Odcinek jedynasty – Siem Reap – Bangkok

Ruiny Angkor, w tym niesamowitej świątyni Angkor Wat, robią wrażenie nawet na najbardziej zatwardziałych w bojach podróżnikach. Przy tym mają w sobie coś mrocznego, coś, czego nie da się uchwycić ani opisać. Mroczne tajemnice minionych czasów czają się w zakamarkach. Ta Prohm samoczynnie kojarzy się ze sceneria gry Tomb Rider,
Odległości, słońce, brak stałego dostępu do napojów zrobiło swoje podczas jednego dnia w Angkor wypiłem chyba z 5 litrów wody i jeszcze więcej z siebie wypociłem. Nie znoszę dobrze upałów a tam było ekstremalnie, pot spływ mi po twarzy i dupie, mokre ślady są tego świadectwem, czuję się jakby non stop stał pod ciepłym prysznicem. Z oddali dostrzegam unoszący się balon i myślę sobie jak byłoby fajnie unieść się w górę, gdzie na pewno jest chłodniej.
M. wydaje się być to obojętne, bo śmiga lekko między stromymi, kamiennymi schodami i wspina się na szczyt każdej odwiedzanej świątyni pozostając przy tym suchy. Panuje nieprzyzwoity upał. Nie mam pojęcia ile jest stopni, ale jest tak gorąco, że aż obezwładnia. Nie chce się myśleć, nie mówiąc o mówieniu czy zwiedzaniu. Siem Ream to miasto, które stwarza wrażenie, pewnej takiej nieciekawości. Wydaje się, że wszystkie świątynie są takie same, wszędzie te same stoiska z jedzeniem, te same bary, tandeta – dopada mnie kryzys.
Popołudnie spędzamy na hotelowym basenie a wieczorem tuk tukiem udajemy się do dzielnicy Night Markets na kolacje i fish spa, którego M. wydaje się nie znosić…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Odcinek dzisiąty – Phnom Penh – Siem Reap

Z opóźnieniem, ale dotarliśmy do Phnom Penh. Nasza przewodniczka Sophie nie mogła się nas doczekać, od kilku godzin wyczekując nas w bezlitosnym upale. Podjechaliśmy na moment do hotelu vis a vis amerykańskiej ambasady i zjechaliśmy do lobby na szybki lunch. Byłem potwornie głodny a na statku serwowali podejrzanie ciepłe i klejąco-maziste kanapki, których nawet po mimo głodu nie miałem chciałem włożyć do ust. W restauracji hotelowej nie spieszyli się, ponad 45 minut zajęło im przygotowanie sałatki, którą musieliśmy wciągnąć w ciągu 3 minut, bo Sophie czekała na nas by zabrać nas na zwiedzanie miasta. Facet głodny to facet zły, dlatego gdy M zaczął mruczeć coś o opieszałości obsługi i chęci opuszczenia lokalu – wybuchłem, co oczyściło dość napiętą atmosferę.

Kambodża kojarzy mi się z wojną, przemocą, biedą, zacofaniem i korupcją.
W porównaniu ze stolicami sąsiednich państw: Bangkokiem, Singapurem czy Kuala Lumpur, Phnom Penh jest prowincjonalne. Gęsta siatka ulic, równoległych i prostopadłych. Zupełnie jak na Manhattanie. Nazewnictwo także przywodzi na myśl Nowy Jork – ulice są po prostu ponumerowane. Wystarczy podnieść jednak wzrok znad mapy, by zobaczyć, że na tym jakiekolwiek inne podobieństwa się kończą. W stolicy Kambodży budynki są niskie, a wiele ulic nie ma nawet asfaltu. Owszem, jest kilka szerokich arterii komunikacyjnych, wystarczy jednak zboczyć z głównej drogi, by zgubić się w gąszczu wąskich uliczek. Phnom Penh to także miasto jednośladów – skuterów i motocykli jest tu sto razy więcej niż samochodów

Na ulicach stolicy może nie widać biedy i zacofania, ale ze wojna skończyła się tutaj niedawno przypomniało nam Muzeum Ludobójstwa Tuol Sleng. Dawną szkołą średnią reżim Czerwonych Khmerów zamienił w niesławne Więzienie Bezpieczeństwa 21 i centrum przesłuchań. Kompleks 5 budynków pełnych krat i drutów kolczastych, które zachowały się w stanie, w jakim zostały porzucone przez Czerwonych Khmerów w 1979 roku. Polityka „Roku Zerowego” realizowana przez Czerwonych Khmerów doprowadziła do zamknięcia szkół, szpitali, fabryk, likwidacji pieniądza i banków, likwidacji własności prywatnej, delegalizacji religii. Ludność miejska została siłą wyrzucona na tereny wiejskie do tzw. kolektywnych gospodarstw rolnych, będących faktycznie obozami pracy przymusowej.
Kilkanaście pomieszczeń muzeum pokrytych od podłogi do sufitu czarno-białymi zdjęciami wielu z więźniów, którzy przeszli przez S-21. Inne pomieszczenia zawierają jedynie zardzewiałe ramy łóżek poniżej biało-czarnej fotografii przedstawiającej pomieszczenie w stanie, w jakim zostało znalezione przez Wietnamczyków. Na każdym zdjęciu przykute do łóżka, powykręcane ciało więźnia, zabitego przez uciekających oprawców na kilka godzin przed oswobodzeniem. W niektórych pomieszczeniach widać sztaby żelaza i inne narzędzia tortur. Znajdują się tam razem z obrazami byłego więźnia pokazującymi torturowanych ludzi. W więzieniu przebywało ok. 17 tys. ludzi zanim zostali zamordowani na „polach śmierci” i pogrzebani w masowych grobach. „Żołnierzami” Pol Pota byli kilkunastoletni chłopcy, odebrani wcześniej rodzicom, indoktrynowani politycznie, przyuczeni do zadawania cierpienia i mordowania i uzbrojeni… Co innego o tym wszystkim czytać a co innego oglądać to miejsce na własne oczy. Trudno było robić nam tam zdjęcia, w milczeniu zwiedzaliśmy to miejsce.

Z powodu niedawnej śmierci króla nie możemy wejść do Pałacu Królewskiego (w całym mieście wiszą jego portrety), pozwalają nam obejrzeć Srebrna Pagodę i ogrody królewskie. Białe budynki ze złotymi dachami pełne są rzeźbionych ozdób pełnych smoków, węży, słoni. Strzeliste kopuły wieńczą niemal każdy budynek w kompleksie pałacowym.

Wieczorem wychodzimy na spacer, ale w pobliżu nie ma nic ciekawego, krążymy bez celu raz po raz zatrzymywani przez kierowców tuk tuków oferujących nam swoje usługi. Całkiem przypadkiem trafiamy do koreańskiej restauracji serwującej typowy koreański grill. Jedyną opcją jest wybór pomiędzy trzema rodzajami mięsa – boczkiem, karkówką, wieprzowiną, nie było tam żadnego menu, na stoliku jest tylko naklejka z 3 pozycjami, po koreańsku i angielsku.
Koreańskie barbecue to cała ceremonia. Wszyscy goście siadają wokół niskiego stołu, na którym ustawiony jest swego rodzaju kompaktowy grill. Kelnerka przynosi dość cienko pokrojone kawałki surowego mięsa, ryb, owoców morza, a także przystawki, koreańską ostrą pastę z fermentowanej soi i oczywiście ryż. Wszystko piekielnie ostre, przyprawione papryczką chilli.
Absolutnie niezbędnymi składnikami, nadającymi daniu całego charakteru są liście sałaty. Gdy po raz pierwszy zostałam zaproszona na koreańskiego grilla w San Francisco zdziwiłem się widząc na stole talerz z liśćmi. Na pierwszy rzut oka wyglądało to na ozdobę, jednak nic bardziej mylnego! Gdy mięso było gotowe, musiałem wziąć jednego, dość sporego liścia i nałożyć na niego kawałki mięsa, kiełki soi oraz inne warzywa. Następnie zawinąć w coś na kształt naszego gołąbka i postarać się to zjeść w taki sposób, aby cała zawartość nie znalazła się na moich spodniach. Osobiście nie wiem, co trudniejsze – jedzenie pałeczkami, czy też pochłanianie nafaszerowanych liści, muszę jednak przyznać, że w jednym i drugim przypadku mam już wprawę.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Odcinek dziewiąty – Delta Mekongu – Phnom Penh

O 7. rano wsiedliśmy do motorówki i wyruszyliśmy z nurtem rzeki. Etap podróży do Kambodży, który właśnie rozpoczęliśmy, w niczym nie przypominał sielankowego rejsu, a to za sprawą grupy izraelskich schorowanych seniorów, którzy nie dość, że straszyli wyglądem to jeszcze capieli starym człowiekiem i zachowywali się jakby byli jedynymi turystami na pokładzie motorowej lodzi – głośni, pomarszczeni, brudni i wkurwiąjacy. Słuchanie muzyki pomagało nam zachować względną równowagę psychiczną i opanować chęć wyrzucenia tego bydła za burtę. Nieokreślona i nieznana do tej pory mieszanka pogardy, odrazy, niechęci i uporu w jednym – tyle negatywnych emocji, o której nawet nie mam do siebie żalu…
W Phnom Penh mieliśmy raptem kilka godzin by zobaczyć najważniejsze atrakcje stolicy. Nie potrafię wyjaśnić fascynacji Kambodżą – krajem biednym, ogarniętym niewyobrażalną korupcją, degradacją życia człowieka, historią tak przerażającą, że niewiarygodną, smutnym i pięknym za razem.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Odcinek ósmy: Can Tho – Chao Doc

Dwa dni spędzone w towarzystwie przystojnego Wietnamczyka o migdałowym spojrzeniu, atletycznej sylwetce i europejskim obyciu. Generalnie lokalni mężczyźni bez wysiłku wzbudzają obrzydzenie w przybyszach z dalekiego kraju. Panowie w Wietnamie oraz w innych częściach regionu mają w zwyczaju dłubać w nosie oraz nosić długie pazury, raczej nie za czyste. W dobrym tonie jest mieć jeden na prawdę długi szpon przy małym palcu i on tego nie miał, poza tym nie charczał i nie pluł jak inni, przez co od razu wpadł mi w oko.

Nasz przewodnik bardzo się starał urozmaicić nasz czas i muszę przyznać, że mu się to udało. Kilkakrotnie w ciągu dnia przesiadywaliśmy się z łódki na łódkę. Każda miała zwykłe krzesła postawione swobodnie, a z wody co raz wystawały konary drzew i bałem się że za moment o coś zahaczymy i zaraz pójdziemy na dno…
Wsie i wioski położone wzdłuż życiodajnej rzeki to głęboka prowincja i ogromna bieda, wszyscy bardzo skromnie ubrani, niektórzy wręcz w łachmanach, ludzie żyjący z dnia na dzień, bez perspektyw na bogactwo czy nawet emeryturę, na jakąkolwiek opiekę socjalną, rybacy, otwarci na przybyszów, pragnący, aby ci zachowali dobre wspomnienia ze spotkania z nimi.

Im bardziej poznaję inne kultury, tym bardziej doceniam własną. Wietnam jest jak zupa Pho – narodowy posiłek jego mieszkańców. Początkowo bez smaku, wręcz nudny. Z każdym kolejnym łykiem coraz ostrzejszy, wyraźniejszy i bogatszy. Pho je się pałeczkami i łyżką jednocześnie. Jest różnorodna, choć prosta. Wietnam też.
Widok pracujących na polach ryżowych ludzi, pochylonych, brodzących w wodzie, osłoniętych od prażącego słońca słomkowymi kapeluszami, jest w wielu miejscach w Azji Południowo-Wschodniej naturalnym elementem krajobrazu. Plony zbiera się jeszcze ręcznie, za pomocą sierpa…

Szał degustacyjny trwa nieustająco, staramy się jeść w różnych miejscach i wszędzie kuchnia wydaje się nam smakować. Wciąż poszukuje lokalnych specjałów: świński móżdżek, mięso psa, mięso szczura, kaczy embrion, larwy drzewa kokosowego, grillowane kozie wymiona. Skusiłem się na grillowane mięso krokodylka…
Widziałem butelki wódki pełne jaszczurek, koników morskich, ptaków razem z piórami, węży, robaków i inne wyszukanych afrodyzjaków, których nie sposób określić i szczerze nie miałbym nic przeciwko żeby zapodać sobie z takim czymś kielonka.

Żeby nie zostać pożartym żywcem przez komary przez całą noc mamy włączoną klimatyzację na 15 kresek. Choć spanie przy włączonej klimatyzacji jest niezdrowe chce mieć pewność, że żaden skurczybyk nie upili mnie jak będę spał a tu nad Mekongiem jest ich cała masa.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Odcinek siódmy: Phu Qouc – Ho Chi Minh – Can Tho

Na jeden dzień wróciliśmy do HSMC, by następnego rano wyruszyć w dalszą drogę do Can Tho i delty rzeki Mekong. Atrakcją samą w sobie było towarzystwo naszego lokalnego przewodnika na widok, którego zapewne nie jednej pannie szybciej zabiło serce a innym krew spłynęła w dolne części ciała. Przepływając przez wąskie kanały rzeki słuchaliśmy jego bardzo przerażających historii o spadających z drzew żmijach atakujących znienacka swoje ofiary, ale stan naszej fascynacji i zapatrzenia odebrał nam chyba strach.

Po drodze zatrzymywaliśmy się w małych, zabitych dechami (słomą?)wioskach skąd łódkami płynęliśmy dalej, w bardziej niedostępne rejony ujścia rzeki podziwiać trudne życie lokalnej ludności, oglądać plantacje kokosów, ryżu i farmy krokodyli. Podczas jednej takiej przejażdżki statkiem po rzece M wziął udział w przyspieszonym kursie gotowania. Kuchnia wietnamska jest naszym odkryciem, im więcej próbujmy tutejszych lokalnych specjałów tym więcej odkrywamy nowych smaków i tym bardziej nie możemy doczekać się przeniesienia niektórych potraw do naszego domowego menu. W drodze do Can Tho widzieliśmy, co prawda stragany oferujące np. grillowane szczury, ale na razie do tego ekstremalnego specjału nie potrafię się przekonać.
Can Tho to małe, zapyziałe, malaryczne miasteczko, bliższe określenia syf malaria i korniki… Bliskość rzeki sprawiała, że w nocy nie mogliśmy odpędzić się od hordy komarów a regularne spryskiwanie się repelentem na niewiele się zdawało. Rankiem popłynęliśmy zobaczyć targ wodny, na którym sprzedaje się owoce, warzywa i inne produkty. Wszystko wydawało się egzotyczne i oderwane od codzienności, któąa znamy z Europy. Mówi się, że w przeciwieństwie do tego z Bangkoku ten targ jest prawdziwy i niestworzony pod turystów.

A w nocy spać jak nie mogłem tak dalej nie mogę.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Odcinek szósty: Ho Chi Minh City – Phu Qouc

Po dwóch tygodniach ciągłego przemieszczania się z miejsca na miejsce i dość intensywnego programu zwiedzania wszystkie muzea, pałace, świątynie, muzea, posągi buddy zaczęły jakby zlewać się w jedno. Był to znak, że nastąpiło zmęczenie doznaniami i nie byliśmy wstanie chłonąć więcej nowych atrakcji a nadszedł czas wziąć sobie urlop od urlopu i zaszyć się gdzieś na kilka dni na plaży pod palmami. Nie przypuszczałem, że można zmęczyć się poznawaniem nowych miejsc, ale to doświadczenie zweryfikowało nasze plany, okazało się, że wszystko ma swoje granice. Z Ho Chi Minh najbliżej było na Phu Qouc – wyspę oddaloną zaledwie 30min krótkiego lotu. Z lotniska odebrał nas hotelowy shuttle, którym zostaliśmy przewiezieni do miejsca gdzie mieliśmy spędzić następne kilka dni.
Accor stworzył swój ośrodek z dala od jakiegokolwiek zgiełku, w otoczeniu pięknego, bujnego ogrodu poprzecinanego krętymi ścieżkami, wśród których wkomponował równie pięknie prezentujące się wille i budynki utrzymane w kolonialnym stylu. Na wyspie, prócz hoteli nie ma nic, ale ośrodek oferował wszystko, co potrzebne było nam do błogiego wypoczynku. Zamieszkaliśmy w bungalowie z tarasem, w hotelu natknęliśmy się na Rosjan i Polaków, choć najwięcej było Francuzów i Niemców.
Wyspa okazała się wymarzonym miejscem na bezczynne wakacje, bo nie było tam nic, co uzasadniałoby konieczność wyjścia poza bramy luksusowego resortu. Nawet nasza część plaży okazała się najładniejsza, najczystsza i najbardziej zadbana, z leżakami, parasolami, czystym piaskiem, wypożyczalnią sprzętu do sportów wodnych i bezszelestnie krzątającą się wokół obsługą gotową spełnić niemal każdą zachciankę. Nasze były przeważnie dość skromne: zimne piwo albo kolorowe koktajle…

Drugiego dnia błogiego lenistwa niebo od rana pozostawało zachmurzone, choć temperatura utrzymywała się niezmiennie na poziomie niemal 33 kresek. Skoro nie widziałem słońca, postanowiłem w ogóle nie otwierać parasola ani nawet smarować się kremem, za co odpokutowywałem następne kilka dni – spaliłem sobie głowę, kark plecy i nogi tak, że nie mogłem w nocy spać a M musiał łagodzić bolące miejsca zimnymi okładami.

Odkąd zaczęła się nasza wyprawa nie potrafię przespać całej nocy, wciąż zdarza mi budzić się w środku nocy i nie spać do rana, nie chce faszerować się chemią, ale bezsenność zaczyna dawać mi doskwierać.

W wieczór przed wyjazdem zostaliśmy zaproszeni na kolacje na plaży, obsługa wniosła nam pięknie nakryty stolik i dwa krzesła, a potem przy zachodzie słońca mogliśmy smakować lokalnych specjałów, głównie owoców morza i rozkosznie brodzić bosymi stopami w ciepłym piasku. Tamten wieczór był jednym z najbardziej romantycznych wieczorów, jakie spędziliśmy razem.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Odcinek piąty: Da Nang – Ho Chi Minh City

Ho Chi Minh City okazało się bardziej nowoczesnym miastem niż się tego spodziewałem po zobaczeniu Hanoi, jedynie pod względem ruchu ulicznego przypomina niezły Sajgon. Mam uraz to motorów, skuterów tak wielki, że za każdym razem, gdy słyszę tylko warkot silnika wzdrygam się nerwowo. Nawet tutaj motory jeżdżą po chodnikach i to, że w ogóle żyje jest prawdziwym cudem.
Dodatkowych emocji przeciętnej ulicy dodają liany utkane z kabli energetycznych, pnące się energetycznie ze słupa na słup. Tutaj kabli się nie wymienia, kable się dokłada… Poza tym wszechobecne stożkowate kapelusze, czasami widać całe morze takich kapeluszy…

W wielu miejscach w Wietnamie przy drogach dominują ogromne bilbordy z plakatami propagandowymi. Niektóre informują o wyborach inne służą do kampanii społecznych, ale jeden element jest zawsze wspólny wizerunek wiecznie żywego Ho Chi Mina. Niska, chińska zabudowa często wzdłuż rzeki pozwala przenieść się w inną epokę. Miasto pełne jest zakładów krawieckich, warsztatów lampionów, jadłodajni ze stolikami i krzesełkami jak dla krasnoludków. To właśnie tak najczęściej siedzi się i pije lokalne świeże piwo, a gdy głód przypili zawsze można znaleźć coś ciekawego do zjedzenia nie koniecznie tradycyjną zupę Pho. Jadłodajnia, kawiarnia, bar. Wszystko w garażu z gołymi betonowymi ścianami – klasyka Sajgonu.

Park w Dystrykt 1. Miejsce na aerobik, badmintona, bieganie, rozciąganie się, spacerowanie. Miejsce wielu niezwykle popularnych ulicznych kafejek, które rozstawiają się na rogach ulic (standard od drewnianych stołów po kartonowe pudła) i serwują ukochaną przez tutejszych cafe sua da.

Co 2-3 dni korzystamy ze spa chociaż po ostatniej przygodzie M ma lekką traumę. Podczas gdy zamówiłem sobie peeling kawowy, M zdecydował się na masaż tajski. Zapomniałem go ostrzec przed tzw. happy endem a pani wzięła sobie zbyt do serca jego narzekania o zmęczeniu i wymasowała mu nie tylko ramiona, stopy i plecy… przez co M ma teraz traumę że zdradzał w pokoju obok i co gorsza z kobietą.
Tutejszym kobietom wydaje się że, jeśli samotnie wyglądający facet zamawia sobie masaż to musi zakończyć się on niespodzianką. Tego samego wieczoru poszliśmy na kawę do lokalnej cukierni gdzie zniewieściały kelner pokazał nam jak lokalnie i w praktyce realizuje się zasadę klient nasz pan i na koniec wyściskał nam krocza… Mam wrażenie że wszyscy chodzą tutaj jakby napaleni i nabuzowani a biali łysy Europejczyk z owłosioną klatą to wymarzony obiekt seksualny.

Wczoraj przechadzając się po nowo otwartej galerii handlowej na jednej z głównych gablot zobaczyłem olbrzymi plakat swojej koleżanki z liceum!

Ponad cztery miliony Wietnamczyków zginęło w wyniku wojny, która przez resztę świata nazywana jest po prostu wojną w Wietnamie a tutaj wojną amerykańską. Historia tego konfliktu paradoksalnie jest znana głównie z relacji pokonanej strony amerykańskiej. Śliczna dziewczyna z komunistycznego kraju o imieniu Ven, która przez kilka dni oprowadzała nas po okolicy pokazując, co ciekawsze miejsca, tunele Cu Chi oraz muzea pozwoliła zobaczyć wojnę z perspektywy zwycięzców.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Odcinek czwarty: Hue – Hoi An

M na każdym kroku w rozmowach z tubylcami ćwiczy znajomość języków obcych: „Entschuldigung senorita, bonjour, wie viel kostet these shoes? Quanto?! Nein, es ist expensive! Pietro kurwa aiuta mi per favore” a ja wtedy konam ze śmiechu…
Kiedyś kwitł tutaj handel jedwabiem a dziś wielu wyjeżdża stąd z szytą na wymiar sukienką albo garniturem, zakłady krawieckie spotykaliśmy na każdym kroku.
Domy stoją tak blisko siebie że wszystko wydaje się chaotycznie skonstruowaną mieszaniną betonu, blachy, sklepów, domów i warsztatów. Zagęszczenie na metr kwadratowy jest niesamowite.
Kolejne ulice to małe domki, pralnie i pranie suszące się na podwórkach oraz stada kur, dalej bazary z warzywami, świeżymi rybami i drobiem.
Ceny mają tutaj równie śmieszne, zarówno jedzenia jak i ubrań czy lokalnych wyrobów.
V. która dotarła do Wietnamu przed nami opowiadała, że Hoi An jest zjawiskowe i miała sporo racji, miasto wpisane jest na listę światowego dziedzictwa kulturowego, jest bardzo klimatyczne, przez co wyjątkowe – nie dotarł tutaj jeszcze postęp globalizacji w postaci sieciowych restauracji i bezpłciowych coffee shopów.
Naszym głównym zajęciem jest tutaj relaks oraz prażenie się przy hotelowym basenie…

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Odcinek trzeci: Hanoi – Hue

Niesamowite, ale ruch w Hanoi nie zamiera nawet o 4 nad ranem, w pewnym momencie nasze auto musiało się zatrzymać przed tłumem blokujących drogę przejazdu kupców i sprzedawców z pobliskiego bazaru, po czym bardzo powoli zaczęliśmy się przebijać między ludźmi, motocyklami, wózkami z ptactwem i warzywami oraz bezmiarem wiklinowych koszy.
Kilka minut po 5 rano byliśmy na lotnisku. Bardzo wczesny lot nie napawał mnie radością, ale 1,5 godziny drogi samolotem pozwoliło nam odespać stracone kilka godzin snu. Było mi trochę szkoda zasypiać zwłaszcza, że męska obsługa w Vietnam Airlines chętnie rozdawała uśmiechy i przyciągała uwagę egzotyczną urodą nasuwając uzasadnione dwojakie skojarzenia…
W samolocie najliczniejszą grupę turystów stanowiły zorganizowane grupy rowerowych wycieczek Amerykanów i Francuzów, którzy zaraz po wylądowaniu jeden po drugim wyskakiwali z długich spodni odkrywając zwykle białe mniej lub bardziej owłosione łydki i wskakując w mocno przylegające do ciała krótkie spodenki. Razem z M patrzyliśmy na nich z lekką pogardą i niesmakiem mierząc ich własną miarą, bo obojgu nam daleko jest do pedałowania w pieluchomajtkach w 30 stopniowym upale z plecakiem na plecach…

Przed przyjazdem tutaj moja cała wiedza o Wietnamie ograniczała się do nazwy stolicy – Hanoi, Sajgonu, Hue i zatoki Ha Long.
Położone nad perfumowa rzeką Hue to miasto, dla którego chciałem zobaczyć Wietnam, wiedziałem o nim tylko tyle, że jest dawną stolicą Wietnamu, a także francuską kolonią i że jest niesamowicie piękne. Jego największą atrakcją jest Cesarska Cytadela, dawna siedziba władców Hue, duży kompleks budynków z pałacem cesarskim, zakazanym miastem, murami, bramami, świątyniami, sklepami, muzami i galeriami.
O wiele bardziej ciekawsze są położone tuż pod miastem grobowce cesarzy, które stanowią przykład wietnamskiej architektury buddyjskiej.
Jak dla mnie Hue jest niesamowite, malownicze, spokojne i zupełnie inne od zgiełku ulic Hanoi, gdzie oczy trzeba było mieć ciągle dokoła głowy, żyje się tutaj jakby wolniej i ruch samochodowy wydaje się być lepiej zorganizowany, istnieją światła uliczne i auta zatrzymują się przy przejściu dla pieszych, przez co przechodzenie na drugą stronę ulicy nie jest wyczynem ekstremalnym.

Zakończył nas przewodnik, który okazał się być z „rodziny” wspominając z sentymentem, co jakiś czas swoją utraconą miłość z Francji.
Po mimo deszczu przyjemnie odkrywało się to miasto i jego atrakcje, praktycznie wszędzie byliśmy jedynymi zwiedzającymi, co była niesamowitą zaletą. Deszcz i mgła, które spowiły te miejsce dodawały im aury tajemniczości.

Podczas obiadu w malowniczo położonej restauracji Mok Vien M wpadły w oko…. talerze, w których podawano dania i zmusił mnie wypytać właściciela gdzie dokładnie je kupił i czy mógłby je od niego odkupić… bo to jest właśnie M – wchodzi do restauracji i od razu chce kupować talerze, meble, krzesła, makatki, serwetki i lampy…

Ostatni wieczór przed wyjazdem do Hoi An spędziliśmy w La Carambole. A propos jedzenia – będąc bardzo głodnym przełamałem swój wewnętrzny opór oraz obrzydzenie i w hotelowej restauracji spróbowałem na kolacje żabich udek, grillowanego mięsa strusia oraz nadziewanych farszem ślimaków. Naturalnie przeżyłem tę ucztę i teraz jakby rozochocony poluję na mięso psa oraz grillowane chrząszcze albo larwy robali.

W Hue wybraliśmy się do hotelowego spa (albo raczej gabinetu masażu, który miał za spa uchodzić), w którym podczas tajskiego masażu miałem straszne obawy, że tęga Wietnamka wykonująca mi zabieg wejdzie na mnie swym zwalistym cielskiem, unieruchomi mi głowę swoimi wielkimi jak kokosy cycami a na koniec masażu zmiażdży mi nimi twarz wykonując finałową niespodziankę…

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Odcinek drugi: Kuala Lumpur – Hanoi – Zatoka Ha Long

Pierwsze wrażenie to przytłaczający chaos, zgiełk i ciągły warkot tysięcy skuterów poruszających się we wszystkich możliwych kierunkach i ani skrawka chodnika, gdzie przechodzień może czuć się bezpiecznym. Moje doświadczenie po Indiach i Iranie powinno mi pozwolić w miarę płynnie wbić się w obcą kulturę, ale nawet ja potrzebowałem czasu. Niezły Sajgon w tym Hanoi – przechodzenie przez ulice wywołuje emocje niczym gra w rosyjską ruletkę, nigdy nie wiadomo czy nie zostanie się rozjechanym przez rozpędzony motocykl.
Ulicznych straganów oferujących przysmaki lokalnej kuchni jest tutaj mnóstwo, ale nie zachęcają one wyglądem, dlatego stołujemy się w restauracjach. Odkryłem smaki wietnamskiej kuchni: wszystkie potrawy przygotowywane są ze świeżych warzyw, salat i składników, potrawy przygotowywane są zwykle w woku bez dodatku mąki, masła, mleka, śmietany, chleba, ziemniaków, wina, przez co posiłki są lekkie i bezkarnie można się wszystkim opychać bez strachu, że zza paska wyleje się plaster tłuszczu.
Choć w Hanoi przeważnie widać biedę, niedostatek i dość prymitywny styl życia widzi się przejeżdżającego maybacha albo ekskluzywny egzemplarz land rovera odstającego od reszty pojazdów. Podczas jednej bardzo obfitej kolacji w Nha Hang Ngon mogliśmy obserwować jak za pieniądze prominentnych rodziców bawi się tutejsza bananowa młodzież, modnie ubrana w markowe, jaskrawe ciuchy – ich wygląd kłócił się z szaro brudną masą rówieśników, a natapirowane i wylakierowane włosy lśniły niczym fryzury chińskich idoli muzyki rozrywkowej. Odstawali nie tylko zachowaniem i posiadaniem luksusowych gadżetów, ale przede wszystkim zadbanym wyglądem, nienaganną cerą i uzębieniem.
Na naszej trasie nie mogło zabraknąć dwudniowego rejsu luksusową dżonką po Zatoce Ha Long, którego M zapewne nie zapomni do końca życia i to bynajmniej za sprawą zasobności mojego portfela – przez całą podróż biedaczek cierpiał, regularnie znacząc rejon zatoki i okolicznych wysp swoimi wymiocinami tudzież odchodami, podczas gdy ja ochoczo i niewzruszenie skupiałem się na podziwianiu jaskini i innych wapiennych formacji skalnych.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz