Odcinek trzeci: Hanoi – Hue

Niesamowite, ale ruch w Hanoi nie zamiera nawet o 4 nad ranem, w pewnym momencie nasze auto musiało się zatrzymać przed tłumem blokujących drogę przejazdu kupców i sprzedawców z pobliskiego bazaru, po czym bardzo powoli zaczęliśmy się przebijać między ludźmi, motocyklami, wózkami z ptactwem i warzywami oraz bezmiarem wiklinowych koszy.
Kilka minut po 5 rano byliśmy na lotnisku. Bardzo wczesny lot nie napawał mnie radością, ale 1,5 godziny drogi samolotem pozwoliło nam odespać stracone kilka godzin snu. Było mi trochę szkoda zasypiać zwłaszcza, że męska obsługa w Vietnam Airlines chętnie rozdawała uśmiechy i przyciągała uwagę egzotyczną urodą nasuwając uzasadnione dwojakie skojarzenia…
W samolocie najliczniejszą grupę turystów stanowiły zorganizowane grupy rowerowych wycieczek Amerykanów i Francuzów, którzy zaraz po wylądowaniu jeden po drugim wyskakiwali z długich spodni odkrywając zwykle białe mniej lub bardziej owłosione łydki i wskakując w mocno przylegające do ciała krótkie spodenki. Razem z M patrzyliśmy na nich z lekką pogardą i niesmakiem mierząc ich własną miarą, bo obojgu nam daleko jest do pedałowania w pieluchomajtkach w 30 stopniowym upale z plecakiem na plecach…

Przed przyjazdem tutaj moja cała wiedza o Wietnamie ograniczała się do nazwy stolicy – Hanoi, Sajgonu, Hue i zatoki Ha Long.
Położone nad perfumowa rzeką Hue to miasto, dla którego chciałem zobaczyć Wietnam, wiedziałem o nim tylko tyle, że jest dawną stolicą Wietnamu, a także francuską kolonią i że jest niesamowicie piękne. Jego największą atrakcją jest Cesarska Cytadela, dawna siedziba władców Hue, duży kompleks budynków z pałacem cesarskim, zakazanym miastem, murami, bramami, świątyniami, sklepami, muzami i galeriami.
O wiele bardziej ciekawsze są położone tuż pod miastem grobowce cesarzy, które stanowią przykład wietnamskiej architektury buddyjskiej.
Jak dla mnie Hue jest niesamowite, malownicze, spokojne i zupełnie inne od zgiełku ulic Hanoi, gdzie oczy trzeba było mieć ciągle dokoła głowy, żyje się tutaj jakby wolniej i ruch samochodowy wydaje się być lepiej zorganizowany, istnieją światła uliczne i auta zatrzymują się przy przejściu dla pieszych, przez co przechodzenie na drugą stronę ulicy nie jest wyczynem ekstremalnym.

Zakończył nas przewodnik, który okazał się być z „rodziny” wspominając z sentymentem, co jakiś czas swoją utraconą miłość z Francji.
Po mimo deszczu przyjemnie odkrywało się to miasto i jego atrakcje, praktycznie wszędzie byliśmy jedynymi zwiedzającymi, co była niesamowitą zaletą. Deszcz i mgła, które spowiły te miejsce dodawały im aury tajemniczości.

Podczas obiadu w malowniczo położonej restauracji Mok Vien M wpadły w oko…. talerze, w których podawano dania i zmusił mnie wypytać właściciela gdzie dokładnie je kupił i czy mógłby je od niego odkupić… bo to jest właśnie M – wchodzi do restauracji i od razu chce kupować talerze, meble, krzesła, makatki, serwetki i lampy…

Ostatni wieczór przed wyjazdem do Hoi An spędziliśmy w La Carambole. A propos jedzenia – będąc bardzo głodnym przełamałem swój wewnętrzny opór oraz obrzydzenie i w hotelowej restauracji spróbowałem na kolacje żabich udek, grillowanego mięsa strusia oraz nadziewanych farszem ślimaków. Naturalnie przeżyłem tę ucztę i teraz jakby rozochocony poluję na mięso psa oraz grillowane chrząszcze albo larwy robali.

W Hue wybraliśmy się do hotelowego spa (albo raczej gabinetu masażu, który miał za spa uchodzić), w którym podczas tajskiego masażu miałem straszne obawy, że tęga Wietnamka wykonująca mi zabieg wejdzie na mnie swym zwalistym cielskiem, unieruchomi mi głowę swoimi wielkimi jak kokosy cycami a na koniec masażu zmiażdży mi nimi twarz wykonując finałową niespodziankę…

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Odcinek drugi: Kuala Lumpur – Hanoi – Zatoka Ha Long

Pierwsze wrażenie to przytłaczający chaos, zgiełk i ciągły warkot tysięcy skuterów poruszających się we wszystkich możliwych kierunkach i ani skrawka chodnika, gdzie przechodzień może czuć się bezpiecznym. Moje doświadczenie po Indiach i Iranie powinno mi pozwolić w miarę płynnie wbić się w obcą kulturę, ale nawet ja potrzebowałem czasu. Niezły Sajgon w tym Hanoi – przechodzenie przez ulice wywołuje emocje niczym gra w rosyjską ruletkę, nigdy nie wiadomo czy nie zostanie się rozjechanym przez rozpędzony motocykl.
Ulicznych straganów oferujących przysmaki lokalnej kuchni jest tutaj mnóstwo, ale nie zachęcają one wyglądem, dlatego stołujemy się w restauracjach. Odkryłem smaki wietnamskiej kuchni: wszystkie potrawy przygotowywane są ze świeżych warzyw, salat i składników, potrawy przygotowywane są zwykle w woku bez dodatku mąki, masła, mleka, śmietany, chleba, ziemniaków, wina, przez co posiłki są lekkie i bezkarnie można się wszystkim opychać bez strachu, że zza paska wyleje się plaster tłuszczu.
Choć w Hanoi przeważnie widać biedę, niedostatek i dość prymitywny styl życia widzi się przejeżdżającego maybacha albo ekskluzywny egzemplarz land rovera odstającego od reszty pojazdów. Podczas jednej bardzo obfitej kolacji w Nha Hang Ngon mogliśmy obserwować jak za pieniądze prominentnych rodziców bawi się tutejsza bananowa młodzież, modnie ubrana w markowe, jaskrawe ciuchy – ich wygląd kłócił się z szaro brudną masą rówieśników, a natapirowane i wylakierowane włosy lśniły niczym fryzury chińskich idoli muzyki rozrywkowej. Odstawali nie tylko zachowaniem i posiadaniem luksusowych gadżetów, ale przede wszystkim zadbanym wyglądem, nienaganną cerą i uzębieniem.
Na naszej trasie nie mogło zabraknąć dwudniowego rejsu luksusową dżonką po Zatoce Ha Long, którego M zapewne nie zapomni do końca życia i to bynajmniej za sprawą zasobności mojego portfela – przez całą podróż biedaczek cierpiał, regularnie znacząc rejon zatoki i okolicznych wysp swoimi wymiocinami tudzież odchodami, podczas gdy ja ochoczo i niewzruszenie skupiałem się na podziwianiu jaskini i innych wapiennych formacji skalnych.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Odcinek pierwszy: Zurich – Kuala Lumpur

W piątek wieczorem wylecieliśmy z M. do Kuala. Starałem się niewiele spać w samolocie, żeby jak najmniej odczuć zmianę czasu, ale na nic nic się to zdało. Przez pierwsze 3 noce obaj spaliśmy po kilka godzin, po czym budziliśmy się o 2. albo 3. nad ranem nie mogąc zasnąć do bladego świtu. Dodatkowo przepisany przez lekarza antybiotyk rozwalił mi żołądek, nie mogłem spożywać alkoholu, więc chodziłem niewyspany i niedopity.
Kiedy pierwszy raz przyleciałem do stolicy Malezji zatrzymałem się w hotelu Traders – pozostaję mu wierny do dziś, obiecałem sobie zabrać kiedyś tutaj M. i pokazać mu ten niesamowity widok z hotelowego okna. W całym mieście mnóstwo jest pięknych i nowoczesnych hoteli, nowe obiekty rosną jak przysłowiowe grzyby pod deszczu, ale jak dla mnie tylko Traders ma tak wspaniały widok na wieże Petronas. Jak mogłem przewidzieć M. oniemiał z zachwytu na ten widok i zanim zdążyliśmy rozpakować nasze walizki pstrykał zdjęcia i wrzucał je na facebooka. Jeszcze tego samego wieczoru po przylocie zaprowadziłem M. do centrum handlowego Suria, skąd bardzo trudno było mi go później wyprowadzić. Przekonała go dopiero obietnica, że w drodze powrotnej do Europy wylatujemy z Kuala, więc będzie miał jeszcze okazję wypróbować tutaj swoje karty kredytowe.

Z perspektywy ostatnich 3 lat hotel niestety obniżył swój standard, na ostatnim 33. piętrze w Skybarze co noc organizowali dyskoteki z dudniącą do białego rana muzyką techno, podczas gdy na naszym 30. piętrze wszystko wydawało się wibrować i drgać, w eleganckim i niegdyś elitarnym club loungu pojawiły się rozdarte bachory oraz roznegliżowani i rozmemłani turyści w klapkach. Po raz pierwszy widziałem tu też tylu Rosjan, których łatwo rozpoznać: mężczyzn po szaroburych sportowych ciuchach niczym z lumpeksu i niepasujących do niczego butach oraz ich tlenione na blond kobiety przesadnie wystrojone, w butach na mega wielkim koturnie i zawsze w pełnym makijażu.
Pokazałem M. akwarium, park ptaków i motyli, zabrałem na ciepłe croissanty z szynką do cafe Barbera i na lunch do Dome, zwiedziliśmy najważniejsze punkty miasta. Skwar dawał mi we znaki najbardziej dopiero na drugi dzień, kiedy temperatura sięgnęła 41 stopni, ale pozostaliśmy niezmordowani raz po raz uciekając do klimatyzowanych pomieszczeń.
We wtorek lecimy do Hanoi skąd wyruszamy zwiedzać Wietnam.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Ścigając się z czasem

W piątek przed świętami poszedłem na wizytę kontrolną do ortodonty.
Mojej dentystce po raz kolejny udało się mnie zaskoczyć i sprawić nieoczekiwany prezent… Oznajmiła mi, że od tej pory mam nosić jakieś specjalne gumki, które cofną mi dolną szczękę, co bym w przyszłości nie miał mordy jak koński ryj. Szczerze to nie wiedziałem nawet, że takową posiadam, ale bardziej wkurzyło mnie chyba to, że jeszcze 2 miesiące temu twierdziła, że zbliżamy się do momentu, kiedy będzie ściągać mi całe to metalowe ustrojstwa z zębów, więc po ciuchu zacząłem nawet liczyć dni – widać jak bardzo byłem naiwny…
Z tymi gumkami to jakiś przypal, bo trzeba je nosić 24 godziny na dobę nie wspominając uczucia jakbym miał szczękę na źle naoliwionych zawiasach. Przeszło miesiąc czasu zajęło mi nabrania wprawy w bezbolesnym podjeżdżaniu do stwórcy nosząc sam tylko aparat a teraz muszę posiąść tę trudną sztukę od nowa a to już przesada.
Rozczarowany wróciłem do domu, gdy kilka dni później okazało się, że pod jedynką na podniebieniu urosła jakaś gula, odczuwalna jakby przyklejona do zęba landrynka, ale wywołująca rozchodzący promieniście po całej szczęce ból uniemożliwiający mi normalne funkcjonowanie. W Szwajcarii dentysta jest w ciul drogi, nie wspominając, że żaden łapiduch nie podejmie się leczenia po innym koledze po fachu i co najwyżej może wypisać pacjentowi środek przeciwbólowy jak każdy inny znachor w tym kraju. Decyzja była, więc szybka i konkretna – lot do Wrocławia, by zdążyć wrócić przed piątkowym wyjazdem na urlop. M. wspaniałomyślnie zgodził się zająć się w pojedynkę przygotowaniami do naszego wylotu, podczas gdy ja spokojnie mogłem leczyć ząb. W dniu wyjazdu padł mi laptop, a że urlop może i mam, ale sytuacje zdarzają się różne, przeto musiałem być pewny, że nawet przedzierając się przez dżunglę na egzotycznym Borneo będę miał kontakt ze światem i potrafił zorganizować podróż służbową jakiemuś ważniakowi. Zanim więc wsiadłem o 7 rano na pokład samolotu do Wrocławia zmuszony byłem na szybko wpaść do biura i odblokować sobie komputer.
Po wylądowaniu w rodzinnym mieście okazało się, że nie doleciał mój bagaż i że dostarczą mi go może wieczorem a może nazajutrz, kiedy będę już w drodze powrotnej do Zurichu. Czyli jak ak nie urok to sraczka.
Jedynie pani doktor stanęła na wysokości zadania, zorganizowała mi szybką konsultację u swojego kolegi, który stwierdził, że wszystko jest ok, po czym osobiście pojawiła się w gabinecie i sama nie stwierdziła niczego niepokojącego. Moja ‘’landrynka’’ na podniebieniu to ponoć efekt zbyt mocno podkręconego aparatu. Żeby mieć spokojne sumienie zrobili mi jeszcze zdjęcie i wtedy wyszło prawdziwe akuku, że ja pierdolę. Ząb kwalifikował się do natychmiastowego leczenia, chcieli mi go otworzyć a po tygodniu miałem wrócić by mogli dokończyć jakąś rekonstrukcję. Jak się państwo dowiedziało, dokąd nazajutrz wyruszam i że dentysty w żadnym z odwiedzanych zapyziałych krajów szukać nie planuję oraz kiedy mogę u nich znowu się pojawić los zęba był przesądzony – uradzili, że trzeba mi go wyrwać. Gula mi strzeliła jak mi to oznajmili, krew mi się gotowała na samą myśl, że na urlop polecę bez siekacza, ale wolałem nie ryzykować, bo na ból zęba nie ma mocnych… Po tej nieoczekiwanie dobrej wiadomości chciałem się tego wieczora lekko ”znieczulić” najlepiej w jakimś barze, ale nawet tego nie mogłem, bo rano o 9 umówiony byłem na zabieg. Potwierdziło się jedynie, że biednemu zawsze wiatr w oczy.
Wyrywanie jedynki nie bolało, ale wary miałem spuchnięte jak po botoksie przez kilka dni. Jak sobie teraz o tym myślę to cudnie zaczyna mi się ten rok…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

koniec roku 2012

główną cechą mojego charakteru jest: niezmiennie potrzeba planowania i dążenie do samowystarczalności, pracowitość
cechy, których szukam u mężczyzny: zaradność, zdecydowanie, czułość, cierpliwość, uroda
cechy, których szukam u kobiety: inteligencja, zdecydowanie, uroda
co cenię najbardziej u przyjaciół: że są przy mnie nie za coś a pomimo czegoś, i że rozumieją, gdy zdarza mi się im czegoś odmówić
moja główna wada: natura tułacza, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, zblazowanie bo czasem zachowuje się jakbym widział już wszystko więc coraz trudniej jest mnie czymś zaskoczyć, seksoholizm i zakupoholizm
moje ulubione zajęcie: planowanie dalekich podróży, spełnianie marzeń, latanie samolotem, surfowanie po internecie, moja praca, pozadomowe rozgrzewające igrzyska za pieniądze, sprawianie prezentów bliskim
moje marzenie o szczęściu: brak popędu seksualnego, zobaczyć wszystko co warte jest zobaczenia, by móc spokojnie skoncentrować się na pracy
co wzbudza we mnie obsesyjny lęk: stagnacja, samotność, choroba, bezsilność, brutalna agresja, bycie zależnym od innych
co byłoby dla mnie największym nieszczęściem: życie bez M i podróży, ubezwłasnowolnienie,
kim (lub czym) chciałbym być, gdybym nie był tym, kim jestem: nie chcę niczego zmieniać
kiedy kłamię: mówię po włosku, angielsku lub polsku
słowa, których nadużywam: ja pierdole
ulubieni bohaterowie literaccy: brak
ulubieni bohaterowie życia codziennego: Marco, Zero, Kristi, Laura, Renate, Lucia, Franco, Vasilka, Kateryna, Paolo i Fabien, Mauerhofer
czego nie cierpię ponad wszystko: systematyczności, czasem tego co wyprawiam, u innych braku zdecydowania, prostactwa, pozerstwa i niepotrzebnej bufonady, polskiej małostkowości i kompleksów
moja dewiza: chwytaj czas póki go jeszcze masz
dar natury, który chciałbym posiadać: płaski i owłosiony brzuch, oliwkową skórę, brak egoizmu i dumy
jak chciałbym umrzeć: jeszcze nie teraz, ale szybko i nagle
obecny stan mojego umysłu: relaks – sam w domu, na antybiotyku lecząc stan zapalny
błędy, które najłatwiej wybaczam: coraz bardziej przesuwam granicę tolerancji
największa porażka: fiasko w negocjacjach przeniesienia się do Singapuru, znajomość z P pijakiem i złodziejem

2 Komentarze

Wigilijna jazda na popku

Co za święta…We Wrocławiu spędziłem bite 10 dni składając wizyty znajomym, spędzając czas z rodziną, robiąc zakupy i nawiązując nowe znajomości.
Okres świąt zwykle jakoś rozbija mnie psychicznie, niby chodzi o to żeby spędzić ten czas z rodziną w świątecznej atmosferze, to brakuje mi wentylu bezpieczeństwa by w każdej chwili swobodnie móc wyrwać się z tej szopki: znajomi zwykle nie mają czasu, sklepy i bary są pozamykane, każdy z trzech dni kręci się wokół jedzenia, picia i oglądania telewizji chyba, że jak mój brat nie posiada się telewizora – nic tylko strzelić sobie w łeb. Matka doprowadza mnie do białej gorączki bzdurnymi opowieściami z życia serialowych bohaterów, sąsiadek z osiedla przeplatanymi pytaniami czy jestem głodny i czy zjem kolejnego kotleta albo kawałek ciasta. Z uporem maniaczki poszukuje też nowego mieszkania… Odkąd zaoferowałem im pożyczkę, aby mogli rozważyć przeprowadzkę do bardziej komfortowego mieszkania z ogródkiem, prędko podchwyciła temat i teraz nic tylko przegląda oferty mieszkań i przybiega do mnie albo ojca za każdym razem, kiedy coś wpadnie jej w oko. Jej zasadniczy problem to brak realizmu a ja dostaje teraz za swoje, bo sam podsunąłem jej ten pomysł: ”Choć przejrzymy oferty na internecie, a może pojeździmy trochę po mieście zobaczyć co się teraz buduje” dzwonią mi uszach – kompletnie jej odbiło na tym punkcie.
Nie wiem co jest grane, ale ostatnio mam niesamowity fart i przyciągam samych atletycznych byczków tudzież małoletnich napalonych boykow. I żadne nie okazuje się potem jednorazowym tourne, bo odpędzić się wprost od nich nie mogę i zupełnie nie rozumiem, czemu oni wszyscy pchają się drzwiami i oknami, czy to efekt wow czy może zasługa biżuterii nazębnej a może robią to z litości… Fenomen jakiś. Nim zasiadłem przy wigilijnym stole zdążyłem rozegrać kilka gościnnych meczy z pilotem Virgin Atliantic, który o 1. w nocy zapragnął wypić wspólnie filiżankę herbaty po długim locie z Auckland, jeden z wiejskim wytatuowanym typkiem o groźnym i surowym spojrzeniu, który niespodziewanie okazał się miłym i ułożonym człowiekiem, z którego biło jakby dobro i jeden z mistrzem badmintona, który wpadł chyba po uszy. Stąd właśnie przeżyłem święta na spokojnie głównie dzięki meczom ze zwierzakami, bo facet, który krzyczy w nocy nie warczy w dzień.

Opublikowano podróże | Otagowano | Dodaj komentarz

Sabbatical

Kiedy przyjmowali mnie do firmy jednym z punktów w kontrakcie był benefit w postaci dodatkowego płatnego urlopu po 5 latach pracy. Jakoś mało o tym myślałem podpisując wtedy umowę, bo okres 5 lat wydawał mi się strasznie odległy i mało realny, bardziej interesowała mnie tu i teraz, czyli miesięczna pensja a nie pierdu sjerdu, dodatki i obietnice za lojalność. Minęło 5.5 roku a ja muszę zmierzyć się z zagospodarowaniem 7 tygodni płatnego urlopu. Dziwne uczucie oderwać się od rutyny, nie musieć iść do pracy, odpisywać na maile i sprawdzać poczty w telefonie. Zaczynam zdawać sobie sprawę jak bardzo jestem uzależniony od nowoczesnej technologii i pracy. Nie ma mnie do 12 lutego!!!!!

Opublikowano praca | Otagowano | 2 Komentarze

czekolada con churros czyli weekend w Madrycie

A poleciała na 3 tygodnie do Madrytu szkolić swój hiszpański, pomogłem jej tanio kupić bilet i przy okazji zgadaliśmy się, że fajnie byłoby spotkać się gdzieś poza Wrocławiem a że takie decyzje podejmuję bardzo szybko kupiłem dodatkowy bilet dla siebie i poleciałem do niej na weekend. Pogoda była o niebo lepsza niż w śnieżnej Szwajcarii, co stanowiło przyjemną odmianę za to miasto dwa razy sparaliżowane było przez strajki metra i wielkie manifestacje. Pomimo tych niedogodności bez wielkiego ciśnienia i konieczności zaliczenia wszystkich atrakcji stolicy Hiszpanii w jeden weekend mogliśmy oddawać się prostym rytuałom picia kawy, gorącej czekolady con churros czy opychania się kanapkami z kalmarami a wieczorami odwiedzenia klubów z grupa świeżo zapoznanych znajomych. A że nie tylko imprezami człowiek żyje zaprosiłem A do Teatro Real na wieczorne Flamenco a ona w rewanżu pokazała mi galerie Prado. Pozazdrościłem A pomysłu kursu językowego i coraz bardziej dojrzewam do decyzji, że sam miałbym ochotę wyrwać się z pracy/domu i pojechać tak jak ona na kilka tygodni np. do Florencji czy Heidelbergu, poczuć się studentem, poznać nowych ludzi i pożyć atmosferą kursu językowego dla obcokrajowców.
W związku z chwilowym zakończeniem nauki w szkole językowej wspólnie z V zaprosiliśmy naszą nauczycielkę na kolację do nowo otwartej restauracji przy Bundesplatz. U M w Azzurro panuje ciężka atmosfera z powodu, co rusz odchodzących pracowników, a ja w dodatku niebawem porywam go na ponad miesiąc zagranicę nie miałem, więc ochoty narażać się na żale właścicieli, że nie będzie komu pracować. Nie moje małpy nie mój cyrk, właściciele muszą sobie radzić sami. Maria w rewanżu jeszcze tego samego wieczoru zaprosiła nas do siebie, co jest ewenementem w kraju takim jak Szwajcaria gdzie nie ma zwyczaju zapraszania nikogo do domu.
W środę po pracy A wyciągnęła mnie do Kornhausu na przedświątecznego drinka, po którym zaniemogłem następnego dnia późno pojawiając się w biurze. Potrójne Long Island Ice Tea nie jest na moją głowę i niby o tym wiem, ale niczego mnie to doświadczenie zdaje się nie nauczyło.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

weekend w Rzymie, praca w Stambule

W całej północnej i centralnej Europie pełno śniegu, samoloty nie odlatują o czasie, lotniska są zamykane a mnie coś trafia, bo nie dość że muszę do końca przyszłego tygodnia zamknąć kilka projektów to jeszcze nieustająco zwala mi się dodatkowa robota w postaci wylewających swoje żale tabunów uziemionych pracowników, reagujących niezadowoleniem a czasem wręcz wielkopańskim fochem na złe warunki atmosferyczne i niemożliwość wyjazdu w zaplanowaną służbową podróż. Tak jakbym to ja im ten cały śnieg sprowadził…
W sobotę udało nam się z M wylecieć na weekend do Rzymu. Nie mieliśmy żadnego opóźnienia, ale w drodze powrotnej do Zurichu M utknął na Fiumicino na dodatkowe parę godzin, podczas gdy ja nieświadomy niczego leciałem już do Stambułu.
Rzym powitał nas mroźnym i wilgotnym powietrzem, na które nie byłem przygotowany. Utknęliśmy w tłumie oczekujących przejazdu Ratzingera z okazji Immacolaty i pierwszy raz słyszałem na własne uszy jak mieszkańcy Wiecznego Miasta klną na zablokowane ulice w centrum, masy turystów okupujących i blokujących chodniki oraz chaos spowodowany świętem religijnym. Choć Katolik ze mnie mierny to na widok batmobilu z papą w środku ucieszyłem się pstrykając pamiątkową fotkę. Marzłem i kląłem pod nosem stojąc wieczorem na mrozie, gdy rodzina M i ich znajomi nie potrafili określić się, dokąd idziemy i w czy w ogóle chcą iść z nami na wspólną kolacje. Zupełnie nie przeszkadzało mi, co sobie o mnie myśleli, kiedy rzucałem w ich stronę gromy. Nie miałem w planie w ogóle niczego nowego kupować, ale jak Rzym i Via Condotti ze sklepami luksusowych marek to pokusa była silniejsza. Patrząc na swoją znoszoną starą teczkę i popruty zdeformowany portfel nie zastanawiałem się długo natrafiając na idealnie prezentujące się na sklepowych ladach odpowiedniki Bvalgari i Prady naturalnie po okazyjnej świątecznej cenie. Przekleństwo plastiku…
M w ogóle się nie hamował i wyszedł z nowymi butami i kurtką, która obojgu wpadła nam w oko i którą nota bene dostał ode mnie w prezencie, bo w przypływie radości nie potrafię nie dzielić z bliskimi….
W niedzielę zanim dotarliśmy do Trastevere M zabrał mnie na bazar Porta Portese, na którym kolorowi emigranci sprzedawali wszelkiej maści podróbki znanych marek. Wśród całej tej atmosfery odpustowej jarmarcznej sieczki, budek z kebabem, byle jak rozrzuconych toreb, spodni, szalików, czapek, butów i różnorakich akcesoriów przechadzali się rdzenni, wyelegantowani Włosi i otworzyło mi to oczy, że ten zawsze gustownie ubrany naród też czasem oszukuje, robiąc tam zakupy…
Mogłoby się wydawać, że po ponad 5 latach wspólnego życia pod wspólnym dachem z Włochem i obcowania z jego kulturą na co dzień, wiem o włoskiej naturze już wszystko. Utrzymywane pozorów, płytkość znajomości i przesadne dbanie o wygląd to znak rozpoznawczy wielu Włochów, to że stałem się większym materialistą i zacząłem robić zakupy w drogich butikach, zwracać uwagę na metki i cały ten splendor to głównie zasługa (wina?) M, jedyne czego we mnie nie zmienił to umiejętności opowiadania o zwykłych pierdołach z tak ogromną pasją jakby co najmniej opisywał arcydzieło światowego dziedzictwa kulturowego a M jest w tym wciąż nie do pokonania: o pizzy albo parzeniu herbaty opowiada używając bardzo wyszukanych wyrażeń, że popadam przy nim w kompleksy.
Po raz ostatni w tym roku poleciałem zrobić szkolenie do Stambułu. Pierwszy raz mieszkałem w azjatyckiej części miasta i bardzo miło się rozczarowałem, że choć to typowa sypialnia wielkiej metropolii pełna domów, apartamentowców, rezydencji, hoteli i biur to życie nocne trwa tam do późnych godzin nocnych. Kolega zabrał nas w okolice Bagdat Caddesi, którą nazwał pieszczotliwie turecką Champs-Élysées.
Lubię wracać do Stambułu i pracować z Turkami. W ciągu 3 dni poznałem kilkanaście nowych osób i wszyscy chodzili uśmiechnięci, każdy wydawał się przyjazny i naturalnie miło usposobiony zawsze chętny do pomocy albo otwartej dyskusji nawet na mało przyjemne czasem tematy biznesowe. Po mimo bariery językowej i słabej znajomości angielskiego z nieukrywaną radością przyjęli pomoc w postaci tłumacza, na którego pomoc mogliśmy liczyć, gdy ręce i nogi zawodziły albo, gdy ktoś wstydził się próbować mówić po angielsku… A że Turcy w ogóle wyglądają bosko to byłem bardzo cierpliwy, choć każde spotkanie trwało dwa razy dłużej niż zwykle tonie potrafiłem mieć im za to za złe, bo braki językowe nadrabiali uśmiechem i kruczoczarnymi włosami włochatymi rękami i masywnymi torsami. Czasem bałem się wstawać zza stołu, żeby nie zobaczyli jak bardzo się cieszyłem na ich widok…

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , | 2 Komentarze

zrzucanie z krzyża

Coraz lepiej dzieje się w robocie – byle tylko wytrzymać jeszcze 2 tygodnie, 10 dni w pracy, ale tylko 4 w biurze. Wczoraj przeczołgał mnie jeden VP, wziął mnie przez zaskoczenie, ale był bardzo ludzki, bo na wstępie zakomunikował, żebym nie brał tego do siebie, po prostu potrzebował spuścić z krzyża i trafiło na mnie.
Z uporem zapaleńców razem z M kreujemy naszą nową lepszą rzeczywistość i nie przestajemy uatrakcyjnić naszego życia i mieszkania, zmęczeni bylejakością i tymczasowością życia i pracy w kraju dobrobytu kupowaliśmy rzeczy na chwilę, przeto taniej i kosztem, jakości – postanowiliśmy więc to zmienić. Moja rodzina wydaje się tego nie rozumieć, obruszają się, kiedy tylko dowiadują się, że nabyłem kolejną a w ich mniemaniu zupełnie zbyteczną i niepotrzebną nową rzecz i próbują wmówić mi, że bylejakość i zaciskanie pasa jest najlepszą strategią i najlepiej zrobiłbym odkładając pieniądze na lepsze później, gdy wrócę już do Polski. Tylko czy wrócę albo czy chce zacząć żyć na emeryturze?
W końcu doczekaliśmy się naszego zamówionego zestawu wypoczynkowego. Przywieźli go kilka dni temu kiedy byłem w Warszawie. Niestety nie dane było mi się nim nacieszyć ani nawet go zobaczyć, bo okazało się, że ogromna sofa nie zmieściła się w naszym wąskim korytarzu w przedpokoju, więc panowie wnieśli i… znieśli kasując nas za tą usługę 300 franków i klnąc pod nosem pod naszym adresem. Uroki mieszkania na poddaszu ze skosami i łukami… O kupnie domu czy zamianie mieszkania na razie nie ma mowy, ale myślę że to tylko kwestia czasu i że za rok zacznie doskwierać nam nasza dzielnica i durni sąsiedzi.

Opublikowano praca | Otagowano | 1 komentarz