Trefny przewodnik w rajskiej dolinie Valparaiso

W Radissonie w Santiego przywitali nas po królewsku, znowu dostaliśmy piękny suit, talerz owoców i serów oraz butelkę czerwonego wina nie wspominając zaproszenia do baru na na pisco sour.
Po szoku wywołanym zmianą temperatur w ciągu dnia dostałem gorączki i od popołudnia szprycowałem się paracetamolem w obawie, że dopadnie mnie przeziębienie, ale lampki wina odmówić sobie nie potrafiłem.

Do Valparaiso i Vina del Mar zabrał nas niejaki Fernando, o którym pewnie wiele można by opowiedzieć, ale na pewno nie to, że jest przewodnikiem. Na wstępie oświadczył, że ze znajomością angielskiego jest u niego kiepsko, wiec mówił do nas po hiszpańsku. Niestety to, co opowiadał też pozostawało wiele do życzenia: męczył nas oczywistymi oczywistościami albo informacjami, które sami mogliśmy wydedukować bez znajomości hiszpańskiego, historii Chile albo lokalnych realiów. Poza tym w odpowiedziach często ograniczał się do zdawkowych odpowiedzi: tak lub nie. Po Valparaiso i Vina przewiózł nas autem wzdłuż i wszerz pokazując wszystkie atrakcje zza okna samochodu, zachwalał Buenos Aires i usilnie próbował zarekomendować nam restauracje włoską, więc końcu się poddaliśmy i zrezygnowaliśmy z jego usług każąc zawieźć się do hotelu, którego adresu też okazało się, że nie znał…

Hotel Palacio Astoreca, który zarezerwowała nam agencja na szczęście bardzo nam się spodobał: butikowy, nowocześnie urządzony i w świetnej lokalizacji obok Pałacu Yogoslavu vel Draculi i z pięknymi widokami na całe Valparaiso. Kolejny hotel, kolejny meldunek i znowu pisco sour jako welcome drink – w alkoholizm popadnę…
Jak patrzę sobie na tych niektórych chilijskich chłopców i myślę sobie że, co najwyżej mógłbym ich tylko zaadoptować.

Gęsto stłoczone, bardzo kolorowe domy pokrywają strome wzgórza wyrastające niemal wprost z Oceanu. W samym centrum, znaleźć można wiele wiktoriańskich i neoklasycystycznych budynków. W porcie jest wiele romantycznych zakątków, w małych basenach portowych kołyszą się lekko na wodzie drewniane, przeważnie żółte łodzie rybaków. Zabudowania portowe, magazyny, banki i okazałe centrum handlowe niegdyś nowoczesnego w każdym calu Valparaiso ciągną się wzdłuż portu. Sercem miasta jest Plaza Sotomayor, z budynkami administracji miejskiej i dworcem Puerto. W pobliżu znajduje się się wiele kościołów, parków, bulwarów, teatrów i kawiarni. W bocznych uliczkach kryją się zabytki architektury kolonialnej. W weekend wiele ulic wypełniły stragany i budki handlarzy, na którym miejscowi rzemieślnicy i artyści wystawiali swoje dzieła. Nad brzegiem oceanu, orientacja w topografii miasta jest jeszcze stosunkowo łatwa, bo szerokie ulice zakręcają wraz z linią brzegową. Ale na stokach wzgórz oraz w dolinach położonych poza centrum Valparaiso układ ulic przypomina chaos średniowiecznych miasteczek – labirynt małych uliczek, niezliczonych chodników, schodów, wąziutkich i krętych przejść oraz ślepych zaułków. Trzeba się tu urodzić, by móc bezbłędnie znaleźć drogę. Jednym z wielu elementów orientacyjnych jest kilkanaście linii naziemnych kolejek liniowych – ascensores. Niektóre z nich wjeżdżają na wzgórza, więc za 100 – 300 pesos można oszczędzić sobie trudu wspinaczki. Choć pomalowane na czerwono lub żółto wagoniki widać prawie wszędzie, gorzej jest jednak ze znalezieniem przystanków. Kolejki te, należały kiedyś do mistrzowskich osiągnięć techniki a teraz stanowią raczej atrakcje turystyczną, bo trochę strach nimi jeździć i zwiedzać miasto.

M w niedzielę po śniadaniu wywiózł nas taksówką na sam szczyt przy Cerro Bellavist skąd spacerkiem przy ładnej pogodzie schodziliśmy w dół. Na moje nieszczęście zachciało mu się wejść na górę jeszcze raz, tylko od innej strony, na co nie miałem ochoty z powodu upału. Jak na nieszczęście winda też nie działała i po krótkiej wymianie zdań M postanowił kontynuować zwiedzanie w pojedynkę. Naturalnie mega wielki wkurw mnie trafił, od razu miałem ochotę wracać do hotelu, spakować torbę, anulować resztę wakacji i w ogóle podróży z M do końca życia i wracać do domu, wyprowadzić się i najlepiej z całym majdanem od razu wracać do Polski…
Jak się przeszedłem i popatrzyłem sobie na morze to foch mi minął…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 1 komentarz

Buchajaca para

Znowu się nie wyspaliśmy, choć kolacje zjedliśmy stosunkowo wcześnie a po 20.00 grzecznie obaj leżeliśmy już w łóżku. Restauracja La Estaka została naszą ulubioną jadłodajnią w San Pedro. W całym miasteczku pełno jest agencji podróży, wypożyczalni rowerów, małych sklepików i restauracji, ale poziom tych ostatnich jest bardzo zróżnicowany. Ceny dla turystów ogólnie zawyżone, co można zrozumieć, bo to miejsce żyje z turystyki, ale jakość oferowanego jedzenia zupełnie niewspółmierna. Czasami jak coś rzucą na talerz to strach jeść, bo odrzuca od samego tylko patrzenia. M ma oko do takich rzeczy a ja mu ufam.
Każdą naszą wizytę w restauracji zaczynamy od pisco sour a potem łosoś albo stek, bo te dania królują tutaj przede wszystkim. Do wielu podają komosę ryżową, choć ta z masłem mało mi smakuje i wydaje mi się niezdrowa. Patrząc na Chilijczyków: grubi, dupiaści, zwaliści to samo mówi przez się…
Dziś musieliśmy wstać już o 3, aby spakować walizki, bo wieczorem wracamy do Santiago i zdążyć na wyjazd o 4 nad gejzery Tatio.
Obaj ubraliśmy się grubo: 2 swetry i kurta, szalik, czapka i rękawiczki, grube skarpety i spodnie a i tak wypizgało nas co nie miara. Po 90 minutach jazdy po wyboistych i krętych drogach po zboczach wulkanów zatrzymaliśmy się tuż przed wjazdem do parku na ostatnie sikanie. Skorzystałem z okazji, ale było tak zimno, że myślałem, że palce przymarzną mi do małego. Potem przez ponad pól godziny chodziliśmy za naszym przystojnym chilijskim przewodnikiem Derekiem słuchając jego opowiadań i próbując nie zwracać uwagi na przeszywające zimno. M próbował nawet stawać w oparach wyziewów, żeby ogrzać sobie to i owo, ale przynosiło to jedynie chwilową ulgę.
Gdyby pominąć niską temperaturę i drżenie rąk przy każdym naciśnięciu migawki to wizyta w Tatio była świetna.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Teraz to wiem na pewno

Teraz już wiem to na pewno dlaczego chciałem tutaj przyjechać. Nieważne ze opaliłem się w paski choć ukrywałem głowę pod czapka i stroniłem od słońca, nieważne ze co krok kroją nas w lokalnych sklepach sprzedając artykuły po mocno zawyżonych cenach dla turystów, nieważne ze w hotelu Karim panują spartańskie warunki, a kawa nie ma smaku kawy, nieważne ze główna ulice w San Pedro – Caracoles mamy w małym paluszku a uliczni naganiacze przestali reagować na nasz widok, bo znają nas już tutaj z widzenia… bo widok na Lagunę Chaxa rekompensuje wszystkie trudy i niedogodności.

Śniadania wyznaczają rytm każdego poranka, choć bardzo skromne maja swój urok, wraz z pierwszymi promieniami wschodzącego słońca zasiadamy do stołu ubrani w cieple kurtki swetry i spodnie, bo poranki w górskim klimacie są niezwykle zimne, grzejemy ręce trzymając mocno kubek z czarna breja a całość przypomina jakby pobyt w górskim schronisku.

Codziennie wyruszamy na wycieczki z ta sama grupa Włochów z Pizy i codziennie cieszymy się z kolejnego spotkania.
Dziś przejechaliśmy prawie 100 km by dotrzeć do laguny wyschniętego słonego jeziora, a widok który doświadczyliśmy, ten bezmiar przestrzeni i ciszy wokół nas był nie do opisania. Przechadzałem się wzdłuż wydeptanych ścieżek pomiędzy stwardniałymi kawałkami soli, pstrykałem zdjęcie za zdjęciem próbując oddać atmosferę tego miejsca na fotografii.
M. zachłyśnięty oczarowany widokami biegał miedzy zaspami śniegu jak dziecko fotografując flamingi i pasące się alpaki.
Atacama rzeczywiście wygląda nieziemsko a krajobrazy mogą sprawiać wrażenie księżycowych.
Pojechaliśmy autem 50 km dalej, wjeżdżając ponad 4000 m n.p.m. by zobaczyć kolejny cud ukryty wśród wulkanów – L’aqua caliente.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Dzień z widokiem na wulkan Putana

Eksploracja Parku Narodowego Los Flamencos trwa w najlepsze. Rano jest tak zimno ze wkładam długie spodnie, wełniany sweter i zastanawiam się nad rękawiczkami z almaki, po czym w ciągu dnia temperatura wzrasta wraz z pierwszymi promieniami słońca zamieniając to miejsce w prawdziwa patelnie. Choć obaj staraliśmy się unikać słońca to niechcący spaliliśmy sobie twarze, karki i ręce.
Kupiłem sobie dzisiaj kapelusz z olbrzymim rondem zachodzącym na kark i krem z filtrem 50, bo nie chce cierpieć, kiedy jutro przez 8 godzin będziemy zwiedzali Lagunę Chaxa i Salat de Atacama.
Około południa wróciliśmy z Tulor – antycznej wioski w tym regionie i fortu Pukara de Quitor. Oba miejsca ładnie położone, ale szalu nie było…
Zjedliśmy szybki lunch w La Estaka i… padliśmy zmęczeni słońcem…

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Calama – San Pedro de Atacama – Valle de la Luna – Valle de la Muerte

Zerwałem się z łóżka przed 4 rano, bo przypomnieli sobie o mnie nagle w pracy a tylko ja potrafiłem zrobić to od początku do końca. Niby jestem na urlopie i powinno mnie to walić co dzieje się w biurze, ale właśnie w takich sytuacjach odzywa się we mnie moja polskość męczeńska, poczucie odpowiedzialności i chęć niesienia pomocy, bo przecież sowicie płacą mi za właśnie takiego rodzaju niedogodności podczas urlopu…
M tego nie rozumie i śmieje się ze mnie pracoholika za każdym razem gdy w jakimś egzotycznym miejscu widzi mnie z laptopem podłączonym do sieci puszczającego przelewy.

Od 3 dni nie piliśmy porządnej kawy z ekspresu. Zalewajki które tu podają nie da się pic, cappuccino ma smak rozpuszczalnej czekoladopodobnej mokate cappuccino jaka serwowano w Polsce w latach 90, espresso to l’aqua sporca i smakuje ohydnie.

Dwugodzinny lot z Santiago do Calamy minął bez przeszkód. Latanie chilijskim LANem to przyjemność. Na lotnisku czekał już na nas mały grubiutki nieuczesany starszy pan, który wraz z grupa 4 podróżujących Włochów zabrał nas do hotelu w San Pedro.
Przydaje się znajomość włoskiego bo mało kto mówi tu po angielsku, zwykle jest to span-english albo próbuję zgadywać co do mnie mówią i odpowiadam po włosku. M bardzo przypadł do gustu taki sposób porozumiewania się choć czasem robi to nieudolnie i jest zabawnie: gruezi ciao – dzień dobry, me auch – ja tez, la puenta per favore – rachunek poproszę.

Mieszkamy w czymś co przypomina wolnostojący drewniany kamping z czasów mojego dzieciństwa i wakacyjnych wyjazdów nad jezioro do Rudna czy Lubiatowa, tyle ze mamy bieżącą wodę i toaletę. Jest zimno a grzejnik popierduje kilka minut zanim się rozgrzeje na dobre, to samo z ciepłą woda w kranie. Amore zapytał mnie wprost czy nie było lepszych hoteli w tym zapyziałym miejscu, ale Hiltonów ani Four Seasons jeszcze tu nie postawiono wiec przez następne 4 dni będzie skazany ćwiczyć swój charakter.

Pisco sour pomaga nam zwalczyć zły humor związany z niewygodami pobytu w rejonie Atacamy i osobiście nie narzekam. M potrzebuje więcej tego alkoholu żeby się wyluzować i przestać zawracać sobie głowę szczegółami. I tak dokonał niesamowitego postępu w dziedzinie ubierania się na wyjazd: kiedyś były eleganckie drogie białe wykonane z delikatnych materiałów zwiewne stroje przeto nie nadające się na wyjazdy w trudno dostępne tereny a wczoraj: bojówki (choć bordowe), wysokie buty trapery (choć z żółtymi sznurowadłami) wygodny t-shirt, czapka z daszkiem i butelka wody.

Widoki znad Doliny Księżycowej zapierają dech w piersi, przestrzenie są tutaj niesamowite a ziemia mieni się kolorami barw od odbijających się w pełnym słońcu kryształków soli. Z dzieciństwa pamiętam Trze Marie, z których 6 lat temu zostały już tylko dwie po tym jak jakiś Argentyńczyk zapragnął wspiąć się na jedna z nich.

Ciekawostka jest Argentyńczycy uważani są w Ameryce za straszliwych ignorantów, nasz przewodnik Juan nazwał ich Francuzami Ameryki…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Sanhattan

Przez różnicę czasu rozregulował mi się apetyt. Wczoraj niby o 18 zjedliśmy kolacje a o 6 rano zbudziłem się z żołądkiem zaciśniętym z głodu w trąbkę.

Nasz przewodnik Juan okazał się potomkiem włoskich emigrantów mieszkających w Ameryce Południowej od 2 pokoleń, dzięki szczęśliwemu zbiegu okoliczności nie musiałem się wcale produkować dla M podczas zwiedzania miasta.
Po przejażdżce po finansowym centrum Santiago ( o wdzięcznej nazwie Sanhattan) pełnego strzelistych wysokościowców, siedzib międzynarodowych koncernów, banków, hoteli jak i apartamentowców mieszkalnych z szerokimi tarasami z pięknie wkomponowanymi w nie kompozycjami z kwiatów i roślin zapuściliśmy się w dalsze dzielnice Santiago. Niektóre domy i rezydencje to prawdziwe architektoniczne perełki, nie wiem na ile to prawda, ale z tego co opowiadał Juan ich cena wcale nie powala jeśli porównać je do realiów szwajcarskich. Nasze zainteresowanie wzbudziły niewielki wille przerobione na butiki luksusowych marek. Z dzielnic względnego bogactwa i luksusu pojechaliśmy na Plaza d’Armes głównego placu miasta. Stare dzielnice choć wyglądały na zaniedbane miały swój urok, mieliśmy sporo wolnego czasu żeby pokręcić się samodzielnie i zajrzeć w każde interesujące nas miejsce. Główny plac bardzo przypominał główny plac, który widziałem w kwietniu w Limie: katedra, poczta, palmy, pomnik z kimś ważnym na koniu i olbrzymi łopoczący na wietrze maszt z flaga państwa.
W porze lunchu dotarliśmy do Boheme pełnego kolorowych murali, galerii, klubów i restauracji. M przekonał mnie, byśmy nie wracali wraz z przewodnikiem do hotelu tylko żeby odłączyć się i kontynuować poznawanie Santiago na własną rękę.
2 kolejki pisco sour później i przebyciu nie wiem ilu kilometrów poczułem się naprawdę zmęczony, w hotelu czekała na nas mila niespodzianka od dyrektora hotelu – butelka czerwonego wina. Jedna lampka zadziałała bardzo szybko, dosłownie padliśmy na lóżko i zaraz potem usnęliśmy.
Było już koło 21 kiedy wyszliśmy jeszcze na wieczorny spacer przed pójściem spać. W ciągu dnia mamy szczęście do pogody, jest sucho i stosunkowo ciepło tylko wieczorami robi się przeszywająco zimno i mokro.

Rano musimy bardzo wcześnie wstać by zdążyć na poranny samolot do Calamy. Następne 3 dni spędzimy w San Pedro de Atacama…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

17 godzin lotu

12 godzin z Zurichu do Sao Paulo nie zmęczyło nas nic a nic, bo wystarczyło trochę mojej magii i obaj lecieliśmy w biznes klasie. M zupełnie by już zapomniał co to znaczy lecieć w klasie eko, gdyby nie przesiadka w Brazylii na dalszy lot do Chile. Po krótkiej 60 minutowej przerwie w podróży, kontynuowaliśmy lot przez następne bite 4 godziny. M fiksował w samolocie: dostaliśmy miejsca na samym samiusieńkim końcu samolotu do czego on nie jest zupełnie przyzwyczajony, w rzędzie z 4 fotelami tak ze biedny siedział skulony z nogami prawie pod broda, nie podawali ani szampana ani innego alkoholu, jedzenie było paskudne a M dodatkowo nie mógł nawet pooglądać sobie żadnych filmów bo wszystkie były albo po angielsku, hiszpańsku albo portugalsku.
Uważam ze dobrze nam to zrobiło, bo czasem żyjemy trochę oderwani od rzeczywistości a to wcale nie pomaga w codziennym zyciu.

W sobotę po południu wpadli do nas G z R, zabrać do siebie sierściucha. Zdobyłem się na dobry uczynek i zrobiłem prezent R która razem z nami leciała wieczorem do Brazylii tyle ze w ramach swoich studiów.

Te 4 godziny ostatniego odcinka lotu zmęczyły nas najbardziej, na dodatek gdzieś nad Andami nieźle zaczęło nami rzucać i chciałem już tylko wylądować.

W drodze z lotniska do hotelu próżno szukałem romantycznej mgły nad Andami, nie widziałem tez smogu, który jest podobna zmora tej 5 milionowej metropolii. Widoki pięknie biało ośnieżonych szczytów Andów robią wrażenie i przypominają obrazki znane nam ze Szwajcarii.
Mieszkamy w eleganckiej dzielnicy Las Condes pełnej ambasad, strzelistych nowoczesnych architektonicznie wieżowców, galerii handlowych i ciekawie pomalowanych ulicznych ławek. Na pierwszy punkt zwiedzania M obrał… galerie Costanere ze swoimi sklepami i butikami.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Bożenarodzeniowy prezent dla M

Na zeszłoroczną gwiazdkę pod choinką M znalazł butelkę chilijskiego wina z dwoma biletami lotniczymi włożonymi miedzy kartki przewodnika po Chile. Oznaczało to jedno, ze wakacje spędzi w Ameryce Południowej. M nie krył radości ( takiego faceta jak ja darmo szukać) obaj zdecydowaliśmy że najlepszy na wyjazd będzie początek września.
Kilka miesięcy temu uzgodniliśmy plan podróży, zarezerwowałem hotele, przejazdy wewnętrzne i zorganizowałem przewodników a już dziś wieczór zaczynamy wprowadzać nasz plan w życie. Lecimy przez Sao Paolo do dalekiego Santiago…

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Alkohol w pracy się leje czyli słodko pierdząca delegacja

Koleżanka z mojego zespołu na zaproszenie Air France przyleciała na kilka dni do Paryża spotkać się z naszymi dostawcami. Nie mamy ostatnio okazji spotkać się ani w Stanach ani w Europie żeby sobie pogadać, dlatego za zgodą szefowej dołączyłem do niej w stolicy Francji. Popołudniem przyleciałem z Zurichu skąd razem z R zabrałem się taksówką do hotelu do Louvre. Na miejscu okazało się, że nasz zaprzyjaźniony hotel zmienił właściciela, którym od niedawna oficjalnie stała się sieć Hyatt a w dodatku całkiem przypadkiem dyrektor sprzedaży tej sieci mocno przyjaźni się z L z którą to przyleciały razem z San Francisco. I tak dzięki swoim koneksjom L załatwiła mi upgrade do pięknego pokoju z widokiem na Luwr, którym w sumie nie było mi dane za długo się nacieszyć, bo zaraz wychodziliśmy na kolacje. Apero w hotelowym barze zaczęliśmy od lampki różowego szampana, potem przespacerowaliśmy się w kierunku starej giełdy, by zasiąść do kolacji w jednej z wielu znajdujących się tam restauracji… i znowu zaczęliśmy od toastu szampanem. Z Ch. Amerykanką austriackiego pochodzenia urodzona Kitzbuehel szybko odnalazłem wspólny język, gdy przyznałem się że spędzałem z rodzicami wakacje w jej rodzinnej miejscowości. Potem gdy okazało się że lubimy te same wina, znamy te same restauracje i oboje lubimy dobrze zjeść stałem się jej oczkiem w głowie, niechcąco wkupiłem się w jej łaski a ona przez cały wieczór bez przerwy mnie komplementowała aż mnie to zawstydzało. Podczas kolacji dyskutując w milej atmosferze nawet nie zauważyliśmy, gdy „pękło” kilka butelek wina. W hotelu po kolejnych 2 lampkach Taittingera zamknęliśmy bar a ja lekko chwiejnym krokiem wróciłem do pokoju. Obfita kolacja i niezliczona ilość bąbelków tego wieczoru dały mi w nocy do wiwatu. Na spotkaniu z linią lotniczą miałem pojawić się rześki świeży z otwartym umysłem gotowym do rozmów i negocjacji ale jeszcze kilka godzin przed nic na to nie wskazywało a ja jechałem do Rygi z głową zanurzoną w klozecie…
Ledwo co doszedłem do siebie i zszedłem na śniadanie Ch. znów zaproponowała szampana… Ble, miałem dość i zauważyła to nawet R że coś ze mną nie tak…
W czasie spotkania z Air France poznałem dyrektor sprzedaży piękną dojrzałą elegancką kobietę pól Francuzkę pól Australijkę urodzoną w Canberrze która nie wiadomo czemu strasznie przypominała mi księżniczkę D. Kiedy opowiedziała mi że wyszła za mąż za Włocha uwielbiającego gotować wiedziałem że z tą babką na pewno się dogadam. Dla niej chyba nawet przekonam się do latania z Air France…

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

nowy początek

Dzisiaj minęło równo 6 lat odkąd spotkałem się pierwszy raz z M, w Bernie wieczorem pod hotelem Bellevue Palace, poszliśmy na drinka do restauracji obok, on pił sok a ja piwo. Śmiał się potem ze mnie za to piwo i za nieudolny włoski. Byłem wtedy świeżo po upadku z roweru, więc ręce wciąż miałem w bandażach i plastrach, twarz pokiereszowana, ale on wcale tego nie zauważył.

V po powrocie z Barbadosu ogłosiła, że spodziewają się z A. dziecka!

Otagowano | Dodaj komentarz