weekend w Nowym Jorku

Czuję się trochę jak wind catcher i to dosłownie, choć w moim przypadku ścigam huragany. Huragan Sandy zaatakował Nowy Jork na 3 dni przed naszym przylotem do Stanów, pustosząc i dotkliwie paraliżując życie mieszkańców Wschodniego Wybrzeża.

Zastanawialiśmy się nawet czy by nie odwołać wyjazdu i polecieć gdzieś indziej, w końcu Nowy Jork nie zniknie ani nigdzie nie ucieknie. Po tym, gdy sytuacja się unormowała a linie lotnicze i hotel potwierdziły, że najgorsze minęło, spakowaliśmy walizki i w środę rano polecieliśmy na kilka dni za Ocean. Trochę na wyrost zapakowaliśmy same lżejsze ubrania, ponieważ po przylocie do NYC przywitał nas złowieszczy lodowaty deszcz i śnieg a temperatura spadła do 3 stopni.

Pokonując pieszo krótki odcinek z Grand Central Terminal do naszego hotelu na 48 i Lexington przemokliśmy do suchej nitki, M miał minę jak chmura gradowa i myślałem, że zabije mnie swoim wzrokiem. Na dodatek w pokoju było zimno jak cholera, bo jakiś idiota zostawił nam włączoną klimatyzację. Ostatecznie nic nam nie było, ale później musieliśmy unikać picia zimnych napojów bez lodu a ten kto bywa w Stanach wie, że to wcale nie takie proste zadanie bo kostki lodu wrzucają tam do wszystkiego. Jeszcze tego samego wieczoru wyszliśmy na krótko pokręcić się bez celu po Madison i 5. Alei, ale było tak kurewsko zimno, siorbał deszcz ze śniegiem, które trzeba było nieustannie skrobać z okularów, że ostatecznie poddaliśmy się i wróciliśmy do hotelu po drodze zaopatrując M. w pluszową czapkę a la Rusek z Syberii, którą to M. zakupił w jednym z magazynów. Zupełnie nie dało się chodzić po centrum przez te kilka dni, grymasiliśmy z powodu zimnego wiatru zwłaszcza rano, ale w ciągu dnia zawsze robiło się ładniej i cieplej.

W czwartek było o niebo lepiej, obudziliśmy się o 5 nad ranem i wyglądając przez okno ujrzeliśmy grubą pokrywę świeżego białego puchu pokrywającego parapety i gzymsy wszystkich okolicznych budynków. Pierwszy raz widziałem śnieg i zimę w Ameryce. Następne poranki były do siebie podobne – bardzo zimne, tylko śnieg zniknął za sprawą sprawnie działających służb porządkowych. Zabrałem M. do Central Parku po drodze zahaczając o typowo amerykański bar śniadaniowy serwujący omlety.

M przegonił mnie przez Metropolitan Musem of Art. by przez bite 3 godziny oglądać co Amerykanom udało się wywieźć z Europy Azji i Afryki, potem przez Guggenheima by na koniec odkryć salon Jonathana Adlera… M. wypatrzył w jednym z odcinków Will i Grace oryginalną i kultową lampę, która tak strasznie mu się spodobała, że zapragnął identycznej dla nas do naszego salonu. W galerii w Londynie jej nie sprzedawali, więc wydawało mu się, że oto nadarzyła mu się jedyna w swoim rodzaju okazja…

Problem był tylko jeden: lampa była całkiem spora, więc do samolotu byśmy jej nie dali rady wnieść a wysłanie jej kurierem do Szwajcarii kosztowało więcej niż ona sama. Widząc niesamowitą determinacje w jego oczach musiałem użyć wszystkich swoich talentów by spokojnie i rzeczowo przekonać go, że to nie jest dobry pomysł (w myślach biłem się żeby przypadkiem głośno nie powiedzieć poroniony). Na szczęście mili, uczynni i cierpliwie obsługujący nas przyznali nam rację, że wysyłanie lampy Fedexem to spory wydatek. M ostatecznie przyjął ten argument i pogodził się, że owej lampy tym razem nie kupi, ale w niczym nie powstrzymało go to przed wykupieniem polowy sklepu. I tak wracaliśmy z pościelą, narzutami, poszewkami, wazami, świecznikami, makatkami, dzbankami i piersiówką, która dostałem w prezencie za to, że byłem dzielny i na niego nie krzyczałem. Przy takim kliencie jak M nie dziwne, że obsługa skakała wokół nas jak zające próbując dopieścić nas z w każdy możliwy sposób – brakowało tylko jednego do pełnego wachlarzu i usług…

M szybko zakochał się w atmosferze Manhattanu, poczuł się niczym ryba w wodzie przepędzając mnie przez wszystkie markowe butiki i choć wcale nie planowałem robić jakichkolwiek zakupów obkupiłem się w nowe szmaty, kurtki, buty by na koniec w Soho spontanicznie nabyć unikatową rzeźbę Cec LePage. Postanowiliśmy wydać małą fortunę i zainwestować w sztukę, żartując że kiedyś sprzedamy ją z olbrzymim zyskiem. Od łażenia po Soho, East Village i Central Park nie czuliśmy nóg, ale było warto, bo M był wniebowzięty.

Codziennie pokonywaliśmy trasę z Times Square do Central Parku albo Soho i miałem momenty, że chciałem nastukać M za determinacje, z jaką pieszo eksplorował zakątki Wielkiego Jabłka. Ostatecznie pomysłu zakupu lampy nie udało mi się wybić M z głowy, dlatego na wiosnę zapowiedział mi już wielki powrót.
Cztery dni w Nowym Jorki i trzy wieczory spędzone na Broadwayu.

Wyciągnąłem M na Evitę, Mary Poppins i Mamma Mia. Dzięki temu, że bilety kupowaliśmy w ostatniej chwili tuż przed spektaklem udało się nam nabyć miejsca premium w cenie zwykłych. Miejsca w drugim rzędzie pozwalają zobaczyć każdy pieprzyk i siniak na ciele aktorów, zniekształcone interwencją chirurgiczną twarze aktorek, cellulit, krople potu spływające po czole, poobgryzane paznokcie albo niepokojące brązowe plamy na kostiumie w okolicy krocza, no i jeszcze intensywny, duszący zapach dymu przy efektach specjalnych..

Ricky Martin z bardzo bliska przyprawie o palpitacje serce i choć fanem jego piosnek nigdy nie byłem to ciacho z niego apetyczne. Przypomniałem sobie na nowo to dawno zapomniane uczucie, gdy byłem jeszcze niewinnym nastolatkiem…
W niedzielę po południu wróciliśmy do Szwajcarii skąd ja od razu przesiadłem się na samolot do Stambułu by stamtąd zaraz polecieć do Gdańska i spotkać się z ojcem…

A propos mądrości życiowych i sedna relacji męsko – męskich: Każda ”dama”, ma cenę. Trzeba po prostu pytać, a nie czaić się z kwiatami…

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Cyklon krzyżuje moje plany

Bez nadmiernego uprzedzania się starałem się obserwować życie codzienne. Ciągły ryk klaksonów samochodowych i tych w mechanicznych rikszach jest głośny i skuteczny. Nieraz miałam wrażenie, że to właśnie klakson jest najlepiej działającą częścią w indyjskich pojazdach. Urzekające było to, że cały ten niby chaos, był na swój sposób ‘’zorganizowany’’. Żaden z kierowców nie okazywał zdenerwowania ani zniecierpliwienia. Na ulicach dzieje się wszystko: kwitnie handel na małych przenośnych wózkach, jeżdżą autobusy, riksze, porusza się całe zoo, biegają dzieciaki, chodzą ludzie z tobołami na głowach… Stąd bierze się chyba właśnie pierwsze wrażenie tego całkowitego chaosu.
Po jakimś czasie, gdy pierwsze przerażenie innością zamieniają się w zwyklejszą codzienność, nachodzą inne, bardziej smutne refleksje… Indie to nie tylko ferie barw i kolorów, mieszanka uderzających do głowy zapachów czy też jazgot przenikliwych dźwięków. To również kraj ludzkich dramatów i nieszczęść: żebrzących brudnych zaniedbanych dzieci, ludzi i rodzin, których jedynym majątkiem jest koszula, kawałek tektury do spania albo chatka zbita z kilku desek albo kawałka blachy…

Plan ostatnich dni pobytu był piękny – wylot do Chennai i pobyt w resorcie spa w Mamallapuram. W środę jednak, gdy próbowałem zrobić check-in ciągle wyskakiwał mi dziwny błąd a dopiero podczas lunchu przypadkiem obejrzeliśmy wiadomości BBC… Okazało się, że do Chennai zbliża się cyklon Nilam.

Od razu zadzwoniłem do Air India gdzie z porażającą precyzją poinformowano mnie, że mój lot został odwołany i najprawomocniej polecę albo wieczorem, albo za 2 dni albo za 3 dni albo kiedyś. Ciapackie linie lotnicze nie czuły się w obowiązku informowania mnie o niczym – przecież w końcu kiedyś bym poleciał. Podminowany próbowałem przebukować bilety na inną trasę, ale bez skutku, miałem zaledwie 3 kwadranse żeby się z tym uporać, bo zaczynałem następne spotkania a po przebrnięciu przez labirynt indyjskiej biurokracji udało mi się jedynie ostatecznie odwołać wszystkie hotele i nabyć powrotny bilet do Delhi.
Nazajutrz, gdy po kilkunastu godzinach w końcu tam dotarłem musiałem koczować przed wejściem do terminalu, bo samolot, który miał zabrać mnie do domu i cywilizacji odlatywał o 3 nad ranem a ja byłem tam już o 19.00, przez cały dzień nic nie jadłem, na lotnisku w Delhi restauracji brak, no może oprócz jakiś budek z lokalnym świństwem albo suchą karmą, skwar nie do wytrzymania – nic więc dziwnego że czułem jak rośnie mi gula. Gdy w końcu wpuścili mnie do samolotu byłem nieźle napruty winem, które szczodrze serwowałem sobie w loungu i nie miałem nawet siły cieszyć się możliwością lecenia nowym Boeingiem – zasnąłem nim samolot wystartował i obudziłem się dopiero we Frankfurcie.

W Szwajcarii wcale nie brakuje mi indyjskiego pozornego chaosu, zapachów, dźwięków. Ulice nie wydają się wcale nudne i jednostajne. Nie przeszkadza mi, że wszyscy ludzie tacy sami, w ciągłym pośpiechu, że nie spotka się siedzącego na słupie faceta, który po prostu siedzi… Drzwi domów są pozamykane, chodniki pozamiatane, ulice puste. Normalnie rajski widok. Nie ma potrzeby pokonywania labiryntu by przedostać się na drugą stronę drogi. Nie ma obawy, że zza węgla wyjrzy nagle święta krowa, której zamiary są nieoczywiste… Nasze ulice nie mają zapachu – no może poza smrodem spalin. W Indiach smród spalin miesza się z wonią kadzideł, które są wszędzie, gotowanych na ulicach potraw, zapachem rynsztoków. Do tego dochodzi to, co zostawiają po sobie wszystkie włóczące się po ulicach zwierzęta i ludzie. Wszystko to daje drażniąca nozdrza mieszaninę, która zostaje na długo. Indiami pachną moje jeszcze niewyprane koszule, kupione i spodnie, ale nie potrwa to długo, gdy do akcji wkroczy M.

Indie na pewno nie pozostawiają człowieka, który tam gościł obojętnym. Coś zostaje w głowie, w sercu, w duszy i nie jest to tylko zachłyśnięcie się egzotyką i orientem.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

zaproszenie

Mój hinduski kolega sprawił mi niesamowita niespodziankę – zaprosił mnie do swojego do domu. Jadąc do niego o 8 rano zastanawiałem się, czego powinienem się spodziewać, przejeżdżaliśmy przez tak okropne dzielnice, że widoki napawały mnie głównie strachem i niesmakiem, ale wiedziałem, że spotkała mnie jedyna w swoim rodzaju okazja i zaszczyt, więc nie wolno mi było tego krytykować.

Do tej pory znałem Indie z perspektywy luksusowego hotelu, ale być zaproszonym przez Hindusa do domu to co innego.

Nie pasowałem zupełnie do tego miejsca, ani swoim strojem, ani drogim zegarkiem ani parą butów, które poproszone mnie by zostawić na zewnątrz. Czekało mnie bardzo miłe przyjęcie, poczułem się trochę jak w skansenie: ostra jarzeniówka, plastikowe krzesła, wiatraki na suficie, metolowa szafa-sejf, w której trzymane są ubrania, łóżko i wysuwany materac. Skorodowane barierki, obite krawężniki wszystko wydaje się bardzo liche i tymczasowe.

Przełożony mojego kolegi mało entuzjastycznie przyjął pomysł zaproszenia mnie do siebie domu, piętrzył przed nim problemy i trudności o to, co będę jadł i czy coś mi aby nie zaszkodzi, co jeśli będę chciał skorzystać z łazienki (dziura w ziemi) albo zobaczę warunki, w jakich mieszkają się zniesmaczę.

Zdaję sobie sprawę, że wszystko to to jedyna szansa na obserwacje z wewnątrz. Mogę zobaczyć to, co widać na ulicy, ale nigdy nie miałbym niestety okazji bliżej przyjrzeć się tamtejszemu życiu. Wprawne oko niejedno może wyłowić nawet z pobieżnej jedynie obserwacji…

Życie toczy się na ulicy. Zarówno codzienne jak i towarzyskie. Ludzie siedzą, pracują rozmawiają, a nawet niektórzy wcale nie krępują się wysikać do rynsztoku… Drzwi do domów są w większości przypadków otwarte… Jeśli gdzieś znajduje się miejsce pracy, również dzieje się to na widoku publicznym. Ludzie gotują, szyją, wyrabiają różne przedmioty itd., nie zamykają się, nie potrzebują do pracy tzw. świętego spokoju. Nie przeszkadza im hałas, rozgardiasz, zamieszanie, jakie dzieje się wokoło.

W Indiach wszystko dla przeciętnego Europejczyka jest inne, może wydawać się bardziej prymitywne i biedne, ale przecież w końcu nasza cywilizacja nie jest jedynym i obowiązującym wyznacznikiem rozwoju. W końcu pierwszym światem nie jesteśmy. Staramy się nie zapominać, że świat jednak nie ogranicza się jedynie do małej, bogatej i snobistycznej Europy…

Dusza świata jest właśnie w takich krajach jak Indie, które fascynują. Dla wielu są skansen, symbol uduchowienia, egzotyki…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Ciężkie chwile

Jestem w Indiach dopiero 3 dzień, jednak nieustająco wszystkimi zmysłami rejestruję to, co dzieje się wokół mnie. W każdym niemalże elemencie rzeczywistość jest tutaj kompletnie odmienna, inna kultura, obyczaje, tradycje. Praktycznie wszystko. Wiele rzeczy mnie tutaj zaskakuje i dziwi, próbuję ich nie oceniać wprost ani zbytnio zrozumieć, bo to i tak bezcelowe – staram się akceptować wszystko takim, jakim po prostu jest.

Do gulgoczących ciapatych się przyzwyczaiłem, choć ciągle muszę zgadywać, czego ode mnie chcą. Najgorzej idzie mi z moim kierowcą, który nieustanie gluga coś pod nosem po swojemu a jedyne, co wyłapuje z jego pytań to ”shopping” bo koniecznie chce mnie zawieźć do lokalnego jubilera żebym kupił perły żonie matce albo innej siostrze. Codziennie pyta mnie, o której ma po mnie przyjechać i codziennie jest godzinę wcześniej i dzwonią do mnie z recepcji, że auto na mnie czeka. 2 lata temu trafiłem na takiego, który spał w aucie, będąc dyspozycyjny 24 godziny na dobę nie wiedząc, kiedy mogę go potrzebować, potem okazało się, że płacili mu za godzinę, więc nawet zwykły przestój był mu na rękę.

Dzisiaj na basenie zapytałem chłopca z obsługi gdzie jest wc – w odpowiedzi usłyszałem rozbrajająco szczere: to urinate on the left.

W naszym biurze czuje się bardzo swojsko, nie przepuściłem żadnej okazji by zejść na dół na pyszną aromatyczną kawę z mlekiem za równowartość 30 groszy. Po niej jedynej nie mam rewolucji żołądkowych ani po pepsi.. Zapamiętywanie imion wiecznie sprawia mi trudność: Madhavi, Kishore, Madhu, Arunkumar, Prudvi powtarzam sobie jak mantrę.

Przy wejściu do biurowca, w lobby odbywają się rozmowy kwalifikacyjne dla nowych pracowników. Kandydaci docierają (podobno czasem pieszo) z odległych regionów Indii w poszukiwaniu pracy biurowej. Nie obowiązuje idea umawiania się na spotkania w sprawie pracy. W Indiach w ogóle nie ma zegarów, nawet na lotniskach i dworcach. Po kilku dniach pobytu już wiadomo, że czas jest pojęciem względnym i nie odgrywa ważnej roli w życiu mieszkańców tego kraju. Wszystko załatwiane jest bardzo długo i bez zbytniego pośpiechu. Dla Europejczyka, gdy załatwianie sprawy trwa długo, oznacza to, że jest poważny problem, dla Hindusa – nic podobnego. Opanowali oni, bowiem znakomicie „bycie tu i teraz”. Żadnego planowania i wybiegania za daleko w przyszłość. Wszystko ustala się z dnia na dzień. Dla osoby – takiej jak ja – przyzwyczajonej do planowania może to być denerwujące.
Człowiek czuje się zagubiony i obcy a każda ujrzana blada twarz dodaje otuchy. Wtopić się w tłum raczej nie mam szans: z racji odmiennego zupełnie wyglądu i ubioru. Staram się po prostu przyzwyczaić, choć idzie mi to opornie: do farbowanych na czerwono włosów, obnoszenia się tanimi strojami rodem z Gorączki Sobotniej Nocy, nadmiernej gestykulacji, pielęgnowania paznokci albo raczej długaśnych żółtawych krogulców..

Z jednym mam tylko ewidentny problem i jestem uprzedzony jak cholera. Straszliwy, wszechobecny brud i smród. Osobom, które nigdy nie odwiedziły kraju takiego jak Indie trudno tak naprawdę to sobie wyobrazić. Prawdziwe góry śmieci walają się wszędzie. Na ulicach, w sklepach, na dworcach. Ludzie załatwiający swoje potrzeby na ulicy to standard: w drodze do pracy naliczyłem jednego dnia 8 sikających. Hindusi to brudasy niesamowite, nawet stojąc 2 metry od kubła na śmieci papier czy kiep od papierosa ląduje na ziemi.
W toaletach często spotyka się bidet. No, może nie w wyobrażeniu europejskim, bo toaleta to często otwór w podłodze z wodą do spłukiwania oraz szlauchem z wodą do podmywania. Jako pomoc służą czasem małe kubeczki. Irytuje powszechny brak papieru toaletowego.

Indie na pewno nie pozostawiają człowieka, który tam gościł obojętnym – Indie albo się kocha albo nienawidzi.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 2 Komentarze

Czasem słońce czasem śnieg

Hajdarabad powitał mnie, cudownie ciepłym, rozgrzanym, suchym powietrzem i słoneczną pogodą, które rozbudziły we mnie ochotę by wskoczyć od razu do basenu, ale nim z lotniska dotarłem do hotelu wygrało zmęczenie. O 18. byłem już w łóżku, na pól śnięty by obudzić się nagle o 1. w nocy i walczyć z bezsennością. Dlatego właśnie przyleciałem wcześniej, gdybym na drugi dzień miał iść do biura wyglądałbym nierześko. A tak spałem do oporu, rano zjadłem lekkie śniadanie, (po którym i tak mnie przeczyściło) zaserwowałem sobie 3 godzinny masaż w spa z ekstraktu owoców granatu, po którym oddałem się beztroskiemu lenistwu leżakując przy basenie obstawiony przekąskami i piwem donoszonymi raz po raz przez bezszelestną obsługę.

W Bernie spadł dziś pierwszy tej zimy śnieg, napadało równo, całe miasto pokrył biały puch a ja w tym czasie leżę na basenie i pławie się w słońcu.

Są takie dni, kiedy uwielbiam swoją pracę, np. lecąc samolotem w wygodnym fotelu klasy biznes rozkładającym się do pozycji horyzontalnej, albo na lotnisku tuż po przylocie, kiedy kierowca w liberii z tabliczką noszącą moje imię wita mnie w hali przylotów, albo na widok pokoju w 5 gwiazdkowym hotelu w egzotycznym krańcu świata.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Namaskar

Lotnisko Indira Gandhi w New Delhi, późna noc, po długim, bezsennym locie z racji różnicy czasu związanej z podrożą na wschód. Wychodzę przed terminal przylotów i od razu uderza zapach, który potem będzie towarzyszył mi do końca podróży, a za którym bynajmniej tęsknię… Troszkę duszący, trochę słodki – jak dla mnie nie do zniesienia.
Otoczony zewsząd odpychającym widokiem panów nieprzerwanie szukających czegoś w swoich nosach jakby chcieli dogrzebać się do mózgu, kręcących kulki z glutów i pstrykającymi nimi na podłogę.
Buty w czubki, szare wyświechtane spodnie, czarny bród za paznokciami, odgłosy sapania prychania, stękania, przeżuwanego jedzenia, mlaskania, chrząkania i bekania. Niedomyci, natrętni i irytujący, brzuchaci starsi panowie niekiedy z włosami przefarbowanymi na czerwono czuprynami wyglądają groteskowo, często z twarzą pooraną ospą. Jeden palant oparł swoje brudne bose stopy o zagłówek mojego fotela i mało by brakowało a bym mu przyłożył z liścia.
Moje kolorowe skarpety nie pozostają niezauważone, dzieci pokazują na mnie palcami. Czuje się trochę jak Murzyn w cyrku, wszyscy mnie zagadują i każdy chce się spotkać gulgocząc w Hindi-English, którego nie rozumiem.

Słodko pierdzący zapach powietrza, curry i odgłosy bekania. Na lotnisku w loungu otumaniony całym rozgardiaszem przez chwile zapomniałem się i napiłem się lokalnego frappucino, w ułamku sekundy zdałem sobie sprawę, że ta mikstura zawiera bliżej niezidentyfikowane lód i mleko, ale było już za późno – poszły konie po betonie a ja wylądowałem w kiblu w pozycji na skoczka.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

jeb jeb jeb

Łeb mi pęka od nawału pracy, dosłownie nie wiem w co ręce włożyć, na dodatek jestem uzależniony od tego czy inne grupy projektowe zakończa swoje prace na czas. Gdybym był sam za wszystko odpowiedzialny potrafiłbym się zorganizować i wszystko zaplanować, zrobiłbym po swojemu. Nie cierpię być uzależniony od czyjejś pracy, typowe rozumowanie perfekcjonisty pracoholika.
W piątek lecę do Indii a potem do Stanów, 22 grudnia zaczynam swój dwu miesięczny urlop – mam wrażenie że jak tylko zniknę z biura to wszystko jebnie z hukiem wodospadu i rozleci się na kawałki

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

Kac wawa

Słoneczną Szwecję opuszczałem ze spokojem i lekkością w sercu, wszystko odbyło się tak jak zaplanowałem, ze sporą dawką przyjemności. Po raz kolejny przekonałem się, że zasada szybkich i intensywnych powrotów jest skutecznym sposobem rozwiazywania trudnych zawiłych znajomości oraz leczenia wszelkich rozterek z tym związanych. Nie wiem czy kiedykolwiek jeszcze zawitam do Goteborgu, może kiedyś znowu przypadkiem. Lubię Szwecje, bo jako obcokrajowiec bez problemu mogę porozumieć się wszędzie po angielsku. Szwedzka mentalność jest podobna do szwajcarskiej stąd mało rzeczy jest w stanie mnie zirytować albo wyprowadzić z równowagi. Polak jest gościnny, przysłowie ‚zastaw się a postaw się’ przestaje tam obowiązywać. Typowy Szwed jest skromny, oszczędny i specjalnie dużej gościnności nie oczekuje od innych. Każdy zdaje się być rozsądnym domatorem, płaci za siebie a zwykły flirt odsłania jak faceci są tam bezjajowi i samowystarczalni.

Wizyta w polskiej stolicy pozwoliła mi wierzyć w lepsze jutro. Życie wciąż sprawia mi niespodzianki. Przyjemnie jest przekonać się, że istnieją nadal intrygujący faceci, że czyjeś towarzystwo mile zaskakuje, że w Polsce spotyka się takich, dla których stosunkowo łatwo można stracić głowę o ile oni nie zrobią tego wcześniej. Punkt widzenia mi się zmienił – chyba, że całą winą obarczyć kolorowe koktajle… hm z koprem, którego w końcu i tak mu nie pokazałem.
Wspaniale jest poczuć przez chwile, że można być szczęśliwym gdzieś indziej i w innych realiach. Powrót do Szwajcarii wywołał we mnie niepotrzebny smutek i przygnębienie, za dużo myślenia i wątpliwości – nie lubię się takiego. Czasami włącza mi się szwędacz a wraz z kolejno odwiedzanymi miejscami ogarnia mnie bezmiar dobroduszności – mam wtedy ochotę obdzwonić wszystkich starych znajomych i wygarnąć im to i owo a potem wspaniałomyślnie i iście teatralnie wszystko wybaczyć.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 2 Komentarze

Amsterdam – Lyon – Zagrzeb – Goteborg

Po blisko 2 latach niespodziewanie wysłano mnie do Zagrzebia na spotkanie z lokalnym dostawcą, skorzystałem na tym podwójnie, bo raz nie musiałem siedzieć za biurkiem a dwa miałem okazję odgrzać starą znajomość. Niektórym może wydawać się to dziwne, ale nawet znajomości zaczęte od dupy strony mają szanse przetrwania w dzisiejszym świecie i potrafią ciągnąc się latami, osobiście mam kilka takich przykładów, ale nie będę wchodził w szczegóły.

Wieczorem po kolacji z R spotkałem się z R vel Mr Devilem powspominać nasz wspólny dziki wypad do Stambułu, przez który zapewne spotkamy się kiedyś w piekle oraz usłyszeć, że R startuje na stanowiska urzędnika UE i jeśli dostanie się do Luksemburga to taka afera z Strauss-Kahnem przy nim to będzie pikuś, bo R ma nieprzeciętnie rozwiniętą wyobraźnię, że jeżeli tylko stworzyć mu odpowiednie warunki to chłopak puszcza wodze fantazji i wtedy nawet szeroko opisywane w prasie włoskie imprezy bunga bunga to zwykły bal starszaków w przedszkolu.
Choć to już początek października w Zagrzebiu wciąż było ciepło a w powietrzu czuć było dokuczliwą wilgotność. Podczas gdy wokół nas ludzie chodzili w kurtkach albo płaszczach opatuleni szalikami oboje z R ocieraliśmy pot z czoła. R która towarzyszyła mi podczas tej podróży miała serdecznie dość tego klimatu i zaraz po kolacji o 21 wylądowała w swoim łóżku podczas gdy ja uskuteczniałem swoje urzędowanie w barze hotelu Regent.

130-138

Wizyty na Bałkanach i zawieranie nowych przelotnych znajomości przypominają mi zakupy w outlecie: fajne i apetyczne towary, tylko taniej.

Wcześniej w czwartek polecieliśmy razem do Amsterdamu spotkać się z dyrektorem finansowym filii mojej firmy i Signor G podczas 3 godzinnej pogawędki dał mi nieco do wiwatu. Ciężko nam się rozmawiało a jeszcze trudniej było mi znosić dziwne fochy pana CFO (a niby makaron), który raz po raz łapał mnie za słówka albo karcił słownie niczym przedszkolaka. Byłem na tą słowną chłostę nieprzygotowany, bo wieczór wcześniej wlaliśmy w siebie z R 2 lampki szampana, 2 butelki malbeca i 3 whiskey sour, po których zdolność odpierania jakichkolwiek ataków lekko mi osłabła. Poza tym w hotelowej łazience spotkała mnie niemiła sytuacja, o 1 w nocy po powrocie do pokoju próbowałem wziąć prysznic i wybiło mi wodę z podłogi zalewając całą łazienkę i kawałek pokoju. Średnio uśmiechało mi się zmienić pokój o tak późnej porze poza tym było lekko napruty wiec raczej słabo bym wypadł próbując tłumaczyć się z tego co się tam stało. Reklamacje złożyłem dopiero dzisiaj…

Samolot miał prawie godzinę opóźnienie, więc dopiero po północy wgramoliłem się M do lóżka żeby o 5 rano wciąż niedospany wyruszyć z nim na weekend do Lyonu. P i F nasi francusko-włoscy znajomi od kilku tygodni nieustannie męczyli nas zapraszając do siebie, ale albo nas nie było w domu albo M pracował albo chłopaki mieli swoje koncerty. Nie uśmiechało mi się znowu jechać do nich do Bazylei dlatego usilnie zabiegałem żeby spotkać się w jakimś odmiennym miejscu. Padło na Lyon. Przez 30 godzin pobytu w tym mieście zdołałem zmieścić w sobie niesamowitą ilość foie grais – ile razy jestem we Francji to mój ulubiony smak, wiem że jest niezdrowe i że dupa mi urośnie ale po prostu ubóstwiam ten smakołyk. Pogoda nas nie rozpieszczała, przez co Lyon zapamiętam jako mokre i szaro bure miasto. M chce wrócić tam wiosną jak zrobi się cieplej i pewnie dam się skusić choćby ze względu na foie gras. Mieszkańcy też jakby wydawali się mniej atrakcyjni, kiepsko ubrani i byle jacy – zupełnie nie było na kim oka zawiesić.

145-120

Do Szwajcarii wróciłem tak naprawdę tylko na jeden dzień tylko po to by wpaść do biura jak po ogień, złożyć w konsulacie wniosek o wizę do Indii i pogadać trochę przez telefon z szefową, bo od dobrych 2 tygodni nie było nam dane się usłyszeć. Dziś jestem w sennej Kopenhadze i czekam na samolot do Goteborga.

Siedzę w loungu o obserwuje ludzi. Język duński jest okropny, bo nie ma w sobie żadnej melodii – za to Duńczycy są mniam. W Szwecji wyczekuje mnie jednak chińszczyzna…

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , | 2 Komentarze

Kosovo

W Szwajcarii żyje się łatwiej, choć to wciąż emigracja wśród rodowitych mieszkańców nie kojarzę się z niczym negatywnym, czasem nawet w ogóle z niczym. Jeśli narzeka się tutaj na jakaś nacje nie są to bynajmniej Polacy ale mieszkańcy Bałkanów. W porównaniu z betonowym komunizmem, panującym np. w Albanii, Szwajcaria to dla nich El Dorado
Albańczycy, może się wydawać, nie uznają innych samochodów. Bity, nie bity, stary, niestary – mercedes albo nic! Merol dla Albańczyka to to samo, co SUV z przyciemnianymi szybami dla nowobogackiego Rosjanina. Musi być i koniec, kropka.
Na Bałkanach po prostu trzeba prowadzić jak wariat, bo w innym wypadku jest się branym za frajera i cieniasa. Presja społeczna. Generalnie, Albańczycy wydają się mieć ten sam problem, który kiedyś mieli Polacy: tak samo jak my pozapominali, że nie wystarczy odrestaurować, tylko, że trzeba to co odrestaurowane jeszcze utrzymywać. Tymczasem spomiędzy kostki brukowej wyrastają gęste krzaczory, białe szybko zamienia się w szare, niedawno położone tynki – już opadały. Na balkonach nowo postawionych bloków ludzie zbierają drewno (na opał?) chabazie i złom.

Młodzi Albańczycy z mojej dzielnicy preferują styl śródziemnomorsko-sportowo-paraelegancki, podróby znanych marek, jaskrawe kolory, cekiny, włos na lekki żel, kosmyki, jak w latach 80tych.
Starsi faceci z kolei wyglądają jak stereotypowi Europejczycy ze wschodu w wersji hardcore. Spodnie od garnituru i wsunięte w nie spłowiałe koszule, widoczne braki w uzębieniu. Czasem nawet kapelusze. Buty w szpic i ta tania elegancja, z którą kiedyś nosili się wszyscy mężczyźni zza żelaznej kurtyny, przypominająca dziadków i wujków ze zdjęć z mojego dzieciństwa. Na lotnisku czasami obserwuje pasażerów przylatujących bezpośrednio z Tirany: plastikowe torby albo siatki w kratę, buty laczki i ten dziwny zapaszek

Albańczyków nie rusza abstrakcja świateł ulicznych czy pasów namalowanych na jezdni. Jeśli przeszkoda ma być brana na poważnie – musi być fizyczna. Żadne światła ani ciągłe linie nikogo przed niczym nie powstrzymają: co to za zakaz, który można złamać po prostu go ignorując. To dlatego jezdnie w albańskich dwupasmówkach często oddzielone są od siebie betonowymi klocami. To jest konkret, nie abstrakcja. W Szwajcarii tego nie ma, ale za to skutecznie egzekwuje się tutaj mandaty.

Większość emigracji nastąpiła w wyniku wojny w Jugosławii i później wojny w Kosowie, a także w drodze łączenia rodzin tych, którzy wyemigrowali w tym okresie.
Około pół miliona imigrantów z byłej Jugosławii, mieszka w Szwajcarii od 2009 r., co odpowiada około 6,5% całkowitego szwajcarskiego społeczeństwa. Około połowa z tej liczby to Albańczycy kosowscy Albańczycy, druga połowa składa się z grupy Serbów i Chorwatów, Czarnogórzan, Macedończyków i Słoweńców.

Traktowane, jako jedna grupa, ludzie z byłej Jugosławii są największą grupą imigrantów w Szwajcarii po Włochach i Niemcach.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz