chwila w świecie, którego nie znam

Do Rijadu odlatywaliśmy z bramki B60, nieźle zamaskowanej w plątaninie korytarzy, jakby ukrytej jeden poziom pod ziemią frankfurckiego lotniska. Niby podróżnik, światowiec i oblatywacz a dwa razy mijałem właściwe wyjście aż w końcu podążając za znakami ‘’akwarium dla palących’’ dotarłem do miejsca, które wyglądem przypominało bardziej hangar niż terminal na międzynarodowym lotnisku. Niektórzy współpasażerowie wyglądali bardzo apetycznie, nigdy nie myślałem, że młodzi zeuropeizowani Saudyjczycy ze świdrującym i przeszywającym człowieka spojrzeniem mogą wywołać we mnie tak silne reakcje seksualne i stymulować fantazje, zwłaszcza po intensywnej i forsownej nocy, która zasadniczo powinna pozbawiać mnie wszelkich napięć wewnętrznych…

Kolejne spostrzeżenie – w samolocie nie było prawie kobiet, nieliczne leciały z nami do Omanu, do Arabii Saudyjskiej łatają głównie sami mężczyźni. Przy wyjściu z samolotu stewardessy zbierały alkohol i kolorową prasę. Pasażer, który zaryzykowałby znalezieniem przy sobie alkoholu, oraz czegokolwiek, co mogłoby zostać uznane za sprzeczne z zasadami islamu typu publikacje, dewocjonalia inne niż islamskie, mięso wieprzowe, alkohol oraz pornografię musiałby liczyć się z surową karą grzywny, ‘’misiem’’ w paszporcie, jeśli nie dotkliwszą karą cielesną. W tłumie pasażerów dostrzegłem jedną kobietę, w czarnej abaji, z szalem na głowie, trojgiem dzieci, obwieszona zlotem jak choinka i torebką Louis Vuitton bezsprzecznie oryginalną…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 5 Komentarzy

w drodze do krainy na O

Od dobrych kilkunastu miesięcy próbuje namówić młodszego brata żeby wpadł do nas na weekend, zadanie nie jest to łatwe, bo brat zwany w rodzinie niuńkiem jest delikatnie rzecz ujmując przez rodzinę rozpuszczony i nawet darmowy wikt i opierunek plus bilet na samolot w prezencie od starszego brata nie są wstanie przekonać go do odwiedzenia mnie w krainie Heidi choćby na kilka dni. Jeśli bilet i propozycja weekendu w Lozannie okazały się niewystarczającą zachętą wytoczyłem silniejsze działa i zaproponowałem spotkanie w Omanie, na co mój umiejący kalkulować brat przystał bardziej ochoczo. Bo grunt to wyciągnąć mocny argument…
Wyruszyliśmy wcześnie rano, dotarliśmy właśnie do Rijadu i czekamy na przesiadkę do Muscatu..
W dzieciństwie pamiętam, że zdarzało mi się grać z kuzynami w Państwa-Miasta. Stąd pamiętam, że jedynym państwem na literę O jest Oman…

Opublikowano podróże | Otagowano , | 5 Komentarzy

gdzie słońce świeci przez 300 dni w roku

Zima zbliża się coraz szybszymi krokami, ale tam przyjemnie praży słońce, kwitnie życie, plaża, morze i spacery pośród stylowych uliczek… Lubię morze. Jeśli miałbym kiedyś kupować jeszcze mieszkanie to koniecznie gdzieś nad morzem albo chociaż nad jeziorem, bo widok otwartego akwenu bardzo pozytywnie mnie nastraja. Pięknie byłoby móc zamieszać kiedyś na południu Francji, na razie mogę jedynie migrować z kapryśnej pogodowo Szwajcarii wprost do tego raju, w niespełna 3 godz i 18 minut godziny od momentu wyjścia z domu. Antibes – piękne miasto, pięknych i bogatych ludzi, koniecznie właścicieli jachtu, w zasadzie nie widać żebrzących. W Nicei po promenadzie biegają atletycznie zbudowani mężczyźni z nagim torsami, aż trudno nie patrzeć…

133-3

W Szwajcarii zrobiło się już brzydko i szaro, na dodatek w pracy zawalony zostałem papierkową robotą, dlatego namówiłem K na wspólny długi weekend. Nie robiliśmy nic specjalnego poza oddawaniem się zwykłym przyjemnościom, celebrowaniem codziennych czynności, spacerowaniem bez celu po promenadzie des Anglais raz po raz zatapiając się w zawiłych uliczkach śródziemnomorskich miasteczek. Przemierzyliśmy trasę Monako, Cap Ferrat, Villefranche, Nicea, Antibes, Cannes i Saint Paul. Towarzyszyły nam pejzaże pełne kwiatów, długie, piaszczyste albo kamieniste plaże, urokliwe zabytki, galerie, zapachy Prowansji i charakterystyczne prowansalskie domki, które urzekają każdego, kto przybywa do tego regionu…
Zatrzymaliśmy się urokliwym hotelu Massena, który swoim wyrazistym wystrojem bardzo różnił się od typowych sieciowych hoteli. Nie obyło się bez zabawnych sytuacji: w Monako, w Cafe de Paris vis a vis kasyna Monte Carlo próbowaliśmy zamówić po lampce bąbelków, niestety tego wieczoru akurat szampan im wyszedł…
K kręciła głową na widok lokalnych cen produktów, podczas gdy ja skrycie dziękowałem losowi za szczęście zarabiania we frankach. Łatwo i szybko przyzwyczaiłem się, że mogę pozwolić sobie na kupowanie rzeczy, które mi się podobają albo sprawiają mi przyjemność bez konieczności przeliczania wszystkiego na złotówki albo inną walutę. Jak stwierdziła R: mieszkając i pracując w Szwajcarii wszędzie wydaje się być tanio i sporo w tym prawdy.
Fajnie jest móc po prostu wyjść z domu, zabrać najbliższą osobę ze sobą i spędzić parę beztroskich chwil w takim miejscu, bez obawy, że zrujnuje to twój domowy budżet. Zdaję sobie sprawę, że nie jest źle, mam poczucie stabilizacji zawodowej i osobistej, choć mam o wiele więcej rzeczy na głowie. Z perspektywy lat nie zmieniło się tylko jedno, wiem że mogę liczyć tylko na siebie, inni mogą starać się jak mogą, ale nigdy nie będę miał pewności, że nie zawiodą i że zawsze przy mnie będą…
Ale żeby nie było że tylko podróże, bicie piany i pseudo filozoficzne głupoty mi w głowie – zapisałem się na kurs językowy. Razem z V zmobilizowaliśmy się i każdy dzień rozpoczynamy od prywatnych lekcji włoskiego. Znowu musze się przestawić do wstawania o 6 rano. Potem szybka kawa w Starbucksie i punkt 8.00 zaczynamy. Zapisałem się po, to żeby zrobić coś ponad. Bardzo dobra znajomość języka nie jest mi bezwzględnie potrzebna, ale chodziło mi o zrobienie czegoś dla własnej przyjemności. Przyjemności, bo te lekcje nie polegają na żmudnym powtarzaniu deklinacji i koniugacji, a raczej na kupowaniu biletów kolejowych na pociąg do Rzymu, wymianie uprzejmości, zapraszaniu się do restauracji, kina, teatru czy wcielaniu się w inne, równie przyjemne sytuacje, mające mało wspólnego z tym, co spotykało mnie w przeszłości na lektoracie z włoskiego.. Może i M mógłby mnie uczyć za darmo, ale nie bez powodu mówi się, że szewc bez butów chodzi, M stracił do mnie cierpliwość -jeśli czegoś nie zrozumiem za pierwszym razem albo pytam o rzeczy, które dla niego są oczywistą oczywistością a dla mnie nie mają wyraźnej reguły macha tylko ręką ze zrezygnowaniem albo wali obuchem między oczy, że jestem odporny na wiedzę.
Poza tym jest jeszcze coś – ile razy kończę zajęcia i 9.15 wchodzę do biura jestem pozytywnie naładowany energią, mam poczucie fajnie, bo pożytecznie rozpoczętego dnia, a poza tym to naukę języka mogę odpisać sobie od podatku…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 9 Komentarzy

Zrozumieć fascynacje Szwajcarią

W Szwajcarii chodzenie po szlakach turystycznych bez odzieży nie jest nielegalne, ale kantony mogą indywidualnie wprowadzać zakaz takiego zachowania. Karę na mężczyznę nałożył najpierw sąd w kantonie Appenzell Ausserrhoden a potem Szwajcarski Trybunał Federalny podtrzymał karę grzywny w wysokości 100 franków. Sędziowie uznali, że paradowanie po szlakach turystycznych w stroju Adama jest obrazą moralności publicznej.
Teraz wszyscy dowiedzą się, co robię w weekendy, niektórzy mieli tylko podejrzenia, a teraz wiedzą na pewno…

Opublikowano Szwajcaria | Otagowano | 5 Komentarzy

Gdzie pieniądze nigdy nie śpią…

1. listopada zastał mnie w tym roku daleko od domu. Nie Singapur, nie Tajlandia i nie groby najbliższych były mi w głowie, z wynajętym przewodnikiem wybrałem się na cały dzień do Brunei. Dla mnie to taki mały, bardzo bogaty, ociekający zlotem pochodzącym z ropy naftowej sułtanat, rządzony twardą ręką przez swego pana.
Z Miri autem jechaliśmy prawie 3 godziny po drodze mijając szyby naftowej, puste nieużytki a czasem piękne ogromne wille. Sułtana czci się tutaj jak władcę absolutnego, słychać to w wypowiedziach lokalnych ludzi wyrażających się o nim per his majesty albo his highness.
Spodziewamy się przepychu i bogactwa już na granicy. Brunei włada sułtan Bolkiah jeden z najbogatszych ludzi świata. Przejście graniczne mieści się jednak w skromnym baraku. Kobieta w mundurze i chustce na głowie wbija mi do paszportu pieczątkę upoważniającą do pobytu w Brunei przez 30 dni. Żeby legalnie móc wwieźć alkohol trzeba podstemplować jakąś żółtą kartkę, bo w kraju obowiązuje całkowita prohibicja, jedynie turyści mogą wwozić mocny alkoholu. Oficjalną i ściśle przestrzeganą religią jest islam. Zewnętrznym tego objawem są liczne meczety, chusty na głowach kobiet i zakaz sprzedaży alkoholu.
Do stolicy Bandar Seri Begawan jedziemy dwupasmową autostradą, 100 km pokonujemy w 2 godziny. Za oknem nie widać zabudowań, tylko różne odcienie zieleni, większą powierzchnię kraju zajmują wilgotne lasy równikowe, których nie wolno eksploatować. Wybrzeża porastają lasy mangrowe, gdzie żyją małpy z długimi, mięsistymi nosami. Nie widać riksz, skuterów tuk tuków czy rowerów tak charakterystycznych w krajach azjatyckich. Miasto wygląda skromnie. Poza dwoma pięknymi meczetami i paroma centrami handlowymi o imponującej architekturze, kapiącymi od złota, nic nie rzuca się w oczy. Wręcz przeciwnie w centrum zaskakują czasami rozsypujące się elewacje domów, dziurawe ulice i chodniki, sterty śmieci na skwerach. W Brunei nie ma taksówek, bo każdy ma własne auto, państwo dofinansuje także mieszkania i domy, edukacje i opiekę zdrowotną.

Śnieżnobiały meczet sułtana Saifuddiena to symbol Brunei. Kopuła głównego budynku pokryta kilkoma milionami złotych płytek błyszczy w słońcu. Na sztucznej lagunie przed meczetem cumuje kamienna, bogato zdobiona kopia ceremonialnej łodzi królewskiej. Widok jak z bajki.

Drugi największy w kraju meczet poświęcony jest aktualnemu władcy. I jego kopuła inkrustowana jest 24 karatowym złotem. Ruchomych schodów prowadzących na piętro do głównej sali modlitewnej używa tylko sułtan i jego rodzina. Podłogi w meczecie są bardzo czyste, po salach chodziłem w białych skarpetkach, które po wyjściu pozostały nieskazitelnie białe. Na każdym kroku widać tradycję i religię, ale też nowoczesność: nowocześnie urządzone przestronne pomieszczenia, brak przepychu, klimatyzowane sale z najnowszymi zdobyczami techniki – sułtan nie żałuje pieniędzy i za to właśnie wszyscy go tutaj czczą. Ogólnie miasto jest bardzo czyste, pozostaje pod dużym wpływem religii islamskiej i nigdzie prócz hoteli nie można kupić nawet piwa. Ulice, place, pomniki, szkoły, szpitale niosą nazwę kogoś z rodziny Bolkiah. Wszędzie mnóstwo intensywnej soczystej bujnej zieleni.
Na drugim brzegu przecinającej stolice rzeki rozciąga się dzielnica Kampung Ayer – skupisko stojących na palach w wodzie domów. Do Kampung Ayer płyniemy z centrum motorówką. Wychodzimy na drewniany, chybotliwy pomost, którego liczne odgałęzienia tworzą sieć chodników. Przy nich parterowe, zbudowane z byle czego domki, pokryte spadzistymi dachami z bambusa lub trzciny. Przeraża widok rozpadających się budynków i odór unoszących się na wodzie śmieci. Sułtan postanowił uczynić z wioski żywy skansen.
W najciekawszym Muzeum Regaliów można obejrzeć m.in. rydwan, którym dawniej sułtan podróżował po kraju ciągnięty przez poddanych. Na znak szacunku dla jego regaliów i tutaj każą mi zdjąć buty – jest to obowiązkowe i ściśle egzekwowane przez strażników muzealnych.

Kolejną atrakcją to pałac sułtana – Istana Nurul Iman – niestety oglądam go tylko z zewnątrz, bo można go zwiedzać tylko przez trzy dni w roku, pod koniec ramadanu. Przewodnik mówi, że to największy pałac na świecie – ma 1800 pokoi i salę balową na 4 tys. osób. W pałacu mieszka ośmioosobowa rodzina sułtana i 600 służących. Otacza go wspaniały park widoczny tylko z drugiego brzegu rzeki. Sułtan podobno żyje w niewyobrażalnym przepychu, pośród złotych klamek i spłuczek w toaletach, cennych obić, klimatyzowanych stajni i garaży z setkami aut robionych na indywidualne zamówienie. Jego dom to Disneyland dla dorosłych tyle, że na jawie. Mam nadzieje, że jest szczęśliwy.

Otagowano , | 5 Komentarzy

I co ja robie tu…?

Gdyby ktoś zapytał mnie gdzie jestem odpowiedziałbym krótko – w dupie. Miałem z Kuala polecieć do Bangkoku, pobyt zaplonowałem sobie z wyprzedzeniem tak by znaleźć czas i prywatnie pozwiedzać Bangkok i okolice. Pora deszczowa miała się do tego czasu skończyć, pomyślałem – uszczknę cos dla siebie z tego krótkiego pobytu w Azji. Niestety w całej Tajlandii leje od 3 miesięcy, rzęsiście i bez przerwy, przy tym jest gorąco i parno, ogłoszono stan powodziowy, bo napadało tyle, że Chao Phraya wylała, woda nie nadąża spływać kanałami do morza. Zalane są peryferia stolicy, stacje metra, wiele dróg stało się nieprzejezdnych, kilka dni przed moim przyjazdem zamknięto lotnisko, w hotelach brakuje prądu, bieżącej wody, szwankują dostawy jedzenia i wszystkiego, co potrzebne jest do funkcjonowania obiektów gastronomiczno-hotelowych. Poradzono mi odwołać wszystkie rezerwacje bez ponoszenia jakichkolwiek dodatkowych kosztów i zmienić bilet na bezpośredni lot do Zurychu. Szkoda mi jednak było tych kilku zaplanowanych dni, chciałem zobaczyć cały ten tajski bajzel.
Wieczorem pojechałem, więc w ciemno na lotnisko w Kuala i zapytałem, dokąd mógłbym polecieć w ciągu najbliższej godziny lub dwóch… Wysłali mnie do Miri na Borneo -miała być plaża i jest, zapomnieli tylko dodać, że Miri to główny ośrodek wydobycia ropy naftowej w Malezji… Po dwóch godzinach lotu wylądowałem na lotnisku w malezyjskim stanie Sarawak, mój paszport wzbogacił się o kolejną pieczątkę wjazdową, stąd miałem już tylko 10 minut drogi do hotelu. Marriott SPA był prawie pusty nie licząc kilku uczestników konferencji dla nafciarzy. Poza tym cisza, spokój, widok morza z balkonu, olbrzymi basen, pool bar i SPA – w takich warunkach skwar i duchota nigdy nie mogą być straszne.
SPA w tej części świata kosztuje grosze a przez kilka godzin wypieszczą cię od stóp do głów, wymoczą w algach, eterycznych olejkach, wymasują i uklepią – po 6 godzinach wyszedłem jak nowonarodzony ze skórą intensywnie nawilżoną i gładką jak pupa niemowlaka. Od masowania, nacierania, wklepywania zrobiło mi się błogo, że w trakcie zabiegów zasnąłem i byłem w niebie. Kawowe scrub robi zrobił mi dobrze…

 

Opublikowano podróże | Otagowano , | 8 Komentarzy

pintu ke Malaysia

Bywa, że gdy człowiekowi się naprawdę spieszy to wszystko wokoło zdaje się temu sprzeciwiać. W piątek miałem w planie spędzić w biurze tylko 3 godziny by spokojnie zdążyć wrócić do domu, spakować walizkę i złapać samolot do Kuala. W biurze pojawiłem się przed 10, pierwsze spotkanie zostało przesunięte o godzinę później, a potem rozdzwoniły się telefony, cała seria, jeden po drugim, dzwoniły jak wściekle i za każdym razem, gdy już miałem wyłączyć komputer dzwoniły znowu i najgorsze okazywało się, że to ważne i trzeba było gdzieś pilnie gasić pożar. Nawet przy wyjściu z budynku natknąłem się na kogoś, kto postanowił streścić mi z czym aktualnie się zmaga abym był na bieżąco…
Kiedy lądowałem w Kuala Lumpur było po 18, po wyjściu z terminalu zrobiło się przyjemnie ciepło, dlatego nim moja głowa dotknęła poduszki w wygodnym łóżku Shangri-La poszedłem na krótki spacer zachęcony znajomym widokiem zza okna hotelowego pokoju. W samolocie starałem się nie spać by po przylocie jak najszybciej przestawić się do innej strefy czasowej.

W niedziele zupełnie nie było w głowie klepanie w komputer, pojechałem za to zobaczyć lokalne parki ptaków i motyli a na koniec zahaczyłem o nowo otwarte oceanarium w części konferencyjno-wystawienniczej mojego hotelu.
250km za Kuala znajduje się Ipoh stolica stanu Perak i główny ośrodek wydobycia cyny. Przewodnik, który mnie tam zawiózł zaprosił mnie na lunch do lokalnej jadłodajni. Plastikowe brudne stoliki, byle jak rozstawione na wąskim chodniku, dziwny zapach smrodek unoszący się z kuchni, chyboczące się krzesełka, lichy dach, zardzewiałe garnki, plastikowe sztućce, talerze wyparzane we wrzątku w połamanym wiadrze, ludzie z nizin i szczerbaty kucharz – próbowałem ukryć zakłopotanie, ale gdy jedzenie wylądowało na stole było za późno żeby się wycofać. Każdy kęs mięsa maczany w kolorowych brejach ledwo przechodził mi przez gardło, nie mówiąc o coca-coli podawanej z kostkami lodu niewiadomego pochodzenia. W teczce nosze ze sobą węgiel leczniczy i buteleczkę whisky, więc po lunchu nie czekając jak rozwinie się sytuacja, zapobiegawczo zaserwowałem sobie większą dawkę…

Opublikowano podróże | Otagowano , | 2 Komentarze

Hvordan sier du paring; norsk?

Norweska stolica była ostatnią na liście skandynawskich miast, które chciałem odwiedzić. Próba opisania kraju i jego mieszkańcach na podstawie jednej tylko wizyty i bez wyjeżdżania poza obszary komercyjne Oslo mija się z celem. Ogólnie było zimno i wietrznie, gdy lądowałem na Gardermoen Lufthavn, ze stacji Oslo S miałem tyle parę kroków do hotelu, który rozpoznawalny jest z daleka bo to najwyższy budynek w całej Norwegii. Druga rzecz, która rzuciła mi się w oczy to ceny. W Szwajcarii jest relatywnie drogo, ale Norwegia dotrzymuje kroku w tym cenowym maratonie uszczuplającym portfel: ceny alkoholu, biletów na środki komunikacji miejskiej, jedzenie w restauracjach przyprawiają o zawrót głowy.

Rzeźby w Parku Vigelanda ukazujące różne oblicza ludzkiej bliskości były nie lada atrakcją, podobałoby mi się kiedyś móc tam pojeździć tam po parkowych alejach na rowerze. Po wyjściu z Muzeum Muncha zrobiło się bardziej słonecznie i taka pogoda utrzymywała się już do późnego popołudnia, kiedy spacerowałem po Aker Brygge czy pływając po Skagerrak.
Widać czystość, przestrzeń, spokój, funkcjonalność i zamożność Oslowian (jak oświecił mnie ostatnio prof. Miodek), ale ich bogactwo nie kłuje w oczy. Widziałem mnóstwo ślicznych dziewczyn i kobiet elegancko ubranych blondynek o czystej cerze i dużych niebieskich oczach. Potomkowie Wikingów mogą się podobać – wysocy, smukli albo mocno zbudowani, modnie ubrani atrakcyjni blondyni. Dowiedziałem się, że „Snakker du norsk” wcale nie oznacza pytania czy lubię sneak a „Jo takk, bare bra” to nie oferta seksu bez zabezpieczenia.

Zimno zrobiło się też w Szwajcarii, do biura chodzę opatulony w szalik i prawie codziennie zdarza mi się wracać do domu w strugach deszczu. Jesień jest w tym kraju okropna, ciągle pada i jest zimno. W Szwajcarii polubiłem zimę, bo śnieg w mieście jest mało dokuczliwy (dzięki bardzo sprawnym miejskim służbom porządkowym) poza tym często świeci wtedy słońce i w drodze do pracy przyjemnie posłuchać odgłosu trzeszczącego pod butami śniegu. Przy obecnej aurze za oknem często uciekam myślami w cieplejsze rejony, odliczam dni do wylotu do Malezji i Tajlandii, o ile nie przeszkodzi mi powódź mam w planach zobaczyć coś więcej niż tylko hotelowy pokój i drogę na lotnisko.
Moja firma w ciągu niespełna pół roku przejęła 6 innych firm, przez co wszyscy mamy ręce pełne pracy. Z krajów technologicznie zaawansowanych rozszerzamy naszą obecność na Ukrainę, Rosję, Izrael, Chorwację i Turcję gdzie wiele ogólnie przyjętych zachodnich rozwiązań nie istnieje tak, więc siedzę i rzeźbię szukając alternatywnych rozwiązań i próbując rozbudzić swoją lekko uśpioną kreatywność. Czasami wydaje mi się że moja firma to typowy kolos na glinianych nogach, spuścić go z oczu i odejść z firmy a wszystko runie jak domek z kart…
W megalomanie jednak nie popadam wiedząc, że i beze mnie cała ta machina będzie działać dalej, bo nie jestem niezastąpiony a firma będzie funkcjonować z moją czy bez mojej pomocy.
We Wrocławiu spotkałem się z moim eks, niespełnionym reżyserem, który ukończywszy 35 lat nagle zaczął realizować się teatralnie wystawiając z powodzeniem przedstawienie za przedstawieniem. Spędziliśmy ze sobą cały długi wieczór opowiadając sobie bez upiększania historii, co działo się u nas przez ostatnie kilka lat. Mój były oświadczył mi, że związał się z …kobietą, co w teatralnym światku jest chlebem powszednim, czego zdążyłem doświadczyć spotykając się z nim i jego znajomymi aktorami. Dobrze jest wciąż utrzymywać serdeczny kontakt, choć kiedyś mocno nadwyrężyłem naszą przyjaźń rozstając się z nim i lądując w łóżku z jego byłym. O spotykaniu się z byłymi byłych muszę przyznać mógłbym napisać osobną notkę…

Opublikowano podróże, Szwajcaria | Otagowano , , , | 23 Komentarze

Jeśli dziś jest piątek to jestem w Oslo

W Oslo jest zimno i drogo, wieje, pada choć Norwegom wydaje się to nie przeszkadzać, bo niektórzy paradują w krótkich spodenkach przy temperaturze 5 stopni. Alkohol jest droższy niż w Szwajcarii a przyzwyczajony jestem ze wszędzie indziej jest taniej…

Opublikowano podróże | Otagowano , | 5 Komentarzy

uroki pracy

R zaproponowała spędzić wieczór w restauracji First Floor w towarzystwie A i jego kolegi-klienta z ambasady. Już na wejściu było trochę szi-szi fu-fu bo w progu witała nas dyrektor hotelu a szef kuchni osobiście odprowadził nas do stolika, 3 grube menu: karta dań, win i… wód mineralnych – dla wymagających mieli bling water.
Spodziewałem się, że cały wieczór będę musiał silić się na sztuczną kurtuazję, demonstrować bon ton, uskuteczniać rozmowy o niczym w towarzystwie napompowanego sztywniaka udającego sommeliera a tu miła niespodzianka, bo starszy pan był normalny, ba nawet opowiadał frywolne żarciki o swoim szefie.
W nocy nie mogłem spać, głowa znowu wydawała mi się wielka od natłoku spraw, w żaden sposób nie potrafiłem się wyłączyć i przestać o nich myśleć. Czasami czuje się bardzo zmęczony i zupełnie nie cieszą mnie dobrodziejstwa płynące z pracy w mojej firmie.
Dla kogoś z boku moja praca to bajka – ciągłe podróże samolotem, wygodne hotele, nieustające kolacyjki przy winie, blichtr, puch i piana. Pobudka – kawa –pociąg – samolot – taksówka – spotkanie – hotel – taksówka – samolot. W przerwach telekonferencje oraz robocze lunche i oficjalne kolacje… Zmieniają się tylko miejsca spotkań, choć i to przestaję powoli rejestrować. Gdyby nie widok resztek muru berlińskiego w drodze na spotkanie z linią lotniczą w ogóle nie zauważyłbym, że jestem w Berlinie, wczoraj nie poczułem, że byłem w Wiedniu, bo spotkanie odbywało się na obrzeżach miasta.
Wyjazdy i nawet największe odległości trochę mi spowszedniały, prawie nie zauważam, co dzieje się wokół. Punktem odniesienia stają się zabytki, znane atrakcje turystyczne albo pomniki. Lotnisko z Zurychu i Monachium znam na pamięć – śmiało mógłbym trafić do dowolnego wyjścia choćby po ciemku.
W pracy spotykam ludzi o podobnych cechach. Dobijających do czterdziestki, którym wydaje się, że stan kawalerski jest najlepszym z możliwych w świecie, gdzie niemal każdy czynnik egzystencji zależy od poziomu zadłużenia na koncie bankowym. Obciążeni kredytami, z gromadka dzieci byliby kolejnymi przegranym przeciętniakami, którzy budzą się w nocy zlani potem i z przerażeniem stwierdzają, że nie stać ich na lekarstwa albo wyprawkę do szkoły. Dla jednych taki życiowy wybór jest aktem tchórzostwa, dla innych – oznaką gorzkiej mądrości.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | 5 Komentarzy