Dałem dupy

W swoim życiu przeprowadziłem już dziesiątki szkoleń i prezentacji, przy większej czy mniejszym audytorium, w różnych językach i przy różnych okazjach, dlatego jestem przygotowany, że zmiana planów może zdarzyć się w ostatniej chwili.
W piątek w biurze nikt na mnie nie czekał, nie wiedzieli nawet, że przyjeżdżam. Ale spoko.
Sala konferencyjna okazała się przechodnią między innymi pomieszczeniami halą, rodem z Oktoberfestu (bardzo długie drewniane ławy), ciągle ktoś wchodził i wychodził, trzaskali drzewami, w bocznych pokojach odbywały się spotkania, z których podczas przerw wychodziło głośne towarzystwo. Też spoko.
Nie działał internet ani rzutnik a prąd płynął z czegoś, co wyglądało jak generator. Cóż zdarza się.
Uczestnicy, którzy przyszli na szkolenie oczekiwali szkolenia z innego tematu, więc połowa z nich od razu wyszła. Bywa.
Potem okazało się że drugiej sesji nie mam w ogóle po co robić bo nie ma chętnych za to poproszono mnie o poprowadzenie szkolenia z innej dziedziny – cóż jestem elastyczny i nie wiele myśląc zgodziłem się… Niestety przeliczyłem swoje talenty i nie uratowałem tego szkolenia, pierwszy raz ewidentnie strzeliłem sobie w kolano. Dałem dupy.

Opublikowano praca | Otagowano , | 4 Komentarze

Ściganie słoneczne dni

Moje blogowanie przypomina dziennik podróży, ale to nie ekscytacja podróżami sprawia, że pisze… Tak naprawdę jedynie będąc w podróży, siedząc na jakimś lotnisku albo lecąc 11 tys m nad ziemią mam czas skoncentrować się, w spokoju zebrać myśli i przelać je na arkusz dokumentu Word.
O ile LA oszołomiło i przytłoczyło mnie swoją wielkością, sposobem życia, o tyle w Europie taki stan zdarza mi się rzadko. Wszystko, co kiedyś brzmiało jak nierealna bajka stało się codziennością i jest w zasięgu ręki zupełnie jak w ostatni weekend.

Wciąż odkrywam na świecie miejsca, do których chętnie przeniósłbym się ot tak. Pstryk i już. Miejsca, gdzie częściej jest słonecznie niż pochmurnie szczególnie, gdy pogoda za oknem nie nastraja pozytywnie, a słońce nie rozpieszcza. Dla mnie to czas dochodzenia do wniosku, że jednak lubię słońce. A przecież są miejsca, w których tego słońca wcale nie brakuje, w których jest ciepło, przyjemnie. Są miejsca, które wywołują wspomnienia tak ciepłe, jak słońce, które świeci za dnia i ogrzewa nas swoimi promieniami.
Ale żeby nie było ze sporządniałem i wysubtelniałem i jestem teraz wrażliwy niczym muślinowa firanka. Aby na gorąco przeżywać to z kim lub czym się spotykam zabrałem ze sobą poznanego w Warszawie chihuahua który w ramach wspólnego tourne z lubością wyprowadzał na spacer moje zarodki…

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

presja pracy

Wróciłem z biura później nie planowałem, L przedłużyła niebotycznie telekonferencje, głowa huczała mi od jej głosu, śmiechu i spraw do zapamiętania. V zaproponowała drinka w Kornhauskeller i skorzystałem z okazji -zasłużony zawsze smakuje najlepiej…
Praca funduje mi kolejne mega zjazdy, zaliczam zgon w tym tygodniu. Z ulgą przyjąłem wiadomość o szkoleniu w Berlinie, chętnie wyrwę się od rutyny siedzenia za biurkiem do późnych godzin wieczornych. M przywitał mnie w domu kolacją z butelką wina, w ciągu paru chwil zapomniałem o wydarzeniach dzisiejszego dnia i poczułem błogi spoko. M potrafi sprawić, że zapominam o kapryśnym świecie, schodzę znowu na ziemie i uruchamiam funkcję rozwiązywania dylematów mniej istotnych.

Opublikowano praca | Otagowano , | 1 komentarz

O maj got

Po udanych niezapomnianych wakacjach nie ma już śladu prócz setek zdjęć w albumie, nastąpiło raptowne zderzenie z zawodową rzeczywistością, przez kilka dni nie mogłem odkopać się z maili i zaplanowanych wcześniej spotkań.
Czasami pracuję jak wól, nie zadając pytań po prostu robię swoje jak za naciśnięciem przycisku opcji pracuj. Otumaniony chaosem panującym wokół, głośno ponarzekałem szefowej na bałagan i niemoc, niekompetentność ludzi, brak możliwości, dreptanie wokół starych tematów jakby same były w stanie się rozwiązać. Przerwała to moje biadolenie i zapytała wprost o konkrety, palnąłem o problemach z Australią, na co usłyszałem krótko – musisz tam jechać. W pierwszej chwili nie uwierzyłem w to, co usłyszałem, bo mój wniosek o delegacje na Antypody od miesięcy był odrzucany a decyzja usprawiedliwiana zbyt wysokimi kosztami takiej podróży służbowej. K się postarała, zdobyła budżet, stawiając jeden warunek: to jednorazowa podróż i chce zacząć widzieć wyniki.
I tak oto tego dnia obrosłem w piórka, nabrałem wiatru w skrzydła i za nic miałem paszkwilowate maile, nierzetelność Hindusów i notoryczny brak czasu – za wyjazd do Sydney mogę nawet ‘’puknąć’’ trola albo innego Dzwonnika z Notre Dame.
Niesamowite jak zmienia się człowiekowi podejście do pracy, jeśli umiejętnie się go zmotywuje…
Najpierw lecę do Wiednia uruchomić projekt a potem mogę zacząć szukać terminów wylotu. M widząc w progu mój dobry nastrój od razu domyślił się, że spotkało mnie coś dobrego. Na koniec usłyszałem tylko ‘’O dio mio’’’

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz

Samorealizacja XXI wieku

W drodze powrotnej do Europy zatrzymaliśmy się na 2 dni w Mieście Aniołów Całkiem przypadkiem nasz Hotel w West Hollywood znajdował się dwie ulice od branżowych barów i lokali drażniąc nasze zmysły i określając sposób spędzania obu wieczorów.

Na śniadaniu w restauracji hotelu London spotkaliśmy Mike Tysona i to akurat w dniu walki Adamka z Kliczką. Gdyby nie charakterystyczny tatuaż na twarzy, w ogóle nie domyśliłbym się, że to on. Wieczorem odbywał się Tydzień Mody w Beverly Hills, który spędził całą zgraję wychudzonych i nienaturalnie wyglądających podrasowanych plastycznie kobiet i mężczyzn, którzy okupowali wszystkie butiki na Rodeo Drive.

Przyglądając się temu cyrkowi potwierdziłem tylko swoje zdanie, że w obecnych czasach musimy osiągać sukcesy na coraz większych obszarach, żeby ze spokojnym sumieniem móc powiedzieć, że jesteśmy szczęśliwi. Trzeba być brutalnym, żeby dotrzeć do tego miejsca, do którego chce się dojść. To odpowiedz na czasy, w których nie ma miejsca na przegrywanie. Dziś nie wolno przyznawać się do porażek, błędów, do tego że coś nie wyszło.
Nigdy się nie jest non stop on the top – to jest prawda, którą zdążyłem poznać. Bardzo intensywnie ciągnie się do góry, aż w końcu przychodzi taki moment, kiedy jest się bardzo, bardzo wysoko. Ale nie da się tam siedzieć przez cały czas, choć dla wielu to jest taka dziejowa niesprawiedliwość
Chciałbym być poetą-filozofem, żeby uchwycić ten ulotny moment, ale poetą nie jestem i nigdy nie byłem dlatego mogę tylko rypnąć sentymentalną notkę na blogu.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 4 Komentarze

Oahu – Stolica Hawajów

Oahu jest podobna do pozostałych wysp hawajskich i jednocześnie jest zupełnie inna. Podobna jest tuż za miastem – gdzie droga styka się z oceanem, a z autobusu można wysiąść wprost na piaszczystej plaży. Inna od pozostałych, gdy zdecydujesz się podążyć za milionem turystów na plażę Waikiki, aby zamieszkać w jednym z siedmiuset hoteli, pnących się ku niebu wieżowców i przejść bulwarem, gdzie mieszczą się drogie centra zakupowe.

Z Waikiki większość turystów udaje się na Pearl Harbor, ale my tam nie pojechaliśmy, bo amerykańską martyrologię mamy z M bardzo bardzo głęboko.
Kolejna wyprawa jest za nami, kolejna z M i kolejna pełna wrażeń i doświadczeń. M jest najlepszym kompanem podróży, jakiego mogę sobie wyobrazić, podczas naszych wspólnych eskapad do Indonezji Chin, czy Stanów sprawdził się w tylu różnych sytuacjach udowadniając wielokrotnie, że to właśnie z nim chcę oglądać świat. Nie jest idealny, bo żremy się czasem o drobnostki, ale w kwestii sposobu spędzania wolnego czasu, zwiedzania nowych miejsc, poznawania ich, dobraliśmy się idealnie, jako turyści wędrujący, choć bez duszy odkrywców.

12 dni wystarczyło na odwiedzenie czterech wysp archipelagu hawajskiego, zobaczenie najważniejszych miejsc no i relaks. Zwiedzanie było dość intensywne, ale przyjemne, bo loty między wyspami są stosunkowo krótkie i tanie a same wyspy różne, choć wydawać by się mogło, że podobne. W pamięci wciąż przewijają się obrazy… Kona na Big Island z jednym z najbardziej uroczych lotnisk świata: maleńkim, tradycyjnym, tuż nad oceanem, z całym mnóstwem palm i typowo polinezyjską architekturą – miodzio, z najwyższą na świecie górą Mauna Kea i największym obserwatorium astronomicznym świata z największymi teleskopami, Kauai za faunę i florę niewystępującą nigdzie indziej, miasteczko Hanapepe Valley gdzie kręcono Park Jurajski i Ptaki Ciernistych Krzewów.

No ale już dosyć, do pracy czas wracać…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 3 Komentarze

Kauai – Wyspa Wodospadów i Kanionów

Poszliśmy za ciosem i choć w planach tego nie było polecieliśmy na trzecią, zarazem najstarszą i najpiękniejszą z wysp zwaną wyspą ogrodów. Na Kauai zastaliśmy ciszę, spokój, ogromną przestrzeń, naliczyłem raptem trzy wielkie hotele, resztę stanowiła bardzo głęboka prowincja z obrazami dzikich plaż gdzie życie wydaje toczyć się niezmiennie od lat i bez pośpiechu, nielicznych turystów leniwie wylegujących się na piasku, fal spokojnie uderzających o brzeg, grupy dzieciaków na deskach próbujących utrzymać się na rozpędzonych falach.

Na powierzchni prawie 1.5 tys. km2 odkryliśmy dramatyczną scenerie kanionów, ukryte plaże, do których dopłynąć można tylko kajakiem, szlaki dla zapalonych wędrowców prowadzące wprost do ukrytych w górach wodospadów. W dolinie o melodyjnie brzmiącej nazwie Mount Wai’ale’ale odwiedziliśmy najbardziej mokre miejsce na świecie – z rocznymi opadami sięgającymi prawie 12 tys mm. Intensywne opady stworzyły w centralnej części wyspy kanion Waimea znany, jako Wielki Kanion Pacyfiku. Nagie ściany kanionu są intensywnie czerwone, z połyskującymi w tęczowym blasku dziesiątkami wodospadów.. Podziwiając te cuda natury łatwiej było mi docenić moją pracę i to że pozwala mi ona doświadczać takich wrażeń. W tym momencie czułem się pogodzony z koniecznością pracy do późna, czasami w weekendy i nieustannymi pretensjami współpracowników.

Dla praktykujących hula Kauai jest miejscem magicznym – tam znajduje się najstarsza i najważniejsza świątynia poświęcona bogini Laka, opiekunki świątynnego tańca Hula. Legendy mówią, że nazwa wyspy oznacza ‘’ukochane dziecko’’- dosłownie ‘’miejsce wokół szyi’’ – czyli tam, gdzie ojciec przytula swoje dziecko. Wyjeżdżaliśmy stamtąd ze wspomnieniem wszechobecnej zieleni bujnej, soczystej, intensywnie pachnącej oraz wodospadów, jak wstążki mieniących się na czerwonawych zboczach Kanionu.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 1 komentarz

Oahu – Zemsta Mormonów – Dzień z ukulele w tle

Po Hilton Village, miasta w mieście, z siecią własnych sklepów, pałacyków, otwartych basenów, kortów, boisk, oczek wodnych zdecydowaliśmy zapuścić się w inne dzielnice miasta.

Po paru godzinach jeżdżenia w kółko, obejrzeniu dzielnic mieszkaniowych z drogimi apartamentowcami, willami, dzielnicy administracyjnej, Aloha Tower, dawnej siedziby królewskiej Kamehamehy i jego pomnika oraz zobaczeniu dziesiątek sklepów ABC nie zawahaliśmy się trochę zboczyć z utartego szlaku zwiedzania Honolulu i pojechać po prostu przed siebie, zatrzymując się tam gdzie uznaliśmy to za interesujące.

Słońce przed południem przypiekało niemiłosiernie i gdyby nie lekki wiatr od morza to byłaby patelnia. Wybrzeże Nawietrzne – okazało się bardziej wietrzną i wilgotną stroną wyspy. Na naszej trasie dominowały zaciszne, mało uczęszczane plaże jak choćby ta w Zatoce Hanauma. Oddalone godzinę jazdy z Honolulu znajduje się wybudowane na rozległych terenach należących do Mormonów Centrum Kultury Polinezyjskiej. Mormoni, ortodoksyjni w swoich obyczajach konsekwentnie zabraniają pod sankcją surowej kary spożywania jakiegokolwiek alkoholu na ich terenie. Zauważyłem, że prawo owszem jest respektowane, ale nie do tego stopnia, żeby nie móc zabrać ze sobą alkoholu przelanego uprzednio do plastikowych butelek.

Całe centrum to skansen podzielonych kulturowo uroczych, polinezyjskich wiosek reprezentujących kulturę i zajęcia siedmiu krajów Polinezji: Samoa, Nowej Zelandii, Tahiti, Fidżi, Hawajów, Tonga i Markizów.
Przywitano nas rewią na wodzie, w której zaprezentowało się wszystkie 7 polinezyjskich kultur i ponad 100 tancerzy. Pokaz na wodzie ‘’Pageant of the Long Canoes’’, tańce narodowe, muzyka, pokazy sztuki rękodzielniczej – wszystko oglądaliśmy jak zaczarowani. Gra barw i kolorów, dźwięków uświadomiła mi tylko jak wiele jest jeszcze miejsc na świecie przeze mnie nieodkrytych. Podczas zwiedzania Centrum wyznaczony został nam przewodnik – szczerbaty, leciwy pan z Samoa, co, do którego mieliśmy mieszane uczucia zwłaszcza, gdy podpatrzyliśmy inne grupy, którym przydzieleni zostali młodzi, atletyczni chłopcy o zdrowej opaleniźnie, w przepaskach na biodrach, co budziło w nas zrozumiałą zazdrość i poczucie niesprawiedliwości.

Zaczęło się od tradycyjnej dekoracji naszyjnikami z kwiatów. W wiosce Samoa odbyły się pokazy ekspresowej wspinaczki na palmy kokosowe, otwierania orzecha kokosowego jednym uderzeniem kamienia, ciosania wiórów kokosowych, krzesania ognia przy użyciu dwóch drewienek. W wiosce Fidżi zainteresowanie wzbudziła sypialnia i łoże wodza, który miał prawie tyle żon, co ja kochanków, w Tahiti popisy taneczne a w Tonga klasyczna tongijska kapa z kory drzewnej i owoce noni – panaceum stosowane w medycynie naturalnej, na koniec przejażdżka wieloosobowymi łodziami po rzece przecinającej cały park. Punktem kulminacyjnym była hawajska uczta Luau. Prawdziwe Luau, to nie tylko jedzenie, ale cały entertainment. Melodii z malutkiej ukulele wydającej przyjemne dla ucha brzdąkanie idące w parze z zawodzącym śpiewem nasłuchaliśmy się za wszystkie czasy.

Zwieńczeniem wieczoru był półtoragodzinny spektakl ‘’Ha – Breath of Life’’ wystawiany w specjalnie na ten cel wybudowanym amfiteatrze. Polinezja rewiowa, spektakularna, ale oparta na ich etnicznych formach i wierzeniach. Pokazy połykaczy ogni, barwne stroje, nieznane, choć przyjemne dla ucha melodie, popisy taneczne graniczące ze sztuką cyrkową, profesjonalne układy choreograficzne – wszystko bardzo efektowne, choć w swoisty disneyowski sposób. W żadnym innym przedstawieniu nie widziałem tylu męskich obdarzonych przez naturę tancerzy elektryzujących wyobraźnię swymi skąpymi strojach.

Spotkani przypadkowo znajomi z lotniska poradzili mi abym nie zrażał się do wyspy Maui, bo sami przyjeżdżają tam od kilkunastu lat i nie wyobrażają sobie innego miejsca na wakacje.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 4 Komentarze

Lekcje poglądowe na Big Island

Gdy miałem 12 lat pamiętam jak na lekcjach geografii uczyliśmy się o wulkanach, ruchach płyt tektonicznych, geologii, o powstaniu całej planety Ziemi – od postaci ognistej kuli, poprzez stygnięcie, po zamieszkanie przez istoty żywe i z jakim uwielbieniem czytałem wtedy podręcznik do geografii przeglądając głównie zdjęcia z wysp Jawy i Hawajów.
Będąc tak blisko spełnienia dziecięcych marzeń udało mi się zmobilizować M do bardzo wczesnej pobudki by polecieć na sąsiednią Big Island do Parku Narodowego Wulkanów.

W Hilo wylądowaliśmy po ponad godzinnym locie pokonując ponad 330 km.
Podjeżdżając pod Rainbow Falls humor trochę nam się popsuł, bo niebo się zachmurzyło i zaczął padać rzęsisty deszcz a na tak drastyczną zmianę pogody zupełnie nie byliśmy przygotowani. Lało praktycznie przez cały dzień, z tą samą intensywnością. Ponieważ część Parku leży na wysokości powyżej 1000 m n.p.m., należało spodziewać się chłodniejszych temperatur i częstszych opadów deszczu, ale tego w przewodniku jakoś nie doczytałem.

Zastygła magma, zaskakujące formy, jakie może ona przybierać, widok czarnej plaży w Kaimu Beach szybko zrekompensowały nam złą pogodę. Park Wulkanów jest ponoć największą atrakcją Hawajów. Oczekiwałem więc rzek cieknącej i zastygłej lawy, ziejących siarką i parą kraterów, fumaroli z gorącą parą wodną, skamieniałych drzew i drzewiastych paproci.
Główny krater parku – Kilauea jest najbardziej aktywnym wulkanem Hawajów, a także najbezpieczniejszym, choć prawdę mówiąc nie wybucha, lecz stopniowo, powoli wylewa magmę, której nie widzieliśmy, bo spływa ona do oceanu, przeważnie w niewidocznych tunelach.

Dopiero, gdy zjechaliśmy znowu nad ocean, zaskoczyła nas zmiana pogody – zrobiło się gorąco i sucho.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 6 Komentarzy

Maui – Relax this ain't the mainland

Bezczynnie wylegiwać się na plaży mogę przez góra 2-3 dni. Nie po to leciałem 10tys km żeby całe 2 tygodnie spędzić tylko na Waikiki zwłaszcza, że wokoło pełno jest innych wartych zobaczenia przynajmniej raz w życiu wysp.
Bardzo wcześnie rano, lokalnym Hawaiian Airlines polecieliśmy na Maui – drugą, największą wyspę archipelagu. Wygasły wulkan Haleakala oraz dolina wokół Kuka’emoku były głównymi punktami naszej podróży.

Natura to niewątpliwie najmocniejszy magnes tego miejsca, który rok w rok nieustannie przyciąga tutaj rzesze turystów z kontynentu. Pomimo przeszywającego wysoko w górach zimna i porywistego wiatru, na widok kolorów wokół Iao Valley oniemiałem z zachwytu, nigdy nie widziałem tak malowniczych krajobrazów.

Nie umiałem sobie odpowiedzieć skąd wziął się fenomen tej wyspy, po zwiedzaniu Honolulu i okolic, Maui wydało się dużą gorszą, siostrzaną wyspą Oahu. Prócz kiczowatych galerii oferujących dzieła niespełnionych artystów, sklepów sprzedających chłam i 1001 drobiazgów niewiele ma ona do zaoferowania. Restauracje i bary, na które natykaliśmy się w Old Lahaina wyglądały jak typowe tanc budy, okrutnie przeciętnie, oferujące bardzo nieskomplikowane menu wcale nie w niskich cenach. Trudno było znaleźć wyrafinowaną restaurację oferującą coś wychodzącego ponad kurczaka teriyaki, burgera z frytkami czy pizze. Budynki na wyspie to albo kondominia albo liche chatki, wolno stojące domy nie porwały nas swoją architekturą – zwykle drewniane, mało estetyczne, wyglądały tanio, przeciętnie i pospolicie, dominowała tandeta i bylejakość.

Po mieście przechadzali się wytatuowani, bosi i jakby niedomyci fani windsurfingu wyglądający często na zblazowanych wykolejeńców życiowych. Nie uległem fascynacją tą wyspą – wydała mi się przaśna i byle jaka. Maui kojarzyło mi się z egzotycznymi plażami, podczas gdy te, które zobaczyliśmy wyglądały na dzikie, w dodatku położone blisko dróg szybkiego ruchu, ale może za bardzo przesiąkłem atmosferą wielkich miast i nie odnajduje się w tego typu miejscach. M. zauważył, że podczas zwiedzania ani razu nie natknęliśmy się na japońskich turystów tak jakby unikali tego miejsca.
Przeczytałem gdzieś, że Maui żyje wiatrem i falami, które wyznaczają codzienny rytm. Każdy przemieszczą się truck’em i na pace ma deskę do surfingu, windsurfingu lub innego zbliżonego sportu wodnego. Najcenniejsza jest bliskość oceanu, spoglądasz za okno i wiesz czy wieje czy są fale i co możesz dziś porobić na wodzie. Nie ma czegoś takiego jak wyjazdy nad morze na prognozę, może zawieje może nie. Jak wieje to pływasz jak nie wieje to lecisz na surfing – proste i przyjemne. Codzienne życie jest tak proste w stosunku do tego, jakie oferuje normalne duże miasto europejskie. Także, jeżeli znajdziesz sposób, aby utrzymać się na wyspie na poziomie, który pozwoli ci normalnie żyć i pływać to jest to chyba cudowne miejsca do życia.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 5 Komentarzy