Welcome to Cairns

Podchodząc do lądowania w Cairns można podziwiać Wielką Rafę Koralową w całej okazałości. Natychmiast zapomina się o trudach przebytej drogi, rozbudzają się za to marzenia o podwodnym świecie. Cairns to typowa letniskowa miejscowość w północno-wschodniej Australii. Plaża, hotele, bary, dyskoteki, na ulicach mnóstwo młodych, opalonych ludzi. Atmosferę wakacyjnego kurortu czuć tutaj na każdym kroku. Jednak już po krótkim spacerze łatwo się zorientować, że można tu robić coś więcej niż tylko wylegiwać się na plaży.
Wciąż nie mogę przestać się dziwić na widok tylu ludzi kroczących wokoło mnie w klapkach, kolorowych rozciągniętych T-shirtach bez rękawów, noszących czapki albo kapelusze z szerokim rondem, których spotyka się wszędzie bez względu czy jest to ruchliwe centrum miasta, lotnisko, morska promenada czy food corner w centrum handlowym. Australijczycy są niesamowicie wyluzowani i ten ich nastrój udziela się też przyjezdnym. Kilkanaście razy w ciągu dnia jestem niepokojony widokiem przystojnych facetów, dumnie prężących swoje muskuły albo prezentujących swoje roznegliżowane torsy wraz z piękną opalenizną, ale i niestety sporej wielkości tatuażami, do których jestem uprzedzony.
W Cairns jest gorąco i parno, ponad 30 stopni w cieniu sprawia, ze bielizna lepi mi się do ciała a ja chodzę rozdrażniony, jeśli muszę wychodzić na ten skwar z klimatyzowanych pomieszczeń. Miasto pełne jest większych lub mniejszych hoteli wybudowanych wzdłuż brzegu morza często położonych przy głównej promenadzie. W naszym Rydges Tradewinds mamy piękny widok na morze i wieczorami lubimy bezczynnie spędzać czas wylegując się na tarasie obserwując ten sielski widok. Tylko na nietoperze musimy uważać, bo jest ich tu tyle, co w Polsce gołębi albo wron i wieczorami przysłaniają czasami całe niebo raz po raz przelatując nisko nad głowami turystów, przez co wiele budynków wyposażonych zostało w specjalne urządzenie emitujące ultradźwięki, by je odstraszyć.
Co wieczór zasiadamy z K. na naszym balkonie z butelka nowozelandzkiego wina i dużym zapasem sushi i rozmawiamy, tak zwyczajnie, o wszystkim i niczym i jest cudnie tak po prostu.

Opublikowano Australia, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Ostatni dzień w Sydney

Nie cierpimy na żadne większe dolegliwości spowodowane różnicą czasu, ale zwykle ok 16 albo 17 dopada nas dziwne znużenie i chętnie wtedy ucinamy dobie drzemkę przez kwadrans lub dwa, tak jakby organizm potrzebował się zregenerować. W nocy za to śpimy jak susły i budzimy się normalnie.

Rytm każdego poranka wyznacza nam śniadanie u Chińczyka, w tej zaprzyjaźnionej kafejce poznaliśmy już chyba wszystkich i każdego dnia śmiało wołamy już tylko, „co zwykle” i od razu dostajemy kanapkę z tuńczykiem, jogurt z owocami i cappuccino.

W ramach eksplorowania okolic Sydney wybraliśmy się na całodniową wycieczkę do Blue Mountains i jaskiń Jenolan. Autobus Greyline odebrał nas spod hotelu o 7.25, zawiózł pod kasyno skąd o 8.00 wyruszyliśmy w dalszą trasę. Wśród grupy turystów zauważyliśmy znajomą parę ciabatych z Indii, on lat 40, ona lat 20 z dzieckiem na oko w wieku lat 6. W sumie guzik nas to obchodzi, bo to inna kultura, ale jak spotyka się takie pary to trudno nie pomyśleć, jakie mamy szczęście mieszkając i dorastając na Starym Kontynencie.

Miejscowość Katoomba nie powala, odludzie, jakich tutaj nie brakuje, zobaczyliśmy 3 Siostry i to było tyle. Może dla kogoś, kto lubi góry i spacery po nich Blue Mountains stanowiłby większą atrakcję. Najbardziej zapamiętałem muchy, jest ich tutaj wszędzie cała chmara, brzęczą i wpadają do oczu, uszu, nosa i buzi, siadają na rękach i szyi a człowiek może tylko starać się je przegonić machając nieustannie rękoma. We Wrocławiu sprawiłem sobie wprawdzie moskitierę, ale noszenie jej tutaj byłoby jednak przesadą…

Przed wejściem do jaskini dostaliśmy godzinną przerwę na lunch, która wykorzystaliśmy w jedynej jadłodajni w okolicy. Wybór menu był mocno ograniczony: frytki, hot dogi, zimne kanapki w folii albo kurczak w panierce, ale od czasu do czasu można sobie zafundować śmieciowe jedzenie. Do posiłków serwowano ketchup w nowoczesnych opakowaniach, tak innowacyjnych, że nie wiedziałem jak to ustrojstwo się otwiera. Gdy zgłębiłem tę technikę było już za późno, bo zdążyłem zbryzgać ketchupem siebie i kilka stolików wokoło.
Zwiedzanie krasowych jaskiń Jenolan jest rzeczywiście spektakularne i ani przez chwilę nie żałowaliśmy naszego wyboru. Co roku to miejsce odwiedza ponad ćwierć miliona turystów, stanowiąc jedną z najbardziej popularnych atrakcji turystycznych Nowej Południowej Walii. Całe zwiedzanie trwało prawie 90 minut, chodziliśmy krętymi, wąskimi korytarzami robiąc przy tym mnóstwo zdjęć, podziwiając ten niesamowity cud natury.

W piątek rano lecimy do bramy Wielkiej Rafy Koralowej.

Opublikowano Australia, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Kryzys dnia trzeciego

Dopadło mnie zmęczenie. Z trudem zwlokłem się dziś rano z lóżka i najchętniej spędziłbym cały dzień całkiem bezczynnie na słodkim nic nierobieniu. Zmusiłem się w końcu żeby wstać obiecując sobie lekki dzień, np. w zoo.
Do tego malowniczo położonego parku dotarliśmy drogą wodną z Circular Quay. Wstaliśmy wcześnie, zjedliśmy śniadanie u Chińczyka by przed 8 podziwiać Sydney od strony zatoki i cieszyć się przy tym przyjemna morska bryzą.

 

 

Kiedy wybieraliśmy się na spotkanie z Taronga Zoological Park pogoda była wymarzona, ciepło, ale jeszcze nie gorąco. Słońce nie prażyło, bo od czasu do czasu chowało się za chmury. Na przystani F2 świeciły pustki, mieszkańcy Sydney odsypiali jeszcze zabawę sylwestrową. Trochę zamieszania było, gdy dotarliśmy do stacji docelowej, bylem przekonany, że wysiadając od razu wejdziemy na teren zoo. Okazało się, że po opuszczeniu promu są dwie możliwości dotarcia do wejścia głównego: autobusem lub kolejką linową. Zdecydowaliśmy się na tę drugą opcję a możliwość ujrzenia zoo z góry była pierwszą, niezapomnianą atrakcją naszej wycieczki. W miarę zwiedzania kolejnych mini parków tematycznych i wybiegów dla zwierząt pogoda stawała się coraz uciążliwsza. Po mimo kapelusza i kremu z filtrem opaliłem sobie twarz. Kangura, misia koala, dziobaka mam już zaliczone…

Opublikowano Australia, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Zupełnie inny sylwester

Na 31. grudnia zorganizowałem dla nas pływanie jachtem po zatoce, jachtem nie byle, jakim, bo tym samym, który bierze udział w międzynarodowych regatach. Zamiast biegać po Sydney i próbować zająć najlepsze miejsca na oglądanie pokazu sztucznych ogni o północy woleliśmy skorzystać z uroków atrakcji tego pięknego miasta.
Od 15.00 policja zaczęła blokować ulice i wyznaczać objazdy dla samochodów i pieszych. Gdy wracaliśmy do hotelu praktycznie, co przecznice natrafialiśmy na policjantów kierujących ruchem i blokujących niektóre przejścia. W pewnym momencie myślałem, ze w ogóle nie uda się nam dotrzeć do hotelu i będziemy musieli zaczekać tu do północy.
Rejs jachtem był niezapomniany, piękna pogoda, ponad 30 stopni, wiatr we włosach i piękne widoki. Załoga pozwalała turystom sterować łodzią, co było okazja nie do przegapienia.

Im bliżej wieczoru tym więcej ludzi kierowało się w kierunku Circular Quey.
My tez się tam pojawiliśmy, gdy na zewnątrz było już ciemno. Na ulicach panowała wspaniała atmosfera, do niektórych stref trzeba było mieć specjalne przepustki, które wyprzedano już długo przed 31. grudnia. Razem z K. rozważaliśmy wieczór w operze połączony z kolacja i pokazem sztucznych ogni nad mostem, ale cena ponad tysiąc dolarów od osoby wydala się wystarczająco absurdalna. Ludzie tłumami przemieszczali się miedzy ulicami George Pitt i Bridge, gdzieniegdzie spotykaliśmy grupki siedzące na ulicy zajmujące strategiczne miejsca do obserwowania pokazu. Policja i straż pilnowały czy aby ktoś nie wnosił na wyznaczony teren butelek alkoholu. Podejrzewam jednak ze niektórzy przemycali go ukrytego w butelkach coli czy innego zwykłego napoju.
Pierwszy o 21.00 przeznaczony dla rodzin z małymi dziećmi przegapiliśmy specjalnie, racząc się kupionym w Singapurze mocno schłodzonym moetem. Ok 23 wyszliśmy z hotelu.
Tłumy, lasy rak z aparatami fotograficznymi, ipadami, telefonami komórkowymi próbujący uchwycić moment wybuchu petard, okrzyki radości, gwizdy, tańczący ludzie, jedni w strojach wieczorowych, inni w zabawnych kostiumach, jeszcze inni po prostu w krótkich spodenkach, rozciągniętych T-shirtach i klapkach, wszystkim dopisuje szampański humor, choć nie widać nikogo ewidentnie pijanego.

Opublikowano Australia, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Koniec roku 2013

główną cechą mojego charakteru jest: niezmiennie potrzeba planowania i dążenie do samowystarczalności, chęć zobaczenia wszystkiego i bycie wszędzie jednocześnie
cechy, których szukam u mężczyzny: zaradność, zdecydowanie, czułość, cierpliwość, partnerstwo na dobre i na zle, uroda
cechy, których szukam u kobiety: inteligencja, zdecydowanie, uroda
co cenię najbardziej u przyjaciół: że są przy mnie nie za coś a pomimo czegoś, że rozumieją, gdy zdarza mi się im czegoś odmówić
moja główna wada: natura tułacza, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, czasami oderwanie od rzeczywistości, seksoholizm, lenistwo w uczeniu się włoskiego i niemieckiego
moje ulubione zajęcie: planowanie podróży, spełnianie marzeń, latanie samolotem, surfowanie po necie, moja praca, pozadomowe rozgrzewające igrzyska za pieniądze, sprawianie prezentów bliskim.
moje marzenie o szczęściu: brak popędu seksualnego, zobaczyć wszystko, co warte jest zobaczenia, by móc spokojnie skoncentrować się na pracy, zdrowie i samowystarczalność
co wzbudza we mnie obsesyjny lęk: stagnacja, samotność, choroba, bezsilność, brutalna agresja, bycie zależnym od innych
co byłoby dla mnie największym nieszczęściem: życie bez M i podróży, choroba, ubezwłasnowolnienie,
kim (lub czym) chciałbym być, gdybym nie był tym, kim jestem: nie chcę niczego zmieniać
kiedy kłamię: nie kłamię, ja koloryzuję, mówię wtedy po włosku, angielsku lub polsku
słowa, których nadużywam: ja pierdole, o kurwa
ulubieni bohaterowie literaccy: brak
ulubieni bohaterowie życia codziennego: Marco, Zero, Kristi, Laura, Renate, Lucia, Franco, Vasilka, Kateryna, Paolo i Fabien, Mauerhofer, Ramon, Alicja
czego nie cierpię ponad wszystko: systematyczności, czasem tego co wyprawiam, u innych braku zdecydowania, prostactwa, pozerstwa i niepotrzebnej bufonady, polskiej małostkowości i kompleksów
moja dewiza: chwytaj czas póki go jeszcze masz
dar natury, który chciałbym posiadać: płaski i owłosiony brzuch, oliwkową skórę, brak egoizmu i dumy
jak chciałbym umrzeć: szybko i nagle, ale jeszcze nie teraz
obecny stan mojego umysłu: 7 rano, leżę w lóżku po sylwestrze spędzonym pod Operą w Sydney podczas gdy w Europie wciąż trwa rok 2013
błędy, które najłatwiej wybaczam: coraz bardziej przesuwam granicę tolerancji
największa porażka: seks z barmanem, z ciotuchą R i R 

Dodaj komentarz

Ja & Canberra

Już drugiego dnia po przylocie do Sydney wzięliśmy udział w wycieczce za miasto. Jet leg w ogóle nam nie dokuczał, pierwszą noc przespaliśmy normalnie i bez budzenia się o dziwnej porze.

Hotelowe śniadanie nie przypadło nam do gustu zwłaszcza pod względem ceny (35 AUD), dlatego przed zbiórka na wycieczkę do Canberry wyszliśmy z hotelu w poszukiwaniu jakiegoś miłego deli. Nie musieliśmy daleko szukać, bo tuż za rogiem w kierunku Marriott Harbour natrafiliśmy na smakowicie wyglądający coffee bar serwujący wszystko, czego dusza pragnie: omlety, fritaty, jogurty, muffiny, ciasta, rogaliki, sałatki owocowe, cieple kanapki z tuńczykiem albo łososiem, ryz, kiełbaski i przysmaki kuchni chińskiej. Chińczycy prowadzący ten lokal okazali się bardzo gościnni i dzięki temu zjednali sobie naszą lojalność – obiecaliśmy stołować się u nich codziennie przez cały nasz pobyt w Sydney.

Zbiórka zaplanowana była na 7.25 a punkt 8.00 po zebraniu innych współpasażerów mieliśmy wyjechać w kierunku stolicy. Niestety w każdej grupie musza zdarzyć się jakieś indywidua… W naszej trafiliśmy na kilka: hinduską parę, w której mąż maharadża nie rozumiał pojęć miejsce i godzina zbiorki, targając za sobą ogon w postaci starej, garbatej i brzuchatej żony, samotnie podróżujący Tamil, który nigdy nie pamiętał gdzie wsiadał i wysiadał, 5 osobowa rodzina ogrów z Papui i Nowej Gwinei – jednakowo smolisto czarna, płaskonosa, niskiego wzrostu, potwornie otyła i notorycznie spóźniająca się, myląca miejsca zbiórki, gubiąca paszporty i uwielbiająca stołowanie się w przy autostradowych jadło budach serwujących wątpliwej, jakości pasze w towarzystwie chmary much.

Dzięki takim okazom z każdego punktu programu wyjeżdżaliśmy z dużym opóźnieniem.

Myśląc o Australii, pierwszym miastem, jakie przychodzi mi do głowy jest Sydney – oklepany widok budynku opery nad zatoką oraz wspomnienie Olimpiady z 2000 roku. Miastem mniej reklamowanym i odwiedzanym jest Canberra. Ta dziura jest jednak siedzibą rządu, Parlamentu i wszelkich australijskich instytucji.

 

 

Canberrę wybrano na stolicę dopiero w roku 1908. W tym czasie Parlament mieścił się jeszcze w Melbourne, a inne instytucje rządowe w Sydney. Oba, już rozwinięte i największe w Australii miasta, ostro rywalizowały ze sobą o miano stolicy. Nie chcąc tracić popularności ani w Melbourne, ani w Sydney, ówczesny Parlament zdecydował się na śmiały krok i ustalił, że stolicą będzie miasto, pośrodku, czyli w nieznanej nikomu dziurze o nazwie Canberra.

Idea „zielonego miasta ogrodu ” sprawiła, że Canberra jest miastem położonym na ogromnej przestrzeni. Szerokie drogi są właściwie, alejami, niskie domy stoją z daleka od siebie, każdy otoczony wielkim ogrodem. Po Canberrze jeździ się jak po rozległym parku, bo spoza zieleni widoczne są tylko największe budynki. W centrum znajduje się pięknie wymodelowane jezioro, a znaczna część miasta leży u podnóża góry Black Montan, porośniętej gęstym lasem eukaliptusowym.

To rozsianie i rozrzedzenie sprawiają, że spacery są właściwie niemożliwe, bo dotarcie z jednego punku to drugiego zajmuje przynajmniej kilkadziesiąt minut, a nawet godzin. Wszyscy, więc w parkowej Canberrze poruszają się samochodami. Na uroczych, alejach nie widać przechodniów delektujących się zielenią miejską. Nawet rowery są rzadkością, a dzieci do szkół są dowożone autobusami.

Canberra zdaje się być sterylnym zielonym miastem-uzdrowiskiem, w którym życie toczy się jednak bardziej powoli. Dla Europejczyków, zupełnie nie mieści się w koncepcji stolicy, gdzie wartko i całodobowo ulicami śpieszą się przechodnie, a noc nie jest ciemna i wypełniona odgłosami przyrody. Najciekawszym i najbardziej znanym miejscem Canberry jest narodowy Parlament. Jego projekt i wykonanie wzbudziło wiele kontrowersji w australijskim, narodzie, bowiem koszty budowy a także utrzymanie przerosły najśmielsze prognozy. Parlament, bowiem mieści się we wzgórzu, został dokładnie wtopiony w kształt naturalny najwyższego wzniesienia Canberry.

W zgodzie z ideą miasta w naturze, budynek przykryty został warstwą ziemi z nienagannie utrzymanym trawnikiem. Zielony dach obsiano fantastycznie zieloną trawą, wymagającą nieustannego podlewania, a woda jest ponoć towarem deficytowym w tym kraju.

Opublikowano Australia, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Sydney

Zdarza mi się, w nowym miejscu czuć się tak, że od razu mógłbym tam zamieszkać. Tak jest z Sydney.
Sydney jest miastem pięknym i młodym. Ta młodość wylewa się z każdego fragmentu miasta, ze sposobu, w jaki ludzie chodzą po mieście, ze sposobu ubierania się, (wszędzie na mieście widać ludzi w klapkach), ze stylu życia.
Wszystko jest możliwe, wszystko jest w zasięgu ręki. Chcąc podkreślić swoją wyjątkowość nie ma praktycznie żadnych sztywnych reguł zachowań: ludzie są nieprawdopodobnie bezpośredni. Sydney jest miastem typowo hedonistycznym, ilość klubów, dyskotek i barów jest nieprawdopodobna. Australijczycy mają do siebie cudowny dystans i stąd lubią żartować sami z siebie, co nie jest cechą, z której słyną Polacy. Do klubów, restauracji można pójść w sandałkach, w klapkach, w czym się chce. Najważniejsze, żeby się dobrze bawić. „G’day!” to typowe zawołanie miasta. „Cheers!” zamiast „dziękuję”. Ich pogoda ducha, bezpośredniość jest tak zaraźliwa, że można wszystko wybaczyć: jak nie lubić narodu, który chwali się tym, że jako jedyny w historii ludzkości ma premiera skonsumowanego przez rekiny. Jednocześnie jest i druga strona Sydney – konserwatywna, ze spokojną okolicą niedużych szeregowych domków o charakterystycznym wyglądzie, z balkonami przyozdobionymi metalowymi barierkami, o wzorach przypominających wiktoriańskie koronki.
Bez wątpienia zaczynam najwspanialszy, najszczęśliwszy, najbardziej intensywny i najpiękniejszy tydzień mojego życia.

Opublikowano Australia, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

24 godziny w chmurach

Na lotnisku w Zurichu pojawiłem się 90 minut przed wylotem, podczas gdy K przebywała tutaj od 17.00 biorąc udział w randce w ciemno z portalu randkowego.
Lot jest tak długi i o tak późnej porze, ze w drodze do Singapuru nie zamawiam nawet jednego posiłku.
Wylecieliśmy punktualnie przed północą a po szybkich dwóch kolejkach whisky rozłożyłem fotel i zasnąłem kamiennym snem.
Jakaś nieostrożna stewardessa przechodząc z wózkiem, z którego wydawała śniadanie rozsypała cala jego zawartość na przypadkowym pasażerze w klasie ekonomicznej. Komuś się poszczęściło i będzie wracał w biznesie.

***
Na Changi mieliśmy prawie 3 godziny postoju, akurat żeby wziąć prysznic, ogarnąć się, zrobić szybkie zakupy przed kolejnym 7 godzinnym lotem do Sydney. K znosi podróż dzielnie, co chwila powtarzając, ze gdyby przyszło jej lecieć do Australii w ekonomiku już dawno miałaby kryzys. Z reszta ja chyba tez, ale szerokie fotele w Singapore Airlines skutecznie pozwalają mi o tym zapomnieć.

***
Podczas lotu z Singapuru do Sydney udało mi się zdrzemnąć parę godzin, dzięki temu lądując o 7.30 czasu lokalnego w Australii bylem spokojny, ze uda mi się oszukać zmęczenie spowodowane zmiana stref czasowych. Choć jako jedni z pierwszych wyszliśmy z samolotu kontrola imigracyjna i fito sanitarna zajęły nam prawie dwie godziny. Pies obwąchiwał mój bagaż kilkakrotnie, a i tak nic nie znalazł i w końcu dotarliśmy do wyjścia w hali przylotów gdzie czekał na nas kierowca, który zawiózł nas do hotelu.
W Radissonie nie obyło się bez czekania na klucz, dwie godziny koczowaliśmy na sofach vis a vis recepcji raz po raz rzucając błagalne spojrzenia w kierunku recepcjonistki.

Jest ciepło, ale wietrznie. Bardzo mi się tutaj podoba.

Opublikowano Australia, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Przed wylotem na Antypody

W ostatni dzień przed powrotem do Szwajcarii zdążyłem spotkać się z M, z którą nie widziałem się odkąd wróciła z Kostaryki, wypić kawę z dawnym współwspaczem, którego poznałem tuż przed wyprowadzką do Szwajcarii, a który obecnie za sprawą siłowni i regularnych treningów przyciąga niczym magnez, czego nie można powiedzieć o jego intelekcie, zrobić zakupy w Renomie, wpaść do rodziców na bliskie spotkanie 3. stopnia z dalszą rodziną, do której się nie przyznaje i świadomie bojkotuje spotkania z nią od przeszło 6 lat, a na koniec skoczyć do chłopaków na Krzyki na wódeczkę by porozmawiać o randkach i seksie z niepełnosprawnymi gejami. W dodatku rano bylem wypoczęty, pełen wigoru i radości, że już niedługo wsiądę w samolot, który zabierze mnie naprawdę daleko.

Z K spotkaliśmy się na lotnisku w Monachium i odtąd oficjalnie rozpoczęła się nasza australijska przygoda. Zostaliśmy jeszcze tylko na noc w hotelu Zurichu, bo okazało się, że w domu nie mamy prądu i jest jak w grobowcu a M biega wszędzie ze świeczką dopóki nie zjawi się jakiś elektryk.
K i M przypadli sobie do gustu. Po raz kolejny przekonałem się, że żeby kogoś polubić wcale nie trzeba z nim rozmawiać, bo to się czasami po prostu czuje. M wystrojony od stop do głów powitał nas w progu naszego domu a później zabrał na lunch do Azzurro. K takich frykasów nie jadła od dawna, nie dawała się zbytnio prosić i pałaszowała wszystko, co podstawiał jej M.
K patrząc na nas stwierdziła, że jesteśmy fajną parą i że dzięki M stałem lepszy i atrakcyjniejszy pod względem wyglądu, co nie jest nieprawdą, bo kupowania, dobierania ciuchów i dodatków nauczył mnie M.

Wskoczyłem jeszcze ostatni raz do wanny zrelaksować się przed czekającym mnie długim 24 godzinnym lotem…

Opublikowano podróże | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Bez komentarza

Matka bombarduje mnie wiadomościami żebym wszedł na skype. Świadomie ignoruje jej natarczywe smsy i dopiero dzień później wysyłam zaproszenie do rozmowy. Przez ponad kwadrans nie pojawia się online, dlatego dzwonię do niej na komórkę. Dowiaduje się, że mój brat próbując cos sobie wydrukować zawirusował im domowy komputer, który w rezultacie przestał działać.

Dzwonie do brata, żeby go opieprzyć wysłuchując historii…

Jak tylko wyszła z domu zrobić zakupy, zasiadł przed komputerem i zaczął buszować po stronach porno. Pech chciał, ze cos wcisnął, cos mu się samoczynnie zainstalowało a na monitorze pojawił się ogromny migający komunikat: twój komputer został zablokowany przez policje.
Wpadł w panikę, wyłączył komputer j zadzwonił do młodszego syna prosząc o pomoc. Ten akurat był w pracy, nie mógł przyjechać, dlatego wyrwał wieżę z okablowaniem i ukrył w bagażniku samochodu.
Gdy żona wróciła z zakupów i zapytała, co stało się z komputerem wymyślił na prędce historię o wirusie zwalając całą winę na młodszego syna.

Syn przyjechał z odsieczą dopiero po kilku dniach, uradowany ojciec pomógł mu podłączyć na nowo wszystkie kable i uruchomić komputer. Gdy włączyli przeglądarkę odtworzyli wszystkie adresy i hasła, które wpisywał ojciec: mokre ciuszki, wilgotne nastolatki, wąskie szparki…

Mój tato.

1 komentarz