Bali

W poniedziałek skoro świt wyruszyłem taksówką spod hotelu Traders na KLIA. Wieczór wcześniej poszwendałem się jeszcze trochę bez celu po sklepach, zjadłem lekką kolacje w Dome i przy okazji dowiedziałem się, że obchodzony jest ramadan. Głupi pól dnia zastanawiałem się dlaczego w niektórych moich ulubionych miejscach nie serwują wina albo robią to tak niechętnie a obsługa zamiast powiedzieć wprost, że mają ramadan wolała kręcić i to w dość nieporadny sposób…

Podróż samolotem na Bali trwała 3 godziny, ale niewiele pamiętam, bo głównie spałem. Dwa wieczory z rzędu spędziłem dość intensywnie na towarzyskich igrzyskach z reprezentantami Malezji a w połączeniu ze zmianą czasu nic nie było wstanie powstrzymać potrzeby snu…

W Denpasar budują nowe lotnisko, które swym kształtem bardzo przypomina typową architekturę całej wyspy. Wiele się zmieniło, od kiedy byłem tu z M tylko uliczne korki i ludzie na motorach wożący kurczaki pozostali ci sami…
Na Bali powietrze wydawało się bardziej gorące, aż parzyło, gdy wychodziłem z sali przylotów szukając dogodnego i taniego transportu do hotelu. Chociaż w Kuala pogoda nigdy nie należała do najprzyjemniejszych to udawało mi się wychodzić poza klimatyzowane pomieszczenia i tunele bez kropli potu spływających mi po ciele czy plecach… Ba jednego dnia tak przemarzłem w centrum handlowym, że do hotelu wracałem w pełnym popołudniowym upale popijając raz po raz gorące cappuccino…

Na Bali otworzono nowy hotel W Retreat Spa, który przyciąga turystów poszukujących luksusu i odpoczynku w bardzo nowoczesnym otoczeniu. Jak zwykle efektem ubocznym stworzenia takiego miejsca jest mnogość chłopaków z branży, którzy ochoczo prężyli przy hotelowym basenie swoje muskularne i wytatuowane ciała, rano wyciskali siódme poty w siłowni, a wieczorami pikietowali na plaży i w okolicznych barach, dyskotekach oraz restauracjach. Jedyne, co mnie ubodło to podstarzale pomarszczone pary przesiadujące w towarzystwie lokalnych cuties, którzy za obietnice odrobiny gotówki widać szybko zapominali, że mają do czynienia z geriatrycznie zaawansowanym towarzystwem.
Chłopaków oferujących seks albo masaż z tzw. niespodzianką są tutaj dzikie tłumy. Chwilami miałem wrażenie, że wszyscy młodzi uskuteczniają tutaj niepisaną regułę gay for pay. Podróżujący samotnie facet nie ma problemu żeby kogoś wyhaczyc i nie ważne czy ocieka testosteronem, zalewistością czy tylko tłuszczykiem. Dziennie odrzucałem kilkanaście propozycji a niektóre naprawdę wyglądały na kuszące i bardzo smakowite…

A propos tatuaży… Ich widok od zawsze mnie mierzi, bo to ohyda i paskudztwo, ludzie robią sobie sami krzywdę i się szpecą na cale życie. Najgorsze, że znaleźć obecnie faceta bez nawet najmniejszego tatuażu jest zadaniem niezmiernie trudnym, bo moda na dziary trwa nieustannie podtrzymywana przez kolorowe pisma. Póki jest się młodym albo ma się ładne ciało jakoś to wygląda, ale z czasem wygląda się już tylko żałośniej. W moim zyciu trafiały mi się różne ciekawe przypadki chłopaków z tatuażami: na plecach, łydkach, ramionach, smoki, wzorki i słoneczka. Ostatni z Warszawy… Ten to wytatuował sobie słowo ‚slut’ na szyi. Z trudem było mi się pogodzić z widokiem jego wydziaranej ręki, ale był dobrym rozgrywającym podczas naszych wspólnych meczy co znacząco rekompensowało mi ten nieestetyczny widok. Przeżyłbym może i kolejny obrazek krasnali posuwających śpiąca królewnę na jego piersi, ale ‚dziwka’ zupełnie mnie zniesmaczyła. Za wrażliwy jestem…

Hotel położony w Seminyak jest obecnie jednym z najbardziej pożądanych hoteli na Bali ze względu na swój wystrój, obsługę i atmosferę.
Lobby jest przestronne i bardzo nowoczesne, połączone z ekskluzywnym barem, w którym oferuje się egzotyczne i wyrafinowane koktajle a wieczorem ma deser można zawrzeć znajomość z lokalnym toy-boyem…

Dostałem pokój na ostatnim, szóstym piętrze z widokiem na basen i morze. W pokoju na wejściu powitała mnie muzyka elektroniczna, która potem towarzyszyła mnie przez kolejne dni mojego pobytu. DJ-ów sprowadzają tutaj aż z Londynu Dubaju i Hawajów! Piękne stylowe dodatki, ogromne lóżko, telewizor plazmowy ukryty za lustrem, mega przestronna jasna łazienka z prysznicami, wanna oraz odsuwany dach gdybym miał ochotę podziwiać gwiazdy relaksując się podczas aromatycznych kąpieli. Wszędzie mnóstwo punktowego oświetlenia i naprawdę ciężko mi się stamtąd wychodziło…

Bite dwa dni byczyłem się na plaży raz po raz okupując bar albo hotelową restauracje, nic ani nikt nie był wstanie wyrwać mnie z tej oazy luksusu, co najwyżej mógł dotrzymać mi towarzystwa.

Z Bali przeniosłem się na kolejne dwa dni do stolicy Indonezji – Dżakarty. Z tego, co zdążyłem się dowiedzieć od znajomych mało jest w Dżakarcie ładnych rzeczy do obejrzenia, bo jest to ogromny moloch z milionami biednej ludności, pełen brudnych ulic, zapyziałych, rozwalających się budynków i brudnych kanałów. Naturę mam jednak taką, że sam muszę wszystkiego spróbować i samemu zobaczyć żeby się przekonać. Niestety znajomi mieli rację… Prócz muzeum, pozostałości po holenderskich kolonialistach i Taman mini parku, który stanowi raczej pułapkę dla turystów niż atrakcję, stolica Indonezji nie ma wiele do zaoferowania.
W hotelu, w którym spałem zatrzymał się kiedyś Obama i ta informacja była atrakcją samą w sobie, bo wspominało mi o tym kilka nowopoznanych osób.

Krótki postój w Dżakarcie nie mógł obyć się bez bliższego zapoznania lokalnych osobników.

USA ogłosiło niespodziewanie zagrożenie atakiem terrorystycznym i zamknęło wszystkie swoje zagraniczne placówki. Pech chciał, że wracałem wtedy z Dżakarty i na każdym lotnisku w Kuala Bangkoku czy Frankfurcie panowała wzmożona kontrola, która nie jest niczym przyjemnym, jeśli leci się skądś od kilkunastu godzin. Miałem ochotę strzelić każdemu napotykanemu Amerykanowi w papę a pod koniec skłonny byłem nawet zgodzić się żeby dosięgła nas jakaś bomba zamachowca bylebym tylko odzyskał spokój i pozwolono mi niezmącenie zasnąć..

 

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Moje Kuala

Ostatnim razem, gdy leciałem do Malezji podróżowałem z M i byłem opuchnięty niczym po nastrzykiwaniu botoksem, a z powodu bólu i przyjmowanych antybiotyków nie byłem wstanie normalnie przyjmować żadnego pokarmu. Nie mowie, że nie próbowałem, ale każde takie podejście kończyło się w wc na wysokości 10 tys. metrów a to już mało przyjemne doznanie…

Aby uniknąć jet legu starałem się nie zasnąć w samolocie do Bangkoku i prawie mi się udało, bo spałem góra 2-3 godziny. Po przesiadce do Kuala Lumpur wiedziałem, że musze jeszcze wytrzymać tylko 2 godziny i będę mógł wskoczyć do lóżka i spać ile wlezie, bo w KL będzie akurat wieczór.

Pamiętam moment startu samolotu z Bangkoku i że zamawiałem szklankę wody.. Niesamowite, bo gdy się obudziłem byliśmy w…. Bangkoku. Myślałem, że mam zmam halucynacje a potem, że może się rozbiliśmy i że nie żyję a to teraz to tylko zwidy.
Dopiero po chwili okazało się, że nasz samolot już na starcie został zawrócony z powodu usterki silnika. Naprawa na lotnisku w stolicy Tajlandii trwała blisko 2 godziny, podczas gdy ja smacznie spałem…

Kuala Lumpur nie dość, że ma cudownie egzotycznie brzmiącą nazwę i pachnie milionami zapachów to ma w sobie jakiś nieokreślony urok, uwielbiam tu wracać i za każdym razem czuję, że kocham tę stolicę jeszcze bardziej.

A dziś od rana biegałem po centrum handlowym Suria robiąc zakupy, obkupiłem się za wszystkie czasy i z nieukrywaną dumą wracałem obładowany siatami do hotelu Traders.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

moje kolejne urodziny

10. lipca skończyłem 35 lat, choć nadal wyglądam i czuję się tak samo dobrze tego akurat dnia wpadłem w raczej podły nastrój, ciągle przypominało mi się, że bliżej mi teraz do czterdziestki niż trzydziestki.
Mój M. zaskoczył mnie już w wieczór przed urodzinami. Jak co dzień wrócił z pracy ok. 23.30, chwilę pogadaliśmy, napiliśmy się wspólnie lampki wina, po czym on udał się do łazienki wziąć prysznic a ja wskoczyłem do łóżka. Nie rozmawialiśmy o moich wypadających następnego dnia urodzinach, w końcu to taki sam dzień jak każdy inny, poza tym nie miałem ochoty psuć mu ewentualnej niespodzianki. I tak właśnie o północy nieoczekiwanie wszedł do sypialni z talerzem słodkich kolorowych ciastek makaroników (przypominających polskie bezy) ułożonych w kształcie urodzinowego tortu piramidy z symboliczną jedną świeczką na samym czubku. Auguri amore…

Dzień urodzin przypadał na środek tygodnia, dlatego po pracy późno wychodząc z biura zabrałem samą tylko V. na symboliczną lampkę szampana. Gdy urobiłem się już szampanem i spojrzałem na swój wiek z innej strony odkryłem pozytywną rzecz – tylko w wieku 35 lat stać mnie na lampkę różowego szampana za 25 franków w barze 5 gwiazdkowego hotelu Schweizerhof.

Od momentu, gdy po latach dzieciństwa odwiedziłem na nowo Trójmiasto bardzo zapragnąłem móc wrócić tutaj kiedyś razem M. Na początku roku planując gdzie spędzimy moje urodziny przypomniałem sobie o tym pomyśle i przekonałem M. by spędzić kilka dni nad polskim morzem.

Na ten przedłużony weekend nad Bałtykiem zabraliśmy ze sobą P i F. Nie przez przypadek mówi się, że jeśli chce się kogoś lepiej poznać trzeba z nim gdzieś wyjechać, zobaczyć jak zachowuje się w nieznanym sobie środowisku, bo wychodzą wtedy wszystkie przywary i cechy charakteru. Bardzo lubimy chłopaków i wcześniej mieliśmy kilka okazji wyjeżdżać razem, ale nigdy na tak długo.
Spotkaliśmy się w Monachium w samolocie do Gdańska. Obaj z M. przylecieliśmy właśnie z Zurichu a chłopacy kilka godzin wcześniej z Bazylei. Udało mi się zorganizować nam upgrade do biznes klasy, co było atrakcją samą w sobie, bo oprócz nas i odwróconego stewarda w tak komfortowych warunkach podróżowała tylko nasza czwórka. Chłopacy zaledwie co weszli na pokład samolotu od razu zaczęli swój francuski zwyczaj czułego cmokania się na powitanie wzbudzając zniesmaczenie pozostałych polskich podróżnych.
P. odstawił szopkę, kiedy w hotelu próbował zabajerować nieśmiałego recepcjonistę urokiem a’la młody William Baldwin, który niestety przeminął 20 lat temu. Przez następne kilka dni było tylko gorzej: komentował każdego byle dobrze wyglądającego faceta, chodząc po ulicach próbował ściągnąć każdego wzrokiem, gapiąc się na niektórych tak natrętnie, że bałem się, że dostanie od któregoś w mordę. Nieustannie ślinił się jak niewyżyty i nieźle napalony satyr, zamęczał nas szczegółami a wolałbym żeby pozostał dla nas tajemnicą…
Przy śniadaniu opowiadał, kogo by wziął albo komu czochrał babola, na statku wycieczkowym na Westerplatte nawet wyrwał jednego podróżującego w pojedynkę po Polsce Turka, który łaził później za nami jak pies. Nie do wytrzymania było jeszcze co innego – wszystkim napotykanym facetom pstrykał zdjęcia z ukrycia a w nocy przed pójściem spać pewnie laszczył nad nimi pytonga.
I jak można się było tego spodziewać, któregoś wieczoru wyszedł samotnie o północy na Długi Targ w poszukiwaniu nocnych atrakcji i robiąc niedyskretnie jakiemuś przypadkowemu kafarowi zdjęcie dostał od niego w dziób. Kozaczyć można, tylko trzeba mieć czym a 47-letni przygarbiony pan z brzuszkiem to raczej smutny widok niż interesujący zawodnik.

Ucieszyłem się, bo przynajmniej nie siało stypą przez ten weekend.

Zaliczyliśmy kilka dobrych restauracji, w których M. z nieukrywanym wdziękiem zamawiał swój ulubiony zestaw ‘’polekamy’’. Wypożyczonym autem pojechaliśmy do Malborka, gdzie P i F wzbudzili współczucie personelu pewnej galerii godzinami przymierzając biżuterie z bursztynu by na końcu i tak nic nie kupić. Dzięki nieznajomości polskiego i kierując się tylko wskazówkami GPSu dotarliśmy do serwisu opon, bo chłopakom wydawało się, że wulkanizacja to miejsce gdzie można w Polsce podziwiać pozostałości po wybuchu wulkanów…
Znokautowany P. nie ustępował dostarczając nam coraz to nowych atrakcji, w końcu przypomniał mu się temat dyżurny i zaczął narzekać na swoje zbędne kilogramy… Przez te kilka dni zdążyłem zaobserwować że P tak naprawdę spożywa tylko jeden posiłek dziennie, bo zaczyna rano i kończy wieczorem.
W poniedziałek mieliśmy już dość swojego towarzystwa, co udzieliło się zwłaszcza w drodze na lotnisko, głównie milczeliśmy niż rozmawialiśmy. Gdy rozpoczęto boarding M. zorientował się będąc już w samolocie, że przez nieuwagę zostawił na krześle przy barze swoją torbę z dokumentami i portfelem. Gdy pasazerowie wciąż jeszcze wchodzili do samolotu, obaj z M próbowaliśmy się z niego wydostać. Z pomocą przyszedł nam pilot, który połączył się z obsługą bramki prosząc ich o pomoc. W czasie gdy M. wyraźnie odpływała z twarzy krew chłopacy uprawiali czarnowidztwo wzdrygając i ciągle łapiąc się za głowę raz po raz wykrzykując po cichu ‘’o mon dieu’’ co to będzie jak M ukradziono torbę z dokumentami. W pewnym momencie jakby w ataku przerażenia zaczęli wykrzykiwać o konieczności blokady kart i konta bankowego, podczas gdy razem z M jeszcze wciąż oczekiwaliśmy dobrej wiadomości od personelu lotniska, że torba jednak się odnalazła. W pewnym momencie pozwolono nam wyjść z samolotu (nam bo przekonałem panią z Luftwafe że wypuszczając tylko M na niewiele się to zda jeśli nie mówi on ani po polsku ani po niemiecku ani po angielsku). Po za tym przysłuchując się naszej rozmowie zrozumiała, że jesteśmy indywiduami i tylko we dwójkę poradzimy sobie najlepiej:
– M jak wyglądała twoja torba? Czarna kwadratowa z paskiem? Versace? Co nie?
M obruszył się lekko i po chwili całym sobą odnalazł się w sytuacji a ja myślałem wtedy, że parsknę wiedząc, że mówi to na poważnie:
– Nie niebieska, tylko atramentowa, albo raczej bardziej głęboki błękit, prostokątna w drobne, delikatne, poziome i pionowe cieniusieńkie linie, na czarnym, materiałowym pasku z logo Kalvin Klein.

Znalazła się.

Gdy myśleliśmy, że wyczerpaliśmy limit przegród jak na jedną podróż samolotem rozlałem sobie na spodnie i siedzenie całą butelkę wody. Głupia stewardesa nie dość, że żałowała mi serwetek żebym mógł się osuszyć to nie pozwoliła mi przesiąść się na jedynie wolny i suchy fotel w biznes klasie, bo miałem przecież miejsce wykupione w ekonomicznej…

Opublikowano podróże | Otagowano , | 5 Komentarzy

Matka totalnie mnie rozwala…

O rodzicach nie powinno się źle ani mówić ani pisać, nie wypada ich tak samo bezpośrednio krytykować, bo należy im się Szacunek, bo ma się starych tylko jednych poza tym rodziców się nie wybiera. Ala czasami człowiek musi, inaczej się udusi…

W moim wrocławskim mieszkaniu zepsuł się kran doprowadzający wodę do pralki. Byłem akurat z M. we Wrocławiu, pojechaliśmy tam więc razem, potem zadzwoniłem do rodziców zapytać czy nie znają przypadkiem jakiegoś hydraulika – usłyszałem żebym sobie zobaczył w gazecie…
Jakbym obuchem w głowę dostał, ale bez wchodzenia w szczegóły, zdecydowałem się przebukować bilet i zostać we Wrocławiu dzień dłużej i samemu dopilnować całej naprawy. Odwiozłem M. na lotnisko a na wieczór zorganizowałem wizytę hydraulika. O kosztach całej operacji nie wspomnę, bo niby na biednego nie trafiło…

Matka na każdym kroku powtarza, że traktuje mnie i mojego młodszego brata na równi, stara się utrzymać tą równowagę od lat. Jeśli pomagali mi finansowo na studiach, pomagali i jemu, jeśli dołożyli mi się do wkładu przy kupnie własnego M2 zrobili to samo dla mojego brata.

Ostatnio jednak przestaje mi się coś ta cała sytuacja podobać. Najpierw w czasie świąt przy wigilijnym stole matka wspomniała coś ukradkiem, że mógłbym dać bratu z 50 albo 100 tysięcy by zmniejszyć mu miesięczną ratę kredytu, bo jestem starszy, lepiej zarabiam i winien jestem się z nim wszystkim dzielić i pomagać mu żeby miał łatwiej i lepiej. Tak się akurat składa, że jej siostra ma 3 domy, ale jakoś żadnego jej nie odstąpiła, ale o tym już rozmawiać ze mną nie chciała, nie było z nią w ogóle dyskusji na argumenty, więc szybko ucięliśmy temat.
Niedawno z ojcem poprosili mnie o pożyczkę, na kupno nowego auta. Obiecałem i pożyczyłem, nie musieli dołożyć nawet złotówki, auto nabili za gotówkę. Chociaż wiem, że mają własne oszczędności i na nowe auto ich stać, nie chcieli ruszać zaskórniaków żeby nie stracić odsetek. Ja swoje straciłem, ale rodzicom żałować nie będę.
Teraz matka zadzwoniła do mnie, że jednak swojego starego auta nie sprzeda tylko odda go młodszemu bratu, bo on jest taki biedny jeżdżąc komunikacją miejską. Brat prezent przyjął bez wahania, zobowiązując się do samodzielnego utrzymywania auta, ale jak na razie za benzynę, przegląd rejestrację i ubezpieczenia bulą rodzice…
Gdy mi o tym wszystkim opowiedziała przez telefon szlag mnie trafił, ale się powstrzymałem. W końcu to ich auto i mogą z nim zrobić, co zechcą, nic mi do tego, mogą go sprzedać, spalić albo oddać bezdomnemu albo i bratu. Wzburzyłem się tylko jak usłyszałem po raz kolejny, że obaj jesteśmy dla nich ważni i obu nas starali się zawsze równo wspierać… Nie skomentowałem całej tej sytuacji.

W dniu, kiedy po raz pierwszy mój brat samodzielnie pojechał zarejestrować auto, w drodze powrotnej do domu rozbił samochód, w rezultacie, czego trzeba teraz zapłacić za jego naprawę. Matka zadzwoniła do mnie, że musimy mu przecież pomóc, bo on jest biedny i nie ma, z czego zapłacić i ile chcę dołożyć się razem z nią do tej naprawy.
Rzuciłem telefonem.
Oddzwoniła do mnie w chwilę później twierdząc, że chyba coś nas rozłączyło… – Nie mamo, ja rzuciłem przed chwilą słuchawką…

Mam skończone 35 lat, mój brat 28 – zastanawiam się ile lat potrzebuje mieć człowiek, żeby wreszcie samodzielnie wkroczyć w dorosłe życie? W sumie powinienem mieć to w dupie, nie wtrącać się, zająć się swoimi sprawami i ogólnie powinno mnie to wszystko ani ziębić ani grzać, ale tak nie jest…

Myślę, że obaj z bratem mieliśmy dużo szczęścia, że mogliśmy zawsze liczyć na naszych rodziców, że obojgu nam pomagali zaczynać samodzielne życie, urządzić mieszkanie, z drugiej strony uważam, że dali nam równy dostęp do edukacji, wszelakich możliwości kursów językowych i wyjazdów, wspierali mniej lub bardziej w życiowych decyzjach, ale w końcu trzeba kiedyś umieć powiedzieć dosyć. Obaj z bratem jesteśmy już na tyle dorośli, że mamy własne prace, obowiązki, podejmujemy samodzielnie decyzje, żyjemy własnym życiem. Mój brat wciąż jakby jednak nie waha się przyjmować od moich rodziców pomocy w postaci bardzo drogich prezentów (remontu kuchni, zakupu owego laptopa, robienia codziennych zakupów, a teraz to auto). Ja też się dołożyłem na początku do jego mieszkania: kupiłem mu meble do dużego pokoju, teraz rok w rok funduję mu egzotyczne wyjazdy od Azji po Amerykę Południową, ale chyba gdzieś po drodze zatraciliśmy umiar, w konsekwencji zaczęliśmy popełniać jeden błąd za drugim i niechcący wyhodowaliśmy sobie pasożyta.
A może tylko ja źle to wszystko widzę i kutas ze mnie a nie brat, bo rodzice mają prawo pomagać dzieciom tak długo jak chcą i ile chcą, bo mają do tego prawo, taka ich rola a ja powonieniem siedzieć cicho, przejść z tym do porządku dziennego i zamknąć dziób. Ostatnie, czego chcę to kłócić się z rodzicami o pieniądze.
Z drugiej strony znam siebie – jeśli kiedyś ich zabraknie ja z bratem cackać się nie zamierzam, póki będzie miał dach nad głową i nie będzie głodował pomagać mu nie zamierzam…

Dodaj komentarz

Wrocław po raz pierwszy

W czerwcu udało mi się porwać M na kilka dni do Wrocławia i wreszcie przedstawić go A, która po jednym tylko wspólnie spędzonym wieczorze obdarzyła go sympatią mocno odwzajemnioną proponując nam obu niespodziewanie wspólną niedzielną wycieczkę za miasto do poniemieckiej sztolni Włodarz.
To był nasz trzeci wspólny pobyt w moim rodzinnym mieście, ale tym razem nie planowaliśmy wiele wizyt i rewizyt, bo najzwyczajniej w świecie chcieliśmy się zrelaksować.
Na kolacji w Przystani spotkaliśmy się z A i jej chłopakiem z odzysku, (którego nota bene zostawiła 3 dni później) a wcześniej tylko z moim bratem, który zaprosił nas do swojego domu. Koniecznie musiałem zaliczyć z M. Papa Bar, co by pokazać panu barmanowi, że mam się dobrze a nawet bardzo. Po kolacji powędrowaliśmy jeszcze do Sofitelu na sesję fotograficzną przy barze gdzie M. podzielił moją fascynację whisky sour.

Przebywając z A, którą znam od lat, po raz pierwszy poczułem jak M naprawdę zagląda do mojej przeszłości, poznaje dawne życie, znajomych, których zostawiłem podejmując pracę w Szwajcarii. Pierwszy raz ktoś bliski potrafił opowiedzieć M. dawne historie i to w jego ojczystym języku i nie byłem to ja. Bariera językowa jest zwykle nie do przeskoczenia, bo większość moich znajomych mówi tylko po angielsku albo po niemiecku. M. ochocza słuchał wszystkich niechlubnych wydarzeń z mojej przeszłości, niektóre przed nim ukrywałem, a ja na nowo przypominałem sobie minione i dawno pogrzebane w pamięci przygody, próbując potem przedstawić je w nieco lżejszej wersji widząc jak M ze zdziwienia rozdziewa usta i szeroko otwiera oczy.

Z M. jesteśmy razem prawie 6 lat i okazywanie uczuć przychodzi nam bardzo łatwo i nie jesteśmy raczej zachowawczy. Jednak maszerując wrocławskim rynkiem chroniąc się przed deszczem pod wspólnym parasolem i jednocześnie objęci czułem wyostrzone jakby zwielokrotnione spojrzenia ludzi wokół. M niczego nie zauważył zajęty opowiadaniem mi jakiejś historii, podczas gdy ja udając, że go słucham bacznie obserwowałem otoczenie jakby spodziewając się ataku albo przejawu agresji. Otuchy dodawał mi jedynie fakt, że rozmawialiśmy w obcym języku, przez co czułem się spokojniejszy. Choć droga z Rynku do Galerii zajęła nam niecałe 10 minut, to były to jedne z najdłuższych 10 minut w moim zyciu. Niby wystarczyło poprosić M żeby puścił moje ramie z drugiej strony niby dlaczego, w końcu niczego złego nie robiliśmy…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , , | 2 Komentarze

Skoro wszystko jest super, to o co mi chodzi?

Z Peru wróciłem naładowany pozytywną energią, do tego stopnia, że miałem ochotę nawet zacząć uczyć się hiszpańskiego i kupić kolejny bilet do Peru za rok.

Wałęsając się nieustannie po ziemi, tak naprawdę wcale nie wiem, dokąd zmierzam, jedyny sens, jaki w tym dostrzegam jest taki, że spełniam marzenia małego chłopca.
Czuję wolność, dobrobyt, cieszę się, że mogę sam o sobie decydować, że mam wpływ na swoje życie i własne wybory, że niewiele mnie ogranicza. Z drugiej strony odczuwam jakiś trudny do opisania nadmiar, ogromne obciążenie psychiczne, bo nadchodzi ten moment, kiedy czuję, że muszę znowu zdecydować, wybrać drogę na dalsze życie a …odczuwam bardzo osobliwy lęk przed podjęciem niewłaściwej decyzji.

Mam dopiero 34 lata, robię bilans zysków i strat a na to wydaje mi się być definitywnie za wcześnie. Zawodowo układa mi się całkiem dobrze: dobra praca, dobre zarobki, kariera, wirujący seks i kolorowy świat, ale czuję jak ta praca zabija mnie od środka, coraz częściej, bowiem chodzę sfrustrowany, łatwo daje ponieść się emocjom, zaczyna brakować mi elementarnej sympatii i serdeczności do ludzi, staję się chaotyczny i rozedrgany szybko się spinam i najchętniej bym komuś dokopał.

Poniekąd czuje się przytłoczony tym, co dzieje się w pracy.
Szefowa nie potrafi skutecznie zawalczyć o nasz dział, przez wszyscy cierpimy, procesy decyzyjne trwają u nas miesiącami a rzeczy na wczoraj zalegają tygodniami.
Ludzie przychodzą do mnie i marudzą, że moja szefowa nie odpowiada na ich maile a ja zmęczony jestem wylewaniem na mnie ich zali, najchętniej rzuciłbym pracę w pizdu, ale parę rzeczy zdaje mi się mnie powstrzymywać

Nieustannie analizuję i kalkuluję czy warto być lojalnym? Czy lojalność się opłaca? Czy raczej powinienem zmienić pracodawcę dla lepszego samopoczucia psychicznego, na wszelki wypadek żeby nie ugrzęznąć na cieplej posadce i nie dostać etykietki specjalisty jednej firmy?

Ewidentnie ostatnio nie radzę sobie z samym sobą, z tym stanem, nie potrafię znaleźć dobrego rozwiązania i zadręczam się myślami. Bo wiedzę nowe możliwości, nauczono mnie żeby wykorzystywać każdą nadarzającą się okazję, by osiągnąć w życiu ‘’sukces’’ satysfakcję i spełnienie. Niby przytłaczała mnie świadomość, że wiem, jak będzie wyglądało moje życie za 10 lat z drugiej boję się ryzykować. Waham się przy podejmowaniu decyzji, boję się, że nietrafione wybory zaważą na moim życiu. Brakuje mi tylko pomysłu jak pokierować dalej swoim życiem, by żyć długo i szczęśliwie…

Otagowano | Dodaj komentarz

Przechodzę okres…

że chciałbym zmienić coś w swoim zyciu. Ostatnio dość często targany byłem przemyśleniami, że przestałem doświadczać ”bycia na fali”, odczuwałem jakiś dziwny kryzys, który nakazywał mi zburzyć wszystko i zacząć od nowa.

Na polskim portalu doradztwa personalnego znalazłem ciekawie wyglądającą ofertę pracy, która niemal idealnie wpasowywała się w moje doświadczenie i zainteresowania zawodowe. Postanowiłem wziąć udział w rekrutacji, zobaczyć na ile wyceni moje doświadczenie i umiejętności polski pracodawca.
Telefon z agencji odebrałem jeszcze tego samego dnia a na drugi dzień odbyłem pierwszą rozmowę.
Żeby nie zamykać przed sobą drzwi rzuciłem 5 cyfrową kwotę w złotówkach, która została zaakceptowana. Dowiedziałem się, że moje oczekiwania finansowe mieszczą się w widełkach płacowych przyszłego pracodawcy. To że nie wiedziałem nawet, jaki to pracodawca taki to już urok polskiego procesu rekrutacji – jeszcze nie wiesz, do jakiej firmy rekrutujesz i jaki zakres obowiązków cię czeka, ale z góry musisz zadeklarować ile chcesz zarabiać.. W Wielkiej Brytanii, Stanach czy Szwajcarii jest prościej: w momencie aplikowania na daną ofertę od razu podaje się min i max zarobki oferowane na tym stanowisku.

Pierwsza rozmowa z rekruterką nie obyła się bez zgrzytów. Jedno z pierwszych pytań dotyczyło mojej decyzji wyboru takiego a nie innego kierunku studiów i ocen z przedmiotów kierunkowych. Jezu – skończyłem studia 10 lat temu, czemu takie a nie inne? Bo tak chciałem. Przemilczałem jednak moje paręnaście pał w indeksie, bo kogo to interesuje, że HME NOP czy inne Sklepy miałem, kolokwialnie rzecz ujmując, głęboko w dupie.
Umówiliśmy się, że następna rozmowa, bezpośrednio z przyszłym pracodawcą (amerykański koncern) odbędzie się jeszcze prze telefon a dopiero po niej zdecydujemy czy chcemy spotkać się na rozmowie twarzą w twarz. Zgodziłem się, bo nie chciałem lecieć do Katowic żeby dowiedzieć się, że nie jestem kandydatem, którego szukają…
Szczęśliwie firma zaakceptował moją kandydaturę i moje żądania finansowe.

Rozmowa telefoniczna z dyrektorem centrum, Amerykaninem poprowadzona bardzo profesjonalnie i rzeczowo poszła gładko, jeszcze w trakcie obaj zgodziliśmy się, że warto byłoby spotkać się twarzą w twarz najszybciej jak się tyko da. W tydzień później w środę poleciałem do Katowic.

Wieczór przed rozmową zrelaksowałem się trochę w hotelowym zaciszu, ale bez fajerwerków…

Rozmowa w siedzibie koncernu była przedmiotowa i profesjonalna – z łatwością było mi rozmawiać z Amerykaninem po angielsku, czego nie mogę powiedzieć o rozmowie z polską kadrową. Wyszły moje braki w posługiwaniu się polskim nazewnictwem i fachową terminologią, mówiłem jak potłuczony, w kółko używając tych samych określeń i frazesów – masło maślane.. Potem pani dała mi do zrozumienia, że praca u nich byłaby dla mojej kariery zawodowej krokiem wstecz, co początkowo trochę mnie zdezorientowało, ale później odpowiednimi pytaniami pozwoliło doprecyzować moje stanowisko w hierarchii siatki płac. Kadrowa jeszcze raz zapytała mnie o moje oczekiwania finansowe upewniając się, że nie zmieniły się one od pierwszej rozmowy z agencją pracy.. Potwierdziłem a ona przytaknęła twierdząco.

W poniedziałek wieczorem zadzwonił szef oficjalnie złożyć mi ofertę pracy. Ku mojemu zaskoczeniu dostałem 2/3 z minimum, które proponowałem, nie dałem po sobie poznać rozczarowania.
Gdybym chciał się odgryźć bez skrupułów upomniałbym się o zwrot kosztów dojazdu na rozmowę kwalifikacyjną.

Nadal uważam, że warto od czasu do czasu chodzić na rozmowy o prace, sprawdzić pracodawców a zwłaszcza siebie podczas interview, wycenić swoją pozycje i doświadczenie zawodowe na rynku pracy, nie umniejszając wagi innego aspektu takich spotkać – ile razy dochodzę do końca procesu rekrutacji jeszcze bardziej kocham aktualną pracę, obecnego pracodawcę i zarobki w Szwajcarii. Gdybym jednak naprawdę szukał pracy byłbym wściekły, gdy firmy marnują mój czas zapraszając na te wszystkie rozmowy, mydląc oczy pytaniami o zarobki, jeśli od początku nie są w stanie spełnić oczekiwań finansowych kandydata i nawet nie raczą o tym wcześniej powiedzieć.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | 2 Komentarze

M jak tyran

Wróciłem wcześniej z pracy wściekły, bo nie wyszedł mi projekt, nad którym pracowałem od dłuższego czasu, na dodatek w domu czekała mnie wątpliwa przyjemność uczestniczenia w nudnej telekonferencji na temat czegoś, na co ogólnie kładę laskę, bo nie mam czasu na takie pierdoły. M właśnie zbierał się do wyjścia do restauracji i zauważył jak robię sobie mocnego drinka z whisky. Popatrzył na mnie tylko porozumiewawczo, ale nie skomentował.
Wziąłem szklankę, butelkę, laptopa i kabel, telefon przytrzymując głową do ramienia i w tak niewygodnej pozycji poszedłem w kierunku salonu. Pech chciał, że zahaczyłem ramieniem o witrynę drzwi i całość drinka wylała się na sofę. Nie mogąc przerwać telekonferencji wróciłem do kuchni nalać sobie drugiego drinka a brzydką plamę, która powstała przykryłem narzutą z postanowieniem, że zajmę się nią później.
Gdy M wrócił z pracy była już prawie północ, popatrzył na butelkę whisky potem na mnie i zapytał:
– Miałeś tutaj jakieś party?
– Nie, czemu? – zapytałem zaskoczony
– nie mów mi, że wypiłeś sam tyle whisky?
– uhm, ahm… – nie wiedziałem co powiedzieć bo czy lepiej przyznać się do tego, że jestem ofermą i znowu nabroiłem i zostawiłem plamę na naszej nowo kupionej sofie, którą M. pielęgnuje zawzięcie tak, że nie pozwala wylegiwać się na niej nawet kotu, czy lepiej uniknąć gromów, słuchania całej litanii narzekania i słownej chłosty a pozwolić nazwać się pijakiem i od razu zakończyć temat?
– zdecydowanie za dużo pijesz, jesteś już alkoholikiem.

Dopiero w niedziele, będąc na romantycznej kolacji w restauracji w Cannes, gdy chciałem zamówić dla nas kolejny kieliszek czerwonego wina a M próbował mnie powstrzymać wypominając mi mój alkoholowy problem przyznałem się jak było naprawdę. Śmiał się głośno i nie mógł uwierzyć, że mam go za takiego strasznego tyrana.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

w czepku urodzony

Żeby całkowicie nie zwariować zniknąłem na 2 tygodnie z biura i… mało, kto to zauważył nie wyłączając szefowej, więc mój chytry plan okazał się zwykłą dziecinadą.

We Wrocławiu spotkałem się z A i kilkoma makaroniarzami pracującymi w Polsce – wszyscy narzekali i każdy mi zazdrościł, głównie pieniędzy i splendoru.

Słucham głosu młodych szukających pracy narzekających, że studia nie są gwarantem sukcesu ( uhm 10 lat temu też nie były), że teraz liczą się też głównie znajomości, że praca w call center po studiach jest be, że politycy są do bani, że wysyłają setki cv i nic (uhm to może wysłać tylko kilka).

Na zaproszenie linii lotniczych poleciałem na konferencję do Lizbony w trakcie, której poznałem wiele osób pracujących na podobnych stanowiskach, podczas bardziej nieformalnych spotkań przy winie tudzież drinkach porównywaliśmy doświadczenia z naszych firm i znowu usłyszałem, że jeśli bym kiedyś odchodził, mam dać im znać – chętnie się ze mną zamienią.

Tyle różnych perspektyw a ja wciąż nie dostrzegam, jak wielkim jestem szczęściarzem…

Jedyne co zrozumiałem to, że ucieczka nigdy nie jest zmianą… nie powinienem uskuteczniać tego w przyszłości.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Przemykanie w pełnym słońcu

Wypady na miasto były nie istną grą logistyczną, sprowadzały się głównie do skutecznego odnajdowania najkrótszej trasy między oazami klimatyzowanych pomieszczeń i przeskakiwaniu z jednego centrum handlowego do drugiego. Zamiast pojechać do Siam Paragon taksówką wybrałem zdawałoby się krótki spacer, którego szybko pożałowałem, bo nim zaszedłem do pierwszego postoju zaznaczonym na swojej mapce byłem już mokry jak świnia. Chryste jak tam było gorąco – próbowałem przemykać między jednym a drugim centrum handlowym starając się jak najrzadziej wyściubić nos na zabójczy żar lejący się z nieba i parne tropikalne lepkie powietrze, ale łatwo nie było.
W Bangkoku trwał właśnie festiwal orchidei, wszystkie wystawy sklepowe udekorowane były pięknymi kompozycjami kwiatowymi a ich intensywny zapach roznosił się wszędzie, co w polaczeniu z gorącym powietrzem stawało się nieznośne – drażniło nozdrza tak samo jak intensywność i krzykliwość kolorów. Przed powrotem do domu wbiłem się na kilka godzin do hotelowego spa, które w tej części świata kosztuje śmieszne pieniądze, że nie potrafię oprzeć się pokusie odwiedzenia tego przybytku jak i skorzystania z innych atrakcji, jakie oferuje stolica Tajlandii…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz