Kawalek Francji na oceanie

Saint Denis główne miasto Reunionu to typowa dziura, w strugach deszczu miasto wydaje się być dodatkowo dziura bez dna. Fakt, nie dotarliśmy z M do słynnych powulkanicznych cyrków Cirque de Ciaos, de Salazie i Mafate, które ponoć zwalają z nóg ale od uprawiania trekkingu dzielą nas lata świetlne. M podobnie jak ja góry lubi oglądać z dołu…
Departament zamorski Francji, tysiące kilometrów od Europy, zagubiony na Oceanie Indyjskim gdzie płaci się euro, oprócz Jardin de l`Etat i Rue de Paris pełnej pałaców w stylu kolonialnym i tonących zielni placów i ogrodów niewiele jest tam do oglądania. Plaże Reunionu nie wytrzymują porównania z plażami Mauritiusu, ale cenowo wyspa nastawiona jest tylko na bogatych turystów.

Domy pomalowane na czerwono, żółto i zielono, na ulicach Francuzi, Chińczycy, Hindusi cały tygiel kultur. Meczet w wysokim budynku a na dole pełno sklepów oferujących mini spodniczki i obuwie, kramów i bazarów bez liku, totalny miszmasz.
W jednej z uliczek znaleźliśmy świetną małą restauracje Clos St-Jacques akuratną na lunch. Menu tylko po francusku (po angielsku mówią niechętnie jak podobnie jak Francuzi na kontynencie), M znowu dumnie demonstrował swoją znajomość francuskiego i gdyby właściciel nie zobaczył wysyłanego przeze mnie błagalnego spojrzenia i nie przeszedł na angielski, pewnie wylądowalibyśmy w jakimś fast foodzie.
Dzień można by zaliczyć do kategorii relaks i sielanka gdyby nie powrót na Mauritius. Nasz samolot miał ponad godzinę opóźnienia, gdy wylądowaliśmy w Mahebourgu a stamtąd jeszcze 1.5 godz taksówką na północ wyspy. Zgodnie postanowiliśmy, ze następnym razem wybierzemy hotel bliżej lotniska bo stojąc w korkach traci się mnóstwo czasu a większość atrakcji ulokowane jest na południowej lub zachodniej części wyspy. Na ostatnim piętrze hotelu gdzie znajdował się nasz apartament pełno było wody – pozostałości po niedawno przeszłej burzy. Po otwarciu drzwi było tylko gorzej – wszystko pływało, salo sypialnia, kuchnia i łazienka, brodziliśmy w olbrzymich kałużach. Okazało się ze wybiła woda z zatkanych rur odpływowych a ujście znalazła na naszym ostatnim piętrze. Dostaliśmy pokój zastępczy, piętro niżej, podczas gdy specjalna ekipa za pomocą wiader i szufelki wypompowywała wodę z naszego pokoju pracując całą noc usuwając wszystkie skutki awarii. W nocy obudził mnie odgłos lejącej się wody i gdy wyjrzałem na korytarz woda lala się ciurkiem z naszego pietra tak jakby pokój nad nami wciąż był zalewany…

Rano zdarzył się cud: po powodzi nie było śladów i wyszło słońce, które przygrzało tak mocno ze M spalił się na czerwono nie wiedząc nawet kiedy…

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Urlopu na Maskarenach ciąg dalszy

Termometr niezmiennie pokazuje na zewnątrz cudowne 30 stopni, ale my zamiast taplać się w ciepłych falach oceanu kapiemy się jedynie w obfitych strugach deszczu. Leje już trzeci dzień, dosłownie ściana wody, tropikalna burza, które sprawia ze nie widać nic w odległości więcej niż 10 metrów. Katamaranem nigdzie wyplatać się nie da, a nawet gdyby to szybko zamieniłby się on w lódź podwodna. Ze względu na depresyjna aurę nie pozostaje nam nic tylko pić, spać albo czytać książki, ale to szybko nam się znudziło. Wczoraj pojechaliśmy do Port Louis, stolica wyspy przywitała nas wprawdzie intensywnym deszczem, ale w ciągu dnia było całkiem znośnie, choć mżyło cały czas, ale byliśmy bardzo zdeterminowani (zdesperowani?) po pierwszym dniu zupełnego nic nie robienia.

Mauritius jak dla mnie to wciąż kraj trzeciego świata, widać to na każdym kroku, może i próbują naśladować kulturę bogatej Francji czy Anglii, ale bliżej im do Tanzanii i brudnych i zabiedzonych ulic Dar es Salaam niż do paryskich bulwarów. Na ulicach pełno potomków ciabatych, którzy napłynęli tu w drugiej połowie XIX wieku wraz z niesieniem niewolnictwa a potem zaczęli rozmnażać się w zastraszającym tempie podnosząc przyrost naturalny. To że wyginał ptak dodo to jednak nie ich sprawka…
W sklepach przy Caudan Waterfront dominuje kicz, podroby i lokalne nieznane marki. Zaskoczyło mnie jedno: darmowy internet maja tu wszędzie: na lotnisku, w hotelu, na stacji benzynowej, w hipermarkecie i w każdym barze i kafejce.
Jedynym transportem publicznym są tutaj taksówki i rozklekotane autobusy a sam transport jest bardzo problematyczny z powodów korków spowodowanych brakiem planowania i tolerancji straganiarzy rozkładających swoje towary na ulicach.
Główne ulice i ścisłe centrum wydaje się uporządkowane i schludne, ale gdy tylko skręci się w jedną z bocznych ulic widać brudne rynsztoki, biedę i slumsy. Mimo tych mocnych wrażeń właśnie w Chinatown i na lokalnym bazarze podobało się nam najbardziej ze względu na urok i niedostępność tego miejsca dla masowych turystów. Choć nie łatwo było omijać nam brudne kałuże oraz sterty walających się ulicami resztek jedzenia tudzież innych śmieci, tłumy bachorów wracających ze szkoły i drących japy w wniebogłosy, kilka razy przyszło nam brodzić po kostki w wilgotnych dziurach a M chyba na zawsze stracił swoje ulubioną parę butów, to ten spacer utkwił nam w pamięci najbardziej.
Wieczorem wylądowaliśmy w restauracji serwującej specjały kuchni kreolskiej po wizycie, w której jako dodatek specjalny dostałem zatrucia pokarmowego. Dzisiaj rano jadąc z kierowca do Bois-Cheri i Grand Bassin rzygalem jak kot, kilkakrotnie musieliśmy awaryjnie stawać, gdy żołądek podchodził mi do gardła. M dzielnie mnie wspierał żartami, ze jestem jak pies który zaznacza swoje terytorium. Kierowca wykazał dużą cierpliwość, ale miałem mu za złe, ze prowadzi auto jak ”świerzak”, bo szarpało nami to w tył to w przód na każdym skrzyżowaniu. Po takiej ”trzęsawce” było mi to już zupełnie obojętne czy stojąc w pustym polu wypluje cały żołądek zwijając się z bólu czy zmoknę do suchej nitki. W przerwach między jednym a drugim pawikiem poznałem tajniki uprawy herbaty oraz święte miejsce hinduizmu, więc wycieczkę mogę uznać za zaliczona, choć wodospadu Chamarel i Ziemi Siedmiu Kolorów nie zobaczyliśmy…
Jutro kierunek Le Reunion.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 3 Komentarze

pogoda w raju bywa kapryśna

Chciałbym moc napisać że jest cudownie egzotycznie a my leniwie rozkoszujemy się pięknymi widokami, mocząc nasze ciała w bajecznie kolorowych lagunach, popijając kolorowe drinki.. .ale k…a leje jak z cebra, już drugi dzień, co jakiś czas się przejaśnia i nawet wychodzi słońce, żeby po chwili znowu robiło się szaro i ciemno a z nieba lunął intensywny deszcz.

Z powodu zlej pogody odwołali nam dzisiaj katamaran na Ile Plate a przecież miało być tak pięknie, laguny miały bać, krystalicznie czyste morze, fale i brykające delfiny a leje jak podczas jakiegoś monsunu. Nie przewidzieliśmy, że mogłoby nas to spotkać na Mauritiusie.

Podróż z lotniska do naszego hotelu na północy wyspy zajęła nam ponad 2 godziny, rano są tutaj tak niesamowite korki, że nasz kierowca poruszał się ze średnią prędkością 15 km/h. Od ciągłego hamowania i szarpania w to w przód a to w tył zrobiło mi się niedobrze i myślałem, że będę puszczał pawia. M całą drogę z lotniska przespał jak z dziecko, po tym jak przyszło mu lecieć w samolocie w klasie cargo… bo tym razem nie było rozkładanego na płasko fotela ani szampana do oporu, musiał przypomnieć sobie jak to jest podróżować na długiej trasie w ekonomiku. Ceny hoteli 5* a co za tym idzie i usług są wysokie, ale znalazłem fajny 3* hotel w Pereybere vis a vis pięknej plaży i żeby M nie pomyślał, że dotknął nas jakiś finansowy kryzys wziąłem największy 80m apartament z kuchnią, sypialnią, salonem, ogromną łazienką z jacuzzi i przestronnym tarasem. Apartament znajduje się na najwyższym 3. piętrze budynku bez windy czego tez nie przewidziałem i biedny M musiał wnosić swój ciężki bagaż na górę sam, bo bell boya tutaj nie mieli. Gdy taksówka dowiozła nas pod hotel sam wypakowałem swoją walizkę z bagażnika. M wysiadł niczym królowa brytyjska i dumnie wkroczył pod ogromna markizę, co by nie zmoczyć swoich włosów. Walizkę swoją zostawił w taksówce a ta już prawie odjeżdżała, gdy zorientował że w hotelu bagażowego nie mają. Zderzenie z rzeczywistością bywa bolesne.

Salon lekko kiczowaty w wystroju, ale nie będę się czepiał, za to do mrówek i jaszczurek raczej nie przywykniemy. Boję się włączyć wannę z hydromasażem w obawie, co może wypłynąć tudzież wypełznąć z jej dysz. Przed hotelem znajduje się ruchliwa ulica-deptak, auta i autobusy pędzą tutaj jak szalone rozbryzgując olbrzymie kałuże niczym tsunami.
Jak na razie jest więc głownie bardzo mokro i wilgotno.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 2 Komentarze

Pereybere

Zżymam się ostatnio na myśl, że muszę rano wstawać i wychodzić do biura. Niedawno zdarzało mi się kilka dni pod rząd pracować przez 14-16 godzin i gdyby nie krótkie wyjazdy do Edynburga i Warszawy, które wybiły mnie z szalonego tempa pracy, pewnie pracowałbym i w weekendy, co w końcu odbiłoby się na moim zdrowiu.
Szefowa zalewa mnie informacjami na temat projektu w Azji, mam wrażenie, że wrzuca mi do skrzynki największy gó…no, bo skoro chcę się tam przenieść to lepiej żebym zaczął przyzwyczajać się do dylematu jak rozróżnić tradycyjne pismo chińskie od znaków uproszczonych. Kosmos. Gdybym jeszcze musiał teraz tam pojechać padłbym chyba na niewydolność. Umówiliśmy się, że na road show po Singapurze, Malezji, Hongkongu i Tajwanie poleci sama, ale szkoleniami podzielimy się po równo.
W trosce o moje dobre samopoczucie i swobodne poruszanie się w biznesie dostałem od niej książkę – podręcznik jak prowadzić negocjacje w Azji. Akutanie wieczorami w ramach lektury do poduszki poszerzam swoją wiedzę z zakresu różnic kulturowych przyswajając złote rady amerykańskich specjalistów. Jeśli choć raz uratuje mnie to przed kulturowym foux pas to cały ten wysiłek nie pójdzie na marne. Powoli osiągam stan, kiedy znowu wydaje mi się, że im więcej pracuję to… pracy wcale nie ubywa.

Dlatego właśnie leżymy z M na plaży, prawie 9 tys km od domu i 2600 km od afrykańskiego lądu, sączymy kolorowego drinka z parasolką i lepcy od olejku do opalania ociekamy zajebistością…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 1 komentarz

jeszcze Singapur

Przestałem próbować zrozumieć wszystkie decyzje moich przełożonych, którzy wydają mnóstwo pieniędzy na bardzo dalekie, przeto drogie służbowe wyjazdy. Mój 2 dniowy pobyt, choć ultra krótki okazał się okrutnie intensywny, czego mogłem się spodziewać.. Dzięki proszkom udało mi się uniknąć symptomu nagłej zmiany strefy czasowej, poza tym pierwszego dnia nie działał mi laptop, więc siłą rzeczy zrobiłem sobie luźniejszy dzień który spożytkowałem szwendając się beztrosko i bez wyraźnego celu po centrum i wypróbowując limity na kartach kredytowych. Singapur kusi cenami i bogatym asortymentem i dosłownie szkoda czegoś tutaj nie kupić. Po południu upał stał się dokuczliwy, wysoka wilgotność sprawiła, że chodziłem rozdrażniony, w powietrzu unosił się charakterystyczny ciężkawy słodki zapach, wróciłem, więc do hotelu zdrzemnąć się.
Jestem tu kolejny raz i coraz bardziej czuję, że chciałbym tu zamieszkać. Zaskakująco udane połączenie orientalnej tradycji, kolonialnej przeszłości i ultranowoczesnej współczesności. Niektórzy twierdzą, że to nie jest już azjatyckie miasto. Dla mnie nie ma to znaczenia, ja lubię je takim, jakim jest. Czyste, bezpieczne, zielone i pełne turystycznych atrakcji, a przy okazji perfekcyjnie zorganizowane, zaskakuje mnie na każdym kroku troską o porządek i organizacją życia, zupełnie jak w Szwajcarii. Poza tym widać bogactwo i wysoki standard życia, piękne strzeliste budynki a obok tropikalna bujna roślinność, otwartość na expatów, dogodne położenie i cała masa zakazów i nakazów (w środkach transportu publicznego nie można spożywać żadnego jedzenia ani napojów, nawet wody, nie wolno też opierać stop o ławkę żeby zawiązać sobie buta, nie mówiąc o pluciu czy żuciu gumy na ulicy). Moje zauroczenie mieszkańcami Singapuru, jako najbardziej przyjaznymi, pomocnymi i otwartymi ludźmi trwa, choć policjantami są nie mniej niż Szwajcarzy. Zrobiłem już nawet małe rozeznanie w cenach mieszkań, 3-4 pokojowe apartamenty, okazały się zwykle w pełni umeblowane a basen w budynku uchodził za powszechny to standard. Myślę, że mogłoby mi się tutaj naprawdę spodobać, choć najbardziej obawiałbym się różnic kulturowych.
W naszym biurze w Suntec Tower rewia mody, o ile w Szwajcarii uchodzę za eleganta tutaj po prostu wtopiłem się w tłum.
Na wejściu zaliczyłem wpadkę próbując cmoknąć w policzek koleżankę, z którą miałem pracować. Fakt – byłem lekko rozkojarzony a ona, gdy zostaliśmy sobie przedstawieni wykonała dziwny skłon jakby nachylając się w moją stronę. Zareagowałem odruchowo a że sytuacja była niezręczna zobaczyłem od razu w jej oczach i wyrazie twarzy…
W mojej pracy ciągle się cmokam, obejmuje z kobietami jak i mężczyznami (z Tureckimi kolegami cmokamy i obejmujemy się nieustannie) – tutaj ewidentnie się zapomniałem i wyszedłem na agresora, choć wydawało mi się że przebywam wśród swoich. Tutaj dotyk to nietakt. W wąskich korytarzach czy mijając się w przejściu nikt się o siebie nie ociera, wszyscy robią krok wstecz by zachować 1,5m odstęp. Wszystko wydaje się być bardzo sformalizowane, nawet zwykłe podanie ręki nie wydaje się czynnością naturalną, na powitanie wystarczy skinienie głową…
Zapamiętywanie imion to tez nie łatwa sprawa: Guat Hong Ee, Wee Siang Tan, Jouie Pineda, Kok Cheong Fong nigdy nie wiem czy moim rozmówcą będzie kobieta czy mężczyzna.
O ile na początku rozmowy jestem wstanie zapamiętać imię to po kilku minutach wylatuje mi ono z głowy, gubię się, kto jest kim bo wszystkie imiona wydają się brzmieć tak samo. Hierarchia w biurze też jest bardziej widoczna, a wymiana wizytówek to niemal ceremonia.
Z bardziej pozytywnych rzeczy – oferty randek na fuckbooku napływały nieustannie, bo biały owłosiony facet, z dużym atutem to tutaj smaczny kąsek.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 9 Komentarzy

noc w chmurach

Obudziłem się w samolocie i przez moment dochodziłem do tego gdzie jestem. Szefowa kilka dni temu zaproponowała spotkanie w Singapurze, obudziła się z ręka w nocniku i za wszelką cenę próbuje przepchnąć nasz azjatycki projekt. Tempo pracy przez ostatnie 2 tygodnie było szaleńcze, dużo wysiłku włożyłem by zamknąć wszystkie tematy. Nie wyszło idealnie, ale przy takim pędzie trudno żeby człowiek mógł zawracać sobie głowę szczegółami.
Klasa biznes w nowym Airbus A380 jest niespotykaną nigdzie indziej kombinacją ekskluzywności, innowacji i stylu, wyposażona w naprawdę w szerokie fotele, szersze niemal o połowę od klasycznych rozwiązań, które z łatwością można rozłożyć i przekształcić w całkowicie płaskie łóżko dając poczucie absolutnego komfortu. Cztery siedzenia w układzie 1-2-1, pozwalają by każdy pasażer miał bezpośredni dostęp do przejścia. Dla zapewnienia większej swobody ruchów i poczucia przestrzeni, zrezygnowano z umieszczania pojemników na bagaż podręczny ponad głowami pasażerów. Łatwo dać się uwieść zaprojektowanymi przez Givenchy poduszkami i pledami, że nie wspomnę o zestawach kosmetyków i wyposażeniu toalet. Luksus potęgują faktura i kolory materiałów wykończeniowych – skóry i drewna mahoniowego.
Multimedialny systemu wyświetlany na 15-calowym ciekłokrystalicznym ekranie pozwala na dostęp do ponad tysiąc opcji na żądanie, od filmów i programów telewizyjnych po płyty muzyczne i gry Nintendo.
Bezszelestnie poruszające się stewardesy są uśmiechniętą ikoną linii lotniczej. Ubrane w sarongi, stanowią o marketingowej sile przedsiębiorstwa, pozostając jednocześnie uosobieniem przyjaznego serwisu i azjatyckiej gościnności…
Zadziwiające jak szybko mija czas, dopiero koniec lutego a kolejny rok z rzędu zostałem senatorem start alliance, zdobyte mile potwierdzają odległości, które przebyłem przemieszczając się między 3 kontynentami.
Wczoraj padł mi laptop, przy próbie włączeniu komputera wyświetlają mi się same gołe baby. Wielki pan manager w Singapurze będzie chodził na spotkania z kartką i długopisem…

Opublikowano podróże | Otagowano , | 4 Komentarze

Frytki party na Arce Noego – wujek dobra rada – kurwa & złodziej

Spotkaliśmy się po prawie 5 latach, w tym samym gronie. Zmieniliśmy się, mamy inne prace, pracujemy w różnych firmach, prawie każdy ma teraz dziecko. Wszyscy mają się lepiej: mamy lepsze prace, lepiej mówimy po polsku, lepiej zarabiamy, stać nas na większy komfort życia, urosły nam brzuchy, śmiejemy się z przyzwyczajeń, które dawniej pozwalały nam zaoszczędzić z trudem zarobione pieniądze, beztrosko rozbijamy się po mieście taksówkami, mało koncentrując się nad tym czy starczy nam do pierwszego, z dużo większą łatwością wydajemy zarobione pieniądze. Niektórzy mężowie nie są już tak atrakcyjni jak kilka lat temu, niektórzy nadal są, ale wciąż wolą cycki. Rozeszliśmy się w różne strony, niektórzy wciąż pracują we Wrocławiu, inni w Dublinie czy Mountain View, jeszcze inni z sukcesem otworzyli własną działalność i nie myślą o powrocie do Australii czy Kostaryki. Wszyscy mają się dobrze. Dawniej na frytki party targaliśmy kartofle, które potem wspólnie skrobaliśmy i kroiliśmy – teraz wystarczyło nam kilka opakowań mrożonych odpowiedników i mikrofala. Mężowie żon nie omieszkali zauważyć jak bardzo staliśmy się wygodni.
Siedziałem jak oniemiały – poczułem, że znajduję się we właściwym miejscu, czas się zatrzymał a ja wróciłem do siebie sprzed lat. Pierwsza myśl, gdy ich wszystkich zobaczyłem nasunęła się szybko: co za pierdolona Arka Noego – same pary.
Niektórzy próbowali zajść mi za skórę, próbując przekonać mnie że szczęście to błyskawiczna kariera i wirujący seks, w skórze zimnego karierowicza i seksualnego manipulanta. Słuchając tych bredni odnosi się złudne wrażenie, że przy odrobinie wysiłku można w ogóle uniknąć nieszczęścia. Uwielbiam dostawać rady od wujków dobra rada, którzy mnie nie znają, ale mają wiele do powiedzenia w kwestii mojego życia. Nie wiem czy robią to nieświadomie czy raczej coś ich boli, kipi z nich żółć i jak nie spróbują komuś dopierdolić to im się nie poprawi. Paru chyba mnie nie polubiło, albo nie lubili od momentu, gdy pierwszy raz o mnie nie usłyszeli, próbowali przekonać do złożenia deklaracji do składnia, których zupełnie się nie poczuwałem. Nie każdy musi mnie lubić, potrafię poradzić sobie bez pochwał i wazeliny, ale nie znam nikogo, kto dorobiłby się na liczeniu cudzych pieniędzy.
Przypadkiem trafiłem na odcinek na MTV Crib, w którym moja koleżanka ze studiów wraz ze swoim sławnym mężem pokazywali swoje mieszkanie. Masakra, co ona sobie w zrobiła: laska przeszła totalny tuning i wygląda teraz groteskowo. Ostatni raz, gdy na siebie wpadliśmy myślałem, że wybory miss Polski odbywają się w mieście taka była śliczna…
Otworzyłem szeroko oczy, kiedy prężyła się do kamery wystawiając na widok swoje przerobione atuty: mega cycki i napompowane wary obciągary. Widać, że mocno wierzy w to, że w życiu liczy się tylko kasa i wygląd, podporządkowała temu swoje życie. Po urodzeniu dziecka i przepchnięciu obiektu wielkości arbuza przez otwór wielkości śliwki wróciła do dawnej figury, chociaż nie zdziwiłbym się gdyby i w tym pomógł jej chirurg plastyk.
Dość brutalnie zakończyłem swoją znajomość z pewnym podmiotem, który próbował przywłaszczyć sobie cudze rzeczy.. Nie pierwszy raz sprowadziłem go sobie do hotelu, ale pierwszy raz w okoliczności, gdy był bez pracy. Przewrotność losu, że dobry seks może wydarzyć się z kimś, kogo nie lubisz albo nie pamiętasz.
Wracam do Szwajcarii szczęśliwy, że do końca miesiąca nigdzie nie muszę się stąd się ruszać, jest zimno i śnieżnie, różnica temperatur zrobił swoje.

Opublikowano Mądrości | Otagowano , | 1 komentarz

Don’t cry for me Argentina

Mój brat głównie drwi i szydzi z mojego stylu życia, odrzuca przepych, zbytek i wszystko, co drogie, prestiżowe, markowe, próżniacze, pyszne i napompowane. Grubiejący w talii i w portfelu utracjusz i dorobkiewicz jak ja, który musi być łechtany przeświadczeniem o swojej wyższości (szerszości?), bo inaczej koegzystencja razem z kastą usługujących nie byłaby aż tak widoczna. Nie dziwi go może, że ktoś czasem sprząta w hotelu – ale żeby do pokoju codziennie musiał wchodzić ktoś zaprogramowany na poprawianie pościeli (turn-down service), podnoszenie papierków i wykonywanie innych prostych czynności to już niczym nieusprawiedliwiony luksus. Swoje łóżko zostawia pościelone, ale gdy po powrocie zastaje je Pościelone przez duże P to już nadmiar. Jak go znam najchętniej wyeliminowałby w ogóle zawody sprzątaczki i kelnera…
Moje zakupy w markowych butikach to dla niego szczyt burżujstwa i oznaka braku pokory. Dla niego jestem hedonistą, niewolnikiem reklamy, mody i trendów, który nie bacząc na nic pnie się po szczeblach kariery, rujnując swoje zdrowie i nie dbając o względy innych. W jego mniemaniu moje życie to ciągłe dążenie bez zahamowań do dóbr i sukcesów, nieskazitelny profesjonalizm, parcie na karierę i konsumpcjonizm, co okrutnie go irytuje, podczas gdy on z pokorą cierpliwie odwala pańszczyznę.

Gdy przyjechaliśmy na lotnisko Ezeiza kolejka do odprawy bagażowej na samolot do Frankfurtu już się ustawiła. Wszyscy z niecierpliwością przestawali z nogi na nogę nie mogąc doczekać się, kiedy wreszcie rozpocznie się odprawa bagażowa. Mój brat na widok kolejki, która kilkakrotnie zwijała się w spiralę miał minę nie tęgą, bo na oko zgadnąć można było, że czeka nas dobre dwie godziny stania. I wtedy majestatycznie wkroczyłem ja z całym anturażem… Niemieccy turyści z niezadowoleniem patrzyli na nas jakbyśmy próbowali się wepchnąć się do kolejki, jeden niemiecki geriatryk spoglądając raz na mnie a raz na okładkę mojego paszportu nawet soczyście przeklął a następnie głośno wyraził swoje niezadowolenie nakazując nam stanąć do szeregu jak wszyscy. Z nieukrywaną satysfakcją, niczym czarodziejską różdżką zamachałem plastikiem a miły pan z obsługi rozsunął dla mnie odgradzającą wszystkich barierkę i zostaliśmy odprawieni na stanowisku pierwszej klasy.
Światopogląd się jednak mojemu bratu z tego powodu nie zawalił a jego krucha psychika nie uległa zdruzgotaniu…

Opublikowano podróże | Otagowano , | 3 Komentarze

deszczyk – deszcz – jebudu

Nad Buenos przeszła dziś straszna burza. Późnym popołudniem przylecieliśmy z Iguazu, samolot wyleciał z opóźnieniem potem ponad 45 minut trzymali nas w samolocie nim pozwolono nam z niego wysiąść, z okien obserwowaliśmy straszny korek w stronę głównego budynku terminalu. Gdy wreszcie udał nam się wydostać i odebraliśmy nasze torby nie było lepiej, okazało się, że znowu musimy czekać ponad 45 minut na jakkolwiek wolną taksówkę. Przy głównym wejściu tłoczył się rząd świeżo przybyłych turystów, wszyscy próbowali złapać jakiś transport do centrum albo na lotnisko międzynarodowe ulokowane z drugiej strony miasta…

W naszym hotelu przywitano nas jak starych bywalców. Choć zaczęło niepokojąco błyskać przekonałem brata żeby wyjść na kolacje na miasto. Wyposażeni w olbrzymi parasol ledwo zdołaliśmy wyjść z budynku, gdy nasze stopy zanurzyły się po kostki w rwących potokach deszczowych strumieni, do restauracji brodziliśmy w brunatno brązowej zimnej mazi, próbując ominąć złowieszczo wyglądające kałuże gdzie woda sięgała nawet kolan.

 

W restauracji wskazano nam stolik, podczas gdy obsługa zajęła sie umacnianiem wału, aby woda nie dostała się do wnętrza restauracji. Gdy byliśmy już po przystawkach kelner poprosił nas żebyśmy przenieśli się do sali na pierwszym piętrze, bo woda wdzierała się już do wnętrza posesji. Ze zdumieniem, ale i pewną wesołością obserwowaliśmy jak małe stróżki wody wdzierają się w każdą szczelinę podłogowej mozaiki, płynąc coraz śmielej w kierunku stolików położonych w najdalszej części naszej sali. Gdy woda sięgała ok. 10 cm, byliśmy już bezpieczni, ale wtedy okazało się, że zapomnieliśmy zabrać ze sobą butelkę naszego malbeca. Kelner widząc nasze strapienie próbował nam pomóc, ustalił z krzeseł pomost, po którym całkiem sprawnie przedostał się do naszego stolika, chwycił ledwo napoczętą butelkę wina i wrócił tą samą drogą.

 

W restauracji zostaliśmy do późna póki nie wypompowano wody a na podłodze została już tylko brudna maź i wilgotne błoto. Na ulicach panował bałagan, nie działało metro, wszędzie widać było naniesione przez wodę śmieci, ludzie brodzili boso w olbrzymich kałużach wody.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

kaskady – domek w lesie

W Iguazu panował potworny upał. Brat niczego się nie nauczył i choć pierwszego dnia spiekł sobie czubek głowy, czoło, kark i nos wciąż miał sobie za nic 40 stopniowy żar, który bezlitośnie lał się z nieba. Gdy wrócił mu rozsądek było za późno, wklepywanie kremu w spocone, rozgrzane ciało przy dużej wilgotności powietrza nie jest zajęciem najprostszym – łaził po parku jakby pokryty lepką breją a ja za wszelką cenę unikałem z nim jakiegokolwiek przypadkowego fizycznego kontaktu.
Wodospady przyciągają tłumy, co kilkanaście minut kolejka przewozi i zawozi ludzi na punkt widokowy, słychać chyba wszystkie najważniejsze języki świata.

W środku amazońskiej dżungli zbudowano mały, lecz całkiem luksusowy butikowy hotel z 23 pokojami wyposażonymi we wszystko, co wymaga 4 gwiazdkowy obiekt, doskonale wkomponowany w bezmiar dżungli. Dokoła cisza, spokój, na drewnianych kładkach między budynkami spotkać było można kolorowe tukany, motyle, olbrzymie jaszczurki i pająki, wydawało się że cywilizacja jest gdzieś hen daleko choć w każdej chwili można było połączyć się z internetem. Nowoczesny, czysty i wygodny, ze sprawnie działająca klimatyzacją, wygodnymi łóżkami, doświadczonym, nierzucającym się w oczy personelem, dostępem do mediów, restauracji, baru i w dodatku nie drogi..

139-70

W związku z wykonywana pracą dużo podróżuję, średnio ponad 60 nocy w roku spędzam poza domem i często nocuję w hotelach. Przerobiłem wszystkie znane sieciówki, małe rodzinne hotele i pensjonaty, jak i butikowe perełki, od Best Western i Park Inn po Fairmont, Hyatt i St. Regis. W Iguazu znalazłem hotel, który choć bez złotych klamek, został doskonale wkomponowany w to miejsce, powalił mnie swoją otoczką: lokalizacją, architekturą i wystrojem.
Wyglądając czasami przez okno, próbując odwrócić myśli od wszelkich spraw związanych z pracą chętnie bym tam wrócił.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz