co to znaczy bardzo łaknąć

A : E voglio giocare a nascondino e darti i miei vestiti e dirti che mi piacciono le tue scarpe e sedermi sugli scalini mentre fai il bagno e massaggiarti il collo e baciarti i piedi e tenerti la mano e andare a cena fuori e non farci caso se mangi dal mio piatto e incontrarti da Rudy e parlare della giornata e battere a macchina le tue lettere e portare le tue scatole e ridere della tua paranoia e darti nastri che non ascolti e guardare film bellissimi e guardare film orribili e lamentarmi della radio e fotografarti mentre dormi e svegliarmi per portarti caffè brioches e ciambella e andare da Florent e bere caffè a mezzanotte e farmi rubare tutte le sigarette e non trovare mai un fiammifero e dirti quali programmi ho visto in tv la notte prima e portarti a far vedere l’occhio e non ridere delle tue barzellette e desiderarti di mattina ma lasciarti dormire ancora un po’ e baciarti la schiena e carezzarti la pelle e dirti quanto amo i tuoi capelli i tuoi occhi le tue labbra il tuo collo i tuoi seni il tuo culo il tuo e sedermi a fumare sulle scale finché il tuo vicino non torna a casa e sedermi a fumare sulle scale finché tu non torni a casa e preoccuparmi se fai tardi e meravigliarmi se torni presto e portarti girasoli e andare alla tua festa e ballare fino a diventare nero e essere mortificato quando sbaglio e felice quando mi perdoni e guardare le tue foto e desiderare di averti sempre conosciuta e sentire la tua voce nell’orecchio e sentire la tua pelle sulla mia pelle e spaventarmi quando sei arrabbiata e hai un occhio che è diventato rosso e la’ltro blu e i capelli tutti a sinistra e la faccia orientale e dirti che sei splendida e abbracciarti se sei angosciata e stringerti se stai male e aver voglia di te se sento il tuo odore e darti fastidio quando ti tocco e lamentarmi quando sono con te e lamentarmi quando non sono con te e sbavare dietro ai tuoi seni e coprirti la notte e avere freddo quando prendi tutta la coperta e caldo quando non lo fai e sciogliermi quando sorridi e dissolvermi quando ridi e non capire perché credi che ti rifiuti visto che non ti rifiuto e domandarmi come hai fatto a pensare che ti avessi rifiutato e chiedermi chi sei ma accettarti chiunque tu sia e raccontarti dell’angelo dell’albero il bambino della foresta incantata che attraversò volando gli oceani per amor tuo e scrivere poesie per te e chiedermi perché non mi credi e provare un sentimento così profondo da non trovare le parole per esprimerlo e aver voglia di comperarti un gattino di cui diventerei subito geloso perché riceverebbe più attenzioni di me e tenerti a letto quando devi andare via e piangere come un bambino quando te ne vai e schiacciare gli scarafaggi e comprarti regali che non vuoi e riportarmeli via e chiederti di sposarmi e dopo che mi hai detto ancora una volta di no continuare a chiedertelo perché anche se credi che non lo voglia davvero io lo voglio veramente sin dalla prima volta che te l’ho chiesto e andare in giro per la città pensando che è vuota senza di te e volere quello che vuoi tu e pensare che mi sto perdendo ma sapere che con te sono al sicuro e raccontarti il peggio di me e cercare di darti il meglio perché è questo che meriti e rispondere alle tue domande anche quando potrei non farlo e cercare di essere onesto perché so che preferisci così e sapere che è finita ma restare ancora dieci minuti prima che tu mi cacci per sempre dalla tua vita e dimenticare chi sono e cercare di esserti vicino perché è bello imparare a conoscerti e ne vale di sicuro la pena e parlarti in un pessimo tedesco e in un ebraico ancora peggiore e far l’amore con te alle tre di mattina e non so come non so come non so come comunicarti qualcosa dell’assoluto eterno indomabile incondizionato inarrestabile irrazionale razionalissimo costante infinito amore che ho per te.
***
“And I want to play hide-and-seek and give you my clothes and tell you I like your shoes and sit on the steps while you take a bath and massage your neck and kiss your feet and hold your hand and go for a meal and not mind when you eat my food and meet you at Rudy’s and talk about the day and type up your letters and carry your boxes and laugh at your paranoia and give you tapes you don’t listen to and watch great films and watch terrible films and complain about the radio and take pictures of you when you’re sleeping and get up to fetch you coffee and bagels and Danish and go to Florent and drink coffee at midnight and have you steal my cigarettes and never be able to find a match and tell you about the tv programme I saw the night before and take you to the eye hospital and not laugh at your jokes and want you in the morning but let you sleep for a while and kiss your back and stroke your skin and tell you how much I love your hair your eyes your lips your neck your breasts your arse your and sit on the steps smoking till your neighbour comes home and sit on the steps smoking till you come home and worry when you’re late and be amazed when you’re early and give you sunflowers and go to your party and dance till I’m black and be sorry when I’m wrong and happy when you forgive me and look at your photos and wish I’d known you forever and hear your voice in my ear and feel your skin on my skin and get scared when you’re angry and your eye has gone red and the other eye blue and your hair to the left and your face oriental and tell you you’re gorgeous and hug you when you’re anxious and hold you when you hurt and want you when I smell you and offend you when I touch you and whimper when I’m next to you and whimper when I’m not and dribble on your breast and smother you in the night and get cold when you take the blanket and hot when you don’t and melt when you smile and dissolve when you laugh and not understand why you think I’m rejecting you when I’m not rejecting you and wonder how you could think I’d ever reject you and wonder who you are but accept you anyway and tell you about the tree angel enchanted forest boy who flew across the ocean because he loved you and write poems for you and wonder why you don’t believe me and have a feeling so deep I can’t find words for it and want to buy you a kitten I’d get jealous of because it would get more attention than me and keep you in bed when you have to go and cry like a baby when you finally do and get rid of the roaches and buy you presents you don’t want and take them away again and ask you to marry me and you say no again but keep on asking because though you think I don’t mean it I do always have from the first time I asked you and wander the city thinking it’s empty without you and want what you want and think I’m losing myself but know I’m safe with you and tell you the worst of me and try to give you the best of me because you don’t deserve any less and answer your questions when I’d rather not and tell you the truth when I really don’t want to and try to be honest because I know you prefer it and think it’s all over but hang on in for just ten more minutes before you throw me out of your life and forget who I am and try to get closer to you because it’s beautiful learning to know you and well worth the effort and speak German to you badly and Hebrew to you worse and make love with you at three in the morning and somehow somehow somehow communicate some of the overwhelming undying overpowering unconditional all-encompassing heart-enriching mind-expanding on-going never-ending love I have for you
***
Chcę bawić się z tobą w chowanego i pożyczać ci moje ubrania i mówić ci że podobają mi się twoje buty i siedzieć na schodach kiedy się kąpiesz i masować ci kark i całować ci stopy i trzymać się z tobą za ręce i wychodzić na kolacje i pozwalać ci jeść ze swojego talerza i spotykać się z tobą w knajpce U Rudy’ego i rozmawiać jak minął ci dzień i przepisywać na maszynie twoje listy i przenosić twoje pudełka i śmiać się z twoich obsesji i dawać ci taśmy których nie będziesz słuchać i oglądać dobre filmy i oglądać złe filmy i narzekać na programy radiowe i robić ci zdjęcia kiedy śpisz i przynosić ci do łóżka kawę z bajglami i ciasteczkami i chodzić do Florenta i pić kawę o północy i pozwalać ci kraść moje papierosy i nie znajdować zapałek i opowiadać ci o programach w telewizji które widziałam poprzedniej nocy i brać cię do okulisty i nie śmiać się z twoich dowcipów i pragnąć cię rano ale nie budzić cię jeszcze i całować twoje plecy i gładzić twoją skórę i mówić ci jak bardzo kocham twoje włosy twoje oczy twoje usta twoją szyję twoje piersi i siedzieć na schodach paląc papierosy aż twoi sąsiedzi wrócą do domu i siedzieć na schodach paląc papierosy aż ty wrócisz do domu i smucić się kiedy wracasz późno i dziwić się kiedy wracasz wcześnie i dawać ci słoneczniki i chodzić na twoje imprezy i tańczyć do upadłego i przepraszać kiedy robię źle i cieszyć się kiedy mi wybaczasz i oglądać twoje zdjęcia i żałować że nie znałam cię wcześniej i słuchać jak mówisz mi do ucha i czuć twoją skórę na mojej i bać się kiedy się złościsz i jedno twoje oko robi się czerwone a drugie niebieskie i włosy spływają na lewą stronę a twarz jest tak orientalna i mówić ci jaka jesteś wspaniała i obejmować cię kiedy jesteś smutna i przytulać cię kiedy tego nie chcesz i skamleć kiedy mam na ciebie ochotę i skamleć kiedy jej nie mam i lizać twoje piersi i okrywać cię w nocy i marznąć kiedy zabierasz cały koc i umierać z gorąca kiedy go nie zabierasz i czuć ciepło kiedy się uśmiechasz i rozpuszczać się z gorąca kiedy się śmiejesz i nie rozumieć dlaczego myślisz że cię odrzucam jeśli cię nie odrzucam oburzać się jak możesz myśleć że cię odrzucam i zastanawiać się kim naprawdę jesteś ale i tak cię akceptować i opowiadać ci o leśnym duszku który przepłynął przez ocean ponieważ cię kochał i pisać dla ciebie wiersze i zastanawiać się dlaczego mi nie wierzysz i kochać cię tak bardzo że nie można tego wyrazić słowami i kupić ci kotka o którego będę zazdrosna ponieważ poświęcasz mu więcej uwagi niż mi i zatrzymywać cię w łóżku kiedy musisz już iść i płakać jak dziecko kiedy już pójdziesz i wyrzucić fifki do marihuany i kupować ci prezenty których nie lubisz i zabierać je z powrotem i prosić cię o rękę chociaż i tak znowu powiesz nie bo chociaż myślisz że nie mówię tego na poważnie to zawsze mówię to na poważnie i chodzić po mieście myśląc jakie jest puste bez ciebie i chcieć tego samego czego ty chcesz i myśleć że przestaję być sobą ale wiedzieć że przy tobie nic mi nie grozi i opowiadać ci o tym co we mnie najgorsze próbować ci dawać to co we mnie najlepsze ponieważ nie zasługujesz na nic gorszego i odpowiadać na twoje pytania kiedy wolałabym tego nie robić i mówić ci prawdę kiedy akurat tego nie chcę i próbować być szczerą bo wiem że ty tak wolisz i myśleć że wszystko już skończone ale pozostawać jeszcze tylko przez dziesięć minut zanim wyrzucisz mnie ze swojego życia i zapominać kim jestem i próbować zbliżyć się do ciebie bo poznawanie ciebie jest wspaniałe i warte wysiłku i mówić do ciebie fatalnie po niemiecku i jeszcze gorzej po hebrajsku i kochać się z tobą o trzeciej nad ranem i jakoś jakoś jakoś przekazać ci część nieprzepartej niegasnącej przygniatającej bezwarunkowej przytłaczającej wzbogacającej rozwijającej nieprzemijającej nieskończonej miłości do ciebie.

/di Sarah Kane

Otagowano | Dodaj komentarz

Blaski i cienie życia we dwoje

M jest tak skonstruowany, że wszystko robi na ostatnią chwilę. Do pracy wstaje na pół godziny przed wyjściem, do pociągu zawsze biegnie bo wychodzi 2 minuty przed jego odjazdem, nim wyjdzie z domu zdąży jeszcze pozmywać wszystkie naczynia, pościelić lóżko, nakarmić kota i poodkurzać a jak się niechcąco upapra to nawet zmienić koszule. Po co pakować się wieczór przed wyjazdem albo wstawać kwadrans wcześniej żeby się ogarnąć?! Nie, on zdąży ze wszystkim w 45 minut. Dzisiaj poleciał do Bari zobaczyć się z D. Specjalnie dla niego kupił prawie kilo różnych gatunków sera żeby zawieźć je w prezencie. Rano się śpieszył i zapomniał zabrać je z lodówki – chciałem zapytać go przez telefon czy mogę je teraz spałaszować, ale po tonie głosu zrozumiałem, że tylko bym się niepotrzebnie naraził…

Kupiliśmy z M dwie olbrzymie szafki na buty, jedna dla niego a druga dla mnie. Moja jest do połowy pełna a jego… No cóż, zmuszony zrobić inwentaryzacje obuwia okazało się, że posiada 30 par butów. Ile razy wraca z Włoch przywozi nowe a ja strofuje go, bo nie mamy gdzie ich trzymać. Król butów.

M po tym jak wpadł w trans na via Condotti w Rzymie zakupił m.in. kilka designerskich T-shirtów znanych marek. Popatrzyłem na te „małe dzieła sztuki” i wyglądały na tanie, brudne i wytarte ubrania. M zarzucił mi ignorancje. Jedna granatowa pełna jest małych nieregularnych dziurek jakby dorwały się do niej wcześniej mole. Mógłbym mu zrobić taką sam szpikulcem do lodów albo dziurkaczem do papieru.
Druga delikatna i przezroczysta jak gdyby z jaśminu, ale jakby postrzępiona, pełna wychodzących ze szwów cieniuteńkich nitek. Nauczyłem się zwalczyć w sobie pokusę, żeby mu ich nie wyrywać, ale nasi znajomi niekoniecznie i co jakiś czas słyszę krzyk M „niee, co ty robisz, zostaw to, to tak ma być!”.

Słoneczne Miami. Wracamy z urlopu. Bal Harbour. Butik Prady. M. przegląda rzeczy i szuka czegoś dla siebie. Oferującego mu pomoc latynoskiemu sprzedawcy pyta od niechcenia: „Queste cose qui sono originale?” Wyelegantowany Pan obrusza się na takie pytanie, ale odpowiada grzecznie – „Oczywiście to oryginalna Prada”. „Oryginalna?! Naprawdę?” – Dopytuje jakby z niedowierzaniem M. „Tak, to oryginalne wyroby marki Prada”. Marco odwraca się, dotyka swoich spodni, koszuli, pokazuje buty i woła z mocnym włoskim akcentem „Questo e Prada originale. Prada Milano. Here tutto Prada Miami…”

Wyspa Wielkanocna. Zwiedzamy Rano Kau albo Tongariki czy inne Ahu. Tracę M. na 5 minut z oczu. Wraca z mega wielkim naszyjnikiem z korali na szyi. Ja wkurw, ale tego nie okazuje. Tatuaże, kolczyki kojarzą mi się wyłącznie z facetami, którzy lubią szczoszki, skarpety i inne brudy. Korale i pierścionki to dla mnie przegięcie w druga stronę. M. wydaje się zauroczony swoim zakupem, ja mało komentuje, udaję, że jestem niewzruszony jego zakupem. Za to przy byle pierwszej okazji: „Pietro, potresti farmi un favore?”. „Si, certo amore lo faccio ma prima togli questa schifezza”.

Otagowano , | Dodaj komentarz

Na krótko w Londynie

Już siedziałem w samolocie, już mieliśmy startować gdy nagle samolot się zatrzymał a pilot ogłosił, że w związku z pożarem w okolicach Heathrow z powodu gęstego dymu zamknięto jeden z pasów startowych i musimy czekać. No i czekaliśmy prawie 2 godziny, kierowca który miał odebrać mnie z lotniska zdążył się wykurzyć i odjechać.
W Kensington w pobliżu Earl’s Court mam swój ulubiony hotel, w którym zawsze nocuję przyjeżdżając na targi BTS w lutym. Nie byłem w nim przeszło 1,5 roku i szybko zauważyłem jak bardzo podupadł. Obsługa, wyposażenie, bar aż się proszą o wymianę. Dostałem podobno lepszy pokój nr 29 do którego, by się dostać musiałem przejść przez istny labirynt krętych korytarzy i podwójnych drzwi z nisko zamontowanymi klamkami (dla karłów albo krasnoludków) a to co zobaczyłem w środku było bardziej niż przeciętne. Mini bar mi nawet wymontowali!
K spała w tej samej okolicy tyle że w Holiday Inn i ponoć jej pokój choć na 17. piętrze był jeszcze bardziej skąpy. Wpadła do mnie przed wyjściem do teatru i pocieszyła mnie, że w porównaniu z nią to mieszkam w pałacu.
Taksówką pojechaliśmy do Teatru Novello na Mamma Mie przekonać się że wersja broadwayowska podobała nam się bardziej. Miejsca mieliśmy tylko lepsze bo w drugim rzędzie na wprost sceny tak że widać było każdy pryszcz na twarzy, każdą erekcje, każdy siniak na kolanie albo żylak na nodze, wrażenia estetyczne więc mieliśmy różne.
Na późny lunch wpadliśmy do Balans gdzie natknąłem się na ulubieńca, który przepakował tak że aż się rozmarzyłem znad swojego talerza. I znów przywitał mnie tym swoim „hi I remember you”. Kisiel miałem w spodniach od samego patrzenia. Człowiekowi od razu apetyt się zaostrza jak ma tak estetyczny widok przed sobą.
Na drugi dzień wcześnie rano wyruszyliśmy do georgiańskiego Bath po drodze zatrzymując się na zamku w Windsorze. Niedziela minęła nam więc bardzo leniwie, ale taki właśnie był plan.

Ojciec od kilku lat, przy wielu okazjach wspomina nasze wspólne wakacje w czwórkę, od czasu do czasu próbując przekonać nas do pomysłu wspólnego urlopu. Wakacje z rodzicami ostatni raz spędziłem 16 lat temu i byliśmy wtedy w Chorwacji uciekając przed powodzią, która nawiedziła w tym okresie Wrocław. Od tamtego czasu wyjeżdżałem sam a myśl powtórki z rozrywki wydawała mi się obciachem i niedorzecznym pomysłem przeżywającego syndrom opuszczonego gniazda rodzica.

W tym roku ojciec kończy 60 lat i jako dobry syn postanowiłem spełnić to jego marzenie, kupując nam wszystkim bilety do Rzymu na listopad. Będzie to może tylko wspólnie spędzony przedłużony weekend, ale tydzień to dla mnie aż 7 dni i nie dałbym dłużej z nimi wytrzymać psychicznie. Żeby było odświętniej i jak najbardziej bezkonfliktowo nabyłem bilety w biznes klasie (co by między naszymi fotelami była odpowiednio duża przerwa) i zarezerwowałem w Radissonie dwa przestronne suity (co bym musiał słuchać dźwięków jaki wydają starzy ludzie podczas porannej toalety). Teraz tylko zostało mi odliczać tygodnie do wyjazdu i modlić się, że nie będę żałował tego pomysłu…

Moja szefowa zapowiedziała na 10.10 swoja wizytę w Bernie. Leci z San Francisco przez Singapur do Zurichu więc jest duża nadzieja, że po tak długim locie i przekroczeniu kilku stref czasowych będzie otumaniona i niechętna na służbowe kolacje.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Dublin – Londyn

Pam po odejściu z naszej firmy i powrocie do Irlandii zatrudniła się w Facebooku. Po 7,5 roku pracy zdecydowała się jak to się ładnie mówi w korporacyjnym slangu ”kontynuować karierę poza naszą organizacją”. Powrót do Irlandii, że szwajcarskiej krainy płynącej mlekiem i miodem okazał się dość brutalny, jeśli popatrzeć na kwotę wpływającą na konto, ale niewiele ją to zraziło. Cieszyła się z powrotu do domu i odcięcia się od naszej sekty.
Znamy się przeszło 6 lat, mniej więcej w tym samym czasie zaczynaliśmy pracę w Szwajcarii. Od lat przy okazji wspólnych spotkań uskuteczniamy rytuał popijania różowego szampana. Ostatnio, gdy była w Bernie zmartwiła ją wiadomość o zamknięciu Markthalle, ale tradycje udało nam się podtrzymać dzięki barmanowi w hotelu Schweizerhof.
W piątek po pracy, obładowany szwajcarskimi czekoladkami i serami przyleciałem do Dublina. Na widok Sprungli i Gruyer oczy zabłysnęły jej z radości. Zabrała mnie na kolacje na steka.
W Dublinie czy Londynie nie mogę się przyzwyczaić, z jaką łatwością można trafić tam na krajana, czasem wydaje mi się jakbym w ogóle nie wyjeżdżał z Polski.
Pam wydaje się rozumieć moje zniechęcenie pracą i znudzenie Szwajcarią, doskonale zdaje sobie sprawę z konsekwencji wyboru decyzji odejścia z naszej firmy, bo na własnej skórze przekonała się ile człowiek traci decydując się na ten krok. Nie zniechęcała mnie, ale radziła poważnie zastanowić się i rozważyć wszystkie za i przeciw, drugi raz nie wchodzi się do tej samej rzeki.
Myślę, że w kwietniu po ogłoszeniu wszystkich promocji spróbuje pogadać z szefową i przekonać ją do swojego planu. Może się uda bez ryzyka utraty wszystkiego…

K wydelegowali na 3 tygodnie do Londynu, w weekendy nudzi się biedaczka sama, wiec do Zurychu wracałem przez Londyn… Wieczorem zabieram ją na musical a jutro jedziemy zwiedzać Windsor, Stonehenge i Bath.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Mantra

Czasami nienawidzę swojej pracy i siebie za to, jakim człowiekiem przez nią się staję. Zdarza mi się zachowywać jakbym był zupełnie oderwany od rzeczywistości. Dlatego ciągle utrwalam sobie, że w gruncie rzeczy żyję na koszt firmy. Pomaga. Zwłaszcza, gdy robi się niebezpiecznie i zaczyna mi się wydawać, że jestem królem świata. W takich momentach często przypominam sobie P, człowieka stworzonego przez firmę i pracę, która go określała. Dawno temu obiecałem sobie że nigdy taki nie będę.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Długi weekend na cyplu buta

Zaraz na drugi dzień po powrocie z Chile M. przepakował jedynie walizkę i poleciał do domu. Umówiliśmy się, że w piątek do niego dołączę i spędzimy weekend we dwoje.
Na 3 dni zostałem „słomianym wdowcem”, co skrzętnie i intensywnie wykorzystałem w Warszawie a potem w Zurychu w międzyczasie przeżywając jednak chwile zwątpienia. M zostawił mnie z całym majdanem prania i spraw do załatwienia, do tego doszły zaległości w pracy i w konsekwencji każdy kolejny dzień życia zaczynał się o 5 rano a kończył o 2 nad ranem. Dopiero w piątek w Lecce dane mi było przespać całe 8 godzin.
Gdybym kiedyś w przyszłości miał na nowo wieść życie singla byłoby mi okrutnie ciężko i szybko bym skapitulował w walce z rzeczywistością i codziennymi obowiązkami.

W samolocie do Brindisi leciał ze mną prawdziwy „kwiat” włoskiego społeczeństwa na emigracji, „podziwiałem” zwłaszcza męska część raz po raz kręcąc głową z zażenowania. Widać, że ci którzy uciekli do Szwajcarii to prości mieszkańcy południowych Włoch, dało się to zauważyć słuchając dialogów pełnego bogatego katalogu przekleństw.

Amore ledwo przekroczył granicę ze Szwajcarią od razu nabrał włoskiego poczucia czasu. Wylądowałem punktualnie o 8 a on spóźnił się ponad pół godziny każąc na siebie czekać w hali przylotów.

Tymczasem pogoda rozpieszczała nas podczas zwiedzania Ostuni, Alberobello, Monopoli, Polignano a mare. Było ciepło, ale nie upalnie, w Gayllipoli na plaży znalazłem czas na odpoczynek i nieskrępowane cieszenie oczu widokiem nagich torsów kruczoczarnych makaroniarzy. Nieznajomi faceci bywają super pociągający i sexy, ale czy posiadają funkcje sprzątania, gotowania i kochania po mimo wad, tego pewnym nigdy być nie mogę.

W Monopoli dołączyli do nas Nico i Massimo. Z Nico nie widzieliśmy się od czasu nieszczęśliwego wypadu do Amsterdamu przeszło 4 lata temu, kiedy za jego zachowanie o mało nie zrzuciłem go do kanału. Szczerze to nie uśmiechało mi się spotykać z nim znowu, ale bycie w związku oznacza kompromisy, więc schowałem niechęć do kieszeni i zrobiłem to wyłącznie dla M. i nie było nawet źle. Domenico bardzo się starał a ja odwdzięczałem się mu tym samym.

Pobyt we Włoszech oznacza dla mnie niepohamowanie w jedzeniu i piciu, trudno jest mi powstrzymać apetyt na widok włoskich rustici, lokalnych słodkości, lodów, świeżych ryb i owoców morza oraz dobrego wina. Zdrowy rozsadek zanika a ja czuje się pogodzony że po powrocie trzeba będzie jakoś stracić nadmiar kilogramów.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Spuszczanie się czyli myśli o niczym

Wracamy już z M do Europy po dwóch cudownie spędzonych tygodniach w Chile. Tyle wspomnień kłębi się w głowie i tyle różnych miejsc, twarzy, przygód, smaków i dźwięków. Jutro, gdy samolot wyląduje w Zurichu wrócimy do naszego domu i naszych codziennych zajęć, nudnej, powtarzalnej, szwajcarskiej rzeczywistości z jej przyziemnymi problemami, które trzeba na bieżąco rozwiązywać. To straszne, ale myślę już o następnych wyjazdach.
M. jutro leci do siebie do domu a ja dołączę do niego w Bari w piątek rano, na długi weekend.
Razem wymyślamy już następne wspólne wakacje: Katar, Oman, Kolumbia, Kostaryka, Panama, Fidżi, Hongkong…
Japonia poszła znowu w odstawkę, bo chyba bym zbankrutował…

V. jest w Amsterdamie u Alexa, co oznacza, że nie dowiem się, co wydarzyło się w biurze przez ostatnie dwa tygodnie. Jutro wieczorem może wpadnę tam na chwilę zobaczyć swoje nowe biurko, bo podczas mojej nieobecności zaszły zmiany. W mojej pracy jedyne, co jest pewne to zmiany, ciągle się reorganizujemy, przekształcamy, ulepszamy, jak szaleni kupujemy nowe firmy i włączamy je do naszych struktur. W tym roku oprócz dotychczasowych egzotycznych krajów jak Turcja i Rosja dojdą mi Emiraty a potem RPA w przyszłym roku. Nowe kraje oznaczają więcej obowiązków i więcej podróży. Świat stanie się jeszcze mniejszy.
Znajomi znowu powiedzą, że mam „dream job”.

Otagowano | Dodaj komentarz

Wichura nad Wyspą Wielkanocną krzyżuje nam plany

Wczoraj wieczorem zerwał się silny wiatr, który przełamywał palmy, rwał krzaki, a w konsekwencji przyniósł bardzo obfite opady deszczu, które nie ustąpiły do rana. O 10.00 mieliśmy wyjechać na lotnisko skąd o 14.10 planowaliśmy odlecieć do Santiago.
Niestety z powodu zlej pogody samolot LANu z Santiago nie wystartował i utkwiliśmy na wyspie przynajmniej do 20.00, bo nic nie przylatuje ani nie odlatuje do/z lotniska Mataveri. Więcej połączeń tutaj nie ma więc nie zostało nam nic tylko uzbroić się w cierpliwość i czekać, może samolot z Santiago odleci o 13 wtedy jest szansa, że o 20 będziemy mogli wrócić nim z Hanga Roa.

Szczęście w nieszczęściu menadżerka hotelu pozwoliła nam zostać w pokoju do momentu wyjazdu na lotnisko. I tak nie spodziewa się gości, bo ci utkwili w Santiago…
M. trzęsie portkami, że przez złą pogodę stracimy połączenie do Sao Paolo i Zurichu, przez co on nie zdąży we wtorek na samolot do Rzymu. Wiem jedno – będzie wesoło…

**********
4 godz. później

Samolot LAN Chile z Santiago w końcu wyleciał ok godz. 15.00. Do czasu nim przyleci na Rapa Nui minie 6 godzin, dlatego razem z M. postanowiliśmy nie czekać bezczynnie w pokoju tylko wyrwać się po raz ostatni do Hanga Roa. W pokoju mamy telewizor, ale Telewizja Rapa Nui jest gorsza niż programy nadawane przez Telewizję Irańską, 2 pozostałe programy głównie śnieżą więc jest bida. Internetu w pokoju nie mamy a ten na recepcji jest baaardzo powolny.
Wczoraj za namową naszego przewodnika odkryliśmy super knajpę Haka Honu z bardzo dobrym lokalnym jedzeniem i dziś pojechaliśmy tam znowu.
Pani z recepcji hotelu Iorana należą się kwiaty za to, że nie wyrzuciła nas na bruk. Oczyma wyobraźni już widziałem siebie spędzającego dzień i noc na lotnisku, układającego się do snu na strzępach kartonów, próbującego wymienić karton papierosów na jedzenie, wodę i mydło…
Na razie sugerowana godzina wylotu stad to 22.00 – oby…

*******
8 godz. później

Samolot z Santiago, który miał zabrać nas z powrotem na kontynent, przyleciał grubo po 21.00. Lalo jak z cebra, gdy pasażerowie schodzili po schodkach na płytę lotniska, wszyscy byli przemoknięci, kiedy dotarli to hali odbioru bagażu. My dotarliśmy na lotnisko po 19.00 a na widok zatłoczonego terminalu odlotów ucieszyliśmy się, że zdecydowaliśmy się przeczekać całą te sytuacje w hotelu. Terminal na Rapa Nui bardziej przypomina przystanek autobusowy niż miejsce skąd startują wielkie samoloty.
Nim zaczęto wpuszczać nas na pokład minęły następne 2 godziny, chodziliśmy już na rzęsach ze zmęczenia, nie chciało nam się ani pić ani jeść ani oglądać filmów – marzyliśmy żeby móc wreszcie zamknąć oczy i po prostu zasnąć.
Wreszcie wystartowaliśmy.
Pilot grzał do Santiago 1100km/h i zamiast planowych 6 dolecieliśmy w 4.40h po drodze doświadczając niezłych turbulencji.
Po 4 nad ranem byliśmy w Santiago skąd hotelowym shuttle busem pojechaliśmy na kilka godzin do Hiltona przespać się trochę, odświeżyć, zjeść normalne śniadanie przed czekającym nas powrotem do Europy.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Rapa Nui

Lot z Santiago na Wyspę Wielkanocną trwa prawie 6 godzin, niemal tyle samo co lot z Los Angeles do Honolulu. Punkt 7.00 przyjechał po nas do Radissona zabawny tęgi Amerykanin z Teksasu mieszkający w Chile od 9 lat. Jedno spojrzenie na nas wystarczyło, żeby załapał że razem z M stanowimy parę. Opowiadał nam jak przed kilkoma tygodniami woził po klubach 2 panów z Miami, którzy zapragnęli doświadczyć życia nocnego w Santiago w wersji rainbow… Podobno wracali z bananami na twarzy, ale dlaczego dokładnie tego powiedzieć nam nie chciał. Obiecałem odezwać się do niego następnym razem, gdy będę stolicy Chile…
No właśnie, od kilku dni chodzi mi taki pomysł po głowie by wrócić do Ameryki Południowej: Lima – Santiago – La Paz albo w połączeniu z Ekwadorem, Sao Paulo albo Kolumbią. Drugi pomysł to, żeby zrobić sobie przerwę w pracy na 4-5 miesięcy i wyjechać do Peru uczyć się hiszpańskiego. Znalazłem już nawet szkoły oraz ceny takiego kursu i wcale nie wygląda to nieosiągalnie…Na razie to tylko myśli, ale znam siebie, od pomysłu, planu do decyzji to czasem krótka chwila…

Spodobało mi się latanie chilijskim LANem, jako linii lotniczej niewiele mam im do zarzucenia, jedzenie, obsługa, infrastruktura, pokładowy zestaw rozrywkowy są bez zarzutu, jedynie M. narzekał, że w menu nie może wybrać filmów po włosku. Podczas gdy on głównie drzemał, ja oglądałem film za filmem raz po raz łapczywie obcinając bardzo apetycznie wyglądającego stewarda o zabójczym uśmiechu.
Na lotnisku Mataveri czekała na nas pilotka, która wręczyła nam naszyjnik z kwiatów lei, podobny do tego, który dostają turyści przylatujący na Hawaje. Lotnisko Mataveri jest bardzo małe, ląduje tu tylko jeden samolot na trasie Santiago de Chile – Rapa Nui – Papeete Tahiti, to co zwróciło moja uwagę ze ściany we wszystkich pomieszczeniach lotniska: hala przylotów, odlotów, odbiór bagażu pokryte są boazeria!
Przejazd do hotelu Iorana trwał bardzo krótko, dostaliśmy bardzo skromnie urządzony pokój wyposażony jednak w łazienkę, prysznic, klimatyzacje i taras z widokiem na skaliste wybrzeże i ocean.
Jeszcze tego samego popołudnia wyruszyliśmy na oglądanie pierwszych ahow, pukao, mahute i moai… Jak patrzę w morze to nie mogę uwierzyć, że od najbliższego lądu dzielą mnie tysiące kilometrów.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Valparaiso – Vina del Mar – Santiago

Jeszcze tego samego wieczoru poprztykaliśmy się na nowo.

Po południu pojechaliśmy kolejka miejska do Vina del Mar, które nie wiadomo czemu z bliska nie wydało mi się już tak ciekawe jak zza okna samochodu. Vina to przede wszystkim plaża, promenada, restauracje i życie nocne, którego o godzinie 15 trudno doświadczyć. Pokręciliśmy się trochę bez sensu po centrum starając się ignorować żar lejący się z nieba i panujący uciążliwy popołudniowy skwar po czym tą samą kolejką wróciliśmy do portu w Santiago.
Krótki, dwudziestominutowy rejs statkiem wzdłuż wybrzeża z trójką przypadkowo zapoznanych w kolejce turystów chyba z Argentyny przypieczętował ostatecznie nasz ostatni dzień zwiedzania Valparaiso. Wróciliśmy windą do wyżej położonej części miasta skąd pieszo, spacerkiem wróciliśmy do hotelu. Valparaiso choć niewątpliwie malowniczo położone, pełne kolorowych budynków – zabytków z cieszącymi oczy muralami zupełnie nie radzi sobie z oczyszczaniem miasta: wszędzie pełno śmieci, walających się odpadów i zwierzęcych odchodów, naprawdę trzeba się niezłe postarać żeby w coś niechcący nie wdepnąć…


Ponoć śmieci wywożone są tutaj tylko 2-3 razy w tygodniu bo mieszkańcy nie chcą płacić za wywóz odpadów, co wiązałoby się z dodatkowymi kosztami w i tak już trudnej sytuacji ekonomicznej tutejszej społeczności.
Za namową M pierwszy wspólny wieczór w Valparaiso spędziliśmy na kolacji w naszej restauracji hotelowej i był to absolutny strzał w dziesiątkę, bo o tylu przysmakach i tak estetycznie podanych moglibyśmy gdzie indziej tylko pomarzyć. Ryby i owoce morze mają tutaj wyborne a mięsem z tuńczyka z powodu niższej zawartości tłuszczu można objadać się do woli. Drugiego wieczoru mieliśmy mniej szczęścia, bo przeoczyliśmy zmianę czasu w Chile i o 22 biegaliśmy po mieście o pustym od rana żołądku byleby tylko znaleźć jakąś otwartą o tej porze jadłodajnie. Z braku laku trafiliśmy do francuskiej oberży podczas kolacji w której znowu znowu ktoś coś powiedział za dużo a w konsekwencji nastąpiły ciche dni miedzy nami i do hotelu każdy z nas wracał w pojedynkę.
W dniu powrotu do Santiago było pochmurna i mżyło, nie chciało mi się nawet wyściubić nosa z hotelu. Zeszliśmy na śniadanie i okazało się ze dżdżysty poniedziałkowy poranek byliśmy jedynymi gośćmi w Palacio – większość wyjechała wczoraj a ostatnia amerykańska para właśnie się wymeldowywała. Dzięki takiej okoliczności podano nam śniadanie do stolika przy wyjściu na werandę z wielkimi przeszklonymi drzwiami skąd rozchodził się niesamowity widok na miasto i zatokę. Jak za dotknięciem magiczną różdżką M. natychmiast wrócił dobry humor, którym mnie uraczył.
Zaplanowaliśmy wrócić na 2 dni do Santiago skąd w środę rano wylatujemy na Wyspę Wielkanocna.
Osobiście bardzo było mi to na rękę, bo w Galerii Costanera vis a vis naszego hotelu zrobiłem mega udane zakupy.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz