Długi weekend na cyplu buta

Zaraz na drugi dzień po powrocie z Chile M. przepakował jedynie walizkę i poleciał do domu. Umówiliśmy się, że w piątek do niego dołączę i spędzimy weekend we dwoje.
Na 3 dni zostałem „słomianym wdowcem”, co skrzętnie i intensywnie wykorzystałem w Warszawie a potem w Zurychu w międzyczasie przeżywając jednak chwile zwątpienia. M zostawił mnie z całym majdanem prania i spraw do załatwienia, do tego doszły zaległości w pracy i w konsekwencji każdy kolejny dzień życia zaczynał się o 5 rano a kończył o 2 nad ranem. Dopiero w piątek w Lecce dane mi było przespać całe 8 godzin.
Gdybym kiedyś w przyszłości miał na nowo wieść życie singla byłoby mi okrutnie ciężko i szybko bym skapitulował w walce z rzeczywistością i codziennymi obowiązkami.

W samolocie do Brindisi leciał ze mną prawdziwy „kwiat” włoskiego społeczeństwa na emigracji, „podziwiałem” zwłaszcza męska część raz po raz kręcąc głową z zażenowania. Widać, że ci którzy uciekli do Szwajcarii to prości mieszkańcy południowych Włoch, dało się to zauważyć słuchając dialogów pełnego bogatego katalogu przekleństw.

Amore ledwo przekroczył granicę ze Szwajcarią od razu nabrał włoskiego poczucia czasu. Wylądowałem punktualnie o 8 a on spóźnił się ponad pół godziny każąc na siebie czekać w hali przylotów.

Tymczasem pogoda rozpieszczała nas podczas zwiedzania Ostuni, Alberobello, Monopoli, Polignano a mare. Było ciepło, ale nie upalnie, w Gayllipoli na plaży znalazłem czas na odpoczynek i nieskrępowane cieszenie oczu widokiem nagich torsów kruczoczarnych makaroniarzy. Nieznajomi faceci bywają super pociągający i sexy, ale czy posiadają funkcje sprzątania, gotowania i kochania po mimo wad, tego pewnym nigdy być nie mogę.

W Monopoli dołączyli do nas Nico i Massimo. Z Nico nie widzieliśmy się od czasu nieszczęśliwego wypadu do Amsterdamu przeszło 4 lata temu, kiedy za jego zachowanie o mało nie zrzuciłem go do kanału. Szczerze to nie uśmiechało mi się spotykać z nim znowu, ale bycie w związku oznacza kompromisy, więc schowałem niechęć do kieszeni i zrobiłem to wyłącznie dla M. i nie było nawet źle. Domenico bardzo się starał a ja odwdzięczałem się mu tym samym.

Pobyt we Włoszech oznacza dla mnie niepohamowanie w jedzeniu i piciu, trudno jest mi powstrzymać apetyt na widok włoskich rustici, lokalnych słodkości, lodów, świeżych ryb i owoców morza oraz dobrego wina. Zdrowy rozsadek zanika a ja czuje się pogodzony że po powrocie trzeba będzie jakoś stracić nadmiar kilogramów.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Spuszczanie się czyli myśli o niczym

Wracamy już z M do Europy po dwóch cudownie spędzonych tygodniach w Chile. Tyle wspomnień kłębi się w głowie i tyle różnych miejsc, twarzy, przygód, smaków i dźwięków. Jutro, gdy samolot wyląduje w Zurichu wrócimy do naszego domu i naszych codziennych zajęć, nudnej, powtarzalnej, szwajcarskiej rzeczywistości z jej przyziemnymi problemami, które trzeba na bieżąco rozwiązywać. To straszne, ale myślę już o następnych wyjazdach.
M. jutro leci do siebie do domu a ja dołączę do niego w Bari w piątek rano, na długi weekend.
Razem wymyślamy już następne wspólne wakacje: Katar, Oman, Kolumbia, Kostaryka, Panama, Fidżi, Hongkong…
Japonia poszła znowu w odstawkę, bo chyba bym zbankrutował…

V. jest w Amsterdamie u Alexa, co oznacza, że nie dowiem się, co wydarzyło się w biurze przez ostatnie dwa tygodnie. Jutro wieczorem może wpadnę tam na chwilę zobaczyć swoje nowe biurko, bo podczas mojej nieobecności zaszły zmiany. W mojej pracy jedyne, co jest pewne to zmiany, ciągle się reorganizujemy, przekształcamy, ulepszamy, jak szaleni kupujemy nowe firmy i włączamy je do naszych struktur. W tym roku oprócz dotychczasowych egzotycznych krajów jak Turcja i Rosja dojdą mi Emiraty a potem RPA w przyszłym roku. Nowe kraje oznaczają więcej obowiązków i więcej podróży. Świat stanie się jeszcze mniejszy.
Znajomi znowu powiedzą, że mam „dream job”.

Otagowano | Dodaj komentarz

Wichura nad Wyspą Wielkanocną krzyżuje nam plany

Wczoraj wieczorem zerwał się silny wiatr, który przełamywał palmy, rwał krzaki, a w konsekwencji przyniósł bardzo obfite opady deszczu, które nie ustąpiły do rana. O 10.00 mieliśmy wyjechać na lotnisko skąd o 14.10 planowaliśmy odlecieć do Santiago.
Niestety z powodu zlej pogody samolot LANu z Santiago nie wystartował i utkwiliśmy na wyspie przynajmniej do 20.00, bo nic nie przylatuje ani nie odlatuje do/z lotniska Mataveri. Więcej połączeń tutaj nie ma więc nie zostało nam nic tylko uzbroić się w cierpliwość i czekać, może samolot z Santiago odleci o 13 wtedy jest szansa, że o 20 będziemy mogli wrócić nim z Hanga Roa.

Szczęście w nieszczęściu menadżerka hotelu pozwoliła nam zostać w pokoju do momentu wyjazdu na lotnisko. I tak nie spodziewa się gości, bo ci utkwili w Santiago…
M. trzęsie portkami, że przez złą pogodę stracimy połączenie do Sao Paolo i Zurichu, przez co on nie zdąży we wtorek na samolot do Rzymu. Wiem jedno – będzie wesoło…

**********
4 godz. później

Samolot LAN Chile z Santiago w końcu wyleciał ok godz. 15.00. Do czasu nim przyleci na Rapa Nui minie 6 godzin, dlatego razem z M. postanowiliśmy nie czekać bezczynnie w pokoju tylko wyrwać się po raz ostatni do Hanga Roa. W pokoju mamy telewizor, ale Telewizja Rapa Nui jest gorsza niż programy nadawane przez Telewizję Irańską, 2 pozostałe programy głównie śnieżą więc jest bida. Internetu w pokoju nie mamy a ten na recepcji jest baaardzo powolny.
Wczoraj za namową naszego przewodnika odkryliśmy super knajpę Haka Honu z bardzo dobrym lokalnym jedzeniem i dziś pojechaliśmy tam znowu.
Pani z recepcji hotelu Iorana należą się kwiaty za to, że nie wyrzuciła nas na bruk. Oczyma wyobraźni już widziałem siebie spędzającego dzień i noc na lotnisku, układającego się do snu na strzępach kartonów, próbującego wymienić karton papierosów na jedzenie, wodę i mydło…
Na razie sugerowana godzina wylotu stad to 22.00 – oby…

*******
8 godz. później

Samolot z Santiago, który miał zabrać nas z powrotem na kontynent, przyleciał grubo po 21.00. Lalo jak z cebra, gdy pasażerowie schodzili po schodkach na płytę lotniska, wszyscy byli przemoknięci, kiedy dotarli to hali odbioru bagażu. My dotarliśmy na lotnisko po 19.00 a na widok zatłoczonego terminalu odlotów ucieszyliśmy się, że zdecydowaliśmy się przeczekać całą te sytuacje w hotelu. Terminal na Rapa Nui bardziej przypomina przystanek autobusowy niż miejsce skąd startują wielkie samoloty.
Nim zaczęto wpuszczać nas na pokład minęły następne 2 godziny, chodziliśmy już na rzęsach ze zmęczenia, nie chciało nam się ani pić ani jeść ani oglądać filmów – marzyliśmy żeby móc wreszcie zamknąć oczy i po prostu zasnąć.
Wreszcie wystartowaliśmy.
Pilot grzał do Santiago 1100km/h i zamiast planowych 6 dolecieliśmy w 4.40h po drodze doświadczając niezłych turbulencji.
Po 4 nad ranem byliśmy w Santiago skąd hotelowym shuttle busem pojechaliśmy na kilka godzin do Hiltona przespać się trochę, odświeżyć, zjeść normalne śniadanie przed czekającym nas powrotem do Europy.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Rapa Nui

Lot z Santiago na Wyspę Wielkanocną trwa prawie 6 godzin, niemal tyle samo co lot z Los Angeles do Honolulu. Punkt 7.00 przyjechał po nas do Radissona zabawny tęgi Amerykanin z Teksasu mieszkający w Chile od 9 lat. Jedno spojrzenie na nas wystarczyło, żeby załapał że razem z M stanowimy parę. Opowiadał nam jak przed kilkoma tygodniami woził po klubach 2 panów z Miami, którzy zapragnęli doświadczyć życia nocnego w Santiago w wersji rainbow… Podobno wracali z bananami na twarzy, ale dlaczego dokładnie tego powiedzieć nam nie chciał. Obiecałem odezwać się do niego następnym razem, gdy będę stolicy Chile…
No właśnie, od kilku dni chodzi mi taki pomysł po głowie by wrócić do Ameryki Południowej: Lima – Santiago – La Paz albo w połączeniu z Ekwadorem, Sao Paulo albo Kolumbią. Drugi pomysł to, żeby zrobić sobie przerwę w pracy na 4-5 miesięcy i wyjechać do Peru uczyć się hiszpańskiego. Znalazłem już nawet szkoły oraz ceny takiego kursu i wcale nie wygląda to nieosiągalnie…Na razie to tylko myśli, ale znam siebie, od pomysłu, planu do decyzji to czasem krótka chwila…

Spodobało mi się latanie chilijskim LANem, jako linii lotniczej niewiele mam im do zarzucenia, jedzenie, obsługa, infrastruktura, pokładowy zestaw rozrywkowy są bez zarzutu, jedynie M. narzekał, że w menu nie może wybrać filmów po włosku. Podczas gdy on głównie drzemał, ja oglądałem film za filmem raz po raz łapczywie obcinając bardzo apetycznie wyglądającego stewarda o zabójczym uśmiechu.
Na lotnisku Mataveri czekała na nas pilotka, która wręczyła nam naszyjnik z kwiatów lei, podobny do tego, który dostają turyści przylatujący na Hawaje. Lotnisko Mataveri jest bardzo małe, ląduje tu tylko jeden samolot na trasie Santiago de Chile – Rapa Nui – Papeete Tahiti, to co zwróciło moja uwagę ze ściany we wszystkich pomieszczeniach lotniska: hala przylotów, odlotów, odbiór bagażu pokryte są boazeria!
Przejazd do hotelu Iorana trwał bardzo krótko, dostaliśmy bardzo skromnie urządzony pokój wyposażony jednak w łazienkę, prysznic, klimatyzacje i taras z widokiem na skaliste wybrzeże i ocean.
Jeszcze tego samego popołudnia wyruszyliśmy na oglądanie pierwszych ahow, pukao, mahute i moai… Jak patrzę w morze to nie mogę uwierzyć, że od najbliższego lądu dzielą mnie tysiące kilometrów.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Valparaiso – Vina del Mar – Santiago

Jeszcze tego samego wieczoru poprztykaliśmy się na nowo.

Po południu pojechaliśmy kolejka miejska do Vina del Mar, które nie wiadomo czemu z bliska nie wydało mi się już tak ciekawe jak zza okna samochodu. Vina to przede wszystkim plaża, promenada, restauracje i życie nocne, którego o godzinie 15 trudno doświadczyć. Pokręciliśmy się trochę bez sensu po centrum starając się ignorować żar lejący się z nieba i panujący uciążliwy popołudniowy skwar po czym tą samą kolejką wróciliśmy do portu w Santiago.
Krótki, dwudziestominutowy rejs statkiem wzdłuż wybrzeża z trójką przypadkowo zapoznanych w kolejce turystów chyba z Argentyny przypieczętował ostatecznie nasz ostatni dzień zwiedzania Valparaiso. Wróciliśmy windą do wyżej położonej części miasta skąd pieszo, spacerkiem wróciliśmy do hotelu. Valparaiso choć niewątpliwie malowniczo położone, pełne kolorowych budynków – zabytków z cieszącymi oczy muralami zupełnie nie radzi sobie z oczyszczaniem miasta: wszędzie pełno śmieci, walających się odpadów i zwierzęcych odchodów, naprawdę trzeba się niezłe postarać żeby w coś niechcący nie wdepnąć…


Ponoć śmieci wywożone są tutaj tylko 2-3 razy w tygodniu bo mieszkańcy nie chcą płacić za wywóz odpadów, co wiązałoby się z dodatkowymi kosztami w i tak już trudnej sytuacji ekonomicznej tutejszej społeczności.
Za namową M pierwszy wspólny wieczór w Valparaiso spędziliśmy na kolacji w naszej restauracji hotelowej i był to absolutny strzał w dziesiątkę, bo o tylu przysmakach i tak estetycznie podanych moglibyśmy gdzie indziej tylko pomarzyć. Ryby i owoce morze mają tutaj wyborne a mięsem z tuńczyka z powodu niższej zawartości tłuszczu można objadać się do woli. Drugiego wieczoru mieliśmy mniej szczęścia, bo przeoczyliśmy zmianę czasu w Chile i o 22 biegaliśmy po mieście o pustym od rana żołądku byleby tylko znaleźć jakąś otwartą o tej porze jadłodajnie. Z braku laku trafiliśmy do francuskiej oberży podczas kolacji w której znowu znowu ktoś coś powiedział za dużo a w konsekwencji nastąpiły ciche dni miedzy nami i do hotelu każdy z nas wracał w pojedynkę.
W dniu powrotu do Santiago było pochmurna i mżyło, nie chciało mi się nawet wyściubić nosa z hotelu. Zeszliśmy na śniadanie i okazało się ze dżdżysty poniedziałkowy poranek byliśmy jedynymi gośćmi w Palacio – większość wyjechała wczoraj a ostatnia amerykańska para właśnie się wymeldowywała. Dzięki takiej okoliczności podano nam śniadanie do stolika przy wyjściu na werandę z wielkimi przeszklonymi drzwiami skąd rozchodził się niesamowity widok na miasto i zatokę. Jak za dotknięciem magiczną różdżką M. natychmiast wrócił dobry humor, którym mnie uraczył.
Zaplanowaliśmy wrócić na 2 dni do Santiago skąd w środę rano wylatujemy na Wyspę Wielkanocna.
Osobiście bardzo było mi to na rękę, bo w Galerii Costanera vis a vis naszego hotelu zrobiłem mega udane zakupy.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Trefny przewodnik w rajskiej dolinie Valparaiso

W Radissonie w Santiego przywitali nas po królewsku, znowu dostaliśmy piękny suit, talerz owoców i serów oraz butelkę czerwonego wina nie wspominając zaproszenia do baru na na pisco sour.
Po szoku wywołanym zmianą temperatur w ciągu dnia dostałem gorączki i od popołudnia szprycowałem się paracetamolem w obawie, że dopadnie mnie przeziębienie, ale lampki wina odmówić sobie nie potrafiłem.

Do Valparaiso i Vina del Mar zabrał nas niejaki Fernando, o którym pewnie wiele można by opowiedzieć, ale na pewno nie to, że jest przewodnikiem. Na wstępie oświadczył, że ze znajomością angielskiego jest u niego kiepsko, wiec mówił do nas po hiszpańsku. Niestety to, co opowiadał też pozostawało wiele do życzenia: męczył nas oczywistymi oczywistościami albo informacjami, które sami mogliśmy wydedukować bez znajomości hiszpańskiego, historii Chile albo lokalnych realiów. Poza tym w odpowiedziach często ograniczał się do zdawkowych odpowiedzi: tak lub nie. Po Valparaiso i Vina przewiózł nas autem wzdłuż i wszerz pokazując wszystkie atrakcje zza okna samochodu, zachwalał Buenos Aires i usilnie próbował zarekomendować nam restauracje włoską, więc końcu się poddaliśmy i zrezygnowaliśmy z jego usług każąc zawieźć się do hotelu, którego adresu też okazało się, że nie znał…

Hotel Palacio Astoreca, który zarezerwowała nam agencja na szczęście bardzo nam się spodobał: butikowy, nowocześnie urządzony i w świetnej lokalizacji obok Pałacu Yogoslavu vel Draculi i z pięknymi widokami na całe Valparaiso. Kolejny hotel, kolejny meldunek i znowu pisco sour jako welcome drink – w alkoholizm popadnę…
Jak patrzę sobie na tych niektórych chilijskich chłopców i myślę sobie że, co najwyżej mógłbym ich tylko zaadoptować.

Gęsto stłoczone, bardzo kolorowe domy pokrywają strome wzgórza wyrastające niemal wprost z Oceanu. W samym centrum, znaleźć można wiele wiktoriańskich i neoklasycystycznych budynków. W porcie jest wiele romantycznych zakątków, w małych basenach portowych kołyszą się lekko na wodzie drewniane, przeważnie żółte łodzie rybaków. Zabudowania portowe, magazyny, banki i okazałe centrum handlowe niegdyś nowoczesnego w każdym calu Valparaiso ciągną się wzdłuż portu. Sercem miasta jest Plaza Sotomayor, z budynkami administracji miejskiej i dworcem Puerto. W pobliżu znajduje się się wiele kościołów, parków, bulwarów, teatrów i kawiarni. W bocznych uliczkach kryją się zabytki architektury kolonialnej. W weekend wiele ulic wypełniły stragany i budki handlarzy, na którym miejscowi rzemieślnicy i artyści wystawiali swoje dzieła. Nad brzegiem oceanu, orientacja w topografii miasta jest jeszcze stosunkowo łatwa, bo szerokie ulice zakręcają wraz z linią brzegową. Ale na stokach wzgórz oraz w dolinach położonych poza centrum Valparaiso układ ulic przypomina chaos średniowiecznych miasteczek – labirynt małych uliczek, niezliczonych chodników, schodów, wąziutkich i krętych przejść oraz ślepych zaułków. Trzeba się tu urodzić, by móc bezbłędnie znaleźć drogę. Jednym z wielu elementów orientacyjnych jest kilkanaście linii naziemnych kolejek liniowych – ascensores. Niektóre z nich wjeżdżają na wzgórza, więc za 100 – 300 pesos można oszczędzić sobie trudu wspinaczki. Choć pomalowane na czerwono lub żółto wagoniki widać prawie wszędzie, gorzej jest jednak ze znalezieniem przystanków. Kolejki te, należały kiedyś do mistrzowskich osiągnięć techniki a teraz stanowią raczej atrakcje turystyczną, bo trochę strach nimi jeździć i zwiedzać miasto.

M w niedzielę po śniadaniu wywiózł nas taksówką na sam szczyt przy Cerro Bellavist skąd spacerkiem przy ładnej pogodzie schodziliśmy w dół. Na moje nieszczęście zachciało mu się wejść na górę jeszcze raz, tylko od innej strony, na co nie miałem ochoty z powodu upału. Jak na nieszczęście winda też nie działała i po krótkiej wymianie zdań M postanowił kontynuować zwiedzanie w pojedynkę. Naturalnie mega wielki wkurw mnie trafił, od razu miałem ochotę wracać do hotelu, spakować torbę, anulować resztę wakacji i w ogóle podróży z M do końca życia i wracać do domu, wyprowadzić się i najlepiej z całym majdanem od razu wracać do Polski…
Jak się przeszedłem i popatrzyłem sobie na morze to foch mi minął…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 1 komentarz

Buchajaca para

Znowu się nie wyspaliśmy, choć kolacje zjedliśmy stosunkowo wcześnie a po 20.00 grzecznie obaj leżeliśmy już w łóżku. Restauracja La Estaka została naszą ulubioną jadłodajnią w San Pedro. W całym miasteczku pełno jest agencji podróży, wypożyczalni rowerów, małych sklepików i restauracji, ale poziom tych ostatnich jest bardzo zróżnicowany. Ceny dla turystów ogólnie zawyżone, co można zrozumieć, bo to miejsce żyje z turystyki, ale jakość oferowanego jedzenia zupełnie niewspółmierna. Czasami jak coś rzucą na talerz to strach jeść, bo odrzuca od samego tylko patrzenia. M ma oko do takich rzeczy a ja mu ufam.
Każdą naszą wizytę w restauracji zaczynamy od pisco sour a potem łosoś albo stek, bo te dania królują tutaj przede wszystkim. Do wielu podają komosę ryżową, choć ta z masłem mało mi smakuje i wydaje mi się niezdrowa. Patrząc na Chilijczyków: grubi, dupiaści, zwaliści to samo mówi przez się…
Dziś musieliśmy wstać już o 3, aby spakować walizki, bo wieczorem wracamy do Santiago i zdążyć na wyjazd o 4 nad gejzery Tatio.
Obaj ubraliśmy się grubo: 2 swetry i kurta, szalik, czapka i rękawiczki, grube skarpety i spodnie a i tak wypizgało nas co nie miara. Po 90 minutach jazdy po wyboistych i krętych drogach po zboczach wulkanów zatrzymaliśmy się tuż przed wjazdem do parku na ostatnie sikanie. Skorzystałem z okazji, ale było tak zimno, że myślałem, że palce przymarzną mi do małego. Potem przez ponad pól godziny chodziliśmy za naszym przystojnym chilijskim przewodnikiem Derekiem słuchając jego opowiadań i próbując nie zwracać uwagi na przeszywające zimno. M próbował nawet stawać w oparach wyziewów, żeby ogrzać sobie to i owo, ale przynosiło to jedynie chwilową ulgę.
Gdyby pominąć niską temperaturę i drżenie rąk przy każdym naciśnięciu migawki to wizyta w Tatio była świetna.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Teraz to wiem na pewno

Teraz już wiem to na pewno dlaczego chciałem tutaj przyjechać. Nieważne ze opaliłem się w paski choć ukrywałem głowę pod czapka i stroniłem od słońca, nieważne ze co krok kroją nas w lokalnych sklepach sprzedając artykuły po mocno zawyżonych cenach dla turystów, nieważne ze w hotelu Karim panują spartańskie warunki, a kawa nie ma smaku kawy, nieważne ze główna ulice w San Pedro – Caracoles mamy w małym paluszku a uliczni naganiacze przestali reagować na nasz widok, bo znają nas już tutaj z widzenia… bo widok na Lagunę Chaxa rekompensuje wszystkie trudy i niedogodności.

Śniadania wyznaczają rytm każdego poranka, choć bardzo skromne maja swój urok, wraz z pierwszymi promieniami wschodzącego słońca zasiadamy do stołu ubrani w cieple kurtki swetry i spodnie, bo poranki w górskim klimacie są niezwykle zimne, grzejemy ręce trzymając mocno kubek z czarna breja a całość przypomina jakby pobyt w górskim schronisku.

Codziennie wyruszamy na wycieczki z ta sama grupa Włochów z Pizy i codziennie cieszymy się z kolejnego spotkania.
Dziś przejechaliśmy prawie 100 km by dotrzeć do laguny wyschniętego słonego jeziora, a widok który doświadczyliśmy, ten bezmiar przestrzeni i ciszy wokół nas był nie do opisania. Przechadzałem się wzdłuż wydeptanych ścieżek pomiędzy stwardniałymi kawałkami soli, pstrykałem zdjęcie za zdjęciem próbując oddać atmosferę tego miejsca na fotografii.
M. zachłyśnięty oczarowany widokami biegał miedzy zaspami śniegu jak dziecko fotografując flamingi i pasące się alpaki.
Atacama rzeczywiście wygląda nieziemsko a krajobrazy mogą sprawiać wrażenie księżycowych.
Pojechaliśmy autem 50 km dalej, wjeżdżając ponad 4000 m n.p.m. by zobaczyć kolejny cud ukryty wśród wulkanów – L’aqua caliente.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Dzień z widokiem na wulkan Putana

Eksploracja Parku Narodowego Los Flamencos trwa w najlepsze. Rano jest tak zimno ze wkładam długie spodnie, wełniany sweter i zastanawiam się nad rękawiczkami z almaki, po czym w ciągu dnia temperatura wzrasta wraz z pierwszymi promieniami słońca zamieniając to miejsce w prawdziwa patelnie. Choć obaj staraliśmy się unikać słońca to niechcący spaliliśmy sobie twarze, karki i ręce.
Kupiłem sobie dzisiaj kapelusz z olbrzymim rondem zachodzącym na kark i krem z filtrem 50, bo nie chce cierpieć, kiedy jutro przez 8 godzin będziemy zwiedzali Lagunę Chaxa i Salat de Atacama.
Około południa wróciliśmy z Tulor – antycznej wioski w tym regionie i fortu Pukara de Quitor. Oba miejsca ładnie położone, ale szalu nie było…
Zjedliśmy szybki lunch w La Estaka i… padliśmy zmęczeni słońcem…

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Calama – San Pedro de Atacama – Valle de la Luna – Valle de la Muerte

Zerwałem się z łóżka przed 4 rano, bo przypomnieli sobie o mnie nagle w pracy a tylko ja potrafiłem zrobić to od początku do końca. Niby jestem na urlopie i powinno mnie to walić co dzieje się w biurze, ale właśnie w takich sytuacjach odzywa się we mnie moja polskość męczeńska, poczucie odpowiedzialności i chęć niesienia pomocy, bo przecież sowicie płacą mi za właśnie takiego rodzaju niedogodności podczas urlopu…
M tego nie rozumie i śmieje się ze mnie pracoholika za każdym razem gdy w jakimś egzotycznym miejscu widzi mnie z laptopem podłączonym do sieci puszczającego przelewy.

Od 3 dni nie piliśmy porządnej kawy z ekspresu. Zalewajki które tu podają nie da się pic, cappuccino ma smak rozpuszczalnej czekoladopodobnej mokate cappuccino jaka serwowano w Polsce w latach 90, espresso to l’aqua sporca i smakuje ohydnie.

Dwugodzinny lot z Santiago do Calamy minął bez przeszkód. Latanie chilijskim LANem to przyjemność. Na lotnisku czekał już na nas mały grubiutki nieuczesany starszy pan, który wraz z grupa 4 podróżujących Włochów zabrał nas do hotelu w San Pedro.
Przydaje się znajomość włoskiego bo mało kto mówi tu po angielsku, zwykle jest to span-english albo próbuję zgadywać co do mnie mówią i odpowiadam po włosku. M bardzo przypadł do gustu taki sposób porozumiewania się choć czasem robi to nieudolnie i jest zabawnie: gruezi ciao – dzień dobry, me auch – ja tez, la puenta per favore – rachunek poproszę.

Mieszkamy w czymś co przypomina wolnostojący drewniany kamping z czasów mojego dzieciństwa i wakacyjnych wyjazdów nad jezioro do Rudna czy Lubiatowa, tyle ze mamy bieżącą wodę i toaletę. Jest zimno a grzejnik popierduje kilka minut zanim się rozgrzeje na dobre, to samo z ciepłą woda w kranie. Amore zapytał mnie wprost czy nie było lepszych hoteli w tym zapyziałym miejscu, ale Hiltonów ani Four Seasons jeszcze tu nie postawiono wiec przez następne 4 dni będzie skazany ćwiczyć swój charakter.

Pisco sour pomaga nam zwalczyć zły humor związany z niewygodami pobytu w rejonie Atacamy i osobiście nie narzekam. M potrzebuje więcej tego alkoholu żeby się wyluzować i przestać zawracać sobie głowę szczegółami. I tak dokonał niesamowitego postępu w dziedzinie ubierania się na wyjazd: kiedyś były eleganckie drogie białe wykonane z delikatnych materiałów zwiewne stroje przeto nie nadające się na wyjazdy w trudno dostępne tereny a wczoraj: bojówki (choć bordowe), wysokie buty trapery (choć z żółtymi sznurowadłami) wygodny t-shirt, czapka z daszkiem i butelka wody.

Widoki znad Doliny Księżycowej zapierają dech w piersi, przestrzenie są tutaj niesamowite a ziemia mieni się kolorami barw od odbijających się w pełnym słońcu kryształków soli. Z dzieciństwa pamiętam Trze Marie, z których 6 lat temu zostały już tylko dwie po tym jak jakiś Argentyńczyk zapragnął wspiąć się na jedna z nich.

Ciekawostka jest Argentyńczycy uważani są w Ameryce za straszliwych ignorantów, nasz przewodnik Juan nazwał ich Francuzami Ameryki…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz