nieznośna lepkość bytu

Po spędzonych wspólnie kilku dniach we Florencji M. wyznał, że w czasie fali upałów można spodziewać się po mnie jedynie najgorszego.
Nieznośna lepkość bytu udziela się mojemu niezadowoleniu wprost proporcjonalnie do wzrostu temperatury, osiągając we Włoszech punkt szczytowy – okazałem się ultra upierdliwym niewdzięcznikiem, którego irytowało wszystko a za co dostawało się głównie M.
Na moje urodziny pojechaliśmy do Wrocławia, nareszcie spotkać się w komplecie ze wszystkimi oraz oficjalnie przedstawić M. Znając swoich przyjaciół oraz ich talenty organizacyjne, na samą myśl że mielibyśmy umawiać się niezobowiązująco, w bliżej nieokreślonym miejscu i o mało precyzyjnie określonej porze a potem wspólnie godzinami szukać stolika, odpowiedniego miejsca i przy tym nie stracić dobrego humoru wolałem uprzedzić fakty i na własną rękę wynająłem ”Przystań” a zaproszonych powiadomiłem, że oczekuję wszystkich punkt 21.

M zupełnie niezrażony wysokimi temperaturami dzielnie eksplorował Wrocław, dzięki niemu pierwszy raz w życiu zobaczyłem Aule Leopoldina i pokaz światła i dźwięku na Wrocławskiej Pergoli. W ciągu jednego popołudnia przebrnęliśmy przez japoński ogród oraz zoo, 3 domy towarowe a na koniec dnia lądując na kolacji w znajomej greckiej restauracji, gdzie kiedyś dawno zwykle prowadzałem każdego nowego współwspacza.
Pomimo żaru lejącego się z nieba nie pisnąłem nawet raz, że jest mi za gorąco co zostało bez mała entuzjastycznie dostrzeżone gdy wracaliśmy do hotelu.

Przez te kilka nocy spaliśmy w nowo otwartym butikowym the Granary. Skrzywienie zawodowe i pytania recepcjonisty o wrażenia z pobytu kazały mi zostawić odpowiedni komentarz a propos funkcjonowania tego miejsca, co ku mojemu zaskoczeniu nie pozostało bez echa – w 2 dni po powrocie do Szwajcarii, zadzwoniła do mnie szefowa recepcji usłyszeć osobiście parę krytycznych uwag. Konkluzja była jedna – niewiele rzeczy zasługiwało w hotelu na ich 5 gwiazdek prócz niej samej… Zaoferowano mi upust przy następnej wizycie, ale czy np. ktoś życzliwy nie użyje mojej szczoteczki do zębów do wyszorowania muszli klozetowej nie mam żadnej pewności. Czasami boje się, że zbytnia otwartość może skończyć się napluciem do mojego talerza, nasikaniem mi do butów albo inną obrzydliwą karą wymierzoną przez hotelowy personel.

Nie łatwo było zorganizować jednodniową wycieczkę po Dolnym Śląsku. Znalezienie kierowcy, który za rozsądne pieniądze zawiezie nas w kilka miejsc wydawało się być pomysłem nierealnym. Lokalne biura podróży, które niby się tym zajmowały nie odpowiadały na maile a inne windowały niebotycznie ceny.
Pomogła mi dopiero koleżanka dzięki, której M. zobaczył Książ, Świdnicę, Wałbrzych, Wambierzyce, Kłodzko i Polanice.

Kochamy się nieprzerwanie od 3 lat.
Ostatni znowu poprztykaliśmy się o to, że nic innego nie robię tylko planuje nam wyjazdy. M. choć lubi podróżować, zupełnie nie rozumie dlaczego musimy planować wakacje z 12 miesicznym wyprzedzeniem. W rozmowach z kolegami z pracy na temat gdzie, kto planuje spędzić urlop nie zabiera już głosu, odkąd nasze cele oscylują wokół egzotycznych wysp tudzież najdalszych zakątków świata stało się to tematem tabu, bo współpracownicy patrzą na niego krzywo. Nawet właścicieli restauracji, w której pracuje w lekkie osłupienie wprawiają wybory przed którymi biedny M. jest przeze mnie stawiany. W ogóle pewnie wszyscy bardzo biedakowi współczują…
Już kiedyś starałem się go uczulić, by przestał o tym mówić, ale nie posłuchał więc teraz nosi piętno snoba, dla którego praca w restauracji stanowi tylko hobby. Od pewnego czasu M. nie wchodzi zbytnio w szczegóły, ale dawne plotki zrobiły swoje i cała sprawa co jakiś czas powraca z mniejszą lub większą siłą.
W przypływach bardzo dobrego humoru M. czasami lubi dokuczać innym i z wyćwiczonym wielkopańskim oburzeniem reaguje na wiadomość, że na wakacje musi lecieć w klasie ekonomicznej. A przy każdej nadarzającej się okazji gdy ktoś ewidentnie podsłuchuje nasze telefoniczne rozmowy uszczypliwie podkreśla, że znowu musi latać cargo. Uwielbiamy się razem z tego śmiać, gdy udaje bycie nieznośnym i napompowanym dupkiem. Poza tym gdy czasami słyszę jak potrafi trafnie utrzeć nosa przemądrzałym i wszystkowiedzącym klientom, którym wydaje się że pozjadali wszelkie rozumy i próbują wcisnąć mu jakąś totalną bzdurę przepełnia mnie duma, gdy z hukiem sprowadza ich na ziemie.
Wyhodowałem małego potwora, który nie zadawala się byle czym i analizuje każde zbyt kategorycznie wypowiedziane opinie. Czasami gdy próbuje wywołać we mnie zazdrość, grożąc że mnie zostawi, z lekkością odpieram szantaż, że nikt go nie będzie chciał bo taki jest już zepsuty.

Kiedy już wydałem się by spokojny i pogodzony z myślą, że w listopadzie lecimy na Karaiby wyrósł przede mną nowy problemem: na którą wyspę albo wyspy powinniśmy polecieć? Nabyłem przewodnik, który przeczytałem jeszcze tego samego dnia, zaangażowałem do pomocy znajomych z biur podróży i linii lotniczych, przejrzałem internetowe fora i w krótkim czasie stałem się małym specjalistą, dla którego Karaiby przestałby kojarzyć się wyłącznie z działającą na wyobraźnię magiczną nazwą. Niczego nie pozostawiłem przypadkowi, kilka wysp odrzuciłem od razu, z powodu malej atrakcyjności plaż, zbytniej komercji, horrendalnie wysokich cen hoteli albo nieprzyjemnych wyziewów z rafinerii Chaveza, ale już od kilku kilku dni śpię spokojniej co niezmiernie cieszy także M…

Opublikowano podróże | Otagowano , , , , | 2 Komentarze

skwar

Ostatnie 3 tygodnie to w Szwajcarii prawdziwy ewenement pogodowy. Przywykłem, że upały trwają tu kilka dni, w miesiącach letnich zwykle pada a temperatura utrzymuje się na stałym poziomie dwudziestu kilku stopni. W domu nie daje rady wytrzymać, nasze mieszkanie na poddaszu nagrzewa się do takich temperatur, że po powrocie z pracy ochoczo paradujemy po nim nago, co kilka godzin schładzając ciała lodowatym prysznicem.
Najgorzej jest, kiedy przychodzi mi wbijać się w koszule, krawat i jechać do Zurychu by wziąć udział w jakimś spotkaniu. Czerwiec to ulubiony miesiąc do zorganizowania wszelakich konferencji, wykładów, zjazdów i branżowych spędów, z których nie zawsze mogę się wykręcić.
Ponadto ostatnie kilka tygodni upłynęły mi nad planowaniem szkolenia dla Hindusów, które prócz wątpliwej przyjemności obcowania z nimi wiązało się z wyjazdem do Indii. Razem z K przeszliśmy przez piekło wielogodzinnych rozmów telefonicznych, które wymagały dużego samozaparcia by zrozumieć, choć trochę ich treść z powodu silnego obcego akcentu, po czym zgodnie stwierdziliśmy, że nie mamy wyboru jak tylko tam pojechać. Hindusi zapewniali nas, że wszystko jest na najlepszej drodze, że są przygotowani, zaakceptowali warunki, nawet udało nam się wymusić od nich te deklaracje na piśmie, gdy nagle niespodziewanie po prostu się rozmyślili. Projekt może jeszcze poczekać a poza tym tam ciągle trwa w Indiach pora monsunowa, więc nie szczególnie spieszy mi się tonąć w strugach deszczu i brodzić wśród brudnych ulic, pełnych intensywnych zapachów miejskich ścieków. Przedstawiając szefowej swoje wyobrażenie o Indiach trafiłem na bardzo podatny grunt, bo od razu wyobraziła sobie, że skoro w miastach nie mają kanalizacji to muszą mieć problem ze szczurami. Żeby przekonać ją do przełożenia wyjazdu na jasień niechcąco zasugerowałem, że szczury w Indiach są wielkości psów i tak mocny argument przekonał ją w zupełności.
Nie czuje się z tym szczególnie źle, bo Indie nie poddają się żadnym uporządkowanym charakterystykom.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 2 Komentarze

Happy anniversary

Mijają równo 3 lata. Gdy pojawiłem się dzisiaj w pracy na biurku czekała na mnie kartka z gratulacjami od firmy. Nie chce wyjść na malkontenta, dlatego skupie się wyłącznie na elementach, które sprawiają, że wciąż nie chce niczego zmieniać ani stąd wyjeżdżać:

– tutaj poznałem M;
– bezpieczne drogi, bez patrzenia mogę przechodzić przez ulice i wszystkie auta się zatrzymują, (choć nie dotyczy to tramwajów);
– obcokrajowcy – taką masę różnorodnych nacji trudno spotkać w innym kraju europejskim; Szwajcarzy nie są rasistami są etnosceptykami;
– transport publiczny – przemyślane rozkłady jazdy komunikacji publicznej, autobusy są skomunikowane z pociągami, strefy obejmują wszystkie środki lokomocji, włącznie ze statkami;
– umiłowanie rowerów i drogi dla rowerów;
– wyprzedaże posezonowe (choć we Włoszech są lepsze);
– łatwość robienia zakupów przez internet ( bardzo jasne szwajcarskie procedury celne, podczas kupowania online za granicą);
– bezpieczeństwo – w nocy nie strach jechać pociągiem czy iść samemu ulicą, w późnych tramwajach nie dokazują pijani dresiarze, kibole, blokersi czy inni kretyni szukający zaczepki (nie dotyczy żebraków);
– stan mojego konta każdego 25. dnia miesiąca i niskie podatki;
– kawa czy piwo kosztują zawsze mniej więcej tyle samo (na szczycie góry nie zapłacę 3 razy więcej niż w zwyklej restauracji);
– wszystko wystarczy zobaczyć tylko raz (bo następnym razem na pewno będzie wyglądać identycznie);
– jeden klucz do klatki, mieszkania, strychu i piwnicy i brak potrzeby założenia dodatkowych zamków;
– bliskość do Niemiec, Francji i Włoch. Można czerpać, co najlepsze z każdego z tych krajów i omijać, co najgorsze;
– brak psich odchodów na trawnikach;
– czysta woda, którą można pić z kranu;
– uczciwość, brak łapówkarstwa i kombinowania, przyjazna biurokracja, możliwość załatwienia większości spraw urzędowych za pośrednictwem telefonu, internetu, poczty;
– policjanci, którzy nie nadużywają władzy i autorytetu;
– wprowadzając sie do nowo-wynajmowanego mieszkania nie trzeba malować ścian, sprzątać ani odnawiać, bo wszystko jest schludne i czyste, wysprzątane przez poprzednich lokatorów (choć ma to swoja cenę);
– egzekwowanie prawa, porządek i zasady, których trzeba się trzymać – płatne worki na śmieci, co ogranicza produkcje odpadów;
– dbałość o ochronę środowiska;
– uprzejmość – nawet kierowca autobusu mówi ”dzień dobry”, ”do widzenia”, ”miłego dnia”;
– automaty do kupowania biletów w autobusach;
– przestrzeganie ciszy nocnej;
– szwajcarscy Polacy wypadają korzystniej niż Polacy z Polski, Londynu czy Niemiec;
– organizowanie apero z byle jakiej okazji po to tylko by sobie pogawędzić przy winie.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 1 komentarz

kutas, któremu wyrósł facet

Do Krakowa pojechałem zupełnie bez przekonania. Obiecałem, a że słowa zwykle dotrzymuje musiałem się zmobilizować i robić dobrą minę. Doświadczony traumą z przeszłości obiecałem sobie być bardziej asertywny w tych sprawach, ale głupiej torby życie nic nie nauczyło, znowu zatoczyłem krąg.

Wstając wcześnie rano na pociąg już czułem wewnętrznie, że coś jest nie tak, że nie będzie to udany weekend, że spotka mnie rozczarowanie, że będę tego żałował no i wcale się nie pomyliłem…
Pierwszy niesmak przeżyłem jeszcze na lotnisku w Zurichu, kiedy on rzucił mi się na szyję a potem odstawił gorące powitanie połączone z tańcem godowym. Ledwo nadałem swój bagaż znowu chciał to robić, praktycznie na całej trasie miało być to samo: mokro, soczyści i intensywnie.
Ciuchy, obuwie, drogie, markowe dodatki, uderzająca woń perfum, tytuły – do tego zdążyłem się przyzwyczaić, za to opryskliwość, oschłość i traktowanie wszystkich z góry wciąż rodzą wewnętrzne wzburzenie. Milczałem i nie uczestniczyłem w tym popisie maniery zastanawiając się skąd we mnie ten osobliwy dar przyciągania takich kutasów…
Zupełnie nie odnajduje się w takim stylu życia, ciągle pod presją, że musi mi wyjść, że musi mi się udać, bo trzeba odnosić sukcesy za wszelka cenę, być najlepszym, bo tego się ode mnie oczekuje, bo skoro innym się udaje to mnie musi też, bo wszyscy patrzą, bo będzie wstyd, bo świat nie lubi przegranych…
Zasada jak kraść to miliony jak pieprzyc to księżniczki moim przypadku się nie sprawdza. Na utrzymanka się nie nadaje, nie potrafię brać, żerować, uszczknąć materialnie coś dla siebie z takich znajomości, tylko dlatego że jest okazja – świadomie staram się takich znajomości unikać, przy najmniej tak mi się wydawało.
Przy posiłkach rozmowa kleiła się trochę lepiej, mniej było słychać dźwięków uderzanych o talerz sztućców i odkładanych na spodki filiżanek, ale to głównie za sprawą konsumowanego wina.
Najgorsze były tylko wieczory – nazwałbym je fizyczną reakcją ciała na erotyczne symulacje…
Wróciłem upokorzony przed samym sobą, ale chyba już mi to mija.
W gruncie rzeczy takie doświadczenie od czasu do czasu bywają budujące – bardziej doceniam, co mam.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 1 komentarz

Interlaken – Kopenhaga – Belgrad

Lufthansa Air+ poraz kolejny stanęła na wysokości zadania organizując konferencje dla swoich klientów, w tym roku ku mojej radości wybrano Kopenhagę. Ze stolicy Danii postanowiłem polecieć bezpośrednio do Belgradu i szybko pożałowałem tej decyzji. W Kopenhadze temperatura sięgała 12 stopni, podczas gdy w Belgradzie 34 – nie było łatwo się przestawić. Gdy wysiadałem z samolotu w grubej kurtce ludzie patrzyli na mnie z wyraźnym politowaniem… Spakowanie się na podróż wymagającą uwzględnienia zmienności klimatu wciąż wydaje się nie być moją najmocniejszą stroną.

Kopenhaga. Nie zobaczyłem sławnej syrenki, bo podobno wywieziono ją na targi Expo do Szanghaju. Hotel Skt. Petri – uderzająca skandynawska prostota, olbrzymie okno na całą długość pokoju i horrendalne ceny za nocleg. Przypadkowo zapoznany barman, który okazał się być Polakiem. O ile zagranicą zwykle Polak Polakowi jest wilkiem o tyle ja czerpałem z tego faktu same korzyści, bo drinki w hotelowym barze organizowałem poza kolejnością. Do Duńczyków miałem stosunek ambiwalentny utrwalony wizytą w Aarhus. Apetyczne osobniki, potomkowie Wikingów, które pojawiły się jednak wieczorem w naszym barze stymulowały silne erotyczne marzenia, które niestety przynajmniej na razie pozostały niezrealizowane. Nie przekonałem się organoleptycznie, jaki mają smak i temperament, ale wiem już na pewno, że wrócę tam dokończyć ten rozdział…
Pierwszego wieczoru zaraz po kolacji pozwoliłem sobie na więcej niż zwykle, za co w konsekwencji odpokutowałem nazajutrz straszliwym bólem głowy. Ale za to przekonałem się bardzo do Corrado który okazał się skarbnicą wiedzy z której można czerpać do woli bez obaw że się zostanie wyśmianym.
Poza tym dotarł do mnie news że była szefowa szefowej kandyduje na gubernatora stanu. Jak dobrze pójdzie następnym razem lądując w USA i mając problemy z Immigration każe zadzwonić do Gubernatora Stanu Kalifornia…

W tym roku nastąpiły pewne pozytywne zmiany w porównaniu z rokiem ubiegłym, przede wszystkim uległ zmianie stosunek kolegów Szwajcarów do mnie, przestali postrzegać mnie jako obcokrajowca tylko rezydującego w ich kraju, dając tego wyraz poprzez dość intensywne zabieganie o moje towarzystwo. Osobiście odebrałem to jako znak wyraźnego ocieplenie naszych stosunków, ale znając szwajcarską przewrotność może po prostu nie dawali mi tego tak mocno odczuć bo krytykowali mnie za plecami. W porównaniu z rokiem ubiegłym przyjechałem bardziej świadomy celu mojej wizyty i znalem pozostałych uczestników konferencji, wiedziałem, o czym chce rozmawiać, a Denise lubieżnie mierząc mnie wzrokiem z góry na dół stwierdziła, że wyglądam mniam mniam. Jedynie niezmienne pozostało wodzenie maślanymi oczami i z kisielem w majtkach za vice prezesem, który jak zwykle czarował wszystkich. Przed oficjalną kolacją na pamięć wkuwałem imiona i stanowiska osób, z którymi miałem rozmawiać i w konsekwencji bardzo mi się to potem przydało, bo ludzie z natury są próżni i cieszą się, gdy ktoś zapamiętał ich imię.
Jeśli czasem myślę o zmianie pracy to zwykle w ich kontekście – atmosfera jest nieprzeciętna, co widać po pracownikach zatrudnionych po 10-12 lat, podoba mi się otwartość relacji, duża dostępność do menadżerów wyższego szczebla, swoboda i luz, której zazwyczaj nie utożsamiam z niemieckim środowiskiem pracy.

Najbardziej zapamiętałem prezentacje hackera futurysty, który pokazał jak w za pomocą prostego urządzenia (nota bene zakupionego na eBay za 9 USD) połączonego z laptopem można ściągać dane z kart kredytowych ich właścicieli – wystarczyło tylko zbliżyć kartę do czujnika by na podłączonym wyświetlaczu pojawił się numer karty, data ważności i nazwisko jej właściciela. Dowiedziałem się też, że karty kredytowe i telefony komórkowe emitują sygnał pozwalający śledzić ich właścicieli z dokładności do 1 metra. Poza tym hacker dal się wszystkim zapamiętać także poprzez swój cyniczny komentarz nazywając mieszkańców Afryki unexpesive people, co w obecności reprezentantki Afrykańskiego Banku Rozwoju było co najmniej kontrowersyjne…

A w Belgradzie jest dziś 35 stopni, ale wreszcie mogę się wyspać dowoli. Poza tym lokalny temperament jest nie do pobicia nigdzie indziej…

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Szastanie kasą oraz paw za pawiem

Pomysł zorganizowania firmowego spotkania na 500 osób w Interlaken (jednym z najdroższych middle of nowhere) nie miał prawa, odbyć się bez zgrzytów…
Zaczęło się od braku autobusu dla przylatujących z zagranicy gości, potem panelowym śniadaniu, podczas którego najzwyczajniej w świecie zabrakło stołów, krzeseł a nawet sztućców i menu składającym się tylko muesli, croissanta i dżemu.
Zachwyciłem się tylko raz, na początku prezentacją audiowizualną i naprawdę poczułem się dumny, że pracuję dla mojego koncernu. Ale gdy przyszły następne wystąpienia, prezentacje i typowe korporacyjne ”pranie mózgu” z łomotem wróciłem znowu na ziemię. Zrzygać się można było od słuchania w kółko jednostajnego bełkotu: ”The voice of the customer is critical, it brings to life what we do, our business is the livelihood, of our sellers, we need to make it simple for them, our sellers care deeply about feedback and are very careful about their brand; we are the customer, we are enthusiasts, we are engaged; we makes things complex, more than they have to be, business is simple, let’s keep it simple; we should call the right person in the organization, our network is very powerful, we need to be connected; we should embrace opposition, listening to others, respecting the opinions of others, with less of a fixed agenda, disagreeing does not have to trigger conflict; we can be more challenging, in a positive way; we can make a difference; persevere – fight, fight – and change strategy, like the wasp; it is ok to fail, learn from it; test the boundaries, take risks; understand the experiences and the opinions of others”.

Od ponad roku szerokim łukiem staram się omijać all hands meetingi, firmowe wigilie i inne temu podobne spędy, coraz mniej identyfikuję się z własną firmą. Kalkulując na chłodno jedyne, co mi się wciąż podoba to moja praca, możliwości, które za nią idą oraz widok mojego konta każdego 25. dnia miesiąca i to tyle a jeśli i to w końcu minie bez sentymentów zacznę szukać odmiany.

Znałem kiedyś kogoś, kogo uważałem za wykreowanego przez własną firmę. Sam w sobie był przeciętny, fizycznie mało interesujący, zyskiwał dopiero po dłuższym poznaniu, tzw. bogatym wnętrzem, ale gdy zmienił pracę i odniósł w niej sukces diametralnie zmienił się on sam i jego otocznie. Czasem zastanawiam się na ile moja praca to wciąż ja, jak bardzo mnie kreuje, dominuje moje codzienne życie, określa styl życia i nadaje status – czy gdyby jej nagle zabrakło to stałbym się sfrustrowany i zgorzkniały.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

co mnie tutaj wkurza

Z ”Poradnika ksenofobii”

”Różnorodność Szwajcarów ujawnia się w rozmaitym stopniu ich zatroskania. Szwajcarzy niemieckojęzyczni, poza samym martwieniem się, robią niewiele. Szwajcarzy francuskojęzyczni są wielkimi wizjonerami i filozofami, ogarniętymi szlachetnymi ideami i marzeniami o skali globalnej. A Szwajcarzy włoskojęzyczni przejawiają okropną skłonność, by nie martwic się wcale. Na szczęście stanowią oni tylko 10% społeczeństwa”.

Mam czasem napady ”nielubienia” Szwajcarii, dlatego ta notka może okazać sie mocno tendencyjna, bo zawsze istnieje druga strona medalu pełna rzeczy pozytywnych, którą jednak tym razem przemilczę.
Zdarza mi się być takim malkontentem i marudą, więc wyrzucę z siebie trochę jadu w paru gorzkich słowach jak to czasami Szwajcaria traci w moich oczach. Kiedy przyjechałem tu 3 lata temu, miałem wrażenie, że trafiłem do Eldorado, wyspy dostatku, porządku, stabilności, normalności i wolności.

Pierwsze (dostatek)
jest sprawą względną. Kwota, którą wynegocjowałem wydawała mi sie niewiarygodna, oszałamiająca wprost bajońska – po prostu nie do wydania. Jednak po opłaceniu mieszkania, kilku rundach po sklepach, wakacjach i wyjazdach, zdałem sobie sprawę, że choć wystarczy to na w miarę dostatnie życie, to przy innym niż bardzo oszczędnym trybie życia – trudno nazwać te kwotę kosmiczną. Do tego płaci się tutaj za wszystko. Podatki, choć relatywnie niskie to po doliczeniu podatku na straż pożarną, kościół, pakietu ubezpieczeń i nie daj boże lekarza, (który tylko teoretycznie jest bezpłatny) już takie niskie się nie wydają. Nasuwa się też inny wniosek – nie ma takiej kwoty, której nie potrafiłbym wydać

Drugie (porządek)
jeśli Polska ma pewien odchył od normy na minus od pewnej linii zdrowego rozsądku w temacie porządku – to Szwajcaria ma wychył dokładnie w drugą stronę. Przy dziurze na drodze wielkości piłki tenisowej stoi pan policjant z chorągiewką, żeby nikt nie daj boże nie wjechał. Sąsiedzi kablują jeden na drugiego jak najęci – zwłaszcza, jeśli ten drugi jest nie-Szwajcarem. Sikanie na stojąco po 22, czy pakowanie walizek może wywołać skargi sąsiadów i w dalszej kolejnosci mandat. Mandat można w zasadzie dostać za cokolwiek: źle wyrzucone śmieci, nieaktualny adres zamieszkania w permicie, samochód zaparkowany 15cm za linia, brak niebieskiego zegarka w samochodzie, rozmowę w pociągu w przedziale ciszy i niezliczone inne historie.

Trzecie (stabilność)
jest oczywiście rzeczą wspaniałą, ale Szwajcarska wersja może jedynie przypaść do gustu spróchniałym emerytom, ciężko dotkniętym anemią. Nie ma nigdzie indziej tak nie spontanicznego narodu. Tak nie wyskokowego i nudnego jak Szwajcarzy. Jedyny przejaw spontanu w ciągu roku to fantastyczny Fastnacht, który jednak wygląda identycznie każdego roku. Więc jest to spontaniczność wyreżyserowana i papierowa.
Nie da sie jednak przecenić tej dobrej strony stabilności. Jeśli stoi napisane, że ma być tak i koniec to tak właśnie będzie (czasem jednak napisane jest gdzieś tam i zasadniczo wszyscy o tym wiedzą, ale nowi jak choćby świeża imigracja niekoniecznie).
W żadnym kraju ludzie nie są tak nudni i mało spontaniczni jak tutaj. Wyjście na piwo musi być zaplanowane kilka dni wcześniej. Być zaproszonym do kogoś do domu graniczy z cudem i wymaga wielotygodniowego planowania, życie nocne; wybór klubów w jest bardzo jednostronny i ubogi, większość restauracji punktualnie o dwunastej zapala neonówki i zaprasza do opuszczenia lokalu.

Czwarte (normalność)
kraj o najwyższych dochodach a jednocześnie najwyższym wskaźniku samobójstw w Europie. Kraj, w którym można czekać na obsłużenie w punkcie usługowym 15 minut, bo niedomyta pani Britta z ćwiekiem w nosie z wyrazem twarzy tęskniącym za rozumem akurat rozmawia bez problemu, ale dwuminutowe spóźnienie tramwaju powoduje przeskakiwanie z nogi na nogę i podwyższoną palpitacje rozjuszonych tym faktem serc.
Ludzie wydają miliony franków na sport, zdrowy tryb życia, bio żywność i bóg wie co jeszcze, ale papierosy jarają nieprzeciętnie jak nikt inny (może poza Francuzami) juz od 13 roku życia, że nie wspomnę o jednym z najwyższych współczynników narkomanii na naszym kontynencie. Narkomanów można spotkać w centrum miasta jak dają sobie w żyłę wcale się z tym nie kryjąc. Cóż, przy pewnych założeniach niektórzy nadal mogą się upierać się, że kraj ten jest normalny.

Piąte (wolność)
Owszem, ale niestety nie dla osób z tymczasowym pozwoleniem na pobyt (30% społeczeństwa). Większość mieszkańców ma tylko ułamek praw i nie ma najmniejszej szansy decydowania. Paszport przez zasiedzenie nie przysługuje nawet trzeciemu pokoleniu imigrantów, a stały permit można dostać po 10 latach.

Szóste (poliglotyzm)
Inną rzeczą, która mnie strasznie drażni jest powszechne przekonanie, że każdy Szwajcar mówi kilkoma językami. Owszem, uczą ich w szkołach, ale i tak w większości nic nie umieją. Każdy Szwajcar ma obowiązek nauki w szkole drugiego języka narodowego, więc każdy może to poświadczyć. A w praktyce nikt potem już tego nie potrzebuje, bo w każdej firmie jest jedna lub dwie osoby, które obsługują ewentualnych klientów nieznających np. niemieckiego. Ale porządek musi być i znajomość języka wymagana.

Siódme (chłód i życzliwość)
Pierwsza obserwacja to szwajcarski chłód wobec przybysza. Pierwszy kontakt z przygodnym Australijczykiem czy Afrykańczykiem jest o rząd wielkości cieplejszy niż dialog z obcym Szwajcarem, co niesamowicie odstrasza wszystkich, którzy tutaj przybywają. Pierwotny mur społeczny, jaki można tu napotkać jest poważnym wyzwaniem dla każdego w początkach pomieszkiwania w Szwajcarii.
Kontakt z rówieśnikami jest bardzo trudny! Z początku próbowałem wyjść z kimś na piwo, umówić sie na weekend, ale za każdym razem było to tak sztuczne i stresujące, że dałem sobie spokój. Od dłuższego już czasu spotykam się wyłącznie z obcokrajowcami i jestem dużo szczęśliwszy. Mam dużo znajomych w wielu różnych krajach i wszędzie spotkam sie z gościnnością i serdecznością, tylko nie tu. Wygląda na to, że nie tylko na obywatelstwo trzeba tu czekać 3 pokolenia
Ludzie na ulicy, w sklepie czy w windzie są niesłychanie grzeczni ”Dzień dobry panu”, ”Do widzenia miłemu panu”, ”Bardzo panu dziękuje i życzę naprawdę bardzo miłego dnia”, że aż zrzygać się można, ale na tym się kontakt między ludźmi kończy. Tu cię zasypią pozdrowieniami, pogłaszczą a za chwilę doniosą do spółdzielni, że w niedziele pranie robisz!
Następna sprawa to stosunki międzysąsiedzkie. W Polsce jak ci ktoś przeszkadza, to idziesz, pukasz i grzecznie prosisz, żeby ściszył muzykę, nie prał po nocach ewentualnie walisz w kaloryfer albo zarysowujesz auto. Tutaj wywiesza się kartki lub pisze anonimowe listy. Kiedyś znalazłam w skrzynce anonim, w którym było napisane mniej więcej coś takiego w trzech językach: niemiecku, angielsku i włosku: Proszę o nieszuranie krzesłem w późnych godzinach nocnych. Proszę o zaprzestanie tych praktyk, bo inaczej zgłoszę to na policje.
Z tymi donosami to w ogóle ogólnonarodowa zmowa. Oni uważają się za małych policjantów. Nie daj boże, że ktoś pobierający zasiłek dla bezrobotnych wyjedzie gdzieś na kilka dni. To przecież zabronione, więc trzeba zgłosić. Tak wykrywa sie ponad 90% przypadków.

To wszystko powoduje, że popadam w małą schizofrenię. Mieszkam w Szwajcarii i nie bardzo śpieszy mi się z wyjazdem, ale jednoczenie kraj ten działa mi tak na nerwy, że czasem mam ochotę to wszystko rzucić w pierony.
I tylko to, że nie jestem tutaj sam, ale mam M sprawia, że myśl o wyjeździe powoduje jeszcze większy lęk niż myśl o zostaniu tu kolejny rok lub dwa.
Osobiście podjąłem już decyzję, że ”kiedy przyjdzie czas” – wyjadę stad bez żalu i poszukam mojego Pacanowa gdzie indzie, ale na to muszę i chcę jeszcze trochę poczekać.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 12 Komentarzy

nad polskim morzem

Możliwość spędzenia weekendu nad polskim morzem od tak po prostu jest jednym z ‘szaleństw’, na które bez żalu i nadwyrężania domowego budżetu mogę sobie czasem pozwolić. Dobrego nastroju nie odbierze mi ani konieczność wczesnego zerwania się z łóżka by zdążyć na pociąg, ani bomba na lotnisku w Rębiechowie, która zmusza pasażerów do pozostania w samolocie przez prawie godzinę nim pozwoli się im wysiąść, ani festiwale z powodu, których ceny hoteli wprost szaleją, ani nawet mgła nad Gdańskiem w dniu wyjazdu, która opóźnia mój powrót.

W Trójmieście bywałem kilkakrotnie, ale dopiero teraz zauważyłem jak bardzo Gdańsk swoją architekturą przypomina Amsterdam – włóczyłem się po mieście bez celu, zastanawiając się jak łatwo przywykłem do swoistej dostępności i bliskości Polski, budzenia się rano by 5 godzin później spacerować po sopockim molo.

Lubię wpadać do Polski na weekend, spotkać znajomych, spędzić razem czas, pójść na spacer, do kina, knajpy, kupić książkę, skrzyżować oddechy, bo wydaje mi się wtedy jakbym nigdy stamtąd nie wyjeżdżał.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

na sopockim molo

Niedobrze jest podziwiać ludzi za, to że są doskonali, bo jeśli okaże się, że mają wady, plamy na życiorysie – a zawsze mają – nasza wiara musi lec w gruzach. Lepiej podziwiać ludzi za niezwykle rzeczy, które czynią, pomimo że są najzupełniej zwykłymi ludźmi.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 1 komentarz

Spaleni słońcem Toskanii

M wiercił mu dziurę w brzuchu, żebyśmy w końcu pojechali na kilka dni do Włoch, postarałem się wykroić trochę czasu i na długi weekend polecieliśmy do Florencji.
O ile o bilety postarałem się ja, o tyle M wziął za honor znalezienie taniego lecz atrakcyjnie położonego hotelu w dobrym punkcie miasta.
Na powitanie na lotnisku we Florencji zgubili mi bagaż, po który musiałem fatygować się osobiście jeszcze tego samego wieczoru, żeby nie musieć czekać całego następnego dnia aż dostarczy mi go kurier. Gdy dotarliśmy do hotelu zrobiłem wielkie oczy: jeśli można by przyznać gwiazdki ujemne na pewno znalazłby się w ścisłej czołówce, poza tym sposób w jaki urządzony był nasz maciupki pokoik, można by porównać tylko do skrajnego minimalizmu rodem z głębi Skandynawii, nie było też łazienki a najbardziej ekskluzywną i designerską rzeczą w całym tym miejscu był druciany wieszak z logo Prady…
Zjeżyłem się na widok tego miejsca, bo człowiek szybko przyzwyczaja się do lepszego, ale żeby nie wyjść na zupełnie zmanierowanego postanowiłem zagryźć zęby i tam zostać.
M przegonił mnie po wszystkich kościołach i muzeach włącznie z Galeria Uffizzi, kazał wspinać się na więżę Duomo (bezczelnie okłamując wcześniej, że będę mógł tam wjechać windą) i biegać z nim po sklepach, co akurat okazało się czynnością bardzo miłą, tak samo jak jedzenie włoskich lodów czy próbowanie lokalnych kulinarnych specjałów.

Gdy wróciliśmy do domu, po mimo późnej pory i zmęczenia wziąłem się za regulowanie naszych miesięcznych rachunków: ubezpieczenie, Internet, telefon, mieszkanie – robiąc przelew za czynsz przez przypadek wcisnąłem dodatkowe 0 i niechcący tak jakby przelałem agencji czynsz za rok z góry. W konsekwencji na koncie mam mega debet i problem z odzyskaniem nadpłaty – biednemu to zawsze wiatr w oczy…

Mam straszną ochotę zobaczyć polskie morze lecę więc jutro do Gdańska.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 3 Komentarze