Urugwaj czyli rzeka ptaków

Montevideo było dużym zaskoczeniem. Bardzo ładne stare miasto, wielobarwne, choć biedne, wytworne sklepowe witryny i zupełnie bezpiecznie – na każdym rogu spotykaliśmy turystyczną policje. Była akurat niedziela, więc w mieście nie wiele się działo, mógłbym nawet stwierdzić że było aż nadto spokojnie. Stare miasto jest trochę zaniedbane, ale architektura kamienic przypomina o utraconym czasie dawnej chwały i bogactwa tego regionu. Dawny klimat jednak pozostał i choć temperatura dawała mi się we znaki cały dzień włóczyłem się beztrosko po mieście. Z powodu upału zupełnie nie czułem głodu, za to wodę i zimne orzeźwiające piwo Patricia pochłaniam litrami. Na obrzeżach miasta widać było mnóstwo ponuro wyglądających bloków z wielkiej płyty, za to tutejsze plaże przyciągały wzrok bo wyglądały bajecznie.

Do stolicy Urugwaju – dotarłem od strony morza, Buquebusy pokonują dystans ponad 150 km w 3 godziny. Wejście na prom to przeżycie same w sobie, konieczność odstania swojego w kolejce, a potem te gigantyczne pieczątki kontroli granicznej zajmujące pół strony. Dwa wyjazdy to dwie zmarnowane strony w paszporcie. Na promie tłumy i hałas, ale z ipodem na uszach dałem rady zdrzemnąć się przed dalszą podróżą.

Morze ma tutaj kolor… brunatny, wygląda wręcz jakby pełne było szlamu. Urugwaj w języku Indian oznacza ponoć rzekę ptaków, jednak po odwiedzeniu Montevideo i Sacramento del la Plata trudno tu spotkać Indian lub choćby mulatów, bo duża większość mieszkańców to biali. Zaskoczyła mnie ogólna normalność i brak egzotyki. Na ulicach stolicy ludzie wyglądają jak w południowej Europie. W południe centrum, pełne budynków ze szkła i stali, roi się od elegancko ubranych w modne garnitury pracowników banków i międzynarodowych korporacji. Natomiast wieczorem i w nocy można zobaczyć konie ciągnące wozy pełne worków na śmieci. Dlaczego Urugwaj nazywany jest Szwajcarią Ameryki Południowej pozostaje dla mnie niewytłumaczalną zagadką…

Kilkakrotnie musiałem się gimnastykować by odgadnąć jak przeliczyć urugwajskie peso na argentyńskie albo brazylijskie riale. Co ciekawe z bankomatów można wyciągnąć zarówno peso jak i USD a obie waluty są w normalnym obiegu. W restauracjach, sklepach, barach pracują miliony osób, ale tylko garstka zdaje się mówić po angielsku albo spanglish, bo w końcu to Ameryka Południowa. Na każdym kroku przydaje mi się znajomość włoskiego, jeśli nie rozumiem się z kimś po angielsku szybko nadrabiamy, gdy zaczynam trajkotać po włosku. Nazwa miasta pochodzi od dominującej nad zatoką Rio de la Plata góry Serro. Jedna z legend mówi, że marynarz na bocianim gnieździe zawołał: Monte video!, czyli Widzę górę!, co zostało zapisane w dzienniku pokładowym. Inna wersja wywodzi nazwę od napisów na starych żeglarskich mapach: ‘’Monte VI de O’’ – czyli Szósta góra od zachodu. Urugwaj to kraj emigrantów Hiszpanów, Włochów, Niemców, Portugalczyków, Brytyjczyków, Francuzów nawet Polaków.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 2 Komentarze

Korporacyjne zwierzę – podróżować jest bosko – primeras impresiones – pan pyta, co sądzę o mężczyznach

Nie wziąłem urlopu od środy, bo łudziłem się, że zrobię co ma zrobić do wtorku, zamknę miesiąc, wyślę raporty z rozliczeń międzyokresowych, sam lajcik, drobnicę zostawię sobie na środę i że w ogóle będę mógł pracować cały dzień z domu a w tzw. między czasie będę się pakował na samolot. We wtorek miałem lekki szał cipy w biurze, bo koleżanka z Niemiec postanowiła oświecić mnie swoim nowym projektem rozliczania VATu z datą wprowadzenia go w życie na wczoraj. U nas w firmie to korporacyjny standard, że najpierw coś się w życie wprowadza a później się o tym wszystkim ludzi informuje i szuka rozwiązań wiec zły nie byłem. Musiałem tylko przysiąść i stworzyć listę 100 powodów, dla których wprowadzić tego się ‘’od tak zaraz’’ a zwłaszcza w tak krótkim czasie. Ale żeby nie było, że jestem mało korporacyjny, nie jestem elastyczny i podchodzę do każdego projektu sceptycznie i bez entuzjazmu musiałem upewnić się, że argumenty będą łatwe do przełknięcia, ale zarazem wystarczające silne i przekonujące dla tych, którzy pociągają na górze za sznurki i zyskam dla siebie więcej czasu…
W środę od rana klepałem w laptopa odpowiadając na maile, podczas gdy M tego dnia miał akurat wolne dlatego trochę źle się czułem, że nie spędzamy tego dnia jakoś inaczej. Chwilą odskoczni był lunch z M w Punkcie na tajskim jedzeniu, podczas którego wpadł nam do głowy świetny pomysł. W ogóle to po 5 latach przepracowanych w firmie dostałem dodatkowo 4 tygodniowy płatny urlop, który muszę wykorzystać do lipca przyszłego roku. Miałem ambitny plan wyjechać z M na te kilka tygodni do Nowej Zelandii, ale odstraszają mnie ceny biletów i ogólnie sama podróż, latanie w cargo mnie zniechęca, bilet w klasie biznes kosztuje od 7 tys euro w górę, za mile się nie da. Dlatego wymyśleliśmy, że można by dolecieć gdzieś na Zachodnie Wybrzeże albo Japonii a stamtąd wykupić Air pass po wyspach Pacyfiku: Hawaje – Tahiti – Fidżi – Samoa – Mikronezja – Wyspy Cooka. Dostałem prawie orgazmu nad miską mojego pikantnego Kai Kolae z kurczakiem jak zaczęliśmy tę naszą wyprawę wspólnie wymyślać…
Nim doleciałem do Frankfurtu padł mi telefon i zdąłem sobie sprawę, że dziś bez komórki niewiele można zrobić. Chciałem powiadomić brata, że wylądowałem, ale żeby połączyć się do internetu trzeba wstukać kod który przychodzi na komórkę, jego numeru telefonu nie znam na pamięć bo przecież mam wpisany do listy kontaktów w… komórce i tak po prawie 15 latach przyszło mi przeprosić się ze zwykłą budką telefoniczną i aparatem na monety, ale za to z jakim sentymentem wykręcałem numer telefonu do domu.
W samolocie spałem jak dziecko, całe bite 8 godzin, rozłożyłem płasko wygodnie fotel, przykryłem się kocykiem, nałożyłem opaskę na zmęczone ślipia i przespałem praktycznie całą podróż co miało swoją dobrą stronę bo aklimatyzacja po przylocie do Argentyny przebiegła nadzwyczajnie szybko.

130-71

Buenos Aires wydaje się bardzo europejskie niż się tego spodziewaliśmy, w ogóle nie czuję jakbym wyjeżdżał z Europy, wszystko przypomina mi tutaj Hiszpanię, może oprócz tego ze trudno jest się gdziekolwiek dogadać po angielsku. Miasto o tej porze roku, pełne jest słońca, które daje nam popalić, co czuje już dzisiaj na karku. Olbrzymie XIX-wieczne gmachy kamienic, dostojne pałace licznych banków, przepyszne teatry i zabytkowe kościoły, niby Paryż, niby Madryt, niby wielka metropolia, ale bez amerykańskiego, agresywny sznytu. W czasie długiego leniwego spaceru obejrzeliśmy większość najważniejszych budynków i placów w centrum, nie wyłączając słynnego Różowego Domu, siedziby prezydenta, z której balkonu do tłumów przemawiała ‘’Towarzyszka Evita’’; a potem śpiewała Madonna.

130-72

Na ulicach chaos i zgiełk, ruch uliczny rządzi się własnymi zasadami, przechodnie stanowią dodatek, który usiłuje przeżyć, przechodząc przez ulice trzeba patrzeć w prawo, w lewo i do góry i na dół. Istnieje w tym wszystkim jednak niewytłumaczalna płynność i zgodność…
Lokalne restauracje i bary na pierwszy rzut oka przypominają typowe mordownie – na wejściu olbrzymi grill, stoły przykryte ceratą, dziki tłum ludzi i kelnerzy, którzy zależnie od własnego widzimisię bywają albo bardzo upierdliwi albo bardzo szarmanccy. W sklepach i restauracjach daje rade dogadać się mówiąc po włosku, choć mój brat usilnie stara się mnie przekonać, że mówienie w języku Carventesa jest bardzo proste: Vamos insieme czeniamos, facziamos cocktailos fortes con lombrellones e najebamos tutes noczes come dos desperados Polacos…
Niektóre dzielnice słyną z targów staroci, które odwiedzają tysiące turystów. W upalnym słońcu przedzieranie się przez stragany pełnych wszelkiej maści gratów i rupieci, które tutaj nazywa się starociami bądź antykami jest zajęciem męczącym: kryształowe kiczowate wazony, szydełkowe obrusy, zaśniedziałe sztućce, ramy luster, stoły na trzech nogach, kotary…
Miasto wielokulturowe, ale na ulicach dominują białe twarze zapewne za sprawą potomków europejskich imigrantów.
Mieszkańcy są bardzo ciepli, życzliwi, uśmiechnięci. Niestety Argentynki nie mogą się równać z Brazylijkami albo Wenezuelkami pod żadnym względem – przysadziste i z odstająco wypiętym dupskiem. Mocno tak sobie… Faceci są przystojni, czasem trochę niedogoleni, ochoczo demonstrujący parudniowy zarost i owłosiony tors, trochę też jakby nieodmyci, z dłuższymi lekko niechlujnie rozpuszczonymi włosami – kilka razy mało nie potknąłem się o własną erekcję…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 5 Komentarzy

w strugach deszczu

Tydzień temu w Londynie poznałem osobiście nową Account Manager odpowiedzialną za brytyjski rynek. Gdy w hotelowym lobby porozumiewawczo pomachała w moją stronę ręką jakaś nieznajoma starsza pani nogi się pode mną ugięły…
Całe następne kilka godzin toczyłem wewnętrzną walkę, żeby się zbytnio do niej nie uprzedzić i nie dyskryminować z powodu zaawansowanego wieku, ale już gdy do mnie człapała żeby się przywitać a potem wypowiedziała pierwsze kilka zdań wiedziałem, że ta żona dzwonnika z Notre Dame to zupełnie nie mój klimat a praca z nią będzie utrapieniem. Na kolacji u Turka, gdy pierwsze emocje nieco opadły nie było lepiej, jej towarzystwo mnie męczyło, rozmowa wcale nam się nie kleiła i przeczuwam, że nie będzie to osoba, z którą praca będzie sprawiać mi przyjemność… Nie chcę wyjść na wyrachowanego ignoranta, więc dam jej szansę, ale planuję się seniorce bacznie przyglądać i przy najbliższej okazji wymienić ją na młodszy i niepozbawiony ikry model.
Na pierwszą okazję nie musiałem wcale długo czekać bo w czwartek w duecie spotkaliśmy się w Manchesterze. Jej 10 minutowa prezentacja skutecznie uśpiła wszystkich… Pierwszy kwit, więc już na nią mam.
Średnia wieku na szkoleniu przekraczała 40 lat, a jedna z uczestniczek miała chyba z 60 lat i niedosłyszała i musiałem improwizować. Biura firmy, którą ostatnio przejęliśmy znajdują się w ogromnym starym magazynie w ponurym Oldham co jeszcze bardziej pogrąża to i tak smutne miejsce, szukając głównego biura i recepcji miałem okazję zobaczyć rampę rozładunkową i hale która wyglądem przypominały hale produkcyjne i jeszcze wkoło ci wszyscy robotnicy w uniformach totalna masakra. Przy wejściu nikt się nie zainteresował, kim jestem, więc wszedłem trochę nieproszony, w poszukiwaniu żywego ducha mogłem pozaglądać tu i tam: widoki marne, podrapane ściany, stare meble, porozrzucane niedbale i wyglądające na zużyte przedmioty, które czasy swojej świetności mają dawno za sobą. Bieda, syf, kiła i mogiła.
Jakie to szczęście, że nie mieszkam w Manchesterze, gdybym musiał byłaby to kara: wietrznie, dżdżysto, szaro, buro, mokro, wilgotno, podobno rzadko wychodzi tam słońce a pogoda na co dzień zwykle jest właśnie taka jak wtedy – barowa.
Mało wychodziłem z hotelu, za to regularnie widywano mnie w hotelowym barze i to nie za sprawą ciągu alkoholowego a pana barmana z Polski, któremu ewidentnie przypadłem do gustu.
Wreszcie odwiedziłem A. i spędziliśmy wieczór pełen opowieści nadrabiając ostatnie kilka lat.
Ocena roczna w pracy jeszcze trwa, o niefortunnym ‘’strzale w kolano’’ szefowa wydaje się nie pamiętać.
Kilka dni temu ogłoszono wyniki kwartalne i bonus, 125% więc zacieram ręce.
We wtorek wieczorem pakuję się i lecę do Buenos. Bosko.

Opublikowano praca | Otagowano , | 4 Komentarze

Madonny z ATR’ów – domowa psychoterapia – viva Maskareny

Dawna nie zdarzyło mi się lecieć samolotem i czuć, że zaraz się uzewnętrznię. W samolocie z Zurychu przerażająco trzęsło a ja nie zdążyłem zjeść rano śniadania. Gdy samolot wzbijał się w górę zrobiło się mało przyjemnie, wbiło mnie w fotel, ręką kurczowo ściskałem oparcie siedzenia, nie wiem jak wyglądałem, ale czułem jak krew odpływa mi z twarzy a żołądek skręca się w trąbkę. Nad Zurychem i Warszawą panowały beznadziejne warunki pogodowe, wiele lotów było opóźnionych – nam udało się wylecieć tylko z 30 minutowym opóźnieniem, ale gdy w końcu oderwaliśmy się od ziemi żałowałem, że w ogóle do tego doszło – trzęsło nami potem całą podróż a nad Warszawą nastąpiła prawdziwa kulminacja turbulencji i parę razy prawie sięgałem po papierową torebkę, bo czułem że nadchodzi złowrogie kuku i elegancki pan będzie rzygał jak kot. Może gdyby leciał z nami jakiś przystojny steward mógłbym, chociaż na chwilę odwrócić myśli, ale niestety Lot zatrudnia coraz starszy i brzydszy personel pokładowy, którego sposób mówienia pozostawia wiele do życzenia. Może nie jest to najbardziej wdzięczny i prestiżowy zawód w końcu to tylko kelnerka tyle tylko, że podniebna ale panny, które spotykam na lotach obsługiwanych przez naszego narodowego przewoźnika wołają o pomstę do nieba: niemiłe, ponure, stare rury, przaśne, żujące gumę i obrażone na świat.
Nie zawiodłem się za to na moich warszawskich przyjaciołach. Zaplanowali cały dzień tak żeby było trochę ruchu, trochę przyjemności i rozrywki intelektualnej. Wspólnie wybraliśmy się na basen na Bielany, bo od siedzenia za biurkiem mięśnie mi sflaczały, zjedliśmy wspólnie obiad a wieczorem poszliśmy do kina. Byłem niewyspany po nocnym maratonie i w połowie filmu zacząłem podobno chrapać. Pobyt w stolicy udał mi się także stosunkowo… Improwizowane spotkanie z tajemniczym osobnikiem miało swój ciąg dalszy wieczorem, także nazajutrz a potem jeszcze i nocą… W wieczór przed wyjazdem spotkałem się ze innym kolegą, obok którego nigdy nie potrafię przejść obojętnie, bo dysponuje on warunkami fizycznymi na widok, których spodnie same mi opadają. U mnie to już jest chyba nieuleczalne, nic mi nie jest wstanie przemówić do rozsądku, że monogamia jest super i że to złe i niemoralne rozgrzewać się pozadomowo. Przykładów dobrych nie mam a parki które znam typu ‘’papużki nierozłączki, nosio nosio eskimosio’’ powtarzające jak mantrę ‘’od kiedy jesteśmy razem my nigdy z nikim innym’’ ogólnie mnie osłabiają.

133-13

Warszawa coraz bardziej mnie przyciąga, choć może bardziej lubię w niej bywać niż gdybym miał tu mieszkać, choć spacerując często przyglądam się nowo powstającym budynkom pod kątem kupieniem kolejnego mieszkania. Marzy mi się taki własny kąt z wysokimi oknami i dużym tarasem albo loggią… żadnego domu ogródkiem, bo wokół domu trzeba łazić. Póki nie zdecyduję, co dalej z moim życiem zawodowym nie chcę przywiązywać się zbytnio do żadnego miejsca. Jeśli wypali mój nowy kontrakt wyjadę ze Szwajcarii na kolejny rok czy dwa.
Tymczasem to M wyjechał na urlop, zostałem sam na gospodarstwie i nieźle musiałem się codziennie spinać i dobrze zorganizować swój czas, żeby ze wszystkim zdążyć. Pranie, sprzątanie, prasowanie, zakupy… znowu rozważam zatrudnienie pani do sprzątania. Gdybym mieszkał sam bez pomocy by się nie obeszło albo dawno spakowałbym manatki i wrócił do Polski. Mieszkając z M życie w Szwajcarii jest o niebo prostsze i choćby z tego trywialnego powodu od niego nie odejdę.
W pracy kocioł, do końca miesiąca jestem w rozjazdach prowadząc szkolenia, kursuję regularnie między Londynem Barceloną i Manchesterem, na jeden weekend zawitam do Wrocławia, ale potem uciekam gdzieś gdzie trwa lato i jest bardzo ciepło
Rodzina M jak zwykle bez ceregieli ciągnie od niego kasę. Moja koleżanka, która z niejednym Włochem miała do czynienie poradziła mi żebym odpuścił i przestał się wtrącać i próbować cokolwiek zmienić. W tej kulturze rodzina to głęboko zakorzeniona świętość, jest zawsze na piedestale i nie ma dyskusji – basta.
Przeszły mi też pretensje dotyczące jego zachowania. Wspaniałomyślnie postanowiłem go nie karać i zarezerwowałem już dla nas jego urodzinowy prezent – wyjazd na Mauritius w marcu. Stało się to po rozmowie z koleżanką z dawnej pracy, na co dzień mężatką, która opowiedziała mi o dokładnie odwrotnym problemie ze swoim małżonkiem: jej mężowi w towarzystwie słoma z butów wystaje a dowcipy i uwagi pozostawiają niesmak wśród znajomych. Pewnie gdyby M był akuratny to byłoby nudno, nie kłócilibyśmy się i nie musielibyśmy się nigdy godzić.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 5 Komentarzy

koniec roku 2011

główną cechą mojego charakteru jest: niezmiennie potrzeba planowania i dążenie do samowystarczalności
cechy, których szukam u mężczyzny: zaradność, zdecydowanie, czułość, cierpliwość, uroda
cechy, których szukam u kobiety: inteligencja, zdecydowanie, uroda
co cenię najbardziej u przyjaciół: że są przy mnie nie za coś a pomimo czegoś, i że rozumieją gdy zdarza mi się im czegoś odmówić
moja główna wada: natura tułacza, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, zblazowanie bo czasem zachowuje się jakbym widział już wszystko więc coraz trudniej jest mnie czymś zaskoczyć, coraz mniej seksoholizm i spontaniczne zakupy
moje ulubione zajęcie: planowanie wyjazdów, spełnianie marzeń, latanie samolotem, surfowanie po internecie, moja praca, pozadomowe rozgrzewające igrzyska za pieniądze
moje marzenie o szczęściu: brak popędu seksualnego, zobaczyć wszystko co warte jest zobaczenia, by móc spokojnie skoncentrować się na pracy
co wzbudza we mnie obsesyjny lęk: stagnacja, samotność, choroba, bezsilność, brutalna agresja
co byłoby dla mnie największym nieszczęściem: życie bez M i podróży, ubezwłasnowolnienie
kim (lub czym) chciałbym być, gdybym nie był tym, kim jestem: nie chcę niczego zmieniać
kiedy kłamię: mówię po włosku, angielsku lub polsku
słowa, których nadużywam: no i chuj, wracam do Polski
ulubieni bohaterowie literaccy: Johann Unterweger za spryt i inteligencję
ulubieni bohaterowie życia codziennego: Marco, Zero, Kristi, Laura, Renate, Lucia, Franco, Vasilka, Kateryna, pazza i Mauerchofer
czego nie cierpię ponad wszystko: systematyczności, czasem tego co wyprawiam, u innych braku zdecydowania, prostactwa, pozerstwa i niepotrzebnej bufonady, polskiej małostkowości i kompleksów
moja dewiza: chwytaj czas póki go jeszcze masz
dar natury, który chciałbym posiadać: płaski i owłosiony brzuch, oliwkową skórę, brak egoizmu
jak chciałbym umrzeć: jeszcze nie teraz, ale szybko i nagle
obecny stan mojego umysłu: relaks – sam w domu, M w pracy a ja słucham muzyki popijając lampkę białego wina
błędy, które najłatwiej wybaczam: coraz bardziej przesuwam granicę tolerancji
największa porażka: napad w San Francisco, seksualna asceza, szopka z Eurorally, zwolnienie Emanuele

9 Komentarzy

Driving home for Christmas

Czas pobytu we Wrocławiu dzieliłem między rodzinę, spotykania z byłymi, starymi znajomymi, przyjaciółmi tudzież zawieranie nowych mniej lub bardziej ekscytujących znajomości, często widywano mnie w barze ‘’Le Louis D’or’’.
A wyciągnęła mnie na kolację „Pod Papugi”, która nieoczekiwanie przeciągnęła się o drinka w hotelowym barze, by następnie zamienić się w regularny clubbing z baletami w tle, w poszukiwaniu zabawy przy dobrej muzyce nie sposób było nie ulec sposobności zaliczenia „wodnej pedałowni”. Dwukrotnie wylądowaliśmy w Mananie – miejscu przystanku ostatniej szansy dla tych, którym nie udało się nikogo wyrwać.
Szukając odpowiedniego świątecznego prezentu dla mojej matki trafiłem do Laboratorium SPA. Żeby nie było, że narażam starą kobietę na coś nieznanego postanowiłem wypróbować podarunek piękna najpierw na sobie i dzień przed wigilią na ponad 6 godzin zamknąłem się w przybytku urody i relaksu. Z dala od szarej zimowej aury, pozwoliłem wcierać sobie w twarz przeróżne mazie, ugniatać się gorącymi kamieniami i taplać ciało w algach. Efekt był piorunujący, choć początkowo najbardziej martwiłem się czy oddając się w sprawne i silne ręce masażysty zdołałem skutecznie kontrolować ciało przed reakcją na fizyczną stymulacje. W obawie że, zły dotyk może boleć przez całe życie nie pozwoliłem oddać się w ręce kobiety. Mój ojciec początkowo nie rozumiał mojej decyzji, ale później zreflektował sie, że jego pierworodny ma przecież większą tolerancję na męski dotyk…Przeszedłem piekło manicure w towarzystwie pewnej tipsiary, która wydala się lekko wzburzona widząc zasiadającego obok niej faceta. Skoro baby pchają się do zarządzania firmami, chcą kierować i zarządzać innymi to faceci mają prawo robić sobie pazurki – same sobie zgotowały ten los, równouprawnienie to równouprawnienie.

Mieszkając w hotelu mój pokój był otwarty jak sklep całodobowy, korzystając z okazji wziąłem udział w kilku „meczach”. Zaletą spotykania się z pewnymi siebie ludźmi jest taka, że wcale nie trzeba się spinać, czarować i starać się przypodobać, bo w gruncie rzeczy to oni są najlepsi. Pozwoliłem, więc innym odgrywać farsę zwaną tańcem godowym i prezentować się w stylu, jaki to jestem the best, podczas gdy sam w ramach zajęć wyrównawczych mogłem potem brać z nich co tylko chciałem.
Uciekłem ze Szwajcarii przed zimą. We Wrocławiu było jesiennie i stosunkowo ciepło, podczas gdy w Bernie spadł śnieg, sparaliżowało lotniska a w niektórych regionach ogłoszono stan zagrożenia lawinowego. Nie lubię zimy, ale byle do końca stycznia…
Parę osób powiedziało mi ostatnio, że wymieniam nazwy państw, miast i miejsc, w których byłem, z taką swobodą, jakby to była codzienność, ale czy czuję, że wyważyłem w swoim życiu jakieś drzwi? Nie. Wiem, że dostaje od życia bardzo wiele, ale kiedy czuję, że woda sodowa zaczyna mi szumieć w głowie, jadę do Wrocławia. Moi przyjaciele i znajomi żyją zwyczajnie, mniej chaotycznie. Chodzę z mamą po marchewkę na targ, do cioci na imieniny, jem mortadelę, obieram ziemniaki, myje naczynia.. Tak naprawdę, kogo tam obchodzi zamknięcie miesiąca albo czy samoloty łatają. Sprawy codzienne są istotniejsze. Tam jestem bliżej ziemi, obserwuje zwyczajne życie, przyrodę, doceniam starość, święty spokój, rodzinę i doświadczenie.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Psychofan

Na początku maja tego roku przyjęli do nas nowego kierownika biura (stanowisko fachowo nazywa się office manager). Jeszcze w pierwszym tygodniu zostaliśmy sobie przedstawieni i w tym samym dniu wpadliśmy na siebie w kafeterii podczas przerwy na kawę. Wysoki, postawny, 30-latek, o mocnej budowie ciała, regularnych rysach twarzy, z garniturem równiuteńkich białych zębów, kilkudniowym, czarnym zarostem, przyjemnie pachnący, zawsze stylowo ubrany, noszący się często w czarnych, rogowych okularach od prady, fajnie i estetycznie wyglądający ciastek do schrupania, jedyne, co mi w nim przeszkadzało to fakt, że obgryzał paznokcie. Wymieniając zdawkowe uprzejmości mój radar wyłapał pewne elementy, które kazały mi zaszufladkować mojego nowego kolegę do kategorii ‘’facet z rodziny’’ miał dobre oko – bezbłędnie rozpoznał markę i model mojego zegarka. Jakoś niedługo potem natknąłem się na niego w męskiej toalecie, wszedł zaraz po mnie, kiedy stałem przy pisuarze załatwiając swoje sprawy, ostentacyjnie opuścił spodnie i bokserki do wysokości kolan, wcale nie przestając ze mną rozmawiać. Nie odrywając od niego wzroku udawałem, że nie robi to mnie żadnego wrażenia, choć kątem oka w lustrze z zainteresowaniem przyjrzałem się jego mięsistym i owłosionym pośladkom. Z czasem na powitanie zaczął wołać do mnie ‘’ciao bello’’ co bardziej schlebiało mi niż irytowało, kilkakrotnie usilnie namawiał mnie na wspólny lunch, parokrotnie zaproponował kolacje w swoim mieszkaniu w Zurychu, wciskając mi numer swojej prywatnej komórki podkreślając kilkakrotnie, że to numer prywatny.
Balem się trochę, że z czasem zacznie mnie nachodzić, rzucać kwiatki na wycieraczkę, wąchać śmieci, odstraszać kochanków i łazić za mną jak pies, może zrobi sobie kapliczkę albo ołtarzyk w domu z moim zdjęciem.
W końcu uległem i raz czy dwa poszedłem z nim na lunch w towarzystwie innych osób z biura, trochę żeby mieć to z głowy, bo zaczęły kończyć mi się pomysły na kolejne wymówki. Było w nim coś, co mnie irytowało, sprawiał wrażenie mitomana, który kreuje się na króla życia, gwiazdę europejskich klubów nocnych, bez którego żadna impreza nie ma szans się udać, wiecznie powoływał się na swoje niezliczone rzesze znajomych, kluby, które odwiedzał, gadżety, które posiadał – sztucznie kreował aurę mocno nieprzeciętnego i niesamowitego stylu życia, na każdym kroku podkreślając swoje włoskie pochodzenie, choć swoista naiwność i sposób podejścia do własnych pieniędzy zdradzały jak bardzo był szwajcarski. Trochę się gubiłem, gdy wtajemniczał mnie w tajemnice swojej alkowy z laskami, które wyrywał i dymał na hektary, bo ewidentnie ze mną flirtował, nosił niepokojąco brzmiące imię Emanuel, w pracy został zakwalifikowany przez dziewczyny jako ‘’fajny ale psychiczny’’ a gdy tylko się o tym dowiedział zaczął ostro dementować wszelkie plotki na temat swojej orientacji.
Lecąc z M w lipcu do Rzymu widziałem, że tam będzie, miałem zaproszenie do jego domu, ale nigdy nie zadzwoniłem ani nie odpowiedziałem na jego smsy. Wpadliśmy na siebie w samolocie z Rzymu. Uprzedzony, że mamy wracać tym samym lotem i w trosce o święty spokój między mną a M, przebukowałem nas do business klasy. Do spotkania twarzą w twarz doszło dopiero po przylocie do Zurychu, podszedł do nas przywitać się, podając mi dłoń próbował przyciągnąć mnie do siebie i pocałować w policzek. Przyblokowałem jego ruch, M od razu to zauważył, przez chwile zrobiła się dziwna cisza, po czym zaczęliśmy rozmawiać o rzymskich wakacjach. Gdy zostaliśmy wreszcie sami M określił go, jako ‘’homo niepewny’’ albo, co najmniej biseptol, bo teraz taka moda, na dodatek bezguście… Już wcześniej opowiedziałem M o dziwnym zachowaniu mojego kolegi z pracy, więc teraz mógł skonfrontować moje opowiadania z rzeczywistością.
O ile w temacie jakichkolwiek relacji osobistych mogłem trzymać go na bezpieczną odległość 19 cm o tyle zawodowo nie było łatwo, bo upierdliwy był jak mało kto. W kółko do mnie przychodził, po kilka razy pytał o każdą nawet największą bzdurę, głośno komentował jak coś mu się nie podobało, miewał ‘’genialne’’ pomysły, które puszczałem mimo uszu albo reagowałem z uśmiechem acz stanowczo odmawiając ich wprowadzenia. Nie lubię, kiedy mówi się o mojej pracy ‘’zabawa’’ albo że jest głupia i bez sensu. Ze swojej strony nie dawałem mu żadnych forów ani z powodu fajnego dupy, ani z powodu fajnie owłosionego torsu, który czasami ostentacyjnie demonstrował nachylając się nade mną próbując pokazać mi coś na monitorze. Jeśli łapałem go na przekrętach informowałem go od razu, a jeśli to nie skutkowało nie wahałem się angażować jego przełożonych. Facet irytował mnie wpychaniem nosa w nie swoje sprawy, głupio-mądrym gadaniem, utopijnymi pomysłami (chciał żeby wszystkie nasze firmowe hotele miały na wyposażeniu spa) i traktowaniem mnie jak swojego buddy friend.
Kilka tygodni temu przyszedł zapytać jak wynająć samochód na wyjazd do Lugano, po raz kolejny dziesiąty z rzędu dałem mu numer do naszego biura podróży, poinstruowałem, w jakich wypożyczalniach mamy zniżki – pokiwał porozumiewawczo głową, po czym wrócił do swojego biurka i… wynajął auto sam i u innego dostawcy. Pech chciał, że miał wypadek i Europcar ściągnął mu z karty 2 tys. franków na pokrycie szkód powstałych z jego winy. Skontaktował się ze mną natychmiast próbując dowiedzieć się w jaki sposób ściągnąć te pieniądze z naszego firmowego ubezpieczenia. Gdy odkryłem, że auto wynajął samowolnie wysłałem mu swoją opinię, że niestety nasze ubezpieczenie mu tego nie pokryje, musi więc zapłacić ze swojego prywatnego. Odpowiedź-komentarz dostałem niemal natychmiast ‘’zwariowałeś, ja za to nie zapłacę’’. Jako że na jednym mailu się nie skończyło, ja nie mam w zwyczaju tłumaczyć się rzeczy, na które nie mam żadnego wpływu, a on nie planował przestać ‘’szczekać’’ i demonstrować swojego niezadowolenia moja kolejna odpowiedź poszła w kopii do jego przełożonego sugerując, żeby skontaktował się z działem zarządzania ryzkiem, który ustala zasady naszych ubezpieczeń. Niespodziewanie kilka dni później dostałem smsy ‘’oddawaj mi moje pieniądze’’, ‘’ile mam jeszcze czekać’’. Trochę zdziwiły mnie wtedy te wiadomości, ale byłem akurat wtedy w Malezji zajęty zupełnie innymi rzeczami i po prostu zignorowałem ton jak i formę tych wiadomości szybko zapominając o dziwnym incydencie.
Tydzień temu leżąc z M w łóżku usłyszałem dźwięk przychodzącej widomości. Było już grubo po 23.00 – pytał mnie o limit na kolacje służbową. Byłem zdziwiony, że ktoś wysyła mi sms o tej porze, ale wkurzyło mnie to że rozliczaniem delegacji wcale się nie zajmuję. Po kilku minutach zadzwonił, ale nie odebrałem, zadzwonił znowu, odrzuciłem więc połączenie. Po chwili dostałem wiadomość, że mam natychmiast mu odpowiedzieć. Próbował znowu zadzwonić, więc znowu odrzuciłem rozmowę, wysłał widomość że ‘’udzielanie odpowiedzi na pytania współpracowników należy do moich obowiązków’’. Pomyślałem wtedy ‘’palant’’. Rano dostałem sms ‘’dziękuję za nieodpowiadanie na moje smsy’’.
Po przyjściu do biura wysłałem mu maila przypominając, kto w firmie zajmuje się sprawami rozliczeń delegacji i ustalaniem limitów. W odpowiedzi przeczytałem, m.in. że jestem śmieszny i żałosny, że znam odpowiedź tylko nie chce mu powiedzieć, brakuje mi profesjonalizm, bo nie odpowiadam wprost ludziom na pytania tylko odsyłam ich do innych, że ukradłem mu pieniądze i że jestem złodziejem. Łapało mnie przeziębienie, drapało mnie w gardle i kręciło w nosie, nie miałem ochoty na powtórkę z rozrywki i ping-ponga mailowego, dlatego by jednorazowo i skutecznie zakończyć temat odpowiedź przesłałem w kopii do naszych przełożonych, wyjaśniając różnicę pomiędzy moim działem a działem, do którego z uporem maniaka od kilku tygodni próbowałem go odsyłam. Zupełnie niewinnie dodałem od siebie, że może to efekt wrodzonej nadwrażliwości albo gorączki, ale dzwonienie do kogoś o północy w błahej sprawie wydaje mi się mało profesjonalne a jego maile delikatnie mówiąc napastliwe. Na reakcje nie musiałem długo czekać, już w chwilę potem przeczytałem, dlaczego angażuję w nasze sprawy przełożonych i że tego pożałuję. Po kwadransie przeczytałem ‘’że wie kim jestem, że nie jestem już jego przyjacielem, że jeśli go zwolnią to pociągnie mnie ze sobą na dno, i że mnie zniszczy’’. Po prostu bełkot oszołoma.
Jego szef przeprosił mnie za dziwne zachowanie i całe zamieszanie. Palant próbował się jeszcze ze mną skontaktować próbując wyjaśnić nasz mały problem, ale nie odbierałem od niego żadnych telefonów, po kilku próbach odpuścił sobie, ale zaraz w kolejnym smsie dał mi do zrozumienia, że mam się zacząć bać. W sumie to nadal nie wiem czy chce mnie przeprosić czy zatłuc…
Nie wtajemniczałem przełożonych w treść wiadomości maili i sms, które dostawałem później, choć spokojnie mogłem pójść z nimi do HR. Niedawno dowiedziałem się, że wyleciał, bo był zbyt pretensjonalny i podpadł paru innym osobom w firmie, położył kilka ważnych tematów i ciągle krzywił się z niezadowoleniem, że musi tłumaczyć się ze swoich decyzji, bo przecież w tytule ma manager i sam wie najlepiej co robi. Mój mail podobno przelał czarę goryczy i pomógł ‘’górze’’ podjąć decyzje o jego zwolnieniu. Miałem moralnego kaca bo akurat tej nocy przyśniło mi się jak brałem go pod prysznicem…
I tak oto zyskałem wroga na całe życie, w końcu między miłością a nienawiścią przebiega bardzo cienka granica. Na wszelki wypadek wszystkie maile wysłałem na prywatna skrzynkę – gdyby kiedyś niespodziewanie potrącił mnie na ulicy samochód a sprawca uciekł – będą wiedzieć, kogo sprawdzić od razu…

Opublikowano praca, Szwajcaria | Otagowano , , | 16 Komentarzy

Zataczam krąg

Kilka dni w Kolonii a potem w Paryżu sprawiły, że po raz kolejny zacząłem baczniej przyglądać się swojej relacji z M, dochodząc do różnych, ale głównie krytycznych wniosków.

Prawie 20 lat temu, kiedy pierwszy raz w życiu przyjechałem do Paryża i była to moja pierwsza wyprawa na Zachód, wróciłem odmieniony, pełen zachwytu, że gdzieś indziej może być inaczej barwniej i krzykliwiej, wtedy na niewiele z tego bogactwa różnorodności mogłem sobie pozwolić, ale tamto wrażenie, jako nastolatka pozostało we mnie na zawsze. Wtedy też był grudzień, zbliżała się zima i wypadał akurat Mikołaj. Marzyłem żeby kiedyś tu wrócić i móc skorzystać z wszelkich atrakcji, na które przyjdzie mi tylko ochota, żeby było romantycznie, kolorowo i jeszcze by spędzić ten czas z kimś bardzo bliskim. Odczuwałem to trochę jako dziejową niesprawiedliwość że musiałem się ograniczać i mogłem tylko marzyć. No i oto jestem, 20 lat później, mieszkamy w pięknym hotelu w centrum miasta, otaczają nas piękne przedmioty i dodatki, jest luksusowo i jest ze mną M a ja nie odnajduję się w tym.
Może nie ma we mnie już tamtego dziecka zatraciłem wrażliwość młodego człowieka zatarła się bajka, magia i mit.
Mam ochotę mu wykrzyczeć jak byle, jakie jest cokolwiek jest między nami, jak śmieszny i nieznośny mi się wydaje, gdy zachowuje się jak egzaltowany i nadmuchany dupek. Chudy kurdupel z kościstym tyłkiem, który na całym ciele nie ma ani jednego włoska, bo depiluje się staranniej niż baba.

Egzaltowane zachowanie aktorki jest irytujące, tak jak misternie tkane metafory nie mające większego sensu. Czasem mam wrażenie, że stają naprzeciwko siebie dwa światy, dwie kultury które nigdy się nie spotkają i nigdy się nie porozumieją, ludzie dla których te same słowa znaczą zupełnie co innego i kojarzą się z czymś innym. Jestem mocno w niego zaangażowany, ale od czasu do czasu dręczy mnie niepewność, czy dobrze go znam. Porozumiewamy się po włosku, lecz nie mówię w nim w takim stopniu, by wyrażać bardziej skomplikowane myśli i uczucia.
M drażni mnie swoim egzaltowanym i pompatycznym zachowaniem. Na dodatek czuje się wykorzystywany. Pretensjonalnie zachowuje się w sklepie i restauracji, rozmowa i przebywanie z nim przestaje być zwykłą przyjemnością a zaczyna mnie drażnić pozerstwem i manierą. Jeśli idę do restauracji mam ochotę spędzić miło wieczór niekoniecznie szukam dodatkowych atrakcji i okazji do zaspokojenia dodatkowych potrzeb psychologicznych.
Mijamy się rozmawiając ze sobą, jak i rozmawiając o naszych planach. To okrutne, ale mam ochotę powiedzieć mu a chuj – na urlop zostaniemy w domu, czy my musimy trzy razy w roku wyjeżdżać na wakacje, za które płace ja. Nasi znajomi, którzy pojechali z nami do Kolonii tez czuli się nie swojo, gdy M trajkotał na okrągło o tym gdzie był, co jadł, co kupił, co widział i gdzie pojedziemy razem za rok. Sztuczne i liche wydaje się to moje przez lata budowane szczęście, wszystko wokoło wydaje się nie mieć dziś sensu. Na dodatek uzurpuje sobie prawo do bycia specjalistą niemal we wszystkich dziedzinach: od kuchni francuskiej, smaku szampana, po kulturę, sztukę i modę.
W marcu z okazji urodzin mamy lecieć na Mauritius i strasznie mnie kusi, żeby pod byle pozorem odwołać ten wyjazd i postawić M przed koniecznością wytłumaczenia się przed naszymi znajomymi, że wyprawy nie będzie.
Prześpię się z tym jeszcze jedną noc może jutro spojrzę na to wszystko inaczej, może to moje urojenia, kompleksy albo przemęczenie pracą i znużenie.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Lenistwa ciąg dalszy

Po przylocie do stolicy Omanu pierwsza powitała nas sieć komórkowa…

Mocnych i niezapomnianych wrażeń przybywającym na Półwysep Arabski turystom dostarczają publiczne toalety: zwykle z dziurą w podłodze, bez papieru toaletowego za to z długim gumowym wężem. O zgrozo, co mogłoby się zdarzyć gdyby przyszło człowiekowi mieć sytuację awaryjną i kierowany wyższą koniecznością skorzystać z takiego przybytku w pozycji kucanej będąc po kilku głębszych…

Tych parę dni spędziliśmy pod znakiem obfitego rozpieszczania podniebienia. Przypadkiem trafiliśmy na przepyszne libańskie specjały i wstyd przyznać, ale zajadaliśmy się nimi do granic obżarstwa.

Jednego wieczoru złapała nas ulewa tak silna, że po kilku minutach ulicami zaczęły płynąć strumienie wartkich potoków. Burza trwała może kilkanaście minut, ale zdołała wyrządzić sporych szkód, utrudnić zwykle przechodzenia na drugą stronę ulicy a wśród przechodniów wzbudzić niezrozumiałą trwogę, bo wszyscy zmuszeni byli brodzić po kostki w wodzie.

Adil – nasz przewodnik, bardzo skory był do dzielenia się informacjami na temat swojo kraju i kultury, swobodnie opowiadał na nasze najdziwniejsze pytania a ja wyczuwając podatny grunt pytałem go o wszystko, czego nigdy nie odważyłbym się zapytać Muzułmanina. I tak dowiedziałem się (ba! nawet zobaczyłem), co nosi się pod diszdaszą (krótkie spodenki), czy młodzi Muzułmanie chodzą na randki (jasne), czy uprawiają seks przedmałżeński (jasne, młodzi faceci często udają się w tym celu do Dubaju), czy piją alkohol (tak, bo jest ogólnodostępny, w naszym Radissonie w barze widziałem Omańczyków w tradycyjnych strojach sączących piwo), gdzie chodzą na balety (Dubaj), jakie filmy puszcza się w omańskich kinach (egipskie komedie i wszelakie bollywoodzkie produkcje), czy używają prezerwatyw i żeli intymnych (tak, widziałem je na półkach na stacjach benzynowych w widocznym miejscu tuż obok papierosów).

W naszym hotelu zatrzymała się obsługa pokładowa Swissa – nieświadomie spędziliśmy ze sobą cały dzień opalając się przy basenie, raz po raz zerkając i mierząc siebie nawzajem wzrokiem, by wieczorem spotkać się znowu przy wejściu do samolotu – tym razem jednak kompletnie ubrani i wypacykowani, a wymieniając zdawkowe powitania czuć było bardzo zabawną konsternację.

Przejechaliśmy Oman wzdłuż morskiego wybrzeża poprzez Wadi Shab docierając aż do malowniczego Sur, zatrzymując się na lunch pod gołym niebem, nad skalnym urwisku gdzie Adil rozłożył wzorzystą matę, na której rozstawiliśmy wcześniej zakupione produkty – lekkie wiaterek, słońce, szum morza, piękny widok po prostu sielanka. Choć podróż w jedną stronę zajęła nam prawie trzy godziny dodatkowo odwiedziliśmy Nizwę i kanion Wadi Nakhr.

Na obiad zatrzymaliśmy się w lokalnej restauracji o podwyższonym standardzie dla turystów serwującej specjały kuchni arabskiej. Z powodu wysokiej temperatury w pomieszczeniu pełno było much gigantów, które bezustannie brzęczały nam nad głowami. Gdy ktoś z obsługi wyjął Raid Pif Paf i rozpylił go tak ze niewidzialna substancja pokryła talerze, szklanki, kubki, sztućce, którymi mieliśmy spożywać nasz posiłek, pospiesznie podziękowaliśmy i ewakuowaliśmy się stamtąd, czym prędzej…

A ten weekend spędzamy z M wspólnie w Kolonii i choć leje, wieje i jest nieznośnie zimno zwiedzamy świąteczne jarmarki i nic nam ze złej pogody…

Opublikowano podróże | Otagowano , | 6 Komentarzy

Antygona w Muskacie

Adil – nasz wynajęty przewodnik przywitał nas rano w hotelowym lobby w tradycyjnej, sięgającej ziemi diszdasze z obowiązkową okrągłą haftowaną czapeczką kumma. Kumma nie jest typowa wyłącznie dla Omanu – nie widziałem takiego nakrycia głowy w innych krajach arabskich, ale spotkałem się z nią 2 lata temu na Zanzibarze.
Po śniadaniu pojechaliśmy na zwiedzanie Muskatu, jednego z nielicznych miast, które zachowało autentyczny urok Orientu. Trasa wiodła przez Wielki Meczet, Muzeum Bait al-Zubair, spacer po nadbrzeżu Corniche z portem, kryty targ suk w Mutrah pachnący kadzidełkami i przyprawami.

Typowa architektura starego Omanu to domy z gliny, parterowe lub jednopiętrowe budynki, z małymi oknami z drewnianymi i misternie rzeźbionymi kratami oraz solidnymi masywnymi drzwiami, bogato zdobionymi a czasem nawet ręcznie rzeźbionymi, ćwiekami.
Kraj wydaje się bardzo malowniczy i atrakcyjny dla turystów. Po nie tak dawnym otwarciu się Omanu na świat tutejsze władze zaczęły promować turystykę, niekoniecznie jednak tą masową, bo na ulicach nie spotyka się tłumów zarośniętych głośnych i pijanych obdartusów czy półnagich kobiet. Takie podejście z jednej strony ogranicza dostęp do tego kraju mniej zamożnym turystom, z drugiej pozwolić to dłużej zachować naturalną egzotykę tego miejsca.

Zbudowane w niedalekiej przeszłości asfaltowe autostrady Omanu wytyczono wzdłuż dawnych karawanowych szlaków. Tych szlaków strzegą obronne wieże zbudowane zazwyczaj na małych wzniesieniach, górują ponad zielenią daktylowych palm, dominują ponad przesmykami między stromymi zboczami gór. Na terenie meczetu w centrum informacji islamskiej można wypić kawę po omańsku – nalaną z dużego mosiężnego dzbanka do małej, porcelanowej czarki. Podawaną bez cukru, ale za to z wyczuwalnym dodatkiem korzeni. Siedzi się na kobiercach pokrywających podłogę, opierając się plecami o haftowane poduchy i pojadając świeże daktyle albo inne lokalne frykasy o konsystencji mordoklejki…

Alkohol jest ogólnie dostępny, nie tylko w hotelach. Po południu wróciliśmy do hotelu zająć się nic nie robieniem. Dylemat Antygony: prażyć się na leżaku i być gnębionym przez chmarę much albo pływać w ziemnej wodzie w hotelowym basenie, ale nie odganiać się bez przerwy od fruwającego i brzęczącego wkoło robactwa…

Opublikowano podróże | Otagowano , | 3 Komentarze