Lodzik po hawajsku, ale bez połyku – Japończycy atakują – sugar daddy – z obserwacji plaży

Napaliliśmy się jak dzieci na hawajskie shaved ice carem, które na obrazkach wyglądały bardzo kusząco i smakowicie, w rzeczywistości okazały się kruszonym lodem polanym słodkim syropem z truskawek, guawy, papai, marakui i innych owoców – ledwo włożyłem sobie tą tęczową papkę do ust, chwilę później cała zawartość wylądowała w przydrożnym kuble.

Drugim obowiązującym językiem na Hawajach jest japoński. Turystów z Japonii jest tutaj cala masa i praktycznie wszędzie słyszy się japoński, a w sklepach, restauracjach, barach, napisy w tym języku to codzienność. Turyści japońscy napędzają Amerykanom nie tylko przemysł turystyczny, w salonie Prady czy innych markowych projektantów widzieliśmy jedynie skośnookich robiących zakupy
Rosjan na plaży poznać można po kusych slipach, podczas gdy wszyscy wokoło noszą mniej lub bardziej przaśne bermudy. Mnóstwo napompowanych Amerykanów z ABS (absolutnym brakiem szyi) albo otyłych – oba skrajne typy zwykle z ciałem miejscowo pokrytym, co najmniej jednym tatuażem. Podziwiam tą modę, bo sam na tatuaż się nigdy nie zdecyduję. Zupełnie nie czuję klimatu jak można dać się oszpecić jakimś obrazkiem, który wcześniej czy później się znudzi a nawet jeśli nie, to na skórze kilkudziesięciolatka wygląda groteskowo i mało apetycznie.
Na terenie hotelu spotykaliśmy starszych panów wypoczywających w towarzystwie ‘’chihuahua’’. Jednego wieczoru na kolacji np. przyglądaliśmy się pewnej parze: młody, atrakcyjny, atletycznie zbudowany facet w towarzystwie podstarzałego, brzuchatego pana w źle ufarbowanych włosach, który na pierwszy rzut oka wiosnę życie miał już za sobą i nie pomagał mu żaden retusz. Dla M był to ojciec z synem jedzący kolację a dla mnie ten sielski obrazek wyglądał jednoznacznie zwłaszcza, gdy starszy pan niby dyskretnie okazywał czułość temu młodszemu.
Dodatkowo dowartościowałem się, gdy kelnerka w Hooters poprosiła mnie o dowód tożsamości zanim sprzedała mi alkohol. M usłyszał od niej, że on nie musi, bo wygląda już na kogoś starszego…
Słońce grzeje niemiłosiernie dzień w dzień a bliskość równika sprawia, że bardzo łatwo tutaj o oparzenie. Choć wysmarowałem się grubo kremem spaliłem sobie uda i nie dość, że wyglądam jak jednostronnie spieczony tost to w dodatku nie mogę siedzieć. M przyniósł mi całą torbę lodu i aktualnie ulgę przynosi mi tylko siedzenie na niej gołą d..ą.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 3 Komentarze

Aloha state of mind

Noc w hotelu przy lotnisku minęła spokojnie, podczas gdy ja przespałem całe 6 godzin, M wiercił się i kręcił przekładając z boku na bok, bo różnica czasu dawała mu we znaki. Wczesno poranny lot do Honolulu okazał o wiele bardziej męczący niż cała nasza podróż z Europy do Stanów, nie zdawaliśmy sobie sprawy, że z Zachodniego Wybrzeża na Hawaje leci się tak długo i że niby będąc już tak blisko wciąż byliśmy jednak hen daleko. Sama myśl, że mielibyśmy spędzić 24 godziny w samolocie do Auckland albo na Bora Bora stawiała pod znakiem zapytania nasze przyszłoroczne wakacje.
Po długich kilku godzinach w samolocie, ściśnięci jak sardynki, tylko na płynach w końcu osiągnęliśmy cel naszej podróży. Lądowanie na Oahu było przeżyciem samym w sobie – bajecznie malownicze widoki, bujna żywo kolorowa egzotyczna roślinność, czystość i porządek. Przy wejściu z samolotu czekała na nas młoda dziewczyna, która wręczyła nam splecione z orchidei barwne lei i odprowadziła do hali przylotów. Lei wydziela bardzo intensywny słodki zapach, od którego łatwo kręci się w głowie, do końca dnia miałem wrażenie jakbym spryskał się damską wodą kwiatową. Na filmach zwykle pokazuje się, że kwiatowe wieńce lei wręcza się każdemu przybywającemu na wyspy turyście co niestety jest marketingową bujdą – za naszą przyjemność musieliśmy zapłacić 70 dolarów.
W dniu przylotu witał nas deszcz, który towarzyszył nam do końca pobytu – w ciągu dnia kilkakrotnie niespodziewanie zdarzały się kilkusekundowe silne opady, które przynosiły ulgę sprażonemu słońcem ciału. Smażąc się na plaży i wsłuchując się w odgłos fal popadałem w lekką senność raz po raz budzony kroplami zimnego deszczu.

Hilton Hawaiian Village Hotel położony jest wprost przy plaży Kahanamoku w zachodniej Waikiki. Lecąc na Oahu zupełnie nie wiedziałem gdzie się zatrzymać, zależało nam na bliskości plaży, centrum, sklepów i restauracji, co by nie być wyłącznie uzależnionym od hotelowego jedzenia. Pokój w Rainbow Tower, którą znałem głównie z folderów i czołówek amerykańskich seriali, z przestronnym tarasem wychodzącym wprost na Pacyfik ostatecznie potwierdził, że oto dotarliśmy do raju. Hilton pod koniec lat 60. stworzył tutaj małą samowystarczalna wioskę, w której znajduje się kilka położonych blisko siebie budynków wieżowców z prawie 3000 pokoi z widokiem na morze, kompleks kilkunastu restauracji, barów, dziesiątki sklepów, biur podróży, wypożyczalni sprzętu sportowego, szkół surfingu, basenów, punktów obsługi gości – olbrzymi moloch do robienia pieniędzy, do której ściągają goście i celebryci, ci drudzy głównie po to by uatrakcyjnić pobyt wypoczywających tu wczasowiczów.
Teoretycznie przez cały czas moglibyśmy nie wychodzić poza nasz hotel, bo tutaj znajdowało się wszystko, co potrzebne człowiekowi do udanego wypoczynku.
Cały kompleks otoczony jest ogrodem, w którym oprócz tropikalnej roślinności i mnóstwa kwiatów można spotkać przechadzające się swobodnie flamingi, różnobarwne papugi a nawet pingwiny, w gałęziach drzew banian śpiewają kolorowe, znane tylko z Hawajów ptaki: i’iwi, elepaio i apapane, w małych oczkach wodnych pływają kolorowe, wielkie ryby tworząc prawdziwie sielską atmosferę tego miejsca.
Dominuje wysoka zabudowa, hotele położone wprost przy plaży kosztują odpowiednio więcej niż te położone po drugiej stronie ulicy przy Kalakaua Avenue.

Plaża jest długa, z czystym, drobnoziarnistym, żółtawym piaskiem, z bardzo dogodnym i gładkim wejściem do morza. Już od 8.00 rano słońce przypieka tutaj intensywnie a bliskość równika sprawia, że nawet w pochmurny dzień łatwo o poparzenie..

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 6 Komentarzy

zapominanie o pracy

Jeszcze poprzedniego dnia do późna wieczór siedziałem za biurkiem biorąc udział w telekonferencji. Nasz dostawca i moja szefowa na zmianę z dyrektorem mędrkowali na temat liczb, statystyk, trendów i strategii rozwoju, podczas gdy ja niecierpliwie raz po raz spoglądałem na zegarek snując widoki mnie leżącego na plaży z kolorowym koktajlem i książką w dłoni. K, choć kilka razy złapała mnie, że myślami byłem gdzieś bardzo bardzo daleko wykazała pełne zrozumienie dla mojego rozkojarzenia. Moim amerykańskim kolegom przegadywanie się zajęło prawie 3 godziny a gdy zamykałem za sobą drzwi biura lunął rzęsisty zimny deszcz, więc przeklinałem, na czym świat stoi… Zamiast się
pakować, powyciągałem tylko rzeczy z szafy i ułożyłem je wszystkie zgrabnie na sofie, włączyłem chilloutową płytę, która mój kuuipo przywiózł z Włoch i zanurzyłem się na nowo w słodkiej świadomości urlopu. Tego błogiego stanu nie była w stanie popsuć nawet doniesienia o zbliżającej się do wybrzeży Stanów Irence ani M. który swoje pakowanie zaczął na godzinę przed wyjściem z domu…

Prócz terminalu lotniska i olbrzymiego napisu LAX nie widzieliśmy nic ponadto, dopiero w drodze powrotnej zatrzymamy się tutaj na kilka dni. Na razie męczy nas różnica czasu. M w samolocie od razu po stracie rozłożył fotel do pozycji horyzontalnej, przykrył się kocem i ogólnie przespał większą część podróży, więc cierpi na bezsenność.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 3 Komentarze

Hau’oli Lanui

Sąsiad Mauerhofer zakręcił nam wodę w budynku. Okazało się przy tym, kto stoi za nalotami policji, anonimowymi listami z uwagami o zbyt hałaśliwym seksie, szuraniu, nieumytych schodach i głośnej muzyce po 21. M przygotował sobie na kartce, co chciał mu wygarnąć, ale w chwili spotkania był tak nabuzowany, że jedyne co zdołał wyartykułować to ‘’Mauerhofer!’’ i pokazać mu wała. Wściekł się, zapomniał wyuczonego po niemiecku tekstu a musiał pokazać, co o nim myśli i co mi w tym momencie mu może… – tłumaczył mi się po fakcie.
Refleksja po czymś takim nasuwa się jedna: człowiek mieszkający na obczyźnie jest jak balkon, niby cześć budynku, ale tylko na zewnątrz…Nigdy nie dostanie się do środka.
Jeden z dni, kiedy mam ochotę rzucić pracę i zniknąć, wszystko mnie irytuje, wydaje się nie mieć sensu, ludzie wokoło podnoszą ciśnienie, brak mi zrozumienia dla czyjejś słabości, niewiedzy, brak mi elementarnej ludzkiej życzliwości, wszystkich najchętniej bym powystrzelał, czekam tylko na pretekst by wybuchnąć. W myślach układam scenariusze jakby to było rzucić wypowiedzeniem i mieć wszystko gdzieś
Nie mogłem w nocy zasnąć. Przeglądałem uważnie i długo atlas, przesuwając powoli palec z Europy do Ameryki, z Wrocławia do Zurychu, z Zurychu do Los Angeles, z Los Angeles na Hawaje do Honolulu. Potem przebywałem całą trasę jednym ruchem ręki. Trudno było mi uwierzyć, że za kilkanaście godzin to nie będzie ruch ręki po błyszczących mapach w atlasie tylko rzeczywistość ‘’Aloha Waikiki’’, ‘’Kilauea Iki, Haleakala, Pu`u Ula`ula, Ka`ahumanu i Waimea. E hele mai ana au.’’

Opublikowano emigracja, podróże, Szwajcaria | Otagowano , , , | 3 Komentarze

kawka, winko i spacerek – tam gdzie prowadzą wszystkie drogi

Byłem w Rzymie. Raptem parę dni. Pojechaliśmy trochę pospacerować, napić się kawy, popatrzeć na zabytki, na ludzi, na zieleń. Taki przedłużony weekend w innym świecie, innym mieście, innym klimacie. Krótka ucieczka od ciemnego, krótkiego chłodnego szwajcarskiego lata. Nie była to moja pierwsza wizyta we Włoszech, ale pierwsza w Rzymie. Nie nastawialiśmy się na zwiedzanie, muzea i intensywne lekcje historii na miejscu zdarzeń. Chodziło raczej o rozpoznanie terenu i włóczęgę. O zobaczenie, czy to miasto mi pasuje, czy warto tam wrócić, czy jest tam coś interesującego i godnego uwagi.

M wiedział, co robił od lat próbując przekonać mnie do podróży do Rzymu. Nie pałałem większą radością w oczekiwaniu na ten wyjazd, spodziewając się tylko dwóch najgorszych rzeczy: niesamowitych upałów i dużej wilgotności powietrza. Włochy w lipcu kojarzą mi się ze skwarem i hordami depczących sobie po piętach turystów. Dlatego od początku, pomysł spędzenia tam kilku dni, w środku sezonu spędzał mi sen z powiek, ucinałem czym prędzej każdą próbę zagajenia rozmowy na ten temat albo podsuwałem pomysły wyjazdów w inne, bardziej przystępne miejsca i tak od 4 lat aż wreszcie uległem.
Znaleźliśmy uroczy, zabytkowy hotel, który niewiele może miał wspólnego z przepychu Cavalieri, ale za to stał na wprost Panteonu przy Piazza della Rotonda i choćby za taką lokalizację należały mu się cztery gwiazdki.
Rzym ma charakter i bardzo szybko daje się go doświadczyć. Wystarczy parę godzin szwendania się po ulicach, parę wizyt w kawiarniach czy restauracjach, kilka chwil siedzenia na schodach, którejś z fontann, gapienia się na ludzi i miasto zaczyna mówić, zaczyna się otwierać, zaczyna bezwstydnie pokazywać wszystko co ma.
Rzym przyciąga rzesze ludzi z branży, o dziwo najwięcej par spotkaliśmy podczas zwiedzania Watykanu. W kolejce do wejścia miałem okazje pofantazjować na temat co poniektórych osobników. Tym skąpiej ubranym (obciśle szorty i koszulki bez rękawów) niestety nie pozwolono wejść, ale i tak między oglądaniem grobów, ołtarzy i monstrualnych obrazów łypałem okiem na apetyczne ciałka, którzy w przeciwieństwie do antycznych rzeźb zgromadzonych w muzeach wyszły wprost spod dłuta natury a prezentowały się nie mniej posągowo. Okolice Koloseum to prawdziwy targ próżności, gdybym był sam pewnie nie wychodziłbym z hotelowego pokoju zatrącając się w uciechach typowego utracjusza, może nawet zorganizowałbym olimpiadę w strzelaniu goli, albo raczej paraolimpiadę, bo z biżuterią nazębną mam ograniczone możliwości. Z wynalezieniem na wieczór włoskiego chihuahua, nie ma problemów, bo jak zdążyłem się zorientować wśród lokalnego kolorytu jest w czym wybierać. Z dumą przyznaje, że okres fascynacji chihuahua mam już za sobą, dostałem to co chciałem jak w jakimś sklepie, niczego nie żałuję i czuje że w tym temacie zaspokoiłem swoją ciekawość choć zostałem wypłukany z emocji. Niektórzy chihuahua jeszcze czasem się do mnie odzywają w nadziei, że ich przygarnę będąc przejazdem w ich mieście, ale naprawdę nie mam ochoty na odgrzewane kotlety ani też na świeżynki.
W związku z niskim kursem euro, nie mogliśmy zaprzepaścić okazji zrobienia paru zakupów. M zaszczepiając we mnie pogardę do sklepów typu H&M czy esprit nazywając je zjadliwie sklepami dla biednych zaprowadził mnie na Via dei Condotti.
Powróciwszy z rzymskich wakacji przepakowałem tylko walizkę do Dublina a stamtąd poleciałem do Glasgow. W stolicy Irlandii spotkałem się z K, która w tym samym czasie została oddelegowana tam przez swój bank. Dublin wciąż mnie odrzuca swoją ponurą atmosferą, architekturą, budynki wydają się być zaniedbane, liche, brudne i przesiąknięte wilgocią, przypominają jedną z gorszych dzielnic Londynu jak zgrabnie podsumowała to K. Kiedyś marzyłem żeby tu mieszkać teraz z trudem przychodzi mi odnajdywanie dawnych powodów, dla których chciałem to zrobić.
Rano, nie wiem czy to z powodu bąbelków czy raczej czegoś innego, w drodze na lotnisko źle się poczułem, do tego stopnia, że taksówkarz dwa razy musiał stawać na poboczu a w konsekwencji zamiast odwieźć mnie na terminal dowiózł mnie do hotelu, gdzie wynająłem pokój by do późnego popołudnia dogorywać w łóżku – lało się ze mnie ze wszystkich otworów, ale żyję.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , , | 3 Komentarze

poranny dylemat

Wychodzę dziś rano do pracy, zadowolony i szczęśliwy, bo kurs franka rośnie w kosmos, przez co nie odczuje po kieszeni ostatnich zakupów we Włoszech, oszczędności rosną w kierunku mlecznej drogi, 3 tygodniowe wakacje w Stanach będą tanie jak barszcz, a na przystanku czeka mnie taka oto kilkumetrowa niespodzianka – od razu widać jak bardzo mnie tutaj kochają…

Opublikowano emigracja, Szwajcaria | Otagowano | 3 Komentarze

miłośnik dolce vita

Odniosłem mały sukces a cieszyłem się nim jak dziecko, niewymuszony uśmiech towarzyszył bez przerwy do końca dnia, nawet w pociągu z Mediolanu czułem euforie. Pojechałem odwiedzić dostawce, przyzwyczajony do prowadzenia rozmów po angielsku zostałem zaskoczony sytuacją, w której jedna z zaproszonych osób nie władała tym językiem.. Przyparty do muru i niechętny niepotrzebnemu traceniu czasu na monotonne tłumaczenie nieśmiało zaproponowałem poprowadzenie spotkania po włosku, co wzbudziło nieukrywane zaskoczenie, bo tego się koledzy makaroniarze po mnie nie spodziewali. I tak z ‘’marszu’’ trajkotałem całe dwie godziny o formach płatności, kontraktach, umowach, i odpowiadałem na ich pytania – pod koniec byłem zmęczony, ale satysfakcja, jaką odczuwałem była niewspółmierna do wysiłku, na który się zdobyłem. Pierwszy raz przełamałem w sobie lęk i rozmawiałem o sprawach zawodowych po włosku! Czasami było zabawnie i nie obyło się bez wpadek, ale raczej doceniano moje starania niż pękano ze śmiechu.
Od momentu poznania M jest o wiele lepiej, ale do ideału jeszcze mi daleko. Wciąż mówię niegramatycznie i zdarza mi się pomylić znaczenie wyrazów, na szczęście M jest bardzo wyrozumiały i tylko czasem kpi ze mnie gdy tworzę nieistniejące słowa albo przekręcam znaczenie istniejących
Gdyby tylko mogła zobaczyć mnie dzisiaj moja dawna nauczycielka włoskiego – na pewno byłaby ze mnie dumna.
To że zacząłem uczyć się włoskiego to właściwie tylko przypadek. Znajomość akurat tego języka nie była mi do niczego potrzebna, na studiach dodatkowy lektorat z drugiego języka traktowałem jako zło konieczne, chodziło mi o łatwe zaliczenie i jak najdłuższy etap powtarzanie w nieskończoność deklinacji i koniugacji. Gdy po pierwszym roku wyleciałem ze studiów i stanąłem przed wizją powiedzenia o tym rodzicom, którzy sowicie płacili za moje czesne, w obawie przed ich gniewem postanowiłem jeszcze raz zdawać egzaminy wstępne. Podczas składania papierów zadeklarowałem się na holenderski, który spodobał mi się, bo wydawał się najbardziej nieużyteczny i nie było na niego wielu chętnych. Potem okazało się, że grupa nie powstała a mnie przepisano na niemiecki, do którego od dzieciństwa mam awersję. Łudziłem się wylądować w grupie dla początkujących, ale że moja matka pisze podręczniki do niemieckiego a nazwisko obliguje, uczelniana mafia nauczycielska odgórnie zakwalifikowała mnie do grupy zaawansowanej. Przez pierwsze kilka zajęć robiłem z siebie matoła a w międzyczasie próbowałem załatwić przeniesienie do grupy niższej. Niestety kierownik lektoratu pozostawała nieugięta i nie wierzyła w żadne moje argumenty, potem przestałem w ogóle pojawiać się na zajęciach, bo moja znajomość niemieckiej wyliczanki eins – zwei – drei Polizei nie robiła już na nikim wrażenia. Tak minęły pierwsze trzy miesiące semestru i w końcu, gdy zbliżał się czas zaliczeń, po raz kolejny pojawiłem się w Ośrodku Języków Obcych prosząc o przenoszenie – w końcu egzaminy miałem zdawać ja a nie moja matka. Wyżebrałem możliwość zmiany lektoratu – co w grudniu było szaleństwem. Wystrojony jak stróż w boże ciało, wypachniony i pod krawatem pojawiłem się w pokoju romanistów gdzie pośrodku, przy stole siedziały trzy podgryzające orzeszki i pijące kawę stare betony. Wytłumaczyłem treściwie, o co mi chodzi starając się przy tym zrobić jak najlepsze wrażeni. Moj urok osobisty dopiero się kształtował więc jak można było to przewidzieć żadna z siedzących tam kobiet nie była zainteresowana przyjęciem zbłąkanej studenckiej duszy, ale szczęśliwie przypadłem tej, która była akurat nieobecna…
Nie pałałem specjalną miłością do tego akurat języka, ale zawsze podobał mi się męski południowy typ urody oraz piosenki, które łatwo wpadały mi w ucho. W trakcie następnych 2 lat przekonałem się, że zajęcia niewiele wspólnego miały z labą, bo cycki narzuciły niesamowite tempo nauki.
Podczas gdy inni wchłaniali nowy materiał z prędkością dźwięku ja wyszukane słówka i skomplikowane konstrukcje musiałem kuć na pamięć bez szans na możliwość wykorzystania ich znajomości w życiu codziennym, bo akurat w tym czasie pochłonięty byłem popełnianiem błędów młodości, bezmyślnym angażowaniem się w liczne bezsensowne, przelotne relacje z różnymi zwierzakami i uskutecznianie sztuki miłości fizycznej, podczas gdy moje koleżanki, co drugi miesiąc jeździły do Włoch w odwiedziny do swoich wymuskanych grande amore.
Na fali dobrego nastroju M ogłosił, że na weekend zabiera mnie do wiecznego miasta, do którego prowadza wszystkie drogi, pełnego włoskiej energii, miłośników dolce vita i sklepów alta moda. Właściwie wciąż słabo znam Włochy. Dzięki niemu poznaję mentalność, kuchnie i kulturę, a omija mnie typowo katalogowo turystyczny chłam tego kraju.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , | 6 Komentarzy

jeszcze o Szwajcarii

Moim zdaniem do Szwajcarów świetnie pasuje opis jaki znalazłem na forum.

Stanowczo za długo przebywałeś/mieszkałeś w Genewie gdy:
• uważasz, że Mulligan’s i Flanagan’s posiadają atmosferę prawdziwie irlandzkich pubów
• nie zgadzasz się z opinią, że 15 franków za szklankę coli to zdzierstwo
• jesteś orzekonany, że uliczne stoiska z płatnymi gazetami są monitorowane i dlatego zawsze wrzucasz 2 franki płacąc za gazetę zamiast 20 rappen
• nie widzisz niczego niedorzecznego w posiadaniu BMW Z3 z rejestracją korpusu dyplomatycznego
• irytują cię żebrzący ludzie
• kupujesz wyłącznie najdroższe modele wszystkiego od scyzoryka po auto
• zauważasz jak brudne są auta Francuzów
• mieszkasz sam w jednopokojowym mieszkaniu, ale zatrudniasz panią do sprzątania
• nie dziwi cię, że nigdy nie spotkałeś Szwajcara wykonującego ciężką fizyczną pracę jak np. kopanie rowów
• nie dziwi cię fakt, że budowa skromnego domu zajmuje 12-18 miesięcy i kosztuje ponad milion franków
• irytujesz się, gdy pociąg spóźnia się choćby o minutę
• wychodząc na rower ubierasz jaskrawe lycrowe gatki warte 300 franków
• uważasz szwajcarskie reklamy za subtelne, dynamiczne i mądre
• uważasz za ekonomicznie uzasadnione sprzedawanie w sklepach produktów tylko jednej marki
• uznajesz, że bardzo wczesne wstawanie jest dobre
• interesujesz się wyborami do lokalnych władz
• oczekujesz, że sprzedawca w sklepie powie do wiedzenia, kiedy kupisz cos u niego
• uznajesz, że zmowy kartelowe są dobre
• uważasz, że krawaty w kwieciste wzory doskonale pasują do koszul w kratę
• zgadasz się, że to w porządku móc robić pranie tylko raz w miesiącu
• dziwi cię, gdy ktoś mógłby chcieć robić zakupy po 18 albo w dni świąteczne
• uważasz za normalne jeżdżenie wolniej w niedziele
• czujesz się biedny i spłukany, gdy w portfelu masz mniej 300 franków gotówki
• zakładasz najlepsze markowe ubranie nawet idąc na targ po marchewkę i cebule
• masz pełne zrozumienie dla idei podniesienia cen chińskiego jedzenia
• pijesz wyłącznie szwajcarskie wina
• odczuwasz dumę, gdy worki na śmieci w twoim mieście są najdroższe w kraju
• uważasz za naturalne, gdy chińską restauracją kieruje Szwajcar a personel pochodzi z Hiszpanii i Portugalii
• zgadzasz się, że dłuższe godziny otwarcia sklepów w czwartki to dobry pomysł
• uważasz, że wielkie amerykańskie auta krążowniki są super
• pijanie drogich amerykańskich importowanych piw uważasz za bycie cool i trendy
• zgadzasz się, że woda lekko mineralizowana jest lepsza od tej z kranu
• organizując przyjecie oczekujesz, że wszyscy goście wyjdą z niego przed 23.30
• sprzątasz w trakcie przyjęcia
• od gości, których zapraszasz do domu na kolację oczekujesz, że pomogą pozmywać naczynia
• wyczuwasz subtelną wykwintność i smak szwajcarskiej kuchni
• doceniasz różnice między kantonami
• lunch zaczynasz przed 12 inaczej umarłbyś z głodu
• zajadasz płatki śniadaniowe na kolacje
• uważasz za normalne, gdy kieszonkowe papierowe wersje książek kosztują 20 franków
• gdy przestaje działać ci telefon komórkowy nigdy nie próbujesz go naprawić tylko od razu kupujesz nowy
• 3% poziom bezrobocia to dramat
• jesteś głęboko przekonany, że Szwajcaria zdołała utrzymać swoją neutralność podczas II wojny światowej wyłącznie dzięki własnym staraniom i wysiłkom
• poważnie rozważasz hodowlę kaczek i owiec w swoim ogródku
• zimą jadasz wyłącznie fondue
• skarżysz się sąsiadowi na hałas gdy ten po 22. spuszcza wodę w toalecie
• interesuje cię tematyka ubezpieczeń
• przejmujesz się kolorem zasłon w oknie swojego sąsiada
• dodajesz aromatów smakowych do wszystkich przygotowywanych przez siebie potraw
• obawiasz się przeziębienia, gdy czujesz przeciąg
• czujesz sie dotknięty czytając wszystkie ww. rzeczy

Opublikowano emigracja, Szwajcaria | Otagowano | 6 Komentarzy

Proza życia

W dniu przyjazdu intensywnie świeciło słońce, co stanowiło miłą odmianę od pogrążonej w deszczu Szwajcarii. Samolot miękko lądował a widok błękitnego hiszpańskiego nieba przywrócił mi pogodny nastrój. R dołączyła do mnie dopiero kilka godzin później, przez co całe popołudnie miałem tylko dla siebie.
Chciałem na moment się zdrzemnąć, ale co chwile budziły mnie telefony. Ludzie potrafią zamęczać mnie takimi głupotami i przeszkadzać mi w pracy, że czasami mam ochotę zmienić numer telefonu. Po ostatniej rozmowie zwoje myślowe zaczęły intensywniej przetwarzać informacje i zamiast zrelaksować się i spróbować zasnąć, zacząłem układać w myślach plan spotkań w Mediolanie. Niestety mam tak, że jeśli nie znajduję na coś rozwiązania od razu zwykle spinam się i tak długo o tym myślę rozważając wszystkie możliwe scenariusze aż znajdę najlepszą opcję – takie moje natręctwo, którego nie potrafię wyleczyć. Razem z R podjechaliśmy taksówką na Las Ramblas zaszyć się w małym ulicznym barze serwującym wino i tapas próbować oszukać głód, bo znowu zapomnieliśmy, że w Hiszpanii kolacje jada się później. Z okazji urodzin R podarowała mi butelkę szampana, którą wypiliśmy do kolacji. Nazajutrz do biura szliśmy już w strugach deszczu, pogoda zmieniła się diametralnie, co od razu wpłynęło na mój stan psychofizyczny, stałem się ospały i trochę nieobecny, z trudem przychodziło mi formułowanie myśli i tłumaczenie prostych zagadnień.
Po raz kolejny udało nam się ugasić pożar wywołany niedorzecznymi decyzjami zza oceanu i zyskać więcej czasu na zrealizowanie projektu. Czasem wydaje mi się, że dla przeciętnego Amerykanina Europa jest bardzo małym, niewielkim terytorium, podzielonym pomiędzy wiele, od stuleci skłóconych ze sobą, indiańskich szczepów mówiących różnymi śmiesznymi językami…

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | 3 Komentarze

rosyjskie klimaty

Wyjazdy z M mają taką zaletę, że nigdy nie trzeba go dwa razy namawiać na wyjście do nowej restauracji. Pozytywnie zaskoczeni smakołykami kuchni armeńskiej wpadliśmy spróbować kuchni azerskiej, gdzie M dał plamę zamawiając u kelnera najbardziej typowe dania kuchni uzbeckiej. Widząc zakłopotanie w jego oczach poprawił się prosząc o coś typowego dla kuchni turkmeńskiej. Jak się później okazało Azerbejdżan, Kazachstan, Uzbekistan, Turkmenistan Armenia, Gruzja to dla M jedna wielka biała plama na mapie świata…

Każdy dzień pobytu obfitował w nowe wrażenia i doświadczenia. Wytworom i wynalazkom techniki rosyjskiej nie mogliśmy się nadziwić. W moim rankingu zdecydowanie wygrał autobus ikarus przerobiony na przenośną toaletę toitoi ustawiony vis a vis Ermitażu, na drugim miejscu moda na chodzenie bez koszul w centrum miasta, stringi u panów opalających się na plaży, złote zęby oraz tabuny czarnych stop i paznokci. Nie wiemy skąd wzięła się opinia, że Rosjanie ubierają się coraz lepiej, bo na ulicach Sankt Petersburga królowała głównie tandeta, kicz, szmateks a’la H&M i bezguście. Kilka razy udało się nam wyłapać z tłumu tlenione blond, spalone solarium piękności z wylewającym się plastrem sadła i jaskrawo różowymi ustami. Poza tym stare rozklekotane auta i raz po raz przejeżdżający lexus, land rover albo ferrari – takich kontrastów było sporo. Jeszcze jedno, Rosjanie, których widzieliśmy niestety przykro pachną, mają problemy z higieną zębów, paznokci i odpowiednim traktowaniem klienta.
Lotnisko Pulkowo to cudo same w sobie, pamiętające późną komunę, nadanie bagażu było horrorem i walką o miejsce w kolejce, podobnie przejście przez kontrolę paszportową, bramkę bezpieczeństwa a potem wejście do samolotu. W obliczu napierającego na nas tłumu, niesprawnej klimatyzacji i duchoty w ruch musiały pójść nasze łokcie.
Do domu dotarliśmy grubo po 20.00, przepakowałem tylko torbę z ciuchami na wyjazd do Barcelony.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 4 Komentarze