Bangkok

Po drugim trwającym ponad 10 godzin locie z Zurychu dotarłem do Bangkoku, kierowca czekał przy wyjściu gotowy zabrać mnie do hotelu Plaza Athenee.
Nim dotarliśmy do celu straciliśmy 1.5 godziny stojąc w koszmarnym korku.

Dostałem piękny suit na 18. piętrze, z olbrzymim łóżkiem i łazienką. Concierge zawiózł mnie na górę i oprowadził po apartamencie.

Po godzinie zadzwonił telefon z recepcji. Miły Pan concierge telefonował upewnić się czy pokój mi się podoba, czy wszystko jest jak należy, czy niczego mi nie potrzeba, czy nie potrzebuje masażu albo towarzystwa…

– Would you like to meet my sister mister?
– No, thank you. I don’t think it will be necessary…
– … Would you like to meet my brother mister?…

Kocham tajską gościnność za rzadką umiejętność spełniania niepowiedzianych życzeń…

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

ostatnie godziny w Limie

Lima – kolorowy, nocny świat, będący w zupełnej sprzeczności z biedą panującą w innych częściach Peru. Jadąc znowu do naszego hotelu w Miraflores mijaliśmy dzielnice ambasad, przedstawicielstw zachodnich firm, piękne budynki, parki i myślałem wtedy – to naprawdę eleganckie, ładne, nowoczesne miasto. W Miraflores piękne kamienice, wille, apartamentowce, zabytkowe domy, otoczone egzotycznymi kaktusami z pięknie kutymi kratami w oknach. Gdybyśmy pierwszego dnia naszego pobytu w Peru zobaczyli taką Limę to mielibyśmy zupełnie inne nastawienie do tego kraju. Wbrew temu co przeczytałem albo usłyszałem od Brana, ostrzeżeniom znajomych i tego co napisano w przewodnikach Peru okazało się dla nas bardzo bezpieczne. Nie mieliśmy żadnych przykrych sytuacji, choć freaków nie brakowało. Na ulicach spotykaliśmy dużo policji, wszystkie turystyczne obiekty były dobrze chronione, choć autobusami dalekobieżnymi nie jeździliśmy a to tam zdarzają się napady.

Poznaliśmy pewnego Chorwata – naszego przewodnika, który przez dekadę pływał na statkach wycieczkowych a od 10 mieszka w Peru. Słuchając jego przygód z pobytów w Polinezji, Holandii, Niemczech, reguł, których musiał się nauczyć i przestrzegać, braku zrozumienia wśród przyjaciół, którzy nie rozumieli jego pracy i stylu życia i których ostatecznie zostawił w Chorwacji zrozumiałem, że w Peru odnalazł wolność i swoje Pacanowo – wymarzone miejsce to zamieszkania. Tam istnieje tylko jedna reguła: nie ma żadnych reguł. Dzięki tym kilku dniom spędzonych razem w Limie, Caral, Nazce i Pachacamac zdałem sobie sprawę, że w ciągu kilku dni staliśmy się sobie bardzo bliscy a on sam bardziej naszym kompanem w podróży niż przewodnikiem.
Ostatniego dnia przed wlotem do Europy Bran zabrał nas 40 km za Limę, pokazać świątynię Pachacamac a właściwie to, co z niej zostało. 500 lat historii, starożytne centrum religijne, obecnie na liście światowego dziedzictwa UNESCO, a ja ignorant zapamiętałem tylko widok psa bez sierści, który wyglądał jakby był cały zaropiały i chory.

Dzięki niemu w zobaczyliśmy też nekropolis Chauchilla z podziemnymi wąskimi pionowymi szybami zakończonymi półkolistym pomieszczeniem z ułożonymi w pozycji embrionalnej mumiami… Cmentarz został splądrowany a na całej jego powierzchni leżą opuszczone ludzkie kości i rozrzucone resztki ceramik. Mój brat wpadł na osobliwy pomysł zabrania ze sobą resztek szkieletu do Polski a ja dopiero w ostatniej chwili odwiodłem go od tego beznadziejnie głupiego pomysłu.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

wyprawa na stary szczyt

Po starówce w Cusco mogłem chodzić godzinami, jest to tak bardzo urokliwe miasto i zdecydowanie godne polecenia w Peru… W nocy nawet gwiaździste niebo wydaje się być tu szczególne – jak wielkie, nisko zawieszone lampiony.

Bardzo wczesnym rankiem pojechaliśmy autem do Ollantaytambo. Po mimo zabójczo wczesnej dla nas pory droga z Cuzco do Ollantaytambo okazała się bardzo widowiskowa – mijaliśmy zielone doliny, których dna otoczone są niezwykle stromymi wzniesieniami. Kilka razy prosiłem kierowcę, aby się zatrzymał abyśmy mogli zrobić zdjęcia. Ollantaytambo to malutka wioska w dolinie, z której bardzo nowoczesnym i czystym pociągiem odjechaliśmy w stronę Machu Picchu. Zatrzymaliśmy się tylko raz, na stacji skąd rozpoczynała się trasa Inca Trail.

Inca Trail do Machu Picchu zwana jest również Camino Inca i składa się z trzech tras: jednodniowej, standardowej i Mollepata. W zależności od trasy każda przechodzi przez kilka rodzajów środowisk Andów: alpejską tundrę, czy las chmurowy. Po drodze ciągnie się niezliczona ilość tuneli ponadto na szlaku zwiedza się wiele Inkaskich ruin a końcową stację stanowi Brama Słońca na Machu Picchu. Dwie dłuższe trasy wymagają wejście do ponad 4200 m n.p.m., co niewprawionych prowadzi do choroby wysokościowej. Po ilości osób, które wysiadły z pociągu widać, że ten parudniowy trekking cieszy się dużym powodzeniem wśród odwiedzających to miejsce przyjezdnych. Słyszałem jednak, że już na 3 dzień większość ma dość, entuzjazm znika i każdy marzy o powrocie do cywilizacji.
Osobiście nie czułem potrzeby udawadniania przed samym sobą że taki sposób zdobywania Maccu Pichu mi nie odpowiada – ja to po prostu wiem że na wędrówki z plecakiem, spanie w namiotach, kuchnie polową, załatwienie potrzeb i mycie się w lesie, picie wody z kałuży jestem zbyt wygodny i za delikatny, za bardzo cenię czystą, świeżą pościel, dostęp do prysznica oraz hotelowego baru serwującego koktajle z lodem i parasolkami niż możliwość przeżycie survivalowej przygody.

Po 3 godzinach dotarliśmy do stacji Machu Picchu. Pociąg wjechał na malutką stację, zabudowaną ciasno przylegającymi budynkami, która wyglądała jak tunel. Miasteczko jest bardzo małe, zagnieżdżone między stromymi wzgórzami. Budynki ściśnione jeden na drugim, same hostele, restauracje, bary i kafejki internetowe, wszystko wokół małego placyku z wielką postacią Indianina. Nasza przewodniczka zjawiała się po kwadransie, gdy już zaczynaliśmy się martwić, że chyba utknęliśmy w czarnej dupie u progu naszego upragnionego celu.
Svetlana zorganizowała nam bilety na autobus, którym jeszcze kolejny kwadrans musieliśmy wjeżdżać usypaną żwirem drogą wzdłuż bardzo stromego wzniesienia…
Machu Picchu jest: cudownie zielone, położone na niedostępnym szczycie góry niczym gniazdo jastrzębia. Niesamowite wrażenie robi maksymalne wykorzystanie rzeźby terenu i łączenie murów z istniejącymi wcześniej skałami. Nad twierdzą górują z Wayna Picchu i Machu Picchu, których z wiadomych powodów nie planowaliśmy zdobywać… Twierdza zachowana jest w doskonałym stanie, budynki mają ściany i sklepienia dachów, którym brakuje tylko oryginalnego pokrycia strzechą. Miejsce poraża swoją niezwykłością i pięknem. W 4 godziny przeszliśmy je wzdłuż i wszerz by potem położyć się w cieniu kamiennych murów i na trawie zjeść przyniesiony przez Svetlane w plecaku lunch. Pogodę mieliśmy jak na zamówienie, do 14 bezchmurne błękitne niebo, wiec, gdy wspinaliśmy się po kolejnych poziomach kląłem pod nosem, że targałem za sobą kurtkę i pusta butelkę wody, której nigdzie nie mogłem wyrzucić, bo nigdzie nie znajdowałem koszy na śmieci. Dopiero po południu niespodziewanie nadeszły chmury i mgły, które otuliły sąsiednie szczyty i przyniosły ulewny bardzo deszcz, w którego strugach wracaliśmy do autobusu. Gdy lunął na dobre byliśmy już na dole popijając lokalne piwo i dzieląc się wrażeniami. Machu Picchu to była nasza wisienka na torcie pobytu w Peru. Zjechaliśmy do miasteczka i do późnego popołudnia czekaliśmy na pociąg powrotny do Ollantaytambo, w którym obaj usnęliśmy jak dzieci, gdy tylko ruszył ze stacji.

Drugiego dnia przed powrotem do Limy pojechaliśmy na wzgórze górujące nad Cuzco – Saksaywaman (dla nas sexy women) żeby podziwiać kompleks inkaskich kamiennych murów – niestety jak dla mnie bez rewelacji. Za to faktycznie widok na miasto z góry był spektakularny i niezapomniany.
Tak samo jak nasz przewodnik, urodzony w lesie Indianin, który opowiadając nam o odwiedzanych miejscach sprawiał wrażenie nieobecnego, jakby od lat coś palił…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Cusco – nie-raj dla astmatyków

Przed wylotem do Cusco zaopatrzyliśmy się w tabletki soroche łagodzące objawy choroby wysokościowej. Co to znaczy, że miasto leży na wysokości ponad 3 tys m n.p.m odczuliśmy dość szybko. Oddech stał się krótszy i płytszy, serce zaczęło szybciej bić, wkradła się nerwowość i o wiele szybciej się męczyliśmy. Przy większym wysiłku chwilami trudno było złapać łyk powietrza.

Pierwsze wrażenie były jednak bardzo przyjemne. Kilka kroków od Novotelu i doszliśmy do Plaza de Armas głównego placu zabytkowego Cusco, od którego odchodziły uliczki we wszystkich kierunkach. Z jednej strony placu imponująco duża katedra El Triumf, a obok bardzo podobny kościół w stylu kolonialnym. Wszystko zbudowane na fundamentach inkaskich budynków i z materiałów powstałych ze zburzonych inkaskich świątyń. Podobnie jak większość tutejszych budynków, również i te zbudowane zostały w miejscu starodawnych pałaców i świątyń Inków. Hiszpanie niszczyli budowle pozostawiając tylko fundamenty, często do budowy używali tych samych, idealnie przyciętych i wypolerowanych kamieni. Gdy Cuzco nawiedziło trzęsienie ziemi, kolonialna zabudowa runęła jak domki z kart, ale inkaskie fundamenty pozostały nietknięte.
Plaza de Armas tonęła w mocnym słońcu, odnowiona, pełna kolorowo ubranych ludzi i jeszcze bardziej kolorowych flag.

Powiewające wszędzie flagi Cuzco z tęczą, symbolizujące imperium Inków doskonale prezentują się dodając miastu jakby nowoczesności. Ta dość kłopotliwa kolorystyka przywodzi na myśl branżę i powoduje czasem lekkie zakłopotanie, jeśli nie rozczarowanie.

Cały plac i schody przed katedrą zapełnione były ludźmi. Stare kamienice z pięknie rzeźbionymi balkonami i drzwiami, małe placyki z zielenią – oniemieliśmy z zachwytu. Przepiękne miejsce i naprawdę najpiękniejszy rynek, jaki dany było nam zobaczyć w Peru: duży, kolorowy, schludnie utrzymany z pięknym trawnikiem, tonący w żółtych i biało-różowych kwiatach. Pośrodku nieodzowna, imponująca kolorem, zielona fontanna. Wokoło przecudne dwupiętrowe kamieniczki z arkadami na parterze. Każda kamieniczka posiadała misternej roboty drewniane wykusze z mieszczącymi się w nich kawiarniami. Wszystkie budynki pokryte czerwoną, ceramiczną dachówką. Jedne teorie mówią, że w danych czasach plac pokryty był złotymi płytami i składano tutaj ofiary przed rozpoczęciem działań wojennych, inne że było to święte miejsce, gdzie opłakiwano zmarłych. Za czasów panowania Hiszpanów dokonywano na nim krwawych egzekucji powstańców i buntowników. To miejsce w pełni zasłużyło na miano jednego z najpiękniejszych placów Ameryki Łacińskiej. Najlepiej prezentuje się tuż po zmroku, kiedy podświetlony jest na złotawy kolor…

Od placu rozchodzi się sieć wąskich, brukowanych uliczek, wcale nie mniejszej urody, wąskie wybrukowane kamieniem, stromo ciągnące się w dół i górę. Wszędzie galerie, sklepiki, knajpki.. Stare kamienice pokryte pomarańczowa dachówką, drewniane balkony, wybrukowane kamieniami, strome uliczki, małe klimatyczne placyki… odkrywamy je w ciągu dnia i w nocy wracając z kolacji w Pachapapa. Po Cuzco można spacerować godzinami, za każdym razem odkrywając to miasto od nowa.

Tego samego dnia, jeszcze przed zachodem słońca wdrapaliśmy się na sam szczyt stromej uliczki. Widok Cuzco z góry okazał się równie zachwycający. Czerwone gliniane dachówki wznoszą się i opadają aż po horyzont. Nad domami dostojnie górują potężne kościoły i katedry. Świątynia Słońca mieni się w złotawym świetle. Przez chwile byliśmy w samym centrum świata i nie mamy, co do tego wątpliwości i nawet zapominam że przed chwilą myslałem że wyplujmy płuca.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

w drodze do Nazca

O 3 rano wyjechaliśmy w kierunku regionu Ica. Droga do Nazca część Pan-American Highway wiedzie przez kosmiczne krajobrazy: z jednej strony ocean, z drugiej wysokie, pokryte mgłą góry, wszystko martwe, jałowe, bez drzew, skaliste, piaszczyste albo żwirowate – totalne pustkowie. Mijaliśmy miejscowości widma, bez śladu żywej duszy, a zamieszkałe wydawały się przygnebiające: parterowa zabudowa, przaśne budynki z wystającymi elementami zbrojenia na dachach, bardziej to wszystko przypominało ruinę niż skończone budowle.

Nazca żyje z turystów i lotów awionetkami nad płaskowyżem. Z wyprzedzeniem wykupiłem nam taki 30minutowy przelot. Za radą Brana – naszego przewodnika i kierowcy – nie jedliśmy tego dnia śniadania (prócz dwóch małych suchych bulek) a było to dość ważne, o czym przekonaliśmy się później lecąc naszą awionetką i podziwiając jedną panią, która uzewnętrzniała się bite pól godziny i rzygala jak kot prezentując wszystkim współpasażerom całą zawartość swojego żołądka. Miałem wrażenie, że linia obsługująca nasz lot zrobiła to specjalnie i wyposażyła pasażerów w bardzo przezroczyste woreczki. Unoszący się fetor wymiocin nie był wstanie jednak odwrócić naszej uwagi od głównej atrakcji tego miejsca, czyli kilkunastu tajemniczych rysunków geoglifów przedstawiających zwierzęce, roślinne i geometryczne kształty, których w rzeczywistości na całym obszarze płaskowyżu są tam setki. W dzieciństwie zaczytywałem się w książkach von Daenikena, teraz mieszkam w Szwajcarii skąd pochodzi autor – czułem, więc dziwną bliskość z tym miejscem.
W samym Nazca niewiele jest robienia. W jednej z lokalnych jadłodajni zjedliśmy obowiązkowo kurczaka, popijając go Cusquenią i spotkaliśmy podróżujących Polaków. Dla Peruwiańczyków kurczaki to główne źródło pożywienia, oprócz świnek morskich rzecz jasna.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Lima – Caral

Na Plaza de Armas, głównym placu w Limie znajduje się pocztówkowa La Catedral de Lima z sarkofagiem Francisca Pizzary w środku. Sam plac jest piękny, otoczony z obu stron żółtymi kamienicami, pięknymi drewnianymi, ciemnymi wykuszami i obowiązkową fontanną w środku. Chodząc po okolicznych krętych uliczkach doszliśmy do kościoła i zakonu św. Franciszka. Piękny budynek, począwszy od katakumb wypełnionych szkieletami poprzez wspaniały dziedziniec z rzeźbionym, drewnianym sufitem i ścianami misternie wyłożonymi maleńkimi kafelkami. Pośrodku patio i kilka fontann. Największe wrażenie zrobiła biblioteka ze starymi woluminami jakby żywcem wyjęta z filmu „Imię Róży” i postawny pan opiekujący się salą ze świdrującym i przeszywającym na wylot spojrzeniem.
Rankiem wyruszyliśmy do Caral olbrzymiego stanowiska archeologicznego na pustyni w Dolinie Supe, w prowincji Barranca. Miejsce to jest najstarszym znanym ośrodkiem miejskim na Półkuli Zachodniej i największym w rejonie Andów. Na obszarze 66 hektarów zamieszkiwało tam ponad 3000 ludzi. Piramidy budowane w Caral powstawały w tym samym okresie, co egipska Wielka Piramida Cheopsa. W przeciwieństwie do wielu innych stanowisk archeologicznych w Andach, w Caral nie odnaleziono żadnych śladów wojen, zniszczeń bitewnych, broni ani szczątków ofiar. Odnaleziono natomiast siedziska z kości wielorybów, muszle morskie, włókna kaktusa, owoce z dżungli i instrumenty muzyczne, co wskazuje na to, iż miasto było pokojowym ośrodkiem handlu.
Miejsce dopiero niedawno otwarto dla zwiedzających, ale za kilka lat ma szanse stać się ważnym punktem na turystycznej mapie Peru a ja będę mógł śmiało stwierdzić – już tam byłem. Dzięki sprytowi i doświadczeniu naszych przewodników dotarliśmy tam drogą na skróty przez…prywatną kurzą fermę oszczędzając nam ok. 2 godzin podróży.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Lima

Nabraliśmy ciuchów jak na zimę a tymczasem pogoda nas rozpieszcza. Wieczorami chłodno, mgliście i wilgotno, ale w dzień przyjemnie świeci słonce, temperatura ponad 25 stopni, niska wilgotność i przyjemny wiatr, nie smaruje się żadnym kremem i zaraz po pierwszym dniu widzę tego efekty w postaci czerwonego karku, czoła i czubka głowy.

Może to banalne, ale hotelowe śniadania stały się jedną z najbardziej ulubionych i zawsze wyczekiwanych atrakcji każdego poranka a to za sprawą: warzyw i owoców… Tutejsze mają naturalny smak, który pamiętam z dzieciństwa: rzodkiewka piecze, pomidor jest słodko kwaśny, truskawki są słodkie a nie kwaśne.
Ziemniaki i kukurydza dostępne są w kilkuset różnych odmianach i maja różne kolory.
Ceviche w wykonaniu peruwiańskim jest genialne. Owoce morza podane na liściu sałaty, pokryte czerwoną cebulą, kolendrą i papryką chili i skropione sosem cytrynowym a świeże trucha (pstrągi) hmm po prostu palce lizać.
Obszedłem się smakiem a koniecznie chciałem spróbować świnki morskiej z rusztu. Podobno smakuje jak pieczony kurczak a wygląda jak sprasowana świnka morska. Pieką ją razem z głową i pazurami, więc widok na talerzu nie jest zbyt zachęcający i pewnie śniłby mi się po nocach.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

pierwsze wrażenia

Po długim, trwającym 12 godzin locie z Frankfurtu wylądowaliśmy szczęśliwie na lotnisku stolicy Kolumbii – Bogocie. Mało spaliśmy, zajmując się głównie oglądaniem filmów i starych odcinków seriali.. Dość sprawnie przeszaleliśmy przez bramki kontrolne, potem prosto do Avianca Lounge, bo na samolot do Limy musieliśmy czekać następne 3 godzony. Malo, kto mówi tutaj po angielsku, trudno mi się porozumieć bez znajomości hiszpańskiego, w sytuacjach podbramkowych ratuje mnie znajomość włoskiego albo szczery uśmiech i tylko wtedy jakoś się dogadujemy. W Bogocie dżdży, ale jest ciepło. Dookoła pełno sexy kruczowłosych macho aż mi krew buzuje.
Lima w nocy wygląda przaśnie pusto i nijako. Jak zwykle po przylocie mamy przejścia z taksówkarzami – ich zachowanie to już norma wpisana w funkcjonowanie większości lotnisk w każdym większym mieście, podobnie jak chęć orżnięcia turystów. Zaczepiali nas zaraz po wyjściu z hali przylotów oferując niby promocyjne ceny z kosmosu, na szczęście szofer zamówiony z hotelu już na nas czekał – miło jest zobaczyć swoje nazwisko na tabliczce przylatując do obcego kraju. Lima nocą: miasto wielu kontrastów, brzydoty i piękna, biedy i bogactwa. Na ulicach widać policje i radiowozy, co wzbudza atmosferę bezpieczeństwa. Miraflores położone jest na wysokiej skarpie, pięknie zadbane, trawniki, place zabaw, fontanny, kamienne posagi. Do tego wysokie, nowoczesne apartamentowce. Wzdłuż głównych ulic markowe sklepy i restauracje. Ale peryferie miasta wyglądają zgoła inaczej. Brudne, chaotyczne dzielnice fabryczne pokryte smogiem. Wszystko zdaje się brudno betonowe, choć nie widać bezdomnych..

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

ostatni raz nim znikne

W pracy zaczęło się dziać, codziennie zostawałem do późna, próbując uporać się ze wszystkim i jakoś ogarnąć bezmiar rzeczy do zrobienia na wczoraj. Dobry humor zniknął bezpowrotnie i żeby nie warczeć na innych po prostu robiłem swoje ignorując zaczepki, telefony albo maile, które wydawały mi się nieistotne.
Jeszcze wczoraj rano siedziałem i klepałem w klawiaturę wysyłając ostatnie maile, wziąłem udział w 2 telekonferencjach, po czym spakowałem się wielka torbę i pojechałem do Zurichu, odebrać brata z lotniska. Nim wyszedłem z biura wyczyściłem biurko, schowałem albo pozbyłem się wszystkich przedmiotów i dokumentów, które świadczyłyby o mojej obecności w tym miejscu, zostawiałem bardzo lakoniczna wiadomość na autoresponderze i zniknąłem nie mówiąc nikomu na ile.
Poczucie odpowiedzialności i pracoholizm jednak o sobie przypomniały, bo nawet zamknięty w metalowej skrzynce, wyposażonej w wifi, na wysokości 10 km w drodze do Bogoty, wciąż pracowałem, raz po raz spoglądając ze zdziwieniem na mojego brat, który bardzo zrelaksowany pochłaniał chyba nasty posiłek tego dnia i moim zdaniem – nim dolecimy do Limy powinno go zemdlić. Matko, jaki on ma spust – wydaje się, że lepiej go ubierać niż karmić. Wieczorem zjadł kolacje, rano śniadanie w hotelu, drugie śniadanie na lotnisku w Zurychu, posiłek w samolocie do Frankfurtu, posiłek w lounge’u we Frankfurcie, 3 daniowy obiad w samolocie i kolacje, kolacje w Bogocie i posiłek w samolocie w drodze do Limy, ale nie żebym mu żałował…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

daltonista

Nie było mnie w domu tylko przez 2 dni a M. od razu połamał kibel tzn. deskę od sedesu.
Akurat w łamaniu, darciu, przypalaniu, burzeniu, rozchlapywaniu, plamieniu, rozlewaniu, rozbijaniu zwykle to ja wiodę palmę pierwszeństwa, więc szczerze ucieszyłem się, że wreszcie to nie ja coś zniszczyłem w naszym domu…
M. obiecał kupić nową.
Wracam do domu, wchodzę do łazienki a tam jak po oczach mi nie da czerwona deska…
Pytam się: – Nie było innych w bardziej stonowanych kolorach niż jebitny czerwony?
M patrzy na mnie z politowaniem w oczach, poklepuje mnie po ramieniu: – To nie czerwony amore, to rosso Valentino!

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz