Springs, choć brakuje pocztówkowej malowniczości ma w sobie coś przyciągającego backpackerów z różnych stron świata spragnionych przygody w porażających przestrzeniach interioru.
Smażące się w słońcu miasto ma regularna siatkę prostych ulic i niewysokich nowoczesnych budynków. Osiedlić się tutaj mógłbym tylko za karę.

W Alice Springs mogłem dowoli napatrzeć się na mieszkających tam w dużym skupisku Aborygenów. Historyczne zapiski odzwierciedlają to, o czym myślałem ja przybywając z Europy na Antypody: Aborygeni sprawiają wrażenie najmniej urodziwego narodu na świecie, ich oczy pozostają wpół zamknięte by nie dopuścić much a każda twarz, którą się spotyka wydaje się być pozbawiona wdzięku.
Do Czerwonego Środki jechaliśmy prawie 6 godzin, żeby zobaczyć najsłynniejszy pomnik australijskiej przyrody – skale Uluru Ayers Rock.
Po drodze rzadko mijaliśmy jakiekolwiek inne samochody czy siedliska ludzkie, częściej za to szczątki martwych kangurów, które często wpadają pod koła rozpędzonych aut i autobusów.
Widok Uluru zachwyca, ale wędrówka 9km trasa wytyczona wokół monolitu w 40 stopniowym upale była piekielna. Na dodatek te przeklęte muchy. Miałem wrażenie że muchy się tutaj je, pije i się nimi oddycha. Nabalsamowany kremem i sprayem z wysokim filtrem pociłem się pomimo suchego powietrza. Po kilku godzinach zaczęła piec mnie skóra i myślałem, że krem przestał działać, ale okazało się, że to wyschnięta sól wżerała się mi w skórę.

Po widowiskowym zachodzie słońca, który obejrzeliśmy na koniec dnia biwakując i pałaszując kiełbaski popijane szampanem wyruszaliśmy w drogę powrotna do Alice Springs żeby o 1.30 wreszcie wskoczyć pod upragniony prysznic a potem do łóżka.

W nocy nie mogłem wprost napatrzeć się w rozgwieżdżone niebo. Niektórych gwiazd nigdy nie widać na naszej półkuli.

Opublikowano Australia, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Rafa i szukanie Nemo

K. nie może nadziwić się moja fascynacją wietnamską kuchnią. Od kilku dni pożeram niesamowite ilości spring rollsów i wciąż nie mam ich dosyć. Każdy wieczór spędzamy na tarasie naszego pokoju, po co gnieździć się i przepłacać w restauracji, kiedy piękny widok na morze mamy z naszego pokoju a jedzenie z pobliskiego food corneru, który codziennie zaopatruje nas w świeży towar.

Szybką łodzią motorową popłynęliśmy dziś na Green Island. Na katamaranie pełno było Japończyków, Chińczyków, Włochów i Niemców – praktycznie nikt z grupy nie mówił po angielsku. Włosi, którzy przysiedli się do naszego stolika, operowali tylko yes/no/ok w rożnej kombinacji i odetchnęli z wyraźną ulga, gdy przemówiłem do nich w ich ojczystym języku.
Na Green Island wypożyczyliśmy sobie leżaki i parasol, zamówiliśmy zimne napoje i wreszcie od momentu przyjazdu do Australii poczuliśmy się jak na prawdziwych wakacjach. Przed południem zebraliśmy nasze menele i wróciliśmy na statek, którym popłynęliśmy dalej w kierunku Wielkiej Rafy. Odziani w mocno przylegające lateksowe stroje (parzące meduzy) z maską i fajką wskoczyliśmy do cieplej, turkusowo – błękitnej wody zanurzyć się w innym świecie. Słońce piekło niemiłosiernie, w wodzie się tego nie odczuwało, ale za każdym razem, kiedy wracaliśmy na katamaran nie mogliśmy nawet ujść paru kroków, bo drewniane deski pokładu parzyły nam stopy. Świat australijskiej Wielkiej Rafy Koralowej opisano już wiele razy i nic nowego już chyba od siebie nie napisze oprócz tego, że warto było móc samemu tej przygody doświadczyć.

Ładne to Cairns, zwłaszcza promenada Esplanade, miło było wieczorami przejść się wzdłuż brzegu morza i nacieszyć oko opalonymi, atletycznie zbudowanymi podmiotami biegającymi wokół i uprawiającymi ćwiczenia w pobliskich parkach.

Opublikowano Australia, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Pociąg śmierci

Skwar i ogromna wilgotność – to z nimi muszę mierzyć się każdego dnia wychodząc na zewnątrz z klimatyzowanego pokoju. Żeby móc w ogóle nałożyć na siebie krem z filtrem muszę najpierw maksymalnie wyziębić pokój, aż szyby w oknach zaparują, zaaplikować i wklepać krem a potem dopiero wyjść na słońce, w każdym innym przypadku rozdziawiają mi się szeroko wszystkie chyba pory, nawet te o istnieniu których nigdy nie słyszałem i przeciekam całą powierzchnią mojego jestestwa. Nawet jak schodzę na śniadanie o bardzo wczesnej porze duchota jest już nie do wytrzymania a ja nieudolnie próbuję kontrolować grube krople potu spływające mi po czole i plecach.
Wyjeżdżając do dalekich miejsc dotychczas stołowałem się w restauracjach by sprawdzić jak smakują lokalne specjały. W Cairns nie odwiedziliśmy nawet jednej a to ze względu na bardzo smakowity a w dodatku bardzo tani food corner oferujący różnorodne i bardzo smaczne spring rolle i nori z ryżem, tuńczykiem, łososiem, krewetkami albo kurczakiem. Przy tak wielkich upałach prawie w ogóle nie chce mi się jeść, ale tych smakowitości jakoś odmówić sobie nie potrafię. Poza tym w ramach postanowień noworocznych na 2014 rok staram się przyoszczędzić na niepotrzebnych wydatkach a na jedzeniu wydaje mi się jest najłatwiej a w dłuższej perspektywie wyjdzie też i najzdrowiej.

Pociąg z Cairns do malowniczo położonej Kurandy z ponad 200 turystami wyruszył punktualnie o 9.50 rano. Starodawna odrestaurowana ciuchcia pokonywała całą trasę w ślimaczym tempie w niecałe sto minut z krótkim postojem przy wodospadach Barron Falls. Wagony wydawały się być przestronne, wygodne i czyste dopóki nie wbiły się w nie tabuny turystów. Duchota, spiekota, brak klimatyzacji i skórzane fotele rozgrzewające się do czerwoności od słońca, na których musieliśmy siedzieć w drodze do Kurandy odparzając sobie uda, pośladki i inne wystające części ciała. W tej saunie na kółkach wszyscy tylko się wachlowali a i tak stróżki potu spływały nam po ciele tworząc mało estetyczne kałuże na pseudo eleganckich skórzanych siedzeniach.
Nawet gdy pociąg ruszył i przez otwarte okna zaczęło wpadać powietrze sytuacja niewiele się poprawiła a niektóre Amerykanki niestandardowego rozmiaru zaczęły mdleć i konduktor rozważał już prawie sprowadzenie podnośnika albo dźwigu żeby je stamtąd bezpiecznie ewakuować. Końca mordęgi nie było widać…

Rezerwat Lasów Deszczowych Queensland pozwala ryzykować życiem obcując z jadowitymi pająkami, dzikimi pszczołami, wężami, robalami, żukami zabójcami, wszelakiej maści plażami i gadami, motylami, ptaszkami, dziobakami, kangurami i misiami koala. Przez jeden dzień miałem w majtkach nieustanny kisiel, ale było warto dla zdjęć z misiem czy 3,5 metrowym pytonem owiniętym wokół mnie. Zawsze wydawało mi się, że węże są obślizgłe w dotyku, ale tego dnia obślizgły bylem ja a skora węża cudownie sucha.

Z Kurandy wróciliśmy kolejką linową, trasą która biegnie nad czubkami drzew budujących las deszczowy, zatrzymując się na krótki postój w punktach widokowych Caravonica Lakes i Red Peak.

Opublikowano Australia, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz