Matuszka Rasija

Przy kontroli paszportowej wepchnięto nam poza kolejką parę młodych Rosjan. Krótkie ukradkowe spojrzenie na same tylko ich buty i ubrania – kosztowały więcej niż moja miesięczna pensja.
Welcome to Russia.

Rosyjska dusza ponoć nie zna umiaru. Fantazja Rosjan zawsze była imponująca, wbrew wszelkiej logice i naturze: zawracanie biegu rzeki, ścinanie góry przez pół, podróże w kosmos, zawsze spektakularne wybryki. Dla jednych fenomen nieujarzmionej wyobraźn,i dla innych brak ogłady i smaku…i trudno stwierdzić, kto ma racje, czy to kwestia mentalności, czy liczby zer na koncie. Właśnie chyba owa zabawa jest najbardziej drażniącym inne narody elementem rosyjskiej wystawności.
Spotykając się często z ludźmi branży hotelarskiej nasłuchałem się niesamowitych historii o rosyjskich gościach. Dobrze pamiętam też nasz szalony weekendowy wyjazd do Dubaju z K. pieszczotliwie zwaną Miss Syberii, picie szampana w pociągu do Zurychu i jej głośny komentarz, który wywołał poruszenie wśród współpasażerów – skoro inni mogą pić śmierdzące na cały przedział tanie piwo z puszki to ona może markowego szampana…

Wbrew wszelkim ocenom przypisywanym Nowym Rosjanom, którzy bez opamiętania dają upust swoim fantazjom wydając bajońskie sumy na snobistyczne zachcianki, czy też niepojęte w głupocie rozrywki, fenomen niepohamowanej rozrzutności jest typowy dla parweniuszy ze wszystkich stron świata. Brak dystansu, skromności wobec posiadanej fortuny, łatwo przybiera postać uderzającej do głowy wody sodowej i jak dla mnie świadczy tylko o słabej osobowości, a nie mentalności typowej dla całego narodu. Czytałem że tylko w Londynie Rosjanie czują się wyjątkowo dobrze. Nikt ich nie strofuje za luksus, nie oskarża o kanty i cwaniactwo, są bezpieczni a nawet szanowani, ale gdzie indziej, np. w Szwajcarii, jest znacznie gorzej. Rosyjscy bogacze są tu przyrównywani do arabskich szejków z lat 80., krytykowani za zachłanną konsumpcję i rzekomy brak kultury w korzystaniu z dobrodziejstw zachodniej cywilizacji.

Obraz zakorkowanego miasta pełnego jednakowo brudnych, zabłoconych acz bardzo luksusowych aut przypomniał mi zapamiętane obrazy stolicy ze Bułgarii. Jak to możliwe że Rosjan stać na drogie markowe SUVy, ale nie pomyślą żeby podjechać z nimi do myjni?

Najbardziej widać jednak biedę – w pstrokatych i dziwnych konstrukcjach blokowisk, w odrapanych zdemolowanych budynkach i krzywych balkonach, w szarych ulicach, szarych balkonach, starych, brudnych, szarych autobusach i ludzie też jakby szarych – aż smutno patrzeć na zwykłych przechodniów. Trzeba niewyobrażalnej siły i wytrzymałości by umieć żyć w tym kraju.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

tourné ciąg dalszy

Wprost ze stolicy poleciałem do domu, na spotkanie z dentystą, który dał mi nadzieje, że po kilku miesiącach noszenia upokarzających gumek zbliżamy się do punktu kulminacyjnego, kiedy będę mógł pozbyć się swojej biżuterii. Choć przestałem zwracać na nią uwagę, to po cichu liczę dni, kiedy nastąpi definitywny koniec noszenia tego ustrojstwa.
Spotkałem się z P – dziwką i złodziejem, na widok, którego serce mi zmiękło a co inne stwardniało… Po tym jak okazało się, że rok temu zderzył się z autobusem, leżał kilka dni w śpiączce, zrobili mu trepanacje czaszki przestałem być na niego bardzo zły, a po naszym spotkaniu odniosłem wrażenie, że rozmawiałem z kimś innym a cała historia czegoś go nauczyła. Pół wieczoru przesiedzieliśmy w Papa Barze gdzie zauważyłem, że wyraźnie łypie do nas jeden barman… Choć wpadłem tam nazajutrz z ojcem w ramach mocno ograniczonej wersji ”Szlakami browarów wrocławskich” nie było mi dane nawiązać bliższej relacji ani umówić się z nim konkretniej. Nim nastąpi kolejna ku temu okazja nurtuje mnie pewien szczegół – gdzie umówić się z barmanem na randkę, przecież nie wezmę go na drinka…?

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

warszawka

Rano poleciałem do Warszawy. Dzień to nie był to może najlepszy, bo akurat przypadała rocznica jak z nieba spadla kaczka, na szczęście jadąc do Radissona a potem na Agrykole miasto nie wydawało się zbyt zakorkowane, choć w radiu trąbili o pochodach, zgromadzeniach, wiecach i innych manifestacjach.
Wyboru zbytniego nie miałem, akurat w tym samym dniu przypadały urodziny K. a tego odpuścić nie chciałem, zwłaszcza, że na urodzinową kolację wybraliśmy Atelier Amaro – pierwszą w Polsce restaurację uhonorowaną gwiazdką Michelina. Tak naprawdę był też i inny powód mojego powrotu do stolicy (w weekend byłem odwiedzić P. i E. spodziewających się niebawem pierwszego potomka), ale o tym pisać nie chcę, bo po co…skoro uwieczniłem wszystko na filmie…

Wyczytałem gdzieś, że Polacy generalnie nie jadają poza domem, że prawie połowa robi to rzadko albo nigdy – i albo ich nie stać a jeśli nawet, to obiad w restauracji oznacza pizzę, hamburgera, kebab, zapiekanke albo żurek – niestety.
Michelin często oskarżany jest o wspieranie luksusu i słusznie. Z drugiej strony gwiazdka to swego rodzaju dowód uznania dla rozwoju ekonomicznego kraju. Elitarne, gwiazdkowe restauracje są głównie w krajach na tyle zamożnych, by mieć klientów na podobnego rodzaju rozrywkę.
Podaje się tu tzw. menu degustacyjne. W Amaro trzydaniowe kosztuje 150 zł od osoby, pięciodaniowe – 250 zł, a ośmiodaniowe 300 zł. Kolacja dla dwóch osób z winem to ok. 1000zł, ale aby tu zjeść, trzeba czekać na stolik kilka tygodni. Gotowanie, żeby kogoś nakarmić, bo jest głodny, to coś zupełnie innego niż prawdziwa sztuka kulinarna. Jedna osoba lubi teatr, inna drogie perfumy, inna podróże a ktoś wizytę w dobrej restauracji…
Typowe danie: borowik, trawa żubrowa, trufla albo sarna, szałwia, musztard. Na przykład: grzyby, grasica, mech to zupa z leśnych grzybów z grasicą, kwiatem nasturcji, owocami aronii i esencją mchu leśnego.
Atelier Amaro to w naszym kraju na pewno nowy, restauracyjny sufit. Niby zwyczajna restauracja a wygląda zupełnie inaczej i podaje też zupełnie odmienne rzeczy, których nie można zobaczyć choćby w programie wulgarnej pani Gessler.
Właściciel tworzy nowoczesne potrawy, które nie istniały dotąd w polskiej kuchni, kreuje naszą kuchnie od zera, z dostępnych produktów, edukuje ludzi, co jeść i pokazuje alternatywę dla kebaba i frytek.
Można zarzucić mu, że porusza się w abstrakcji, bo kogo stać wydać paręset złotych na obiad…

Poraz kolejny jestem wdzięczny losowi, że mogłem sobie na ten zbytek pozwolić…

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

nareszcie wiosna

Odkąd podpisaliśmy nowy kontrakt z LH minęło pól roku, dlatego łącząc przyjemne z pożytecznym poleciałem na jeden dzień do Berlina, przejrzeć się wynikom i podumać trochę nad cyferkami i tabelkami oraz zastanowić się, co zrobić żeby było jeszcze lepiej.
S. ostatnim razem odwiedziła mnie w Bernie i zabrałem ją wtedy na kolację – ucztę do restauracji M. i tak ja tam ugościłem, że nie dość, że wyściskała i wycałowała mnie jak babcia wnuczka, to wróciła do Niemiec cała rozpromieniona i w skowronkach zarzekając się, że następnym razem to ona postara się specjalnie zadbać o mnie w Berlinie. Obiecała i słowa dotrzymała. Spotkaliśmy się najpierw przy kawie w hotelu Esplanade skąd pojechaliśmy do KWD na ostrygi i wino. Dzięki M. polubiłem owoce morza, ale ostrygi kojarzą mi się z obślizgłymi glutami w muszelkach, które spływają do gardła bez konieczności dokładnego ich przegryzienia, stąd do końca nie wiedziałem jak sobie z nimi poradzę i czy organizm czasem ich nie odrzuci. Zupełnie niepotrzebnie – ostrygi pierwszej świeżości spałaszowałem wszystkie i jeszcze poprosiłem o dokładkę tak mi zasmakowały.
Odkąd poznałem S. – dobrą starszą Niemkę urodzoną w Stanach – oboje bardzo przypadliśmy sobie do gustu. Bez względu na kraj, który odwiedzam zauważyłem, że ja w ogóle podobam się starszym paniom…

Zostałem na noc w Grand Esplanade w wielkim penthousie z jeszcze większym tarasem gdzie mogłem pracować i jednoczenie wylegiwać się chwytając pierwsze słoneczne dni wiosny, w niczym niezmąconym spokoju, zrelaksowany odpowiadać na maile i uczestniczyć w telekonferencjach.
c.d.n.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Raj za kasę, ale jak dla mnie to piekło

W Polsce deficyt słońca, z okazji Wielkanocy dzieci lepią śniegowe zające a niektórzy wyjeżdżają w góry na narty, bo dokoła panują iście narciarskie warunki. I dobrze, że nie pojechałem do domu w te święta, pewnie utknąłbym w drodze, na którymś z zasypanych śniegiem lotnisk i stracił cały świąteczny dobry humor koczując na zatłoczonym terminalu wśród podobnych sobie ofiar, zamiast mniej lub bardziej cieszyć się atmosferą przebywania w tym czasie z rodziną. W czasie gdy oni wsuwali żurki, mazurki i inne pisanki oboje z K pałaszowaliśmy głównie owoce morza aż trzęsły się nam uszy wlewając pry tym w siebie mnóstwo czerwonego wina i przy okazji prażąc się w ciepłym słońcu na Waterfront.
W RPA ciepło, w Kapsztadzie ponad 20 stopni, choć w dniu naszego przyjazdu padało. Pierwsze wrażenie to brak krzykliwych kolorowych reklam, niesamowite pustki na ulicach, wieczorami trudno zobaczyć kogoś przechadzającego się po Cape Town chyba, że komuś życie niemiłe. 3 dni wystarczyły, by to miasto odczarowało się dla mnie zupełnie, nie rozumiem fascynacji tym miejscem. Na co mi piękny i okazały dom czy apartament z widokiem na ocean, jeśli wokół domu stawiam olbrzymi mur i szpikuje go alarmami, kamerami i drutami kolczastymi – dobrowolnie daje zamknąć się w getcie. Widoki i pejzaże dokoła rzeczywiście piękne, olbrzymie, piaszczyste wydmy w zależności od pory dnia mieniące się rożnymi odcieniami, ale co z tego, jeśli wieczorne spacery po plaży nie należą do zwyczajów wśród lokalnych mieszkańców ze względu na wysoką przestępczość. Oprócz samego zagrożenia ze strony innego homo sapiens mieszkańcom grożą dodatkowo dzikie zwierzęta, które chętnie nawiedzają domy siejąc przy tym dewastacje i spustoszenie.

Spaliśmy w Westinie w pobliżu CTICC skąd dogodnym hotelowym busem dojeżdżaliśmy do Waterfront i jego atrakcji.
Prace w usługach wykonują Czarni tzn. Afroamerykanie. Przyzwyczajony do europejskiego standardu usług drażnił mnie afrykański luz, który posiada niejednoznaczne określenia na wykonanie czegoś w bliżej nieokreślonym czasie “zaraz”.

Kapsztad wydał się pełen gejów. Podczas śniadań liczyliśmy tylko wchodzące pary i zwykle dochodziliśmy do 8-10 nie licząc rzeszy wymuskanych stewardów z Lufthansy, mającej podpisaną umowę z tym hotelem, ale najbardziej było to widać w jacuzzi na 19 piętrze. Z basenu korzystaliśmy regularnie i podczas każdej naszej wizyty w bąbelkach maczaliśmy się my i co najmniej 2 inne homo pary, które beztrosko miziały się nad jak i pewnie pod spienioną wodą. Samantha z Sex and the City powiedziałaby: co za pierdolona Arka Noego – same pary.
K fantazjowała na temat dumnie przechadzających się obok niej smakowitych osobników płci męskiej, po czym ja zdawałem jej szczegółową relacje z dodatkowych oględzin przeprowadzanych ukradkiem w męskiej szatni, do której ze zrozumiałych powodów miała ograniczony dostęp. Czułem się jak napalony nastolatek podglądając innych i zaspakajając ciekawość czy uchodzący za macho samczyk ma wciąż tę samą pewność siebie gdy stoi już bez spodenek.

Odwiedziliśmy Cape Point i Przylądek Dobrej Nadziei uwieczniając obie chwile na zdjęciach. Wiało niesamowicie, że trudno było utrzymać aparat i równowagę. Byłem świadkiem jak kilka osób przewróciło się pod naporem silniejszego podmuchu. Niestety nie udało nam się wjechać na Górę Stołową – z powodu złych warunków atmosferycznych nieczynna była kolejka.
Odwiedziliśmy Stellenbosch położone 50km od Kapsztadu a produkty lokalnych winiarni mocno przypadły nam do gustu.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Zupełnie inne święta

Strachu się najadłem, najbardziej poddenerwowany byłem w środę, obudziłem się bardzo wcześnie rano, w nocy w ogóle mało spałem, poszedłem do biura, rozdrażniony, z niecierpliwości nie mogłem ani wysiedzieć za biurkiem, ani nad niczym się skupić, niepewność i wyobraźnia dawały mi tak do wiwatu, że od rana pękała mi z bólu głowa a w ustach czułem drażniącą suchość. Byle dotrwać do 11 i mieć do za sobą. Dobrze mi to w konsekwencji zrobiło, głupią torbę może całe to doświadczenie czegoś nauczyło…
Tak, znowu mi się upiekło… R. miał mniej szczęścia ode mnie, o czym zakomunikował mi w czwartek smsowo, kiedy byłem już we Wrocławiu i siedziałem u chłopaków na barze w hotelu popijając jakby nigdy nic kolejne whiskey sour … Nie chciałbym być na jego miejscu.

Wróciła zima, szaruga, plucha i mróz, co noc temperatura spada poniżej zera a rano prószy śnieg, czasami siorbie deszcz a czasem i jedno i drugie. W Warszawie było gorzej niż w Szwajcarii.
Na kilka dni wyrwałem się w delegacje do Stambułu gdzie od paru tygodni mają już prawdziwą wiosnę a słońce sprawia, że człowiek od razu inaczej funkcjonuje i dostaje niesamowitego ‘powera’ do pracy. Choć głównie stałem w korkach próbując dostać się z jednej części miasta na drugą to rozpierała mnie radość i satysfakcja, że znowu jestem w Turcji. Moi tureccy koledzy zajęli się mną troskliwie, zaakceptowali wszystkie moje propozycje i uwagi a na koniec nieoczekiwanie wycałowali mnie życząc szczęśliwego powrotu do domu. I jak tu ich nie lubić…

Nietypowa w tym roku będzie Wielkanoc – śnieżna, wietrzna i szaro bura. Święta też będą inne, bo nie spędzę ich ani z rodziną ani z M. Zamiast siedzieć za stołem, wcinać żurek, jajka i białą kiełbasę a potem bezmyślnie przerzucać kanały w telewizorze próbując zagłuszyć smęcenia matki i babki przekonałem koleżankę na spędzenie tych kilku dni z dala od świątecznej rutyny. Wyglądając codziennie przez okno z łatwością przekonuje się jak dobry był to pomysł uciec gdzieś gdzie jest teraz ciepło…

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz

Wroclaw – Rzym – Walencja: o pracy i byciu dobrym

Powrót do biura może nie był traumatyczny, spodziewałem się najgorszego a zawalony zostałem jedynie mailami i sprawami, które jakby czekały na mój powrót – spiąłem się i w ciągu 2 tygodni udało mi się wrócić na prostą bez bólu cierpienia, łez, nieprzespanych nocy czy długiego przesiadywania w biurze. Moja prawie 2 miesięczna nieobecność popieściła moje ego, bo okazałem się niezastąpiony, a wielu kolegów z biura witało mnie słowami „nareszcie jesteś”. Trudny okres pokazał jak niestabilnie działa mój dział i jak niekompetentna jest moja szefowa, przez cały okres nie odpisywała na maile, czasem tylko przesyłała je dalej nie robiąc sobie za nic, od kogo przychodziły albo, czego dotyczyły. Jej strategią był tumiwisizm i czekanie na mój powrót.
Właśnie minął 6. rok mojej pracy w tej firmie, po raz kolejny przeszedłem przez proces ewaluacji, która zakończył się bardzo pomyślnie nie tylko w wymiarze satysfakcji osobistej, ale i finansowej, gdy ujrzałem 5 cyfrową premię, która wpłynęła na moje konto. Świętowanie sukcesów w pojedynkę jest smutne, dlatego zaprosiłem M. na kolację, podczas której sprzedałem mu plan wspólnego wyjazdu do Ameryki Południowej.

Zastanawiam się, co dalej zawodowo. Pracę mam dobrą, ale chciałbym robić coś więcej, ostatnie o czym marzę to by po 10 latach odejść z firmy i wciąż być na tym samym stanowisku. Kto będzie chciał przyjąć kolesia, który przez 10 lat przesiąkł kulturą organizacyjną jednego pracodawcy? Ostatnio znalazłem dwie ciekawe oferty pracy, jedną z banku drugą z organizacji międzynarodowej z siedziba w Rzymie i tknęło mnie, żeby spróbować rekrutacji.

Odkąd A. w dziwnych, jeśli nie banalnych okolicznościach zostawił chłopak widzę jak rozpaczliwie potrzebuje towarzystwa. Nie jest to jeszcze desperacja, ale dostrzegam jak bardzo źle znosi rolę niczyjej i jak bardzo doskwiera jej życie samej. Walentynki spędziłem we Wrocławiu, dlatego ten wieczór zarezerwowany był dla niej. Po mimo kryzysu, o którym tyle się niby wkoło mówi restauracje na wrocławskim rynku pękały w szwach od natłoku gości, trudno było znaleźć wolne miejsce w którymś z popularnych miejsc, ale chłopaki w Akropolis mnie nie zawiedli i zaoferowali nam stolik, gdy tylko stanęliśmy w progu restauracji. Usłyszałem kiedyś, że ten mój przywilej to głownie zasługa moich napiwków i chyba to prawda. Wcześniej zaprosiłem A na szampana do Sofitela gdzie znowu musiałem słuchać jej opowieści o taksówkarzach, którzy wioząc ją do mnie do hotelu myślą, że mają do czynienia z panienką do towarzystwa. Barman zabawiał nas najpierw rozmową raz po raz polewając szybko działających bąbelków, by potem nieoczekiwanie przyłączyć się do wspólnego biesiadowania a na koniec wylądować w moim pokoju hotelowym i to bez ubrania z twarzą między nogami… Czyń dobro a dobro do ciebie wróci. Nie wiem ile razy zapaliła mi się tego wieczoru w głowie wielka czerwona lampa z napisem ja pierdole, ale ignorowałem te ostrzeżenia ciekawy, jak rozwinie się sytuacja. Skutki można było przewidzieć a kaca moralniaka mam do dziś. Głupi jestem: niby zdaje sobie sprawę z konsekwencji swoich decyzji i potrafię wyczuć, gdy sytuacja wymyka się spod kontroli, i tak pakuję się w tak absurdalne sytuacje jak jakiś nabuzowany hormonami nastolatek. Ironia losu, że nawet nie było warto, bo ideał okazał się bardzo zwykły i pospolity…

Kolacja z M&M w Przystani była jednym w tych na zawsze zapamiętanych wieczorów, gdzie mogliśmy frywolnie poruszać dowolne obszary życia seksualnego i małżeńskiego.

Podróżowanie wciąż mi się nie znudziło, wręcz przeciwnie czuję jeszcze większą potrzebę poznawania nowych miejsc do tego stopnia, że weekend spędzony w domu to dla mnie męka i weekend stracony. Nie wiem jak długo będzie trwał ten mój zachwyt i chęć wyrwania się z domu, bo ostatnio rozmawialiśmy z M o kupnie mieszkania. Niedaleko nas powstają piękne apartamentowce i pierwszy raz na widok budowy pomyślałem, że miło by było w nich zamieszkać. Z drugiej strony mam myśli, że ten pomysł musi jednak jeszcze poczekać, dojrzeć, gdy skończę z 40 lat i dopiero wtedy będę bardziej poważniej się nad tym zastanawiał.
Jeśli chodzi o rzucanie pomysłami M wydaje się nie znać umiaru, z łatwością przychodzi mu kupowanie rzeczy i wydawanie pieniędzy. Jego ostatnim genialnym pomysłem jest chęć otworzenia herbaciarni. Zanim zdążyłem się zorientować wykupił sobie kurs dla degustatorów herbat w Rzymie, po czym przyszedł do mnie szukając taniego biletu i noclegu. M byle gdzie spać nie może, dlatego polecieliśmy tam na weekend razem. Podczas gdy on zgłębiam tajniki parzenia herbaty ja pielęgnowałem włoskie dolce far niente szwendając się bez celu. W Rzymie było dużo ładniej i cieplej niż w Szwajcarii, dlatego korzystałem z dobrodziejstwa pieknej pogody ile się i całą sobotę spędziłem pomiędzy woskami uliczkami Wiecznego Miasta. Odwiedziłem kilka sklepów, zjadłem włoskie gelato i tyle. W planie wieczorem była wspólna kolacja, ale M późno skończył zajęcia, (o czym zapomniał mnie poinformować) a ja stałem i czekałem jak palant pod Panteonem aż zjawi się mój Romeo. Zadzwonił prawie godzinę później i szczerze miałem ochotę mu wykrzyczeć, co o nim myślę. Powstrzymałem się z trudem, wziąłem głęboki oddech i zabrałem na do Teatro Brancaccio wcześniej przypadkiem odkrywając przytulną restaurację na rogu ulicy. Kolorowo jaskrawe stroje, znane piosenki, przepych bogatych dekoracji, opaleni i ładnie zbudowani aktorzy – oglądaliśmy to przedstawienie z wypiekami na twarzy, co najmniej jakbyśmy oglądali przedstawienie na Broadwayu.

Kolejny przystanek Walencja. Mocne hiszpańskie słońce palmy i niebieskie niebo od razu lepiej się poczuliśmy. Gdyby tylko nie syf na ulicach, papiery i walające się puszki po piwie, które mąciły piękne widoki i nasz zachwyt. Jedyne wady to mnogość i rozmaitość straganów z tandetą i sami Hiszpanie – mali, przaśni, zarośnięci, sprawiający wrażenie nieodmytych śmierdzących papierosami i piwskiem, głośni i wiecznie drący mordy.
Pogoda, morze, miasto – bajka. Fontanna na każdym rogu, które w sezonie schładzają rozgrzane turystyczne dusze, będąc przy okazji idealnym tłem do zrobienia pamiątkowych zdjęć. Palmy dają poczucie egzotyki, hiszpański język sepleniący – sprawił, że czuliśmy się jak podczas podróży w nieznane.

Niespodziewanie odezwał się R z niepokojącą informacją. Nie mogłem spać po przeczytaniu jego maila, choć z drugiej strony powinienem być na to zawsze przygotowanym, w końcu konsekwencje stylu życia wcześniej czy później dopadają każdego. W środę mam nadzieję dowiedzieć się więcej. Dziwne uczucie, ale bez względu na wynik czuje się że wszystko mi właściwie obojętne.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Przeglądając się w … brudnej kałuży

Przysłuchuje się czasem młodzieży i załamuje ręce. Są młodzi, po studiach, znają języki, mają aspiracje, marzenia szukają tzw. dobrej pracy, której nie będą się wstydzić będą trzepać kasę, która pozwoli im kupić mieszkanie, auto, chodzić na imprezy, dobrze się ubrać, dobrze wyglądać, wyjeżdżać na egzotyczne wakacje i pochwalić przed znajomymi.
Przerażające, ale większość myśli tak samo jak pokolenie poprzedniej dekady: skończę dwa fakultety a potem jakoś się ułoży, nic że nietrafione kierunki studiów, znajomość języków tylko na papierze, brak jasnego pomysłu na samodzielne życie, infantylne powielanie nieistniejących wzorców poprzez zakupy na kredyt, ciągle jedzenie na mieście, drogie wyjazdy, bo znajoma tam była.
Młodzi jak gąbką chłonną papkę serwującą im programy telewizyjne albo inne celebryckie seriale, które niewiele wspólnego maja ze zwykłym życiem a nakręcają w młodych typowy wyścig szczurów. Śmieszne to zarazem i smutne, gdy dołują się, oglądając, jak mieszkają młodzi bohaterowie seriali telewizyjnych – wielkie sofy, krzesła w stylu glamour, wypasione tarasy i sushi na lunch a u nich w domu boazeria, cerata na stole, spanie na materacu i parowki na obiad.
Fakt faktem, wielu po studiach ma za duże mniemanie o sobie i wygórowane wyobrażenie o zarobkach, oprócz mocnych papierów nie mają praktyki, a i żadna uczelnia nie przygotowuje do pracy.
Nadal mamy pokolenie młodych ludzi nastawionych do życia roszczeniowo. Lans, bywanie w towarzystwach, modne buty oraz kosmetyki to wszystko, na czym im zależy. Na szczęście na pewno nie wszyscy są tacy.

Siedzi w swoim wielkim apartamencie na ostatnim piętrze luksusowego hotelu czekając na młodziaka, który wpadnie, skoczyć na zupełne dno – dorobić sobie do tego wyśnionego życia w stylu glamour.
Takich randek może mieć wiele, najczęściej z młodziakami, ale tez rówieśnikami, którzy czują się przy nim gorsi, bo nie dorównują mu finansowo, świnki same się nakręcają, że koniecznie muszą mu czymś zaimponować.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

San Francisco – koniec urlopu

Dwa dni w domu, rozpakowywanie, pranie, zakupy, wizyta gości – szybki i bezlitosny powrót do szarej rzeczywistości spotęgowany nagły nawrotem zimy, mrozu i śniegu. Jeszcze tydzień wolnego, jeszcze tydzień laby i całkowitego oddawania się przyjemnościom, wisienka na torcie – San Francisco. Choć był to bardzo krótki pobyt, przywołał mnóstwo dawnych, zakurzonych wspomnień. Cable carem jak dawniej, pojechałem zobaczyć dobrze znane mi miejsca i zakamarki w Nob Hill, budynek, w którym pracowałem, licząc że może przypadkiem spotkam wychodzącą z niego Inge, co byłoby niedorzeczne, bo gdyby tak było, miałaby dziś ze 100 lat, Huntington Park ulubione miejsce w czasie przerwy na lunch. Pojechałem do Castro, które podupada i z każdą następną wizytą jakby brzydnie, głównie za sprawą podupadających budynków, sklepów, psich kup na chodnikach, walających się śmieci i całej masy bezdomnych z problemem, których mierzy się kolejny burmistrz miasta Edwin Lee. Nawet mieszkańcy tej dzielnicy jakby zbrzydli, tych, których stać wyprowadzili się poza gejowskie getto, nikt nie chce już tutaj mieszkać.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Odcinek dwusty – Bangkok – Kuala Lumpur

Sam nie wiem, czego właściwie się spodziewałem, ale stolica Tajlandii w ogóle nie zrobiła na mnie wrażenia, wręcz przeciwnie wydała mi się bezpłciowa, przaśna i bardzo nijaka. Zupełnie nie rozumiem całej tej fascynacji azjatycką stolicą…
Może to za sprawą długiego podróżowania po Azji i faktu, że wiele lokalnych obrazów po prostu nam spowszedniało. W Sheratonie dostaliśmy ładny pokój na wysokim piętrze z widokiem na Chao Phraye. Niesamowite, ale przez 5 dni pogoda nas nie rozpieszczała, niebo było pochmurne, czasem padało, czasem mżyło, choć temperatura nie spadała poniżej 25 kresek. Wykupiliśmy dwie włoskojęzyczne wycieczki i wreszcie mogłem zrobić sobie fajrant od bycia tłumaczem na usługach M.
Jedno popołudnie zaciągnąłem M do hotelowego spa gdzie przez bite kilka godzin mogliśmy pławić się w beznadziejnym luksusie i błogim relaksie oddając nasze ciała w sprawne ręce masażystek bez obaw, że któraś nas z blowdżobuje.
M. wyciągnął mnie na Chatuchak – największy pchli targ w Bangkoku. Chatuchak rozkręca się w weekendy, dojechaliśmy tam koło południa. Łaziliśmy w kółko ze trzy razy, pominąwszy pewnie z połowę stoisk, oglądając towary pochodzące z wielu miejsc w Tajlandii, ale według mnie wszystko rozbijało się tam o tandetę, kicz i egzotyczne zwierzęta. Potem M. zaginął w Siam i Paragon Center gdzie sprawdzał wytrzymałość swojej karty kredytowej. Dla siebie nie mogłem znaleźć prawie nic, bo tutejszy rozmiar L to nasze XS, jedynie w szwajcarskim Ballym znalazłem dla siebie mega wypasione buty i to na przecenie, za co M chodził naburmuszony, bo wykorzystał cały limit swojej karty gdzie indziej. Po 4 tygodniach non stop zajadania się azjatycką kuchnią zatęskniliśmy za domem i rodzimymi smakami. Gdy przypadkiem trafiliśmy na włoską restaurację wystarczyło jedno porozumiewawcze spojrzenie a po chwili zamawialiśmy nasze ulubione dania. Kuchnia azjatycka, choć cudowna, zdrowa i bogata nie zastąpi smaków mozarelli albo pesto.
Tajlandia pachnie jedzeniem, bardzo intensywnie, od momentu wyjścia z samolotu czuć unoszący się zapach potraw, tak jakby wszyscy wkoło gotowali… brakuje tylko kandyzowanych szczurzych ogonów.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz